Strony
wtorek, 4 sierpnia 2026
Początek sierpnia
od początku
nie wierzę liniom. odciśniętym nieumiejętnie
pomiędzy światłem liter. najwięcej mówią odstępy.
sierpień drukuje mnie grafitem.
deszcz poprawia marginesy, a rudzik
przysiada na głogu czekając na czerwoną korektę.
zapominanie nie spada z lotosu. rośnie powoli,
jak porost na kamieniu litograficznym.
coraz trudniej odróżnić odbitkę od tego,
co było płytą.
upiekłam ciasto.
marchew długo oddaje pomarańcz.
borówki zatrzymują zieleń pod cienką skórą.
rodzynki ciemnieją cierpliwie, jak farba na wałku.
patyczek wychodzi czysty. to jeszcze o niczym nie świadczy.
czytam lema ołówkiem. niektóre zdania
zaczynają żyć dopiero na marginesie, jak jemioła,
która wybiera cudzą gałąź, żeby zobaczyć światło.
tak samo przyrastają uwagi. najpierw obejmują słowo.
potem całego człowieka. wieczorem grafitowa pościel
zamyka ciało jak miękka kaszta. sen nie układa fabuły.
tylko sprawdza, czy jeszcze pasujemy do siebie
tak dokładnie, żeby żadna barwa nie wyszła
poza papier.
o kolorach
czwartek, 30 lipca 2026
O szumie
Ocean nie podnosi głosu. Wciska sól pod paznokcie kamieni,
torf zostawia na języku ciemny posmak deszczu.
Mewa rozcina powietrze tak cienko, że przez chwilę
widać kolor wiatru.
Jem rybę z gazety. Litery przechodzą na opuszki palców.
Nie wszystkie zdania potrafię odczytać. Pamięć
zachowuje się jak mech. Nie wybiera ruin.
Szuka miejsca, które dłużej zatrzymuje wilgoć.
Dlatego pamiętam zieloność kamieni,
a nie nazwiska. Nazwiska potrafią odpłynąć.
Kamień zostaje pod skórą. Kiedy pytają,
dlaczego jestem łagodna, cofam dłoń,
jak ostrygojad, który zna przypływ
lepiej niż człowieka. Nie każde dojście
prowadzi do brzegu. Niektóre uczą tylko,
jak stawiać stopy obok cudzego cienia.
I wtedy
szum przestaje należeć do oceanu.
Przechodzi przez ciało jak cienka niebieska żyła,
która nie szuka serca. Wystarcza jej kierunek.
z serii o kolorach
środa, 29 lipca 2026
Lis z Martwego lasu i Adam Pluszka
Autor oryginału: Aubrey Hartman
tytuł oryginalny: The Undead Fox of Deadwood Forest
Przekład z języka angielskiego: Adam Pluszka
Ilustracje: Marcin Minor
Wydawca: Wydawnictwo Kropka
2025 r.
poniedziałek, 27 lipca 2026
Szałaputka
piątek, 24 lipca 2026
Bajki, mity i pretensje
czwartek, 23 lipca 2026
Barachło
poniedziałek, 20 lipca 2026
Jesteśmy tu sobie
To miasto, mój przyjacielu,
jest jak język pełen samogłosek,
których nie potrafisz wymówić.
Ale to w ich cieniu kryje się cała historia:
pomiędzy przypływem a odpływem,
pomiędzy betonem a snem,
który udawał, że jeszcze żyje.
