Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 października 2025

[VII] ciało to wszystko, czego nie zapisano

 




zdjęcia © Ośrodek Kultury w Jastrowiu


Zgięcie łokcia pamięta zapach
twojego imienia – był jak olejek
z niedojrzałej brzoskwini i rdzy.

Pod językiem język matki,
zlepiony z niedopowiedzianych
opowieści o wstydzie.

Blizna nad kostką: data.
Nie zapisałaś jej nigdzie,
ale ona trwa – wypukła i słona.

Włosy przy karku drżą,
gdy wspomnienie naciska guziki,
te, które myślałaś, że się zatarły.
Nie zatarły się. Są jak
kolor błękitu-nie-do-wypicia,
który zna tylko jedna filiżanka.

Ciało przechowuje imiona,
które spadły z ust jak pestki.
Zostają pod paznokciami –
a ty, nieświadomie, zbierasz je
i sadzisz między palcami u stóp.

Między wdechem a bezdechem
przesuwa się ślad tamtego dotyku –
ten, który miał znaczyć zostań,
a znaczył: nie potrafię odejść.

W krtani utkwił głos twojej córki,
która śni o lisach i pożarach.
Nie wie, że kiedy się uśmiecha,
ciało przepisuje twój lęk
na język przyszłości.

Nie pytaj mnie, ile waży pamięć.
Zważ skórę po kąpieli.


strona 36 w Emiterium

sobota, 18 października 2025

Podsumowanie


 


Wczoraj


Przed spotkaniem drżałam. Trema siedzi we mnie głęboko, jak cień, który wraca w każdy nowy dzień. A później scena, światło, mikrofon, oddech. Zaczynam mówić i płynę z tekstami, jakbym zawsze miała tu wracać. Tylko czasem zerkam na ludzi, żeby sprawdzić, czy jeszcze są ze mną, i są, uśmiechają się, słuchają. Moje rodzinne miasto. Nie powiedziałam o tym, ale przypomniało mi się, kiedy usiadłam na kanapie w domu, jak chodziłam na stary cmentarz niemiecki, i na ten drugi, żydowski, bardziej osłonięty. Siedziałam tam godzinami. Nikt mnie nie wołał, nie wypytywał, nie szukał. chowałam się za macewami, one jedyne potrafiły mnie wtedy ochronić przed światem. Dzisiaj czułam coś podobnego, tylko odwrotnie, nie chowałam się, ale byłam otoczona ciepłem. Dziękuję za tak wspaniałe przyjęcie, za opiekę, za światła i dźwięk ustawione z wyczuciem, za profesjonalizm i spokój, za życzliwość, która nie była pozorem. Dziękuję za obecność wszystkim, którzy przyszli, żeby posłuchać, pobyć, podzielić się chwilą. Wróciłam do domu wdzięczna i lekko rozkołysana. Dziękuję wam za dzisiaj.


Po nocy


Ośrodek Kultury w Jastrowiu mieści się w dawnym kinie, tym samym, w którym w 1979 roku oglądałam z tatą Gwiezdne Wojny. Byłam kinomanką, właściwie maniacką dziewczynką od filmów. Siedziałam na drewnianej obudowie grzejnika, bo wszystkie miejsca były zajęte, a musiałam zobaczyć wszystko, Kronikę, Poranki, każdy ruch światła. To był czas, który się nie powtórzy, ale wciąż ma dźwięk. W podarowanej torbie z niespodziankami od Dyrektorki Ośrodka znalazłam książkę z legendami wielkopolski, przepiękna publikacja. Lubię, kiedy miasto potrafi mówić własnym głosem, nie przez hasła, tylko przez opowieść. Filiżanka, subtelna, z pomarańczowym błyskiem. Bez pomarańczy nie byłoby spotkania. Karolino, dziękuję, masz osobną przegródkę w mojej głowie, podpisaną: rozumiemy się. Protea, cudna, jak gest, który nie potrzebuje tłumaczenia. A wydawczyni. Prezent urodzinowy i spotkaniowy w jednym, z wyczuciem. Przyjmuję z czułością. No i ta dzisiejsza poczta, jak dopełnienie wszystkiego, co się nie mieści w jednym zdaniu. Napisał do mnie poeta, bliski i wspierający od dawna. List i książka przyszły idealnie w swoim czasie, jakby wiedziały, że właśnie teraz najbardziej ich potrzebuję. Ogromnie doceniam to wsparcie i obecność między słowami. I również dzisiaj trafiła do mnie druga książka, ważnej dla mnie poetki. Będę zaczytana w drodze do domu.









