Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzybulska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzybulska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 stycznia 2015

Tam gdzie nie rosną drzewa


Nie widziałam ptaków szykujących się do lotu, kwitnącego
czarnego bzu. Nie czułam w powietrzu ruchu. Zmieniających
się w łąkę zasłon. Dałam się nabrać, że we wtorek znikną
robaki, nurzyki, pajęczyny.

Tak. W poniedziałek mówili po irlandzku i rozsypywali litery
układali z nich rebusy. Skoczne dziewczęta, leniwe koty,
jak znaki na niebie zdążyły zniknąć. Ty się nie ukryjesz.
Katalog nowych rzeczy, rozrośnięte ogrody i rutyna
sąsiadów powoduje, że twardniejesz. Słychać tylko

rozmowy. To czekanie aż pory roku nas zaskoczą,
zasypią. Niewolnicy nastrojów, energii słońca, odcięci
od stałego lądu. Nasiąkają zapachem oceanu, przędzy
i ciemnego piwa. Z przewiązanymi oczami kierujesz się wprost
na skałę. Przelatują przez twoją głowę setki myśli, mgła
przykrywa usta.

lipiec 2014

niedziela, 28 grudnia 2014

Zatracenie



Wtulałam się w zimno. Czerwony nos, uszy, ręce, ale nikt nie wrzeszczał,
nie klaskał, nawet ptaki o tej samej godzinie przepychały się w powietrzu.
Zostawiam tak samo wysiedzianą trawę jak wydeptaną ziemię, wzór,
do którego przymierza się mysz, kot, nos psa, zanim spadnie deszcz.
Zwierzęta brudnymi łapami rozniosą grudki ziemi, pociągną za sobą
rozszarpaną sierść, chustki w kratę, cokolwiek było w kieszeniach.

Niepokój, gdy brakuje końca snu, okruchów głodu, oczyszczenia, wewnętrznego
głosu, więc szturchasz mnie w ramię i mówisz, no chodź. Idę. Z nazwami
miejscowości, imionami, przechwyconym nazwiskiem. Zatracam się w patrzeniu,
w labiryncie sytuacji. Ile z nich będzie się cieszyć, a ile odejdzie, odjedzie,
wydali z siebie nieprzychylność. Musztardowe zasłony przyjmują kolor z zewnątrz,
nadal złości cię ruch w oknie. Jesteś pożywieniem dla kłamstw, wymówek. Dłonie
odbierają filiżankę, pieniądze, niedoczytane książki, notesy z numerami telefonów.

Odwracasz się. Jesteś pomiędzy dnem, a dnem, wypisaną kartką z gratulacjami.
Wyobrażasz sobie orkiestrę, smak morskiej fali, spóźnione pociągi, pośpieszne palce,
naiwność, którą zgubiłeś w gęstych włosach ukochanej. Napięcie rośnie, iść, wejść,
przejść. Skłamałeś. Ile rozbitych łokci, kolan. Podwijasz nogawki i siadasz obok.
Trawa pachnie, płaskie kamienie łączą się ze skorupami, tłumią śpiew ptaków. Obojętność
zbiera żniwo jak luty, Shannon podtapia domy.
Najgorszy jest strach, nawet kiedy już go nie ma.

25.02.2014

niedziela, 14 grudnia 2014

Obrysowany palcem horyzont



Fascynują mnie pręgi na skrzydłach, zbliżają do tajemnicy.
W locie spojrzenie kota jest piękniejsze, niż kiedy próbuje
opanować technikę znikania. Chciałabym wejść
w ledwo wyuczone słowa. Wczuć się w nie, wydłubać oczy
drozdom.