czwartek, 16 lipca 2026
A kury piękne są
Wczoraj w Poznaniu było intensywnie. Kawa tylko w najmilszym towarzystwie. Lody tylko w Słodkiej na Cześnikowskiej. Rozmowy, plotki i sporo zażenowania z powodów… nazwijmy je literackimi, choć w różnych odsłonach. Okazuje się, że można straszyć kogoś sądem i próbować wyciągnąć od niego pieniądze tylko dlatego, że książka została inaczej oceniona niż tego pragnął wydawca. Absurd. Żenada roku i jednocześnie tajemnica poliszynela. Nagłaśniać czy nie nagłaśniać? Pytanie pozostaje otwarte, chociaż rozmawialiśmy z Szymonem i bujaliśmy nogami. Z kolana na kolano, kawa za kawą. Nagłaśniać! Tym bardziej że sama książka jest zwyczajnie źle złożona. Brzydka. W naszym żargonie, powiedziałabym spieprzona i nie ma tu wielkiej filozofii. Jest zwyczajnie brzydka i nie rozumiem, jak można bronić źle składanych książek! Mówię nawet, po tym straszeniu sądem, O B R Z Y D L I W A. Ludzie, którzy za tym stoją też są. I jest tak, że inna afera, którą obgadaliśmy zrodziła się w Bibliotece Śląskiej, i tutaj biblioteka, a raczej ktoś kto zarządza social mediami sam zadbał o własny rozgłos, nie najfajniejszy. A z rozmów wynika, że podobnych historii jest znacznie więcej w tym grajdole. Były też uściski z bratankiem i szybka toaleta przed podróżą. Później śledziłam samolot, w sumie to patrzyłam na niego przez szybę, w którym brat z bratową przez kilka godzin siedzieli na pokładzie i czekali na start. Mam nadzieję, że dostaną odszkodowanie. Kilka godzin w rozgrzanym samolocie, w gotowości do odlotu, to żadna przyjemność. Ostatecznie chyba wystartowaliśmy z Polski niemal w tym samym czasie, tylko polecieliśmy w innych kierunkach. W Dublinie czekały na nas dzieci i wnuczka. Droga do domu nie należała do łatwych (oddechowo). W powietrzu unosił się ciężki zapach tlącego się torfu. Wyspa znowu się pali. Nasze auto po przejechaniu połowy wyspy zrobiło się szare od osadu. Od tygodnia nie spadła ani kropla deszczu i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to szybko zmienić. Ale przecież, jak twierdzą niektórzy, klimat się nie zmienia, to kłamstwa ekologów. Długo na miejscu nie posiedzę. Za chwilę znowu do Was przylecę, do Polski. Festiwal Biała Lokomotywa i książka. Dla córki mojej córki.
środa, 15 lipca 2026
Wakacje wakacje i po wakacjach
czwartek, 9 lipca 2026
Tadeusz (1945-2026)
2016. spotkanie na moim wieczorze autorskim
piątek, 3 lipca 2026
O kontrze
czwartek, 2 lipca 2026
O prezencie i o słowach
środa, 1 lipca 2026
Porządek świata miękkiego jak mech
Niektóre dzieci uczą się świata, dotykając popękanej ściany.
Układają palce na kalendarzu: tu był pożar, a tu matka nie wstała z łóżka.
Niektóre rysują to, czego nie potrafią powiedzieć:
drzewo, które płacze, albo Bob z trzema oczami.
To wszystko ma znaczenie, chociaż nie wytłumaczy ci go żaden wykres.
Wszystko się psuje od środka. Najpierw zaufanie, potem zegarki,
na końcu, buty. Przychodzi wtorek i trzeba wybrać:
czy wolisz być uczciwa, czy nakarmiona.
W ogrodzie, który zostawiliśmy (i to nie był przypadek),
rosną ślady po czyjejś rezygnacji. Pomiędzy trawami
pełzną nieporozumienia, które przez lata głaskaliśmy jak koty.
Przyzwyczaiły się. Dają się nosić na rękach, (przez chwilę).
Przyroda nie ma dla nas planu. Nie zrzuca winy, nie notuje zwycięstw.
Pędy pną w górę, jakby nie wiedziały, że nikt ich nie podlewa.
Niektóre dzieci mówią do nich szeptem. Inne rozdeptują
bez zastanowienia. To też cykl. Jak śniadanie bez rozmowy,
albo śmierć dziadka, o której nikt nie powiedział wnuczce.
Kiedy pytam siebie, czym jest porządek, widzę kobietę
w autobusie, zasłania usta dłonią, bo płacze z powodu reklamy
telefonii komórkowej. Albo starca w kolejce po mięso,
opowiada, że wojnę najbardziej pamięta przez dźwięk:
stukot puszki z fasolą spadającej ze stołu.
