Nie wiem, czy cień ma w sobie dość odwagi,
żeby zostawić mnie samą na środku pola,
gdzie trawa przypomina język, który utracił słowa.
Może cień woli pić mleko z odłamków gwiazd,
niż dalej udawać, że jest moim przewodnikiem.
Może chce się roztopić w blasku jak cukier w gorącej herbacie,
ale cukier też zostawia ślad –
nie da się wymazać słodyczy, gdy raz dotknęła ust.
Też się boję:
że ziemia rozchyli usta i połknie moją wnuczkę,
że las nauczy ją, jak pachnie rozkład i jak długo
trzeba czekać, by zobaczyć zielony pęd,
który jednak wyrasta, jakby nigdy nie widział śmierci.
Pod obłokami białymi jak nieodpisane listy
idę dalej, rozmawiam sama ze sobą,
udaję, że cień tylko na chwilę się zawahał.
A on już się wycofał w głąb,
tam, gdzie noc i dzień ścierają się jak psy o kość.
Gdybym mogła, zostawiłabym mu prezent:
zakładkę w kształcie księżyca,
kubek pełen niedokończonych zdań,
skórkę jabłka, która jeszcze pachnie dzieckiem.
Ale cień nie potrzebuje niczego,
on zna wszystkie odpowiedzi,
a ja dopiero uczę się pytać.















































