piątek, 19 lipca 2019

Wakacje




Ten moment, w którym zaczynam odliczać dni do wykładów i już wiem, że nie wykorzystałam wolnego czasu w stu procentach. Utknęłam w programach do obrabiania filmów i w domowych sprawach. Jednym okiem zerkam do literackiego dołka. Przyglądam się i pytam siebie, nie wiem z resztą który raz: po cholerę tam patrzysz? Słabość. Nie mam dla siebie żadnej rady, nauczki, głaskam jedynie policzek dziecka i nie zaniedbuję czarnego koloru ubrań. I to uczucie, jakbym już wszystko widziała, wiedziała, przeszła. Tamto wzgórze, drogę, dziurę w skale, dokładnie w tym miejscu na wyciągnięcie ręki. Zakamarki, mozaika z kamieni na podłodze w kościele z siódmego wieku. Piwnice, podwórka. Piętno, jakiś znaczek w głowie, w pamięci, z pamięci. Drobiazgi. Zanim Paddy zaproponuje miejsce, już o nim wiem, nie muszę się przedzierać przez synapsy, żadne takie. Łykam cynk, codziennie. Popijam szklanką wody. Jestem niekompletna, tak, tego jestem pewna. 

wtorek, 16 lipca 2019

Synteza




Pozdrawiam serdecznych przyjaciół. 
Odrealnionych i tych siedzących na kanapie 
z prawej strony. Przechodzimy z siebie do siebie. 
Mijamy się w czwartym bloku na literę W. Przynoszone 
i odnoszone kubki z kawami. 

Czułam się głupio, kiedy pastylki na kaszel łykałeś jak tabletki, 
a ze specjalnego zbiornika wypuszczałeś wodę
na podłogę. Ściekała ze stropu z obu stron. 

O nic się nie martw, powtarza Rob, 
gdy pada w środku grudnia. Potem jeszcze długo 
przyglądaliśmy się wykwitom na ścianach, 
zmieniały kolory w zależności od mijających godzin. 
Nabierały nas, tworząc obrazy. 

Spytałeś, czy jestem gotowa na więcej. 
Nie byłam.


sobota, 13 lipca 2019

Spłonąć od spojrzeń




Kasi


Prawdziwe historie smakują
truskawkami, chyba że zbliża się lipiec.
Ktoś jest do kogoś podobny, przed czy po?

To jak przejście przez bramę Belfastu,
by spłonąć w protestanckiej dzielnicy.
Wyobraź sobie wagę chmur, liście herbaty
ukryte w ciele. Nie zawsze dym wskaże kierunek
buszowania wiatru.

Zostajemy w domu, pękają ściany,
mniej lub bardziej kruche. Tąpnięcia.
Po wszystkim, tłum przejdzie i pójdzie.
Przepłynie rzekę, muł osiądzie na twarzach.
Nie ma końca. Bo jak rozległy może być ból?

Spaliłam wiersz, za mocno pachniał tytoniem
z twoich książek.


lipiec 2014


piątek, 12 lipca 2019

O cudach




Czytam, o czym napisano w księdze zaklęć. Słowa, które układają się w najróżniejszych kierunkach, oplatają dni tępym uczuciem oddalenia. Nie ma za co, mówisz i zastanawiam się, kim dla siebie jesteśmy, skoro tłumaczymy najciekawsze przepisy na tartę z morwami. Trudno powiedzieć, kto przywrócił rzeczywistość. Przechodzimy testy sprawnościowe, oddechowe, opatrznościowe. Mam w głowie mnóstwo liczb, jeśli masz na myśli wypadek, po którym straciłam pamięć krótkotrwałą. Spoglądam na zegarek i odczuwam niepokojącą ciszę. Szukam wzrokiem twoich barw i jest to raczej test na spostrzegawczość niż reakcja na łamanie pisma. Wszystko, co robimy, bierze się ze strachu. Strachu przed oddaleniem.

wtorek, 9 lipca 2019

Sztuczki i antonówki




Dwa, trzy razy upadłam, leżałam tak sobie.
Przytaczałam w głowie dowody na istnienie,
komentowałam cudze wypowiedzi,
modelowa sytuacja nie na temat.

