czwartek, 22 lutego 2018

Dziwność


Nie rozumiem polityki biznesowej Photobox, zamówiłam kilkanaście odbitek, na próbę, podzielili zamówienie na cztery części. Trzy przesyłki przyszły, jednej, najważniejszej, nie ma. Mam nadzieję, że dotrze, brakuje zdjęć w formacie A4. Zapłaciłam za jedną przesyłkę, ale koszt trzech przesyłek przewyższa wartość zdjęć. Nie wiem, co o tym myśleć. Jeszcze nie, bo najważniejszych dziewiętnastu zdjęć nie ma. Aaa, w jednej kopercie było jedno zdjęcie. W drugiej sześć, a w trzeciej dwa. Rozumiecie coś z tego?

Wiersze nie przychodzą do głowy





                                                        Magdzie Podbylskiej

Rozmawiamy o deadline’ach, księżniczkach, smokach
i wieżach zapierdolu. We śnie fryzjer ścina blond loki, wtedy przecieram
dłonią kark, śmieję się z irlandzkich dowcipów. Początek wyobraźni,
miejsc pełnych ludzi, ubitej ziemi. Podmuchy. Wracają i wracają.

Jeszcze myślę o nosorożcach, obrazach, w których toną.
Podobnie kształty, miękkość linii. Jemy dwa razy więcej albo
mniej, zależy od długości przerw, głębokości talerzy.
Zaciągamy rolety. Zaciemniamy, udajemy.

W folderze Inne odnajduję wiadomość od nieznanej kobiety.
Wywleka z siebie wykałaczki, opętanie i miłość do wypalonych
słów. Kęsy, ugryzienia. Tu i teraz. Jakby się nad tym zastanowić,
jej obecność gdzieś tam wyrywa mnie ze znudzenia. Przemiana.
W końcu.


wtorek, 20 lutego 2018

O dotyku




                                                                         Joannie Bekiesch 

Problemy komunikacyjne, życiowe. Lekki zawrót głowy.
Zapis historii. Mundury, opaski, nerwowe okrzyki
niosą się nad ulicami. Chociaż tutaj mogę być wolna.
Powstrzymuję się, bo zwykle wybiegam przed siebie.
W myślach i w mowie. W chwilach szczęścia,
siadamy na klifie, żeby poczuć się lepiej. Sól oblepia,
żarliwie, do krwi.

Mam na to alergię. Trochę żałuję przypadkowych
spotkań. Nazywam je pojęciami z głowy. Urzeczywistnienia,
przeczucia. A przecież mogłabym lepiej, kiedy kolejny raz
ktoś pyta o imię i przekręca, wykręca się po mistrzowsku.
W czyimś notatniku istnieję jako bla, bla, albo Ma.
Bilans. Człowiek chce więcej i więcej.

Pokonuję nieśmiałość. Dostrzegam ludzi w zupełnie innym świetle.
W przedsionku - jeszcze nie starość. Coś drobnego, pestki
winogron. Niedoczytane powieści. Ułamek tego, co pozostawiam,
by się całkiem oderwać. Wymówić nazwiskami, dogmatami z książek.

Rysuję na serwetce ślimaki, domki. Pudła wypełnione farbami.
Zapach wosku. Słabość do drewna, kwiatów. Cienie.


aYia - Ruins


GoGo Penguin - Raven


poniedziałek, 19 lutego 2018

Wyimek z wycieniowania



Zamieniłyśmy się sobą. Miejscami. Obcięłaś włosy i od tej chwili nasze ciała nie mogą wykonywać gwałtownych ruchów. Trudniej śmiać się, płakać. To, co nosi się w ustach, barwi oczy, zostaje na łóżku, mięknie, twardnieje. Muzyka jest nieodwracalna, jak sezon na owoce. Minie. Nie ma możliwości doczekać do następnego roku. Z mojej perspektywy ziarno ułożone w ciepłym lnie dotrwa, jeszcze nie głodujemy. Nieomal w każdym domu pachnie kawą, panowie szybko łykają alkohol. Układasz usta w dzióbek i wydaje się, że dzisiejsi mężczyźni mówią to samo każdego ranka, wzdychają do rąk, nóg, ciepła. Powinnaś powiesić w oknie zasłony, ale nie masz wsparcia, myślę, że nie chcesz wiedzieć, czy to jest odpowiednia chwila, kiedy jesteśmy zdecydowanie za głośno. Przeszkadzamy, niektórzy pozdrawiają nas uśmiechami, inni są przygotowani do wieszania plakatów albo psów. Krzycz, pajacu, krzycz, że nie mamy nic do stracenia, bezprzykładnie dbamy o siebie, a nie o instrumenty do zapychania dziur. Trzeba było ratować zgniecione owoce, wprawniej napełniać kieliszki. Nastrój dorosłych jest jak narodzenie świtu. Wsłuchujemy się w trele ptaków. Przyzwyczajone, przypominamy sobie nawzajem zapach łąk, skóry ramion wystawionych na słońce. W pokojach na górze znowu chrapanie, chichot dzieci. Odkładam słuchawkę, pamiętam, że kiedyś wspomniałaś o ciotce. Jej zmęczone dreptanie, drażniąca nagość brudzi prześcieradła. Roztacza zewsząd swąd przeszłości.