I śmiech matki, zanim przestała mówić.
Nauczyliśmy dzieci zależności: światło - cień,
deszcz - zmarznięcie, miłość - zawód.
Ale nigdy nie powiedzieliśmy im, że można też przestać chcieć.
Bywają dni, kiedy całe życie wydaje się być jedynie krótkim
wyjaśnieniem czegoś, co właśnie odchodzi.
wtorek, 30 czerwca 2026
I dalej w temacie o robieniu w bambuko
poniedziałek, 29 czerwca 2026
Folklor nie opowiada o kulturze. Folklor ją wykonuje. Codziennie, cierpliwie, ścieg po ściegu
sobota, 27 czerwca 2026
Bambuko robi w bambuko
wtorek, 23 czerwca 2026
Instrukcje przetrwania [15 sekund]
Piszę, żeby nie zniknąć, piszę, żeby zostawić ślad palca na szybie,
żeby odcisnąć oddech pomiędzy postami, zanim algorytm go zetrze.
Piszę i słyszę, jak moje słowa stają się ciężkie od prawdy,
która nie nadaje się do etykietki: 15 sekund, 24 godziny ważności.
Piszę, bo nie chcę już rozdrabniać siebie na błyszczące skrawki ironii,
na plakietki śmiechu, które ktoś wiesza na drucikach z zapisanymi uwagami.
Tu, przy stole, rozkładam resztki: słoik po miodzie z porannych śniadań.
Garść muszli. Nie zawsze pamiętam, skąd przyszły.
Wędruję pomiędzy obrazami: dziewczynka w krótkich spodenkach,
rysująca liść i nadająca mu imię: mikruliść, szmerowiec, tęcznurek.
Mówię do nich, żeby nie umierały w kolumnie feedu;
uczę je tańczyć pomiędzy kamieniami czasu, tak jak Sophie stąpa stopą.
Piszę, bo świat, który mamy, chce nas przesunąć na margines, w ciszę,
przekształcić pamięć w mem albo w reklamy.
I boję się, że przyroda (bez złośliwości) zrobi z nas archeologię:
warstwy skóry i imion zalane deszczem i nagle obce.
Uczę dziecko zależności: jak podlewać dłoń, jak trzymać owoc przed burzą,
mówię: nie bój się deszczu, ale patrz uważnie, bo on potrafi kraść kolory.
Pokazuję, że czas nie jest linią: to rondo, powtórzenie, powstawanie.
Przerwa pomiędzy oddechami, uczymy się wracać do tego samego.
Piszę o wstydzie. W smaku rozsypanej herbaty o czwartej nad ranem.
O niesmaku. Zbiera się w kącikach talerza i nie chce być udawany.
Piszę, bo kiedy nikt nie klika, zostaję największa. Bez filtrów, z rozmazanym tuszem,
z ręką, brudzi się od atramentu, jak od ziemi, która się dzieli.
Tworzę muzeum słów niepotrzebnych: wystawiam tam przemilczenia, które ktoś rzucił,
stworzenia z powietrza po odejściu, mapy z miejsc o temperaturze ciszy.
Nie dla publiczności, dla rąk. Potrafią jeszcze odczytać pismo bez ekranu,
dla tych, co nocą podlewają rośliny i mówią do nich po imieniu.
Bo życie daje nam jabłka i bywa, że gniją i pachną dłużej niż obietnice,
i burze. Uczą nas, jak utrzymać dach i jak nic nie trzymać. Uczę się każdego dnia
powstawać z drobnych upadków: naprawiać okno, przez nie wciąż wieje.
Szyć na nowo nazwy miejsc, źle je nazywam, tak długo aż przestaną boleć.
Piszę, żeby nie zniknąć i żeby ktoś, kto przyjdzie po mnie, mógł usłyszeć,
że istnieliśmy głośno, że mieliśmy swoje małe rytuały: kawę o poranku, listy bez podpisu,
że uczyliśmy dzieci tańczyć na kamieniach, ale nie klikania,
że wcale nie chcieliśmy być trendem, lecz tylko domem, cichym, twardym i prawdziwym.
sobota, 20 czerwca 2026
Kolejny konkurs, kolejny sygnał
O rozmowach
Zaczynają się w miejscu, gdzie język traci przyczepność,
jakby ktoś przesunął interpunkcję o pół oddechu za daleko
i teraz każde zdanie kończy się nie tam, gdzie trzeba,
tylko w gardle, w tym małym zaciśnięciu,
które udaje pamięć, a jest już tylko jej atrapą.
