wtorek, 10 marca 2026

Och Leo :P

 



Teatralna zapytała mnie, co myślę o serialu Vladimir na Netflix. Zatem na świeżo, i pewnie jeszcze mnóstwo myśli i interpretacji przyjdzie mi do głowy. Ale oglądam seriale, bo szukam szczelin, przez które widać świat. Dlatego oglądam ten serial nie jako historię o erotycznej obsesji ani o starzeniu się kobiety, jak wszyscy go punktują, ale jako opowieść o uniwersytecie, który przestał wierzyć w literaturę. Scena po scenie odsłania się tam coś znajomego: młodzi ludzie przychodzą na wykłady z literatury jak na zebranie moralne. Nie po to, żeby czytać, tylko żeby oceniać. W pewnym momencie interpretują fragment tekstu Edith Wharton, pisarki, która opisywała subtelności społecznej hipokryzji i delikatne pęknięcia ludzkich charakterów. Dla wielu studentów to już nie była literatura. To raczej materiał dowodowy w sprawie dawnych win. Nie pojmowali zupełnie, co dzieje się w tekście. Ciurkiem polecieli do opiekuna wydziału na skargę i z prośbą o odsunięcie wykładowczyni. Bawiło mnie, że studenci nie rozumieją nie tylko bohaterów powieści, ale i samej literatury. Literatura bowiem nigdy nie była czysta. Była (i jest) miejscem, w którym człowiek pokazuje swoje pęknięcia, słabości, sprzeczności. Tam właśnie rodzi się myślenie. Jakby współczesna wyobraźnia została przycięta do krótkich form: ekranu, komunikatu, natychmiastowej reakcji. A literatura wymaga czegoś odwrotnego, cierpliwości wobec złożoności. W serialu widać to bardzo wyraźnie w historii profesora, który miał kiedyś romanse ze studentkami. Były dobrowolne, przynajmniej wtedy tak się wydawało. Po latach zostają nazwane nadużyciem. I oczywiście można o tym rozmawiać poważnie, bo relacja władzy istnieje i nie znika tylko dlatego, że ktoś mówi tak. Ale tu tylko obserwujemy codzienne rozterki i konflikt wynikający z różnicy potrzeb. Ciekawa jest tutaj zmiana pamięci. Dawne doświadczenia zostają przepisane na nowy język. Historia zmienia sens, bo zmienił się świat. I może to jest naturalne. Jak dla mnie nienaturalna wydaje się natomiast reakcja instytucji. Uniwersytet w serialu nie próbuje niczego zrozumieć. Uniwersytet próbuje tylko przetrwać. Najbezpieczniej jest więc zawiesić, odsunąć, uciszyć. Tak działa instytucja, która przestała wierzyć w swoją rolę. A przecież uniwersytet powinien być miejscem trudnych rozmów. Najbardziej uderza mnie jednak coś innego. Współczesna kultura uwielbia młodość. Młodość jest wzruszająca, autentyczna, wrażliwa. W reklamach, w serialach, w języku publicznym młodzi są zawsze moralnie czyści. Prawie jak świeży śnieg, który spadł i nie zdążył się rozpuścić. Problem polega na tym, że śnieg jest czasem bardzo płytki. Bo za tą wrażliwością często kryje się coś niepokojącego: intelektualna pustka. Nie brak inteligencji, raczej brak cierpliwości do złożoności. Świat musi być prosty. Ktoś musi być winny. Ktoś musi być niewinny. Dla mnie literatura tak nie działa. Przypomina raczej stare lustro: pokazuje twarz z rysami, zmarszczkami, cieniem pod oczami. Pokazuje człowieka takim, jaki jest, nie takim, jakim chcielibyśmy go zobaczyć. Dlatego klasyczne teksty bywają dla współczesnych studentów trudne. Bo w tych tekstach nie ma moralnego komfortu. Są tylko ludzie. I może właśnie dlatego Vladimir jest ciekawy. Nie dlatego, że opowiada o skandalu na uniwersytecie. Takich historii było przecież wiele. Ciekawy jest dlatego, że pokazuje moment, w którym dwie wizje świata przestają się rozumieć. Jedna wierzy jeszcze w literaturę jako przestrzeń myślenia. Druga traktuje ją jak akt oskarżenia. Zostawiam i nie dotykam historii głównej bohaterki, narcystycznej, histerycznej i zaskakującej. Jest świadkiem zmiany epoki, osobą, która jeszcze pamięta, czym był uniwersytet jako przestrzeń myślenia, a teraz obserwuje jego powolne rozmywanie się. Najciekawsze w jej postaci jest to, że nie jest jedynie obrończynią starego porządku. Raczej przygląda się nowemu językowi moralnemu. Czasem rozumie go lepiej niż jej koledzy z wydziału, ale jednocześnie widzi jego ograniczenia. Bo kiedy wszystko staje się przemocą, trudniej rozmawiać o ludzkiej niejednoznaczności. Pomiędzy nimi stoi uniwersytet, trochę zmęczony, trochę przestraszony i udaje, że wszystko jest w porządku. Satyra przeniesiona w epokę #MeToo? Możliwe.


