piątek, 20 listopada 2020

epizod ósmy




Wybieramy z ziemi warzywa, kamienie, badyle, zarżnięte drzewa. Zakopujemy plastik, aluminium, skorodowane samochody, zapomniane przedmioty. Trawa zaczęła pachnieć rdzą, kwiaty tracą kolor. Niepewność czy alkoholik rozgrzebuje popiół by pachnieć pamięcią, czy tylko bawi się pogrzebaczem. Później już tylko płytki sen i szum gotującej się wody. Po kilku dniach przypominasz sobie cały nieład, jaki zostawiłaś w chmurze; młyn; mętlik; bezhołowie; odmęt; kotłowanina; nieporządek; chlew; rozgardiasz; bałagan; pobojowisko; syf; zawirowanie; groch z kapustą; pieprznik; rozprzężenie; rozprężenie; galimatias; dezorganizacja; młyn; męt; bajzel; pomieszanie z poplątaniem; kołchoz; chaos, zamieszanie; miszmasz; bezład; zamęt. Wygrywa anarchia. Na przekór matczynym słowom, logice, czujności, która chroni przed upadkiem.


środa, 18 listopada 2020

Naga prawda





Dziękuję moim bliskim, znajomym i nieznajomym za pomoc poetce w potrzebie. Wiem, że minister kultury rozdał 400 mln. Nie wiem, czy potrafię zrozumieć pomoc tym, którzy mają dochody na poziomie kilku milionów, a pozostawianie samych sobie pojedynczych ludzi, którzy utracili niewielkie dochody i nie potrafią prosić albo nie wiedzą, jak się w tej sytuacji odnaleźć, uważam za bezduszne. Pytaliście mnie, czy znam osobę, której pomagam, nie znam, ale uznałam, że to bez znaczenia, nie można się odwracać od człowieka, kiedy wszyscy inni z powodu Covidu potrafią jedynie utyskiwać i nie zauważają drugiego człowieka. Najbardziej drażnią mnie niektóre kobiety (na szczęście, to pojedyncze przypadki), dużo mówią o feminizmie, humanizmie, pomocy, promocji poezji kobiecej, a kiedy jedna z nas spada w przepaść, nikt nie próbują jej dostrzec i wychodzi na to, że te fantastyczne slogany, które od lat głoszą, to puste, nic nieznaczące frazesy. Antologie, książki, udawanie zainteresowania, promowanie siebie, narcyzm, egocentryzm. Kiedy trzeba opublikować wiersz poetki, piszą do niej, przyślij, ale za darmo, bo my wszystko non-profit, ale w momencie kryzysowym od poetki odwracają się tyłem, zajmując jedynie sobą. Wiem, że wyjście ze strefy komfortu jest trudne dla tych wszystkich pań, ale napiszę wprost, jesteście zakłamane. Rozumiem, że nie macie pieniędzy, ale udostępnienie informacji nic was by nie kosztowało, a jednak udałyście, że nie ma sprawy, ale wiersz przyślij do promocji waszej strony… Poetka w kryzysie, to nie wasz problem. Odwracanie wzroku wychodzi wam idealnie, a wystarczyło zrezygnować z jednej kawy, butelki wina, kostki masła i te pieniądze przeznaczyć na osobę, którą tym gestem ratujemy przed bolesnym upadkiem. 

A o moich kolegach poetach, to nawet nie wspominam, z resztą od dawna wiem, na kogoś z Was mogę liczyć. Tym razem było podobnie.