Cotton rag, smooth, rough,
brzmią jak trawione octem warzywa.
Zdejmuję z nich kolejne warstwy
i wyobrażam sobie pokryte bawełną pola.
Rozległe białe plamki. Przed oczami, w oczach,
gdzie chcesz. Dotknę. Karbonem
umazane palce, kąciki ust,
konsekwentnie kartkuję
strona po stronie.


poniedziałek, 8 lipca 2019

Tra An Doilin, An Cheathru Rua


Pojechaliśmy na plażę, gdzie zamiast piasku wszędzie jest koral. Potocznie mówi się na to miejsce coral beach. Ludzie pływali, nurkowali, miło spędzali czas. My również.

sobota, 6 lipca 2019

Czekając na malinę...






Codzienne zbiory malin smażę z cukrem i pakuję do słoików. Ciast i deserów z malinami mamy już dość. Dzielę się owocami z jednam ptaszkiem, który każdego dnia przedostaje się pod siatkę i czeka grzecznie aż go uwolnię. Taka z niego bestia.




czwartek, 4 lipca 2019

Bujnie obrodziły elektrownie atomowe




Oko jest jeszcze żywe, 
chociaż mylę się i zapisuję, że żwawe. 
Spokój jest spokojem. Nic sobie nie wyobrażam, 
uśmiechem odpowiadam na uśmiech. Z daleka 
i bliska. Zmuszam się do refleksji 
po napisach końcowych w kinie. Wypowiadam jakieś frazesy 
po spektaklu, na którym chłopcy deklamowali teksty o utopii, 
dusili się od smogu, kobiety traciły dzieci. Gratulujemy sobie życia. 
Śpiewamy hymny, dyskutujemy o korzeniach, 
a w rzekach nie ma już roślin, a brunatne jest brunatne. 
Brunatne zabiera brzeg wyspy, lepi się do stóp, wypełnia płuca.


wtorek, 2 lipca 2019

Żyję w związku z alchemią




(...) W gruncie rzeczy tylko tak mówię, wdycham opary farb, tuszy i wizje, jako takie nie są dla mnie czymś szczególnym. Chyba że chodzi o przebudzenie. Widzenie życia i śmierci takimi jakimi są, bez potrzeby grzebania się w ziemi i wykupowania miejsca w promie na Marsa. Przywołuję to niedoświadczenie, wszystkimi zmysłami obserwuję jednolitość cięć, energię przyrody, ciepło, światło, brakujące litery. Później dojdę do wniosku, że jest mi wszystko jedno – moc, głód – przerabiałam każde. Jedynie mogę napisać, że ten temat mi nie leży, a słowa, które zamiast się przykleić i znaczyć, odwracają się i wobec problemów świata stanowią o niczym. Sens walki o życie jest wtedy, gdy obudzeni widzimy, co jest do zmiany, głębiej, w reminiscencji chwil z przeszłości (...).

Zaczynam analizować, dlatego wychodzę w kierunku szarego ciała i łączę się z procesem ponadosobowym. Coś mnie jednak spaja, przenika jedno w drugie, czasami działa kompulsywnie… 

W poszukiwaniach siebie zatrzymałam się na kilka lat w chórze. Ćwiczenia z emisji głosu wyleczyły mnie z nawracającego bezgłosu, a i barwę mam inną. Teraz to mój prawdziwy głos. Przyjaciel z lat szkolnych w ostatnie wakacje, kiedy spotkaliśmy się na kilka chwil, nie wierzył, że ja to ja, właśnie przez głos. Alt zamieniłam na mezzosopran. I dzisiaj, kiedy usłyszałam ponownie wykonanie III Symfonii Henryka Góreckiego pomyślałam, że dzięki pracy z chórem nauczyłam się punktualności i samodyscypliny. Oczywiście zaliczyłam wpadkę w Odessie na festiwalu. Poszliśmy na plażę przed koncertem finałowym i tramwaj, którym próbowaliśmy dostać się do centrum, zwolnił do 5km/h. Wysiedliśmy z tego ślimaka i biegliśmy kilka kilometrów, ale i tak to nic nie dało. Zawiedliśmy i tyle. W takim momencie nie ma żadnego usprawiedliwienia. Teraz, w życiu, nie mam już podobnych wpadek. Chociaż lęk do wiecznego życia z kalendarzem powraca. Dzisiaj jestem mniej komunikatywna, ale myślę więcej, widzę, bo coś rozświetla ciemne zakamarki i naprawdę dociera do mnie formalne życie, jego intensywność. Dlatego epickie obrazki rzeczywistości, mozaika, która wiruje przed moimi oczami… Przestaję interesować się drobiazgami, bezsensem, jakimś przedatowanym mniemaniem, że przez życie należy się przedzierać. W końcu widzę smutne i ciężkie historie, układy odniesienia, posiekane, porozbijane, czasami pełne obłędu. Nie chce mi się – gwałtownych skrętów, zderzeń z niedojrzałymi i nerwowymi ludźmi, którzy ze wszystkiego robią problem. Jeżeli pójdziemy dalej, będziemy musieli się rozdzielić. Chronię siebie, spokój, moją ciszę.