Na długo przed nami mężczyźni nabijali czym popadnie fajkę
i wpadali w ekstazę. Kiedyś nie było tabletek nasennych,
pornoli, kuchni wegetariańskiej, popularnego sushi. W powietrzu
pachniało calvadosem, liśćmi chrzanu, świeżym chlebem.
Myślałam, że bez krzyku odchodzi się prędzej,

bezboleśnie. Szukam początku, czegoś bardziej trwałego
od stromej ściany, na którą wspina się chłopiec podobny do mojego syna.
Słyszysz? Mimo zamkniętych okien ocean przywołuje,
wyrywa z objęć, jak tęsknota oblepia piachem stopy.
Gdziekolwiek idziesz, wrócisz na klif. O pękającą falę zedrzesz skórę.


29.06.2014



czwartek, 27 listopada 2014

O lataniu




Chciałabym napisać o pszczołach, ale pewnie już ich nie ma.
Nie poznasz smaku czeremchowych płatków, pyłków, zakłopotania,
z jakim próbowałam wyrwać się z objęć dopiero poznanego,
przeskoczyć przez płot. Zapomnieć o napięciu, zrozumieć kim jestem.

Wtedy przyszłaś. Drapałaś po stopach, pozostałością po piórach,
łagodnie dziobem. Ciągle myliliśmy twoje imię, ktoś śpiewał,
że mamy uważać, schylać głowę. Kiedy się wściekasz, latasz.
Na początek chciałam połączyć wszystkie litery ze słów
rozpoczynających się na P.

Każdego dnia gubiłam pierścionek, a ty kładłaś go na stoliku.
Liście miłorzębu, radosne opowieści ze skrytek. Niepewność,
czy zostaniesz do wiosny. Później zniknęłaś.

Przeglądam porzucone gniazda i zaglądam do latarni morskich.
Zapomnienie to zatrute źródło wiedzy, śmiałam się, że wymazane słowniki
nie istnieją.



czwartek, 20 listopada 2014

uczucie wysuszenia




Spisuję notatki, łacińskie nazwy, muzyczne formy. Pokonuję spojrzenie Paddy'ego. Gdybym nie dotykała jego zegarka, szybciej oddalilibyśmy się od siebie. Niekorzystne zmiany klimatu, walka z wiatrakami, wodą pitną, rykiem krów. Szukamy równowagi. Wywołuję obrazy, ładują się jak baterie słoneczne. Kiedy pijesz kawę z mlekiem, idę z naszkicowaną kozą i zastanawiam się, jak ją ożywić. Oswoić. Wyobraź sobie ogniwa, biomasę, z której można kształtować stworzenia. Smak świeżo upieczonego chleba, masła, tkane chodniki, pierwszą herbatę z cytryną. Nie mam czasu na pisanie listów. Wiatr zmienia się i roznosi zapach dalej i dalej. Nie rozpoznaję nocnego światła. Przestałam czytać książki pod kołdrą. W porannej mgle czekam na dźwięk dzwonów. Coraz mniej we mnie radości z dziecięcych bajek. Jakby koniec.


środa, 19 listopada 2014

Zapisani



Zaczyna się wcześniej, zanim pomyślisz,
że już początek. Fascynacja, spanie to tu, to tam.
Miejsca wybrzuszone słoną wodą, niewyjaśnione sytuacje,
strumień pisany przez emigranta. Rozpoznanie inauguracji
nowego.

Pozmieniam cię. Do czystości skóry, jaźni,
z której wypływa nawiedzenie i lęk. Widma istnieją,
kokietują się przeszłością, chociaż nie tańczą, kiedy nucisz
liryczną piosenkę. O nieobecności w naszym życiu było
już za wiele.

Dzikie plaże, postrzępione fragmenty paragonów, bazgroły
z empirycznych formułek. Projekcja tego, co wyrośnie
w ustach i wleje się do żołądka. Zdumiewa mnie ruch.
Rozgrywane sceny spacerów po Achill. Porzucona wioska,
płacz głodnych dzieci.