poniedziałek, 13 października 2025

Spotkanie

 


Romana poznałam osobiście w Poznaniu, przed moim wieczorem autorskim. Staliśmy w czwórkę: Roman Chojnacki, Maciej Krajewski, Szymon Kantorski i ja, jak przypadkowy kwartet, który jednak brzmiał zaskakująco dobrze. Nikt nie zrobił nam wtedy zdjęcia, i to był błąd. Bo ten moment miał w sobie coś z równowagi, między napięciem a śmiechem, między poezją a zwykłym byciem człowiekiem, zanim padną pierwsze słowa ze sceny. Myślę, że spotkania takie jak wtedy, są jak krótkie spięcia w obiegu literatury, nic się nie pali, ale coś się rozświetla. Nie chodzi nawet o wspólne poglądy, tylko o rodzaj rozpoznania: że po tej samej stronie języka stoją inni, którzy czują podobny ciężar i podobne rozdarcie między zachwytem a milczeniem. Musimy to powtórzyć. Nie dla pamiątki, nie dla zdjęcia, ale dla potwierdzenia, że to nie był przypadek. Bo są ludzie, z którymi literatura nie kończy się na papierze.









niedziela, 14 września 2025

Jest!

 


Jestem szczęśliwa, że mogę ogłosić: Emiterium jest już dostępna u wydawczyni i w księgarni Arsenał. To książka, w której hortensje nie są tylko kwiatami, pomarańcze owocami a sardynki rybami, to zasłony, pamięć, detektory smutku. To wiersze o tym, co przygniata, o nocach poupychanych pomiędzy miską a niebem, o tym, jak uczyć dziecko, żeby nie myliło koloru z chłodem. Jeśli szukasz książki, która nie udaje prostych odpowiedzi, to właśnie ona. Jeśli chcesz wesprzeć niezależne wydawnictwo i mieć książkę, którą nosi się przy sobie, jak jakiś cichy aparat, zamów już teraz, podaruj komuś lub sobie chwilę ciszy i porozmawiajmy po lekturze. 26 września w Poznaniu.

zamówienia fundacja.font@gmail.com https://arsenal.pl/shop/cat/0/product/703528/emiterium









piątek, 5 września 2025

O darmowych plakatach i drogich logotypach



 autor wiersza © Maciej Krajewski




Poproszono mnie o wykonanie trzech plakatów w poziomym formacie 1494 × 994 mm. Wiersze, kolaże, wszystko dopięte na ostatni piksel. Nie będę się rozpisywać o projekcie, bo to nie on jest tu najciekawszy. Ciekawsze jest to, co przyszło później.

Kiedy skończyłam, przysłano mi logotypy najróżniejszych instytucji. I wtedy pomyślałam: ooo, to nie jest praca wolontaryjna. Bo jeśli urzędy pakują się na afisz, to znaczy, że ktoś w tym łańcuszku bierze wynagrodzenie. Zapytałam więc o umowę. Dowiedziałam się, że jestem bezczelna. Że te plakaty to reklama dla mnie i powinnam być wdzięczna, że ktoś raczy wykorzystać moją pracę do promocji… siebie. Na deser okazało się, że sam prowadzący projekt od początku był przeciwko mojej pracy. I to wiele tłumaczy: skoro nie chciał mnie w ogóle, to dlaczego miałby teraz chcieć traktować mnie uczciwie? W takim układzie zawsze będziesz tą bezczelną, która ośmieliła się zapytać o umowę. To jeden z tych momentów, kiedy widać, jak pięknie wypaczono pojęcie wolontariatu. Zamiast gestu dobrej woli, darmowa siła robocza. Zamiast wzajemności socjotechnika: zrób, a będziesz miał prestiż. Niech to będzie jasne: za pracę się płaci. Prestiżem nie opłacę rachunków, a reklama tego rodzaju to parodia promocji. Ponieważ jednak nie lubię marnować czasu, który poświęciłam na malowanie, rysowanie i składanie, wiersze podmieniłam na tych poetów, których sama cenię. I tak powstały plakaty, które nie są cudzą reklamą, tylko moim własnym wyborem. Prawdopodobnie będę to kontynuować.