(...) Pytam siebie dość opieszale – co daje wiarygodność sztuce, słowom, innym ludziom? Potem wypruwam nitkę ze szwu i wiem, że nic nie jest stałe. Mój czy twój punkt widzenia. Instynkt podpowiada mi, że ludzie zmieniają oblicza, jak opowieści. Przy całej czułości do życia, ciągle coś wydaje mi się mniej prawdziwie. Upewniam się całymi godzinami kto kim jest. Rezygnuję z gadania o filozofii, twórczym życiu, o mnie. Oddalam się i wracam. Do sił, które straciłam, propozycji. Pojawiam się jakby znikąd. Skończyła się zima, sen długi i nieruchomy, może trochę na wyrost myślę o wiośnie, ale przecież mam prawo. Przyglądam się sztuce, opowiadam sobie o oczach nosorożca, zakłopotaniu opiekunów wystawy, kiedy czegoś nie wiedzą i zmieniają kolor twarzy na seledynowy. Wszyscy czegoś chcą, więc lepiej nie patrzeć im w oczy, nie wyciągać rąk przed siebie, tylko zgrabnie je zaplatać „w koszyczek”. To powstrzymuje, blokuje. Reakcje na światło, spojrzenia. Wmawianie sobie, że zasługą pisania jest wolność i nieskończoność. A przecież tworzę, wynosząc coś z siebie, ze środka, oczyszczam, by zrobić miejsce na nowe, nieznane. Co będzie dalej, gdy powiem – no dobrze, to musi wystarczyć. I mimo wszystko zostawiam jakąś furtkę dla wyobraźni, ślad dla nadziei, że nie utracę z przyszłości zbyt wiele, kiedy czuję do ludzkości złość, czasami obrzydzenie.


Całość do przeczytania w 28 numerze eleWatora 

niedziela, 30 czerwca 2019

O zmianach




Miałam coś napisać o wierszach, niezrozumieniu i szerokiej frazie, jednak przejdę od razu do nośnika pamięci. Ponieważ czuję się tak, jakbym przechodziła jakiś wewnętrzny autyzm. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale unikam ludzi, gorącej herbaty, spotkań i wyobraźni. W najlepszym razie nie zwariuję. A wszystko zaczęło się od odmienności. Usztywniania kręgosłupa, szerokich spodni, czarnych podkoszulek. Paddy śmieje się, że to zbyt łatwe, takie podobieństwo do nikogo. Estetycznie nie pozwolę się przegadać. Nie i nie. Możecie sobie charakteryzować moje wiersze, pokazywać palcem zdjęcia, interpretować muzykę, prowadzić rozmowy ze znajomymi. Wszystko, co w zasadzie pociąga mnie w środku, jest poza zasięgiem wzroku. I chociaż istnieje tylko we mnie, jeden człowiek nie jest w stanie nauczyć się mnie na pamięć. Zmieniam się jak formy typograficzne ostatnich lat. Najpierw dotykasz ramienia, później patrzysz na obraz i myślisz: „straciliśmy ją”. A przecież wciąż istnieją pocztówki, znaczki i cała ta pocztowa maszyneria. Wystarczy powęszyć. Rozejrzeć się w podręcznikach do historii sztuki. Tam gdzieś będę. Za trzy lata.


sobota, 29 czerwca 2019

Zdobywanie




Wracam do książek o miastach. 
Niedaleko odnajduję wiktoriańskie zabudowy obronne. 
Wyobrażam sobie, jak żołnierze napoleońscy spadają 
z warowni jeden po drugim. 
W rzeczywistości nigdy tam nie dotarli. 
Naiwność, że jesteśmy pępkami świata, 
nie przynależy tylko do nas. 