piątek, 6 listopada 2020

Globula Boka - o wierszach Bianki Rolando




Kiedy stałam nocą w Odessie na plaży Morza Czarnego i wpatrywałam się w niebo, zastanawiałam, ile istnień pochłonęła czarna głębia. Czasami źle się z tym czuję, kiedy nie potrafię się oderwać, a może wyrwać z siebie wątków wyczytanych z książek, ludzi, ich historii, przeżyć. Jest taki wiersz Bianki Rolando „Argo"[1] o podróżującej w przestrzeni łodzi. Jest w zasadzie otwarciem gwiazdozbioru, przestworza, jego wspaniałości i nieskończoności. To czytanie przypomina mi jeszcze inny moment nad Morzem Korynckim — rozpoznawanie gwiazd, wyobrażanie, jak się tworzyły, rodziły, układały. Zamysł poetki jest kierunkiem w czytaniu, ale wydaje mi się, że to też przyzwolenie, by w interpretacji skorzystać z własnego doświadczenia i pojemności umysłu, jaka tworzy się w człowieku dzięki obejrzanym obrazom, przeczytanym historiom, dotknięciom. To dodaje mi odwagi, by poszukiwać własnych odnośników. Podszeptuje, jak odkrywać tajemnicę, gwiazdozbiór po gwiazdozbiorze. W obrazach, rzeźbach, całym osobistym wachlarzu spotkań w muzyce i wszechświecie. Mam tych przeżyć ogrom, tak samo jak podróży w niezaliczone zakątki świata, wędrówek po muzeach, galeriach. Wpatrywanie się w obrazy, mozaiki na podłogach, malowidła na ścianach i wszędzie, dosłownie wszędzie, spoglądanie w gwiazdy. Odnajdywanie i nazywanie. Za każdym razem na nowo napływają do mnie znaczenia, fragmenty książek, publikacji. Bogactwo literackie nie tylko unaocznia, jak wciąż zbyt mało wiem, co inspiruje ludzi, czy wyłania się z antyku, a co pochodzi od zapachu, smaku czy w wchodzi w czystą fizykę. Ale akcentuję, że sztuka zawsze była dla mnie otwarciem, przejściem do kolejnego odczuwania. Stawanie przed obrazem i rozkładanie go na czynniki, wchodzenie w cudzą skórę, czytanie z niego, interpretowanie wejść i wyjść. To jest rodzaj przywileju. Podziwiam Bianki umiejętność pisania o barwach, pęknięciach, cieniach — jak się układają, co wskazują, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą, kogo przypominają, ile lat mogli mieć pasażerowie i czy cisza, która ich otula, jest tą samą ciszą, którą właśnie odczuwam. Każdy poetycki zapis, obraz składa się z warstw, szlaczków i możliwości interpretacji. O scenariuszach wiem niewiele, chociaż powinnam więcej. Studiowałam przez ostatni rok najróżniejsze sposoby pisania scenariuszy filmowych i animowanych. Śmieję się, że jednak wolę realizować cudzy plan niż własny. Może dlatego łatwiej mi jest wejść w to zacięcie autorów. W tajemnicę Poliszynela. W linie i kropki, które są zaczątkiem sceny, która odbywa się w przestrzeni lub tylko w płynie mózgowym. 