Wnioski? Proste. Jeśli ktoś mówi ci, że twoja praca to reklama dla ciebie, możesz mieć pewność, że reklama jest tylko dla niego.



autor wiersza © Szymon Kantorski


autorka wiersza © ja


autorka wiersza © Daria Danuta Lisiecka 



sobota, 19 lipca 2025

cykl - Lekkość czerwieni

 



Ziemia oddycha w twojej dłoni,
ślady po trylobitach tłumaczą milczenie skał,
w strukturze grzybni zapisano echa
wszystkich świtów i zmierzchów.

Nieistnienie to tylko moment,
gdy kolory przechodzą w inną formę,
bordo w cynamon, zieleń w miedź,
światło przebiera się w cienie,
a ty, w odwróconym zwierciadle,
szukasz granic ciała, które łączy wszystko,
co nigdy się nie rozpadło.

Jest w tym równowaga –
rozbita porcelana odnajduje sens
w blasku złotych szwów,
pęknięcia to mapy,
prowadzące do wnętrza
tego, co trwa.

Wyczuwasz pod palcami
okrąg i płaskość, ciężar i lekkość,
wszystko pasuje do siebie
jak zużyte ubranie –
pamięć ciała,
pleśń ucząca się śpiewu ciszy.


Lekkość czerwieni II


Ślady po zniknięciu
Pachnie rdzą i przeszłością,
pęknięcia wołają o zapomnienie,
choć linie dłoni wciąż sięgają krawędzi.

Włóknik, cieniutki jak oddech,
rozpruwa materię, która cię trzyma –
chwile rozpuszczają się w wodzie,
kręgi znikają, nim zdążysz je policzyć.

Pismo z kości, rysujesz palcem mapę –
czy grób naprawdę kończy opowieść?
Każde pożegnanie prowadzi gdzie indziej:
ku głębi ziemi, ku światłu w kamieniu,
ku ciału – uczy się formować echo.

Niepotrzebne staje się początkiem.
Papier i farba, patyna i kamień –
pamięć odpoczywa w ciszy.


Lekkość czerwieni III

Wydelikatnianie

Pleśń i grzyby już żerują na liściach,
jakby każda zieleń mogła wypełnić pustkę ziemi.
Dotykam stopami powierzchnię, a czas wytraca swoją masę.
Mapa, którą rysowałam palcem po piasku,
jest wspomnieniem linii, które biegły donikąd.

Oddycham skórą lasu,
w tętnicach słyszę coś więcej niż krew –
to szelest wiatru, migotanie świateł między liśćmi,
rytm wszechświata, którego nie umiem odczytać.
przykładam głowę do mchu, a niebo przegląda się w moich oczach.

Ciężkie chmury nie ważą więcej od myśli –
czy wody coś obchodzą liście?
Czy rzeka zapamiętuje ich kształty, zapach,
gdy pędzą na spotkanie z oceanem,
gdzie ryby są tylko migawką pod powierzchnią?

Czasem czuję, jakby wszystko już się wydarzyło –
lodowce, słońce, ognie,
byłam jedynie kręgiem na wodzie,
echolokacją zdarzeń, które spadają na mnie
jak latawce z przerwanymi sznurkami.

To się dzieje – rzuciłeś słowa jak szkło,
załamało światło i odbiło słońce
prosto w moje oczy. Nigdy nie będziemy
bardziej ułomni, niż teraz,
próbując dotknąć horyzontu, który zawsze umyka.

A ona?

Ona tylko chciała poczuć trawę,
ale to szkło w stopie powiedziało jej więcej, niż kiedykolwiek
mógł powiedzieć widok na miasto – rdzawo-szare —
przeżarte przez słońce, przez czas, przez naszą niezdolność,
by naprawdę stanąć, spojrzeć w górę i przyznać:
to wszystko jest tak kruche, tak oszałamiające,
i tak bardzo nas przerasta.