Przechadzam się teraz po innym mieście. 
Pomiędzy sklepami i kolorowymi bramami.
Gdyby nie Wikingowie, by mnie to nie interesowało, 
ale to dzięki nim Dublin wyrósł z bagna. 
Liffey dzieli stolicę na dwie części – bogatą i biedną. 
W jednej i drugiej mieszkają ludzie, 
którzy nigdy nie zapuścili się w przeciwległe części miasta. 
Wikingowie byli wszędzie.


piątek, 28 czerwca 2019

Kilka słów o konkursie

strony z portfolio 2018/2019

W sumie, to wiersze na konkursy poetyckie wysłałam dwa razy; coś mnie tknęło i pod wpływem impulsu wysłałam trzeci raz, w maju. Dzisiaj zerknęłam kto jest w jury i cóż... większość z tych ludzi nie trawi zbyt dobrze mojego pisania, jeden z jurorów w środowisku nazywa mnie grafomanką. Zdecydowanie impulsy, to jakiś idiotyzm. Aż mnie wykręciło po przeczytaniu tej informacji, jęknęłam w sobie, równolegle piszę tekst do eleWatora i tak się złożyło - Widzę swoje słabości, pewien rodzaj niechęci do większości ludzi, którzy zatrzymują się przy jednym wzorze i tylko mówią, że cenią różnorodność. Nie daję się nabierać. Bycie bez pozy, gdzieś daleko jest dobrym doświadczeniem. Zazwyczaj bywam niedoskonała, ale świadomość pozwala mi pracować nad sobą; ciągłe analizowanie opisów, faktów, przeżyć, etyki, jest niezbywalną częścią mnie, jak również wielu ludzi, których cenię, za ich działalność, wiedzę, wspaniałą wyobraźnię, orientację światopoglądową. Innych lubię, bez szczególnych wyznaczników.

Lęk





Co chciałabym powiedzieć? 
Czytam o plamie na powierzchni, 
o wybuchach na dnie oceanu, o górze lodowej, 
może podtopić Irlandię. Zabrnęłam w to wszystko zbyt głęboko. 
Pojęcia nie mam, kim chcę być, skoro już jestem, 
kim jestem. Nie wiem, 

czy potrafię wrócić do pięknych wizji świata. 
Tryskać humorem, by energia wibrowała niezwykłym blaskiem. 
Strach, że sztuka nic nie zmienia – ani myśli ludzi 
ani działań polityków. Śmierdzące kałuże 
z żółtymi otoczkami, niewinność doznań 
i szereg omylnych fachowców od środowiska. 
Bezradność... uczucie tak rzeczywiste 
i bolesne, jak okres, który trwa i zawstydza.

czwartek, 27 czerwca 2019

Przymioty albo nie





Ziemia o tej porze pachnie 
rozpadającymi się wieżowcami, popiołem i dymem. 
Powietrze jest białe, a drzewa skurczyły się z braku światła. 
Krzyczysz. Nie rozpoznaję słów. Rzeczywistość wypełniają niemi. 
Wciąż nie mogę zrozumieć rozwlekającego się czasu, 
tego, co utrwaliłam w pamięci. 

Napływających ze wszystkich stron zarysów. 
Kształtujących się obrazów, 
kiedy odwracam się 
i dotykam tego miejsca, 
gdzie każdy pragnie włożyć palce. 
Nic tam nie ma oprócz wody. 
Wylewa się z wiader. Podmywa krawężniki. 
Wciąż nie wiem, co jest pomiędzy nami. 
Pomiędzy miejscami, które symbolizują pustynię. 
Brak danych.

wtorek, 25 czerwca 2019

Rozprzestrzenianie




Po kilku dniach, kiedy rozpoznaję 
na niebie pękate chmury. Dostrzegam deszcz, 
zanim dotrze do ziemi, okrywamy się pledami. 
Sączymy whiskey i czytamy na głos książki o miastach. 

Całe opowieści o tym, jak objawiają się srebrne kopuły, 
zjawiają dzikie konie. Nisko szybują kruki. 
Barwne kłębki wełny na żywopłocie. 
Za kilka dni śmiejesz się, 
że zwiastujemy koniec pory deszczowej. 
Zakwita krokosmia. W innych miejscach 
można przejść na drugą stronę i zniknąć. 
Zostaną tylko myśli i zapach. 
Odcisk dłoni na drzwiach