Unikam ozdobników. Zawsze mocno dokręcam krany,
jest we mnie fobia? Po kilku łykach whiskey powinnam odejść,
nie czekać czy mnie rozumiesz. To musi być niezmiernie krępujące,
kiedy odkrywasz znaczenie słów, a mnie na dobrą sprawę nie ma.
Żartujesz, że kiedyś znałeś kobietę, ale nie wyjawiasz jej imienia,
tylko trzymasz mnie za rękę w środku widmowego tańca. Znikamy.


wtorek, 28 października 2014

Dualistyczne przepychanki



Przez "dzisiaj" próbuję ze wszystkich sił odejść od tradycji. Główny nurt infantylnie rozchodzi się w lewo i w prawo, brakuje metafizyki, uśmiechów. Za dużo zdrad, pouczania. Nosorożec nie wytrzymuje, zaciskam kolana na widok jego zębów. Już wiem, dlaczego nie mamy przyjaciół oprócz owiec i Paddy'ego. Słuchamy się w oryginale. Paddy, próbuje czytać, ale przerzuciliśmy się i w innym języku wyliczamy, co nas drażni. Dzisiaj krów nie doi się tradycyjnie, w szkołach średnich nie przelewa krwi. Żadnych nieszczęść, chyba że wzajemne oskarżenia o niezrozumienie, nietolerancję. Nie pamiętam, kto pierwszy mnie docenił. Nosorożec odrzuca proste pojęcia i drapie po plecach z angielską kulturą. Później pijemy herbatę z odrobiną mleka, zapychamy herbatnikami usta, w jego podniecone palce wtykam mopa. Wypłukuję z butelek kamień. Podłogi lśnią, szkła, żyrandol. Wiemy, kim jesteśmy, nawet, jeżeli szmuglujemy papierosy, lekceważmy czas na kolację. Nie ma pociągu na północ. Najważniejsze, że jest nad Ocean. Z obu stron przyszedł mróz. Irlandczycy polewają auta zimną wodą, polewamy i my. Paddy śmieje się i krzyczy, że poranek jest cierpki a jaja są twarde. Doganiam gościa, przeganiam, w sklepie leżą kotlety jagnięce. Pięć razy w tygodniu wzruszam się i ścieram okruchy herbatników ze stołu. Jak rzekł Paddy, tak się stało. Świeci słońce. Nie wiem, co mam dzisiaj do zrobienia. Czy coś muszę, czy nie. W zasadzie wszystko robię na bieżąco, więc może na początek śniadanie. Avocado z prażonymi pestkami, pieczoną papryką i cukinią. Wszystko dzieje się tak jak powinno. Krowy przelazły na drugą stronę pastwiska, pies sąsiadów drze się i drze. Dzieci podskakują do rodziców, rodzice ani rusz, w żadną stronę. Samochody tu i tam, paliwo znowu zdrożeje, podniosą akcyzę na wino, i wprowadzają obowiązkowe czesne za naukę, ale nie mam złudzeń, wszyscy są ze sobą szczęśliwi. 

No to idę.

czwartek, 23 października 2014

epizod pierwszy




Wystarczy pomyśleć, ile się zmienia,
jeżeli zejdzie się z chodnika
i zrobi trzy kroki po jezdni...
                                                 Julio Cortázar


latem nie daje oparcia
stopy grzęzną zanim łyk wody poczuje tętno
w urwanym oddechu

na przemian aleja park mostek drzewo
mieszasz rytm
w miejscu a ja w popłochu

czuję że powinnam być narratorem bestsellera
notuję niepewność a może ryzyko -
makabryczny żart jakbym zapomniała że już dawno
wybrałam drogę