Lipiec 2024

wtorek, 6 stycznia 2015

Tam gdzie nie rosną drzewa


Nie widziałam ptaków szykujących się do lotu, kwitnącego
czarnego bzu. Nie czułam w powietrzu ruchu. Zmieniających
się w łąkę zasłon. Dałam się nabrać, że we wtorek znikną
robaki, nurzyki, pajęczyny.

Tak. W poniedziałek mówili po irlandzku i rozsypywali litery
układali z nich rebusy. Skoczne dziewczęta, leniwe koty,
jak znaki na niebie zdążyły zniknąć. Ty się nie ukryjesz.
Katalog nowych rzeczy, rozrośnięte ogrody i rutyna
sąsiadów powoduje, że twardniejesz. Słychać tylko

rozmowy. To czekanie aż pory roku nas zaskoczą,
zasypią. Niewolnicy nastrojów, energii słońca, odcięci
od stałego lądu. Nasiąkają zapachem oceanu, przędzy
i ciemnego piwa. Z przewiązanymi oczami kierujesz się wprost
na skałę. Przelatują przez twoją głowę setki myśli, mgła
przykrywa usta.

lipiec 2014

sobota, 3 stycznia 2015

Zakłócenia



Jestem zmęczona, you know, chodzeniem na cmentarze,
w nieznanych kierunkach. Przybywa nas mniej
lub więcej. Kogo to obchodzi, że żyjemy w niedostatku?

Jestem zmęczona kwadratami, kołami, smakiem deszczu.
Znowu wyliczam w śpiewnym akcencie, pożytkuję cyfry.
Gromadzę je, wyprowadzam na spacery, spuszczam ze smyczy .
Godzę się z nimi, otaczam opieką, karmię.

Wysiedź dzień z modlącymi kobietami i nie dokuczaj im, nie odpytuj
z rachunków. Niech odnajdą zaklęcia, które ugrzęzły w gardle.
Nie uleczę umarłych. Dziś obierają ziemniaki, jutro już ich nie ma.
Jestem zmęczona nazywaniem dni, miesięcy. Śmierć najszybciej zrywa
każdą przyjaźń, choć nie wierzę w rocznice, jedynie w obwódki na szkle.



czwartek, 1 stycznia 2015

Krótka rozmowa w południowym skwarze


Iva Pas


Uwierz w zielone plamy, plany. W tym miejscu przestajemy krzyczeć.
Wyciskasz mnie z siebie, nie jest dobrze ani źle. Nie palę, nie próbuję wrócić.
Powiedziałeś, że wolisz felietony od wierszy. Sto razy bardziej Brodskiego.

Między nami nie ma nic, chociaż wciąż chciałabym ci pokazać
miasto. Zamek, galerię, najstarszy bar, uliczki, część rzeki.
Zmieniasz temat, kiedy nie przekraczam granicy. Wystarczająco długo
ciągnęłam się po schodach. Tamto nie wróci, nie wyskoczy przed piersi.

Dzieci wychodzą z domów, tulą się do trawy. Badają przestrzeń, pochłaniają
odległość kroków, liczą ślimaki, pająki. Malują białe kratki na podjeździe,
wpisują imiona, jedno pod drugim. Tamara, Virginia, Sophie, eM.
Sara z trudem wypowiada moje imię, jej twarz lśni, jesteśmy dla siebie
za duże.

Dziwisz się, że nie śpię. Otwieram oko i spoglądam na czerwone niebo.
W ocean. Chłonę rytm, w jakim faluje. Chciałbyś zobaczyć jak przycina się torf,
układa piramidy, wietrzy.

lipiec 2014

niedziela, 28 grudnia 2014

Zatracenie



Wtulałam się w zimno. Czerwony nos, uszy, ręce, ale nikt nie wrzeszczał,
nie klaskał, nawet ptaki o tej samej godzinie przepychały się w powietrzu.
Zostawiam tak samo wysiedzianą trawę jak wydeptaną ziemię, wzór,
do którego przymierza się mysz, kot, nos psa, zanim spadnie deszcz.
Zwierzęta brudnymi łapami rozniosą grudki ziemi, pociągną za sobą
rozszarpaną sierść, chustki w kratę, cokolwiek było w kieszeniach.

