Są tacy ludzie, którzy przed laty przeciorali mnie przez hejt, szczucie i publiczny lincz. I żyją sobie świetnie. Mało tego, wokół nich zbierają się kolejni. Jedni lubią szczuć, inni lubią patrzeć, jeszcze inni lubią stać obok właściwych ludzi i mieć z tego swój mały poblask. Do tego dochodzą znajomi, którzy najwyraźniej nie widzą problemu, bo przecież wszyscy się znamy, to tylko czytanie wierszy, nie można rozdrapywać przeszłości. Otóż można. I czasem trzeba. Mnie zatrzymuje coś, co dla innych najwyraźniej nie ma żadnego znaczenia, pamięć i zasady. Nie potrafię być blisko ludzi, którzy wielbią moich oprawców. Nie potrafię udawać, że nic się nie stało, tylko dlatego, że dziś dobrze jest być po właściwej stronie towarzyskiego stolika. Nie potrafię klaskać ludziom, którzy kiedyś szczuli na mnie, a dziś są obudowani zachwytem, znajomościami, wystawami i kolejnymi osobami gotowymi robić im za publiczność. I nie, nie chodzi o to, że oczekuję od kogokolwiek wojny w moim imieniu. Nie oczekuję deklaracji lojalności. Każdy dorosły człowiek wybiera sobie ludzi, z którymi chce przebywać, pić kawę, robić interesy czy wymieniać uprzejmości. Ale ja również wybieram. I jeżeli ktoś świadomie wchodzi blisko ludzi, którzy mnie skrzywdzili, to ja mam prawo zrobić krok w tył. Bez awantury, tłumaczenia się. Bez obowiązku dalszej bliskości. Bo nie, przecież to tylko spotkanie albo to tylko wernisaż, nie jest dla mnie argumentem. Spotkanie na scenie nie unieważnia charakteru człowieka. Wspólny występ nie robi z oprawcy przyzwoitego człowieka, a ze mnie nie robi przewrażliwionej idiotki. Można oczywiście zrobić zrzutkę, komuś pomóc, coś ufundować, pojawić się przy szczytnym celu, mieć zdjęcie z dobrym uczynkiem. I bardzo dobrze, dobroczynność sama w sobie jest dobrem. Tylko nie rozumiem, dlaczego ma być automatycznym wybielaczem charakteru. Można komuś pomagać i jednocześnie być człowiekiem, który krzywdzi innych. Jedno nie kasuje drugiego. Dobry uczynek nie jest środkiem piorącym sumienia. Nie mam też potrzeby przekonywania nikogo, że powinien widzieć tych ludzi tak jak ja. Niech widzi ich, jak chce. Niech się z nimi wystawia. Niech ich podziwia. Niech idzie za nimi. Idziesz z nimi, idź. Mnie tam nie będzie. I nie miej w sobie poczucia, że Ci mnie brakuje. I że przez to wypadnę z jakiegoś obiegu. Być może mnie skreślisz, odsuniesz, uznasz, że jestem trudna, pamiętliwa albo nie umiem odpuścić. Trudno. Mam większy problem z tym, żeby sprzedać własne zasady za święty spokój i miejsce przy cudzym stole. Nie umiem. Nie chcę. I już.








