Podróżuję i niesie mnie w głąb, na fali antycznych przypowiastek, pieśni, scen, na fali wiatru, jakiejś chwili. Mrocznej i miłosnej. Innym razem lekkiej, a zarazem nie przenikliwej, bo kiedy my śpimy, ona zestawia rano z południem, krew ze słowem pomywaczki. Czym jest władza, śpiew, przyroda? Czym bogactwo, a czym sława? Coś nas dzieli, rozdziera, kończy nagle i stajemy przed sobą — jak kiedyś — nadzy. Książkę poetycką Bianki Rolando owiewa tajemnica. „Stelle” to piękna poetycka opowieść — podróż. Artystyczny język, słodki i gorzki, pełen postaci, próśb i malowniczych zdarzeń, którym jako czytelniczka mogę się przyglądać i podziwiać. Brać dla siebie i do siebie, wszystko zależy od tego, czy patrzymy w tym samym kierunku. Znalazłam się w tej opowieści z własnej woli, mam nadzieję nauczyć się od autorki patrzeć i czuć, wnikać w człowieczeństwo na podobnym poziomie i odnajdywać odpowiednie formy. Wiele razy zastanawiałam się, czy nie myślimy zbyt ciasno o sztuce, dopasowując się do potrzeb środowiska albo do tego, co nam wystarcza. Oczywiście znajomość arkanów fizyki, astronomii, historii sztuki pozwala pewne sprawy usystematyzować. Wtedy opieramy nasze poglądy na wiedzy. Jasno formujemy odnośniki i bez ograniczeń rozmawiamy o organicznej cząstce poezji. Ogromnie lubię w poezji mrok, szczególnie o zaokrąglonych kształtach, tak sobie go wyobrażam i tego domaga się mój umysł, który już dawno przestał się we wszystkim doszukiwać logiki. Czymże jest w końcu logika, skoro kieruje mnie w stronę rozumności? Dlatego na potrzeby czytania poezji i interpretowania sztuki porzucam wszelkie logiczne sposoby poruszania się w przestrzeni kreatywnej. W asymetrii i analogii. Przechodzenie przez życie jest dla mnie jak pojawianie się gwiazdozbiorów. Czas ich widoczności, odczuwania, tworzenia. Ryby są mi szczególnie bliskie. Towarzyszą przez większość życia, mogłabym się wpatrywać w ten moment w nieskończoność, ale wiem, że umrę i wtedy ten moment będzie moją tajemnicą. 

„(…) – Ja jestem bezpański pies, a ty jesteś jaszczurką wnikającą do ust, 

niosącą sycący blask, a ty jesteś pokaleczonym ptakiem błogosławieństwa (…)”[2]

Rany, Bianko, płaczę, kiedy docieram do sedna twoich słów, do słów pieśni, pękających skał. Zapuszczasz we mnie nasiona, które toczą się w słowach wiersza, tonę w ich fali, drżę w uniesieniu. Może to zbyt patetyczne, ale czyż życie nie zawęża się zbyt często do spraw błahych i ponurych? Z całym twoim pokiereszowanym niebem, nienazwanymi melodiami, które pamiętam z dzieciństwa. Właśnie teraz wracają do mnie i przylgnęły na nowo, wsunęły się w tę przestrzeń pomiędzy podniebieniem a krtanią. Dławię się i szlocham. I nastaje świt. Z nim słowa. Rozpalone do czerwoności, wyrwane z głębi. Ryzykuję, pisząc ten tekst, bo czymże jest opisywanie własnych przeżyć, wizji, lubości, osobistych/intymnych odczuć, wyobrażeń? Przecież na niewiele to się zda autorce, a jeszcze mniej jej czytelnikom. Pomiędzy „Argo” (stanowczo wolę, bo przypomina mi Argonautów), a „Koroną Południową” znajduje się przestrzeń i tajemnica dla każdego. Ta tajemnica drąży we mnie specjalne miejsce. To jest ten moment, kiedy dokładnie, słowo w słowo, odnajduję rozkoszny i słodki smak upojenia. Kiedy mogę „Wagę”, mój zodiakalny gwiazdozbiór, rozsypać i dopasować. 


„(…) jeżeli to są podzielone rzeki to nie jest niebo tylko podzielone rzeki a ty wyspa jesteś a ja i ja i ja to twoje części absydy uświęcone wiatrem sumiennym przenoszone jego stopą studenną studzienną echem łączenie będziemy wychwalać gwałtowność głębokimi nieboskłonami pange lingua gloriosi przenosić się stopą studenną czerwona lamówka niesie się doskonale kolorem i dźwiękiem na polanie czołgałaś się jak dzika w każdą stronę w której mogłabyś być przyjęta jestem przyjęty nie przeklęty studenny jak stopa która mnie niesie stopa niesie mnie znacznie dalej ciebie ze mną nic nie waży my nie-ciężar jesteśmy dla 

tej stopy gwałtownej gdyż

mapy nie składa się od zewnątrz

do zewnątrz (…)”[3]