7 marca 2012

piątek, 5 września 2014

w tym dniu






w tym dniu

mam daleko do siebie
obchodzę dachówki - porosły mchem
północna strona wydłuża palce
z wyjątkiem stóp - te wciąż krwawią

potem przyjdą z południa z roślinnością
o której pisałam w listach
dzieci dorosły po nich kolejna warstwa na schodach
drewno wytarte od zjeżdżania

między pokojami nie mam już tylu trosk
na skroniach wyżłobione kreski
rozświetlają w telegraficznym skrócie
tatuaż - poczułam szybkość z jaką się rozwinął i podniósł

czy żałuję?
połykam rozrzedzone powietrze
byle wrócić
















sobota, 30 sierpnia 2014

Nie wszystko musi być zrozumiałe






Zachowam spokój. Ulgę, przez którą uciekam w tajemnice.
Chodzi o empatię, o niewykluczanie się z opisywanych
stanów. Melodie usłyszane w teatrze płyną same.
Jak dyskusja, nie chcę w niej uczestniczyć, nie chcę być ostrożna,
spotykać się każdej nocy z głosami w głowie.

Nie jestem aż tak wolna, by zakończyć opis siebie
na szlachetnych pobudkach,
schować pod malowane na modny kolor paznokcie.
Nikt się po mnie nie przejedzie, nie wpisze w niestrawność.
Kwiaty rosną szybciej. Poczekam. Zemdleję, upadnę.
Wyjmą ze mnie to samo, co ostatnio, podzielą się opinią.

Tożsamość złożona z pamiątek, krążków, książek,
będzie okazja do niej wrócić. Zbliżę się do źródła.
Czy wiesz jakie niebezpieczeństwa na nas czekają? Tłum,
nie potrafi biegać, nie wzbudza szacunku, dziczeje
w panice. Mówiłaś coś o domu, gdzie mogłybyśmy zamieszkać.

Przeczuwam nostalgię, jakieś zło, wybór, smak trufli, szał
zębatej rybki. Śpiewam o tym, co mnie obchodzi, więc się zapieram
kilka razy. Zawsze pojawia się ktoś nowy, kiedy ktoś inny znika.



czwartek, 26 czerwca 2014

Wiatr zmienia kierunek





Czekałam na odpowiedź. Szmer
wybudza, rozrasta się, aż do spotkania z kroplą.
Jest jak rozrywanie szwów zaraz po zszyciu.
Wilgoć, pomruk skurczów,
gdyby można było wypełnić się piskiem
zanim nastąpi dzień, nim smutek owinie szyję.

Półprawdy, głaskane nagłówki gazet,
topniejące lodowce, wybuchy na słońcu, przenicowane mgły.
Ptaki ukrywające się w cieniu drzew, ich słabość, napaść
na nasze owoce. Białe prześcieradła, piasek wysypany z książek.
Rozmyślam nad odwagą, ale wciągają mnie trawy, ich kruchość.
Wstrzymuję oddech. Oszukuję się, gubię i wracam,
tam i tu.
Tu i tam.


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Zbudować w sobie więzienie



Ktoś napisał, że jestem silną osobą. Uśmiechnęłam się do siebie, bo to wcale nie jest tak. Pisanie pozwala mi nie oszaleć. Wypisuję swoje stany, permanentny smutek, niechęć, uczucie braku celu. Ten głos, który mam w sobie goni myśli, nie daje odpoczynku. Dostrzegam te wszystkie wady świata. Nie udaję, że ich nie widzę. One mnie dotykają, niekiedy boleśnie. Pracuję nad sobą, nad oddechem, postawą. I są dni, w których nie mam siły, nie wychodzę z łóżka, nie otwieram drzwi. Nie jestem kimś, kto z mety rozpoczyna kolejny start i rytmicznie, dobrowolnie poddaje się otoczeniu. Gdyby nie pokrewieństwo duszy z Paddy'm, już dawno upadłabym na głowę. Kładę się na ziemi i szukam w sobie spokoju, szukam siebie. Znudziłaś się mną? Znudziłeś? Po co to wszystko wiedzieć, po co pachnieć, myśleć, co jest prawdą, a co kłamstwem. Czy jestem tu naprawdę, czy na niby. Jestem w pętli, myślę w pętli. Szare niebo, szare ubrania, ptaki, szary nosorożec. Truchtamy wokół drzwi, toalety, kawiarki. Mówisz, że to cię nie interesuje, że ta cała chemia organiczna to psu na budę. Jestem blisko łóżka, jeszcze muszę wspiąć się na pięć schodów, jeszcze przebić się przez dziurkę od klucza. Słyszysz? Zanika mój oddech. Ludzie potrafią się śmiać, potrafią rysować na ścianach, po przystankach. Potem znikają, rysunki nie. Próbuję sobie przypomnieć jak masz na imię. Nic nie przychodzi do głowy, znowu biegam naokoło siebie, przyśpieszam, zwalniam. Godzinę później wyśniłam ten sam sen. Piszę wiersz. Włóczę się w nim, przyglądam dymiącym kominom, rozróżniam słowa, pracę silnika, twarze przyklejone do szyb. Zostaję tu. W moich gruzach. Nie mam czasu pięknie wyglądać. Może w końcu ktoś mnie zrozumie.