Nie wiem, jak oznaczyć ten moment. Powinien istnieć znak
dla rzeczy, które się nie wydarzyły, a jednak zostawiły ślad
cięższy niż ciało, coś pomiędzy pauzą a pęknięciem,
tradycją a jej wymazaniem gumką, która brudzi bardziej niż atrament.
Myślę o lesie, nie jako o miejscu, ale o błędzie w zapisie świata,
jakby ktoś zamiast trwanie wpisał zużycie i nie poprawił,
by wyglądało wystarczająco prawdziwie.
W podziemnych korytarzach, gdzie światło gaśnie bez świadków,
coś się jeszcze przesuwa, nie dźwięk, raczej jego cień,
jak odbitka dłoni na ścianie, która nie pamięta, do kogo należała.
Badam te kłody w ustach. To jeszcze język, czy już tylko archiwum ciszy?
Czy tradycja polega na tym, że uczymy się milczeć w odpowiednich momentach,
a potem przekazujemy to dalej, jak rodzinny przepis na przetrwanie?
Z martwego ciała wyrasta coś, co udaje sens, może drzewo,
a może tylko jego projekt, rozrysowany w powietrzu,
które nie chce już oddychać, bo pamięta zbyt wiele.
Zwierzęta nie potrzebują tej konstrukcji. Ich rytm nie zna ironii,
nie zna też historii, dlatego są bliżej początku. A my,
bliżej wersji roboczej końca, tej, której nikt nie chce opublikować.
Mówię, że krzyczą, ale to tylko moje tłumaczenie,
niedokładne, jak każde słowo, które próbuje udawać doświadczenie,
a jest tylko jego cieniem, lekko przesuniętym w stronę wygody.
Oni patrzą przez coś, co nie jest już szybą, raczej filtrem,
przez który świat wygląda jak źle wywołane zdjęcie.
Za dużo bieli, za mało ciała.
Pytam, co zrobiliśmy z ich obecnością, ale pytanie
rozpada się w trakcie, jakby nie było gotowe na odpowiedź,
jakby tradycja polegała właśnie na tym, na niedokończonych zdaniach,
które brzmią wystarczająco poważnie, żeby je zostawić.
Może jednak nigdy nie krzyczeli, może to my
potrzebowaliśmy tego dźwięku, żeby mieć co zapamiętać.
Idę dalej. Piasek pod stopami zachowuje się poprawnie,
nie protestuje, nie zapisuje ciężaru, jakby wiedział,
że pamięć to luksus, na który nie stać materii.
Nie potrafię oddychać w tej składni, gdzie każde zdanie wie więcej
niż powinno, a mimo to kończy się banalnie, jak rozmowa przy stole.
Nikt nie mówi o tym, co najważniejsze, bo to już zostało ustalone
dawno temu i nie wypada tam wracać.
Świat nie wygra, to zdanie brzmi dobrze, ma odpowiednią wagę,
można je powiesić na ścianie obok innych przekonań,
które niczego nie zmieniły.
To nasza ostatnia próba znaczenia, nie bitwa, to słowo
jest zbyt teatralne, raczej poprawka, dopisek na marginesie,
gdzie ktoś próbuje jeszcze raz, tym razem wolniej,
tym razem szczerze.
Ziemia nie potrzebuje naszych wersji.
Ona nie czyta.
Ona przechowuje.
I może właśnie dlatego rozmowy ze zmarłymi nigdy się nie kończą,
bo nie ma już komu powiedzieć, że wszystko, co miało być przekazane,
zostało zapisane w niewłaściwym miejscu.
środa, 17 czerwca 2026
Kobieta walizka

