Wreszcie ktoś mówi do mnie moim językiem, do wewnątrz, zauważa we mnie (tak sobie wyobrażam) szereg anomalii, drobnych gwałtowności, mglistych gór, przepastnych odczuć. Zawieszam na mój osobisty drut wskaźnik, którym posłużę się w pozostałym życiu, w pozostałym zewnętrznym niczym. Szereg pętli i połączeń, procesów poznawczych i niesamowite odczuwanie. W tym wszystkim jako człowiek czuję się usatysfakcjonowana. Wreszcie artystka mówi do mnie, do moich skojarzeń, dojrzewających myśli, impulsów, pewnej rzeczywistości, na której opieram swoje jestestwo. I nie chodzi mi o wyodrębnianie możliwości, jakie kreują się w wyobraźni pod wpływem obrazowania poetyckiego, a jedynie o ten rodzaj komunikacji, który stwarza siłę. Siłę, by umieć podnieść własną wyobraźnię, zamknąć oczy, stojąc w bliskości równika i wsadzić swój palec w kosmos. Na potrzeby poetyckiej ballady, która już zawsze będzie żywa i możliwe, że będę ją próbowała pojąć przez resztę życia. Stykając się z innymi ludźmi, słuchając ich i wyobrażając sobie Gołąb/ka, Byka, Skorpiona i może ta konfrontacja, codzienna i optymistyczna, jest nowoczesnym wieszczeniem. Zapisem, odbiciem w skale kości skroniowej. 

„(…) Zdobywca – szeregują mnie. Najmłodsze „ja” stoi niepewne imienia. Najstarsze „ja” wie, że nic się nie zmienia, nadzieja w tym, które spłonęło na stosie uwitym przez rzekę. Chciałam wpłynąć w łagodne ramiona morza, złapać choć na chwilę właściwy kierunek. Złapać niewłaściwy kierunek i znacznie dalej podróżować (…)”[4]

Samotność, tajemnica, głębia, nieskończoność. Najzwyklejsze akceptowanie i godzenie się z życiem. Bez lęku, który jest jak druga skóra, która porosła mnie jak porost naskalny. Człowiek. Ziarenko. Rozłączenie. Znikanie. Cykliczność. Przenoszenie. Rozproszenie. To oczywiście nie jest tak, że wszyscy poczujemy to samo, czytając poetycką opowieść o nierozłączności czasu i przestrzeni, że zrozumiemy naszą nic nieznaczącą obecność w tej przestrzeni. 

„(…) Niech mnie oczyści twój płacz, Abiku

Znasz dobrze tę ciemną porę, Batuku

dłoń w dłoń i pod powieką znajdziesz

gońca (mknie w naszym tętnie bez końca) 

inne napoje, inne są nasze pokarmy

trzymamy się w ustach i rozłączyć trudno (…)”[5]

Jakże jest mi bliska konsekwencja obrazowania. Czy ja w ogóle jestem? Czy ta książka tylko mi się przyśniła? W jakim stopniu jestem w stanie ją pojąć, przeżyć, przeniknąć? To poetyckie marzenie. Książka, która ogromnie mi się podoba. I nie dlatego, że przylgnęła do mnie i jest obecna, ale dlatego, że wciąż zaskakuje, szepce i nuci pieśni, będące już kiedyś w moim życiu, wydobywające się wielokrotnie z przepony na wielu scenach świata. Zaszczepiłaś we mnie, Bianco, moc życiodajnego życiorysu gwiazd. Myślę, że to rodzaj narodzin, przemiany, jakiejś nieskończonej chwili, którą dzięki tobie odzyskałam. Mimo lęku i wewnętrznego niepokoju.





[1] Rolando, Bianka. Stelle. Biuro Literackie, Stronie Śląskie. Galeria Foksal, Warszawa 2019, str. 7. 

[2] Tamże, str. 31. 

[3] Tamże, str. 123. 

[4] Tamże, str. 129. 