sobota, 10 maja 2014

narzucanie skojarzeń koniecznie bezgrzesznych



wywlekam jego zapach
wspomnienie pierwszej miłości
dzisiaj strzeliłabym sobie w łeb

jest wszędzie
porozrzucane medale
okrężna droga do nieba
i zrośnięte brwi

bo skąd możesz wiedzieć
że co wieczór dla świętego spokoju
w zakamarkach szuflad uprawiam zaduszki

brakuje różnych stanów
tylko kolor ten sam
więc nie interesuje mnie gdzie się zasiedziałeś
gniazdo drozda puste

odwrócona plecami
spoglądam krzyżując
pożądanie z kuchennym stołem

uporczywie wspominam wzwód
z każdym dzwonkiem
podnoszę rękę

15.11.2010

piątek, 14 lutego 2014

Zrozumienie



Płatki śniegu obniżają niebo, wcześniej
patrzyliśmy na pulsującą fontannę. Twoje odciski palców
łuszczą się jak po oparzeniu, muszę zacząć od początku.
Od muru berlińskiego, żelaznej kurtyny, armii czerwonej,
tysiąca prawdziwych sytuacji, braku leków, rozkładu jazdy,
więc chciałabym pogrzebać myślenie, że tamten dom lepszy.

Proszę cię przestań, nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Prawda jest naga,
jak przyrzeczenie, że zawsze razem, że wyprostujesz wszystkie haki,
gwoździe, a klatka schodowa nie będzie cuchnąć zepsutymi sąsiadami.
Nie ma już barierki, wpychających się wprost pod nogi kawalerów,
tylko klamra na liczniku wody albo trzaskające drzwi do piwnicy.
Czyjeś histeryczne okrzyki. Jak oni dali nam w kość, wspomnienia,
karaluchy. I żeby wstać z łóżka, nauczyłam się okłamywać ciemność.

Czego nie pamiętam dopisuję, maluję, widzisz tostowy chleb, jajko
na twardo, ale nie jesteśmy ludożercami, patrzę zwierzętom prosto
w oczy. Pieszczę się z nimi po niemiecku, tyle absurdalnych więzi.
Później niczego nie pamiętam, co oznacza, że za długo spałam.
W moim wieku wchodzę do łóżka goła i wystukuję palcami nagłówki gazet.
Rozerwani w metrze, przybici do baru, żadnych optymistycznych gestów,
robię się lekka z każdym tytułem, zamawiam kawę z mlekiem, kakao,

gdzieś w nieznanym miejscu mogę wszystkim opowiedzieć czym paliłam w piecu.
Nie ma już drzew, oskubane kury przebiegają ulice. Możliwe, że później
będziemy się bać o siebie, matki bywają złośliwe, zwłaszcza gdy gołębie
wydziobują kwiaty z doniczek. Strumień jest tak silny, że przeobrażamy się,
i czarujemy coś bez was. Mam nadzieję, że jestem. Przeraża mnie ta myśl.