Niepokój, gdy brakuje końca snu, okruchów głodu, oczyszczenia, wewnętrznego
głosu, więc szturchasz mnie w ramię i mówisz, no chodź. Idę. Z nazwami
miejscowości, imionami, przechwyconym nazwiskiem. Zatracam się w patrzeniu,
w labiryncie sytuacji. Ile z nich będzie się cieszyć, a ile odejdzie, odjedzie,
wydali z siebie nieprzychylność. Musztardowe zasłony przyjmują kolor z zewnątrz,
nadal złości cię ruch w oknie. Jesteś pożywieniem dla kłamstw, wymówek. Dłonie
odbierają filiżankę, pieniądze, niedoczytane książki, notesy z numerami telefonów.

Odwracasz się. Jesteś pomiędzy dnem, a dnem, wypisaną kartką z gratulacjami.
Wyobrażasz sobie orkiestrę, smak morskiej fali, spóźnione pociągi, pośpieszne palce,
naiwność, którą zgubiłeś w gęstych włosach ukochanej. Napięcie rośnie, iść, wejść,
przejść. Skłamałeś. Ile rozbitych łokci, kolan. Podwijasz nogawki i siadasz obok.
Trawa pachnie, płaskie kamienie łączą się ze skorupami, tłumią śpiew ptaków. Obojętność
zbiera żniwo jak luty, Shannon podtapia domy.
Najgorszy jest strach, nawet kiedy już go nie ma.

25.02.2014

sobota, 20 grudnia 2014

Odliczanie

Katarzyna Tchórz 

Szukam siebie w prostych czynnościach.
Rozpalanie, parzenie, ale mieszka nam się świetnie.
Nie jestem mechaniczna, nie rozumiem dlaczego
suche odpowiedzi wciąż zaskakują filologów. Podobno
nie radzę sobie z emocjami, rozjeżdżam się. Jeszcze
jeden krok i świadomość zawiśnie na końcu zwiędłych
szyjek.

Ciemność wciąż nie na miejscu, w złej fazie,
do której nie dochodzimy. Odpływają rybie domy,
odlatują ptasie trele. Spirale liści, wiatr układa ziarna,
kiedy nie podglądam wyobraźni. Wtedy zaprzeczam,
że zasnęłam.

W klimacie przepełnionym wilgocią wąziutkich nor,
owadzich kryjówek. Nie przeliczam ich, nie wstrzymuję
dźwięku kołatek. Świat budzi mnie w porze nie do wytrzymania.
Jeden, dwa, trzy.

czwartek, 18 grudnia 2014

Przetrwanie w nowym miejscu

Hugo Giza


Oddalam się i nie mam pewności, który to nawrót.
Podróż w czasie, spokój, ślady lęku. Śpiew kobiet
imitujących Zazen. Później wywloką je poza granice,
odpłyną łodziami. Będą wypełnione tym, co odeszło,
dryfować, aż zatoną.

Wskazówki na skórze. Pokręcone rany przestrzegają
jak znamiona. Znaczą krajobraz. Jednocześnie,
rozdzierając język, jąkają nowe słowa,
zaczyna się gra.

Skarby. Miód w nacięciach łodyg. Przestronność,
w której układam tęczowe dywany, gładkie bryły
przypominające oczy. Urojenia wydobyte z nasion.
Powinnam je zatrzymać. Chronić opowieść o sekwencjach
poszczególnych wydarzeń. Nie chcę znać na pamięć
wszystkich odpowiedzi.


niedziela, 14 grudnia 2014

Obrysowany palcem horyzont



Fascynują mnie pręgi na skrzydłach, zbliżają do tajemnicy.
W locie spojrzenie kota jest piękniejsze, niż kiedy próbuje
opanować technikę znikania. Chciałabym wejść
w ledwo wyuczone słowa. Wczuć się w nie, wydłubać oczy
drozdom.