[5] Tamże, str. 158


10 czerwca 2020


tekst ukazał się w 33. eleWatorze

niedziela, 1 listopada 2020

Epizod siódmy




Ktoś mnie zapytał, czy jestem czysta literacko. No jasne. Tylko, że dla każdego ma to inne znaczenie. Będę sobie egoistką, jak na filmach, w teatrze, emocjonalnej bańce. Człowiek czasami może nie skapować, co jest istotą w interakcji międzyosobowej. Jedno jest pewne, etyka, zwykła przyzwoitość i humanizm, jest tym, co mnie intryguje i nie brudzi. To tyle w kwestii czystości. Powinnam napisać o uprzejmości; dobroć; dobre maniery; ułożenie; dżentelmeneria; wykwintność; kindersztuba; wyrobienie towarzyskie; dworność; obejście; takt; łaska; wytworność; życzliwość; kurtuazja; kultura; układność; dobre wychowanie; obycie; grzeczność; ogłada; kultura osobista; dobry ton; towarzyski szlif; rycerskość. Ładne to. Jakby wszyscy tak, z całym jestestwem i dobrocią byli dla siebie uprzejmi, to tego podziału na czystych i brudnych by nie było. „Byłem głodny i brudny”, tak ludzie tłumaczą wiele zachowań.


środa, 28 października 2020

Epizod szósty




Słowa. Wchodziłam w nie. Porywałam te trudne i przymierzałam do dłoni, szerokości stóp, upychałam na głębokość miednicy, dwóch łyżeczek do herbaty. Szarpało jak nigdy, kiedy zapisywałam semantyczne ciągi skarg i zażaleń. Chociaż ubrudzone, w listach do przyjaciółki sprawiały wrażenie barwnych ptaków, magentowych kwiatów ścinanych o świcie z klombu przed domem. Dręczą mnie ich nazwy. Sucha ziemia, twardy ląd, od którego zależne jest życie, jakieś bezpowrotne ruchy. Czekanie na słońce, liczby nieparzyste, nieobecność, trudności na literę p.

piątek, 9 października 2020

Epizod piąty



I dalej. Szukasz czegoś, co cię zaintryguje. Jakiejś odmiany, miękkiej trawy, puszystych kapci, drobiazgów z dna oceanu. Podrywasz się któregoś dnia i wykrzykujesz zdania o oddychaniu, dbaniu o jelita. Rozprostowujesz palce. To jest ten moment, w którym mówimy: tak, tak. Zabawnie mrużymy oczy, zamiast milczeć, działamy na własną rękę. Później długo wpatrujemy się w horyzont, by nie uronić ostatnich fragmentów/promieni. Szukałam wrażliwości, poetyckiego zaskoczenia, garści sensownych puent. Oczywiście nie obyło się bez przekleństw; obelżywości; inwektywów; wulgaryzmów; wyzwisk; zniewag; upokorzeń; przezwisk; nieuprzejmości; niegrzeczności; impertynencji; wymysłów; inwektyw; obelg; obrzydliwości; epitetów. (W moim kierunku).

wtorek, 6 października 2020

Epizod czwarty




Rozkładam ramiona i powtarzam sobie w głowie fragmenty wierszy Eliota. Nie mówię już zbyt wiele do ludzi. Nie silę się na niepotrzebną dialektykę. Kiedyś miałam pewność siebie. Pamięć. Kształtne biodra. Poruszałam się szybciej. Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Ściągałam koszulę jednym ruchem. Mam z tą sytuajcą pewną wątpliwość; bez zdecydowania; chwiejność; duży znak zapytania; kapryśność; labilność; niedowierzanie; nieokreśloność; nieoznaczoność; niepewność; niepokój; nieregularność; podejrzliwość; powściągliwość; rezerwa; utrata zaufania; zwątpienie; brak pewności; dylemat; dyskusyjność; kontrowersyjność; polemiczność; problematyczność; dwuznaczność; niejasność;niejednoznaczność; pytajnik; tajemnica; wieloznaczność; zawiłość; obwarowanie; restrykcja; sprzeciw; uwaga; warunek; wymóg; niedowierzania; obiekcje; opory; skrupuły; uwagi; wątpliwości; zaostrzeżenia; kwestia; negacja; polemika; problem; pytanie; sprawdzenie; zagadnienie; zapytanie. Czy jest dobra odpowiedź na brak pewności i zdecydowania?