Moby - Mere Anarchy (Official Video)


niedziela, 18 lutego 2018

Wycieniowanie


Ben Bulben

Kochały pisarzy i oni kochali. Pewnie nadal kochają tylko mocniej. Jeżeli z mocy pochodzi odzyskiwanie słów, nastroju, lekkości ciała, chcę iść dalej. Oboje paliliśmy. Jeździliśmy w różne części świata. Wyobraziłam sobie spadający worek kamieni. Osuwanie się w głąb rzeczy. Strumień wody. Nacieka niżej, wzbiera, kiedy zaczynam biec w zieleń przez kałuże. Mruczymy, że to koniec wyspy. Przesyt obrazu, miarowy szum. I krążące w głowie zapachy, które docierają do kwiatów. Ale noce do siebie podobne. Muszę to wiedzieć, widzieć. Przykładam dłoń do czoła i rozumiem znaczenie marzeń sennych. Niekończące się powroty, by nie być samej we wnętrzu krajobrazu. Lepię ziemię znad oceanu, wspominam Ben Bulbena, wspinaczkę i coś, co się dokonywało, gdy rosły pragnienia. Potrafię współczuć, ale to nie wystarczy, dlatego w zamyśle piszę.

piątek, 16 lutego 2018

Dzielenie lub rozwarstwianie



Odpływam. W połowie na emigracji. W połowie, czekam, by każda z twarzy scaliła się w jedną. Oszuka zmęczenie o wrogim spojrzeniu, dotyku podszytym wiatrem. Wystarczy przypomnieć sobie łódź i ślady słów, górskie pustkowia, do których nie można dopłynąć. Rozebrać dzień z przełęczy, przywrócić zmurszałe sny, kapliczki. Może chodzi o naukę pływania, tworzenie dźwięków ludzkiej mowy, rozpuszczony śnieg, pewność, że jest mnie mniej po drugiej stronie. Tam popełniono wiele pomyłek. Ktoś źle zapisał nazwisko, nie dopasował kształtu brwi, koloru oczu. Nie miałam pojęcia, że odpływam z nieprawdą, wciąż jej potrzebuję. Zostawiam ślady na przystaniach, wyznaję przeczucia. Krzyczę przez sen i nie wiem nic o zwątpieniu. Twardnieję od trucizn, pułapek, mężczyzn. Wloką się rytmicznie krok za krokiem. Z jakiegoś powodu nie wzbudzają strachu. Przychodzą mi na myśl ludzie, stada, które wracają do domów. Przez nikogo niezauważeni, uczą się być odporni na to samo, co kala prześcieradła. Zbyt wiele zdrobnień, zanieczyszczeń. Zbyt długo to trwa. Dlatego montują rury, zalewają świeże blizny. Podtrzymują oddychanie.

czwartek, 15 lutego 2018

Kiedy mówię, że nie śpię



Kiedy widzę koniec tego, co robię, już się cieszę, bo za chwilę odpocznę i nabiorę głęboko powietrza. Będę wypuszczać te wszystkie ciężkie gazy jak po nitce. Wtedy okazuje się, że dostaję kolejne zadanie. To nie jest jeszcze ten moment, w którym odwracam się na lewy bok, czytam teksty pisarzy z Peterson. Mało tego, nawet nie mogę zachwycić się porannym słońcem. Wstaję, ruszam przed siebie, przelotnie traktuję rzekę, ocean i góry. Nie mogę odpowiadać na wezwania, umawiać się na piwa, kawy i inne przyjemności. Wciąż słyszę: nie mam czasu. Ach! I ten moment dzisiaj rano - spojrzałam przez okno na bujające się drzewa, opustoszałą okolicę, gdzie porzucone rowery, hulajnogi leżą przez okrągły rok i poczułam ulgę. Tak wygląda część mnie, kiedy nie śpię, nie bujam nogą i nie fotografuję.