Na długo przed nami mężczyźni nabijali czym popadnie fajkę
i wpadali w ekstazę. Kiedyś nie było tabletek nasennych,
pornoli, kuchni wegetariańskiej, popularnego sushi. W powietrzu
pachniało calvadosem, liśćmi chrzanu, świeżym chlebem.
Myślałam, że bez krzyku odchodzi się prędzej,

bezboleśnie. Szukam początku, czegoś bardziej trwałego
od stromej ściany, na którą wspina się chłopiec podobny do mojego syna.
Słyszysz? Mimo zamkniętych okien ocean przywołuje,
wyrywa z objęć, jak tęsknota oblepia piachem stopy.
Gdziekolwiek idziesz, wrócisz na klif. O pękającą falę zedrzesz skórę.


29.06.2014



piątek, 12 grudnia 2014

Sposób chodzenia

Hugon Lasecki


Szukam pośród ludzi, widm, które sprowadzają do domu
woń spróchniałego drzewa. Nie jest wytworem wyobraźni
próba mycia wodą z mydłem iluzji, gdy trudniej się położyć
na plecy, powiedzieć sobie komplement.

Nie czuć obaw w zmęczeniu. Ciemność przetrwa pod schodami.
Śpiący tam, spokojni, przekonani o zmyślonych
elementach natury, wyzwala, karmelizuje cukier dla kogoś,
kto przyjmuje na język świat i nie poszukuje.

Miałam dość piwnicy zagraconej skrzyniami.
Wypełnione portretami przybyszów pełnych czułości dni.
Myślę o niczym. Przystosowuję wzrok do kształtu podłogi,
nie muszę krzyczeć: opuść klapę!

Wchłaniam zapach płóciennych obrusów, ciało chłonie narkotyk,
z każdym dźwiękiem przypomina o sobie.
Miliony twarzy, wszystkie zdumione, jakby w odbiciu
intymnych tajemnic łączyłyby się punkty styczne mórz i oceanów.

Stopy dotykają płyt z brązu, odlane na podobieństwo pisarzy,
ugrzęzłych w zaułkach ulic i ramiona wystawiają na deszcz.
Przeglądam tłumy przy wejściu do biblioteki, pytam: dlaczego
ukrywali księgi oczywiste jak złoto.

07.09.2013

środa, 10 grudnia 2014

Nie mogę zamknąć oczu, kiedy widzę medytującego kota


Hugo Giza

Czasami przyjmuje inną pozę. Dzisiaj jest jednym z nas.
Badam jego refleks, czymś się musi odróżniać. Bez końca
identyfikujemy odbicia. W obrazach sygnowanych przez dzieci.
Upodobałam amarant, kamień o barwie mojej tożsamości,
relacji z bliskimi. Miłosną konstrukcję. Widzieć i chcieć.
Udajemy, że nie ma złudzeń ani brakujących części
fotografii.

Chodź za mną. Otulaj stopy, urządzaj koncerty. Kiedy trzeba
wciśnij kit. Będę zazdrosna. O natrętną miłość. Wywłaszczanie
przedmiotów, słów, które przywracają węch i wyostrzają wzrok.
Podzielimy się bezsilnością. Nauczysz mnie gonić, wtedy opiszę
dynamikę popędu. Wolność.


sobota, 6 grudnia 2014

O odkrywaniu


Alicja Rodzik 


Pisywałyśmy dla siebie historyjki, wstrzymując oddech,
tu i teraz, w przeszłości, ze smakiem cynamonu
z mlekiem. Pisałyśmy smutkiem, który wkrada się pod powieki
i nieodwołalnie ginie, kiedy zamykasz na głucho okna.

Bajki biorą się z życia, odklejam je od snów.
Zaprzeczasz, że o nich można pisać i mówić
do nieskończonego odtworzenia każdego szczegółu.

Deformujemy pory roku, usuwamy pióra z podjazdu,
przelewamy się wiernością, heroizmem. Krzyczysz z ogrodu,
że drzewo traci liście, jakby miało ich nie tracić.

Coś tam się czai, przyzywa gestami. Wypełnia uszy
i raz na jakiś czas pozostawia samą. Niczego nie czuję.
Umysł wciąga mnie w kolejną alegorię.