sobota, 3 października 2020

Epizod trzeci

 



Odchodzi mnóstwo ludzi. To mnie zbliża do krawędzi. Pytań, potrzeby fiksacji, że rozpływają się ci najbardziej wartościowi, którzy nigdy już nie będą przedatowani. Patrzę w dal i wyobrażam sobie niewiadomo co. Świat nas ogarnia, a raczej jego mieszkańcy. Otulają cynizmem, przebierankami, transcendentalnym fiku-miku. Stoję w deszczu i tak właśnie patrzę na przebijającą się smugę światła, która tli się nad horyzontem. Jest w tym wszystkim perspektywa; decyzja; filozofia; głos; koncepcja; spojrzenie; światopogląd; teza; twierdzenie; uwaga; uznanie; widzenie; wyobrażenie; wypowiedź; zachowanie; aspekt; credo; manifest; okoliczności; podłoże; poglądy; postać; wzgląd; zasady; obraz; przekrój; wizerunek; atrybut; cecha; część; element; ranga; rola; sens; strona; właściwość; wydźwięk; wymowa; zakres; zasięg; znaczenie; ewentualność; możliwość; możność; nadzieja; okazja; okoliczność; potencjalność; prawdopodobieństwo; realność; sposobność; sytuacja; szansa; widoki; pretekst; czynnik; ilustracja; interpretacja; odegranie; odtworzenie; odzwierciedlenie; opis; przedstawienie; relacja; retrospekcja; ukazanie; unaocznienie; paradygmat; pogląd na świat; pozycja; zespół przekonań; krajobraz; okolica; panorama; pejzaż; sceneria; widok na przyszłość; horyzont; prospekt; rozległy widok; widnokrąg; groźba; widmo; zagrożenie. Chciałabym żeby perspektywa życia miała w sobie pewną czułość, o pewności jednak napiszę następnym razem.

niedziela, 27 września 2020

Epizod drugi



Przejściowo wymuszam na sobie tylko pozytywne skojarzenia. Przeglądam miejsca nadające się na wypoczynek. Rozmawiam z ludźmi o procesie twórczym, badaniach i uporczywym głosie. Szepcze, mówi różne rzeczy i urządza w mojej głowie niezły bajzel; bałagan; bardak; bezład; brud; brudy; chaos; dezorganizacja; gnój; mętlik; miszmasz; nieład; nieporządek; perturbacja; stajnia Augiasza. Odraczam kolejne porządki. Wypatruję lepszej pogody, zbijam bąki.

wtorek, 22 września 2020

Epizod pierwszy




W 2012 roku zaczęłam pisać serię epizodów, utknęłam w nich, ale postanowiłam wrócić i kontynuować, chociaż już w nieco innej formie. Dlatego zaczynam od początku.


Mówię do Paddy’ego, że nie chciałabym mówić o swojej pracy, o sobie. I patrzę na niego gdzieś obok, jakby nagle przestały wybuchać pomiędzy nami konflikty. Niestrudzenie podajemy sobie ręce, opowiadamy o całej tej hałastrze. I dociera do mnie rosyjskie pochodzenie tego słowa; banda; dzicz; hołota; horda; motłoch; sfora; szajka; tałałajstwo; tłuszcza; wataha; zgraja. Tyle o politykach, a może, aż tyle.


sobota, 12 września 2020

Zacieranie z rzucaniem spojrzeń na Knocknarea





Pozwalam sobie na tekst. Pokrzywiony, smętny,
coś przenikający albo przymykający, zależy
pod jakim kątem patrzysz i ile długości torów
połączyłeś w jednej wyprawie.

Na ile jesteś niegroźny a na ile kumasz
okoliczności w jakich się znaleźliśmy.
Później całą egzystencję wyśpiewujemy
lub pożremy. Kiedy boli mnie głowa
od wysokich dźwięków. Alleluja
i zmiłuj się nad nami pani.
Wylewność z jaką tulimy się do siebie.

Drżenie.

Dziwne uczucie, więc tulę się do poduszek.
Trochę niezgrabnie, kapryśnie. Jestem
niezbyt wyraźna dla ciebie, niezbyt naiwna,
nie robię już fiku miku ani nie bimbam sobie
z pracujących ludzi przed południem.

Łączę poboczne sprawy, w jeden łańcuch.
Wiedziałam, że coś cię wypełniło, poruszyło.
Kiedyś opowiesz.

poniedziałek, 7 września 2020

Pracownia Thomasa





Niczego nie chcieliśmy obgadywać. To się stało
ledwie widoczną smugą na ścianie. Odwracanie wzroku,
rozstrojenie w zestrojeniu. Nie śmieję się, kiedy błahe słowa
wykruszają każde poruszenie. Właściwie niepotrzebnie
otwieram torebkę i waham się. Ciału już nie wystarcza kołysanie
z drzewami, pod nimi. Unikam gromów, jasnego nieba. Tańców.
Smukłych kobiet, topornych płaszczy. Nie wiem, dlaczego wciąż przegryzam
łodygi barwnych kwiatów.

Na marginesie.

Czego nie lubisz? Porozrzucane wydruki z pracy dyplomowej.
Błędy w drugich wersach, brakujące litery, ledwo zauważalne
piksele. Mrużysz oczy i wtedy pod jakimś pretekstem wstajesz.
Przyglądasz się zaciekom na szybie, drobnym pająkom.
Przesuwam punkty kontrolne w Ilustratorze,
wykonuję te same ruchy. Odrzucam ludzi. Jak leci.
Całe kolumny niczego. Raz po razie.



piątek, 4 września 2020

Człowiek mutualizmu


 

Zosia dostała koty od Anny Kozłowskiej-Łuc, dzisiaj pokażę Wam jednego...

Człowiek mutualizmu

Przyglądam się pastylkom na dobre śnienie, poluzowanie, chłód, skarlenie. 
A ludzi pokonuje jakaś twarz, okrągła, wyrwana z fasolowej tyczki, 
przesiąknieta marnością, kpiną, duchem świętym. Nazwijmy go Jimi.

Etatowy ciapek, durny sambóg robiący nas w bambuko. 
Turla się po świeżo wyprasowanym lnianym obrusie
i zostawia nieprzyjemne ślady. Mentalnie - trudno powiedzieć.

Jimi urodził się jak wszyscy. Wyrwał z wody i wykrzyczał 
coś kobiecie w twarz, machnęła na niego ręką,
jednak niesmak wciąż czuć na podniebieniu.

Żartujemy, że gdyby Jimi połknął odpowiednią tebletkę,
ludzie nie pukaliby się w czoło, gdy rzuca dzieciom
kontrolowane spojrzenia. Tymczasem Jimi przesadza
ze swoją lepszością.

Mówi, że został powołany i ściga poszukiwaczy złotego runa.
Nie chcę wiedzieć, widzieć, opowiadać o najlepszych snach
po tabletkach na uspokojenie.  




środa, 2 września 2020

Podróżowanie w przestrzeni

 



W minionym roku pracowałam nad książkami artystycznymi. Wykonałam mnóstwo ilustracji. Skrobłam płytki, taplałam się w tuszach, w farbach, wycinankach. Uwielbiam ten moment, kiedy wchodzę do warsztatu i zaczynam odmierzać papier. Wielkie płachty Fabriano rozdzieram na cztery, na mniej. Limitowane serie odbitek. Radość z udanych prób, czasami rozczarowanie, szczególnie, kiedy ktoś wchodzi w mój czas i depcze po piętach.