środa, 3 grudnia 2014

O zaangażowaniu


Katarzyna Tchórz 

                                                                  Kasi

Powiedziałaś, że dostrzegasz podobieństwo
w przyciętych włosach, depilowanych brwiach. We wnętrzu
dłoni formujesz ciepło. Codziennie spacerujemy. Ograniczona
ilość przekształceń. Tak łatwo innym podsumować słowami
ptaki, kosmos.

Oddelegować w niebyt zmiany, umieranie, które skazuje
na decyzje. Nieustanne połączenia. A kiedy patrzę w posiniaczone
twarze, noże tracą blask. Dzień ciemnieje, nie wiem, co zrobić
z rękoma.

Nie wiedziałam, że tamta część domu nie istnieje.
Jakieś portrety. I myśli czym jest obraz, pamięć. Dobra
na wszystko. Mechanizm, uruchamiany w nas jak bagno,
wciąga w tajemnice. Utożsamia lądy z osobami, odrzuca
złudzenia i tylko przepaści nie da się obejść, opłynąć.


czwartek, 27 listopada 2014

O lataniu




Chciałabym napisać o pszczołach, ale pewnie już ich nie ma.
Nie poznasz smaku czeremchowych płatków, pyłków, zakłopotania,
z jakim próbowałam wyrwać się z objęć dopiero poznanego,
przeskoczyć przez płot. Zapomnieć o napięciu, zrozumieć kim jestem.

Wtedy przyszłaś. Drapałaś po stopach, pozostałością po piórach,
łagodnie dziobem. Ciągle myliliśmy twoje imię, ktoś śpiewał,
że mamy uważać, schylać głowę. Kiedy się wściekasz, latasz.
Na początek chciałam połączyć wszystkie litery ze słów
rozpoczynających się na P.

Każdego dnia gubiłam pierścionek, a ty kładłaś go na stoliku.
Liście miłorzębu, radosne opowieści ze skrytek. Niepewność,
czy zostaniesz do wiosny. Później zniknęłaś.

Przeglądam porzucone gniazda i zaglądam do latarni morskich.
Zapomnienie to zatrute źródło wiedzy, śmiałam się, że wymazane słowniki
nie istnieją.



poniedziałek, 24 listopada 2014

Stare bilety tramwajowe



Agnieszka Renusz



Przypomniałam sobie o niezakończonej rozmowie.
Ubywające doby najlepiej odmieniają się przez przypadki.
Dręczą cię wątpliwości. Teraz wiem.

Nie przestanę marzyć, chociaż nie odpowiadasz
na pytania, nie piśniesz słowa w sprawie badań.
Oczywiście, chciałabym słać tylko powłóczyste spojrzenia,
zdjęcia bujnego biustu i jakieś bardzo babskie
gadżety.

Resztę zakodować w dialogowych dymkach
komiksów, w tle zdobionych byliną parków, w lirycznej
rymowance. Wszystko robię, żeby nie być
zdrowa jak ryba. Kartki z pamiętnika rozmyły się pod prysznicem.
Nie doceniłam wagi wilgoci, smaku łez, nie zauważyłam
kształtu ust w powtarzanym każdego dnia,
bezgłośnym pożegnaniu

11.06.2012 z tomu Liczby nieparzyste 


piątek, 21 listopada 2014

Obłęd z wodą





Powinnam wymienić kieliszki, szklanki, ale słucham Troelsa Abrahamsena.
Obserwuję topniejący śnieg i wymigujące się oknom chmury.
Kiedyś napiszesz o twardości drewna, opowiesz, jak oswoić latającą rybę,
zanim zetną ostatnią warstwę torfu.

Kolejna seria poświęceń. Ogród w deszczu, mój wstręt do robaków.
Z tego powodu opóźniam wyjście. Pragnę bezdeszczowej zimy, proszę
improwizuj. Chociaż lubię regaty, odgłos pluskania. Zroszoną ziemię.
Unosimy się, mijamy dziesiątki domów, jakiś chłopak maluje miasteczko.

Przypomina obrazek z wizytówki. Nowi mieszkańcy nie wiedzą, że ocean
po tamtej stronie nadal trawi skały. Kiedy się wyrwie spod kontroli, przestaniemy
mówić o miłości. Jego wnętrze wszystko przewróci, pokryje,
po brzegi napełni wiadra i umywalkę z dwoma kranami.