[X] dziecko patrzy przez skórę


 




Nie wiem, dlaczego dotyk boli. Ale wiem, że niektóre światła
wbijają się we mnie jak drzazgi. Najczęściej rano,
kiedy jeszcze nic nie zostało powiedziane.
Mama mówi, że moja skóra jest jak mleko z odrobiną rdzy,
ale ja wiem, że w niej mieszka różowy z cienia, ten sam
co na palcach, kiedy zbyt długo patrzę na coś czerwonego.
Wszystko zostawia ślad. Palec na szybie. Wzrok w mięsie owocu.
Głos, którego nie wypowiedziało się do końca.
Kolor boli. Niektóre odcienie nie są dla dzieci.
Lazurowa samotność, burzowe wnętrze drzewa,
ten granat, co go nie widać, ale mieszka w plecach,
kiedy jestem sama.
Lubię łączyć kropki na twarzach ludzi. One też mają znaki.
Niektóre są jak mapy, inne – jak ślady po tym,
co chcieli powiedzieć, ale nie wypadało.
Nie wiem, co znaczy dorosła, ale chyba chodzi o to,
że przestaje się pytać, a zaczyna rozpoznawać bez pytania.
Czasem rysuję swoją skórę kredkami. Dodaję do niej słońce,
plamki, które znaczą nie bój się. Czasem zakreślam całą siebie
na niebiesko.
Nie ten niebieski z książek. Tylko ten, co w nim
kiedyś babcia powiedziała: wszystko, co czujesz, ma znaczenie,
ale nie wszystko trzeba wypowiedzieć.




poniedziałek, 9 marca 2026

O dystansie




Kolejny dzień pachnie wilgocią i krochmalem.
Wyciągam z kieszeni jedną dobrą monetę,
żeby zapłacić za ciszę, ale dźwięki wracają,
jak głodny kot, drżą w pustych naczyniach.

Pod ścianą stoją wczorajsze wspomnienia,
za nimi ja, bez biletu, trzymają mnie na dystans,
na granicy zaułków, gdzie każdy krok
jest sztuką unikania.

Czasem śnię o ludziach, którzy nie śnią,
liczą kroki w powietrzu, wydrapują znaki na liściach
i wierzą, że każdy cień to niepewność
narysowana przez drżące palce.

Wieczorem dym piecze mnie w oczy,
to nie pożar, tylko rozmowy sąsiadów,
które wybuchają, jak tłuczone szkło.
Powietrze staje się gęste, nie do oddychania,
jakbyśmy wszyscy zmieścili się w jednej butelce.

Kiedy pytasz, dlaczego zapalam światło
w pustych pokojach, odpowiadam:
Żeby przypomnieć ścianom, jak wygląda cień.

A potem milknę, bo milczenie, to ostatni rodzaj broni,
która nie wymaga ostrzenia.






 

niedziela, 8 marca 2026

O nas

 


Sophia odkryła na telefonie mamy moje konto na Instagramie. Przybiegła do mnie natychmiast, zarzuciła ręce na szyję, pocałowała w policzek i powiedziała z powagą, która mieści w sobie cały wszechświat:

– Babciu, polubiłam wszystkie twoje posty. Jestem zachwycona!

Odpowiedziałam:

– Kocham cię, moja Perełeczko,  ukochana fanko.

Po czym, już całkiem rzeczowo, dodała:

– Teraz pokaż mi Boba i Baby Shark.

Kilka lat temu zrobiłam te dwa krótkie filmy trochę z przeczucia, trochę z czułości. Dziś wiem, że najbardziej zadowolona z mojej pracy jest właśnie Sophia. Siedzi przy biurku i maluje Boba. Rozmawia z nim. Zachwyca się. Co chwilę wybucha śmiechem, takim czystym, który wypełnia dom.

Patrzę na nią i myślę, że nie ma piękniejszej chwili niż ta. I są jeszcze jej oczy, sposób, w jaki na mnie patrzy. Czasami w jednym spojrzeniu mieści się więcej sensu niż w całej galerii obrazów.

– Babciu, a kiedy będzie książka dla mnie?

Zamyślam się i udaję, że nie wiem, o jaką książkę pyta.

– No ta książka o lisonocach, mikururu, zabawie w restaurację, i o latających dywanach. O mnie. O nas.

– Już niedługo. Już niedługo.

I już jej nie ma. Przekłada kolejną stronę Matildy, czyta, czasami tylko zaczepia mnie i pyta o znaczenie słowa, którego nie zna. I tak sobie leżymy i czytamy, rozmawiamy.






sobota, 7 marca 2026

Sztuka przywracania

 




Zaczyna się od drobiazgów. Litery. Zgubiły ciało i leżą na stole jak rybie łuski,
i nagle trzeba je zebrać, obrócić w palcach, sprawdzić czy jeszcze oddychają,
bo język, wbrew temu, co mówią podręczniki, nie jest systemem,
tylko stadem nerwowych zwierząt. Uciekają w stronę światła, gdy ktoś otwiera okno.

Rok nie zamyka się jak książka, przecieka przez grzbiet, każdego dnia.
Farba drukarska utrzymuje się pod paznokciami tak długo, aż zaczynam podejrzewać,
że całe życie jest tylko próbą odbitki. Dlatego układam litery powoli,
jakby były kośćmi małego zwierzęcia znalezionego w śniegu,
sprawdzam ich ciężar, obrysowuję kształt.

Powiedziano mi kiedyś, że typografia powinna być przezroczysta,
ale to tak, jakby żądać od rzeki, aby nie miała nurtu. Litery chcą się kłócić ze światłem.
Przytulać w zbyt ciasnych odstępach, by za chwilę rozszczepić się bez udawania,
w przestrzenie. Nie udają sensu. Widziałam takie rozmowy.

Na stole, gdzie chusteczki zbierają purpurowe ślady słów,
a nikt już nie pamięta, kto pierwszy powiedział:
to tylko historia.

Tylko.

Jakby historie nie były sposobem, w jaki świat naprawia swoje złamania.
W tym samym czasie dziecko przebrane za rekina stawiało pierwszy krok,
jakby ocean był tylko ćwiczeniem z równowagi. Tak było.

Światło mrugało na wodzie, a ja zrozumiałam coś bardzo prostego:
że montaż jest formą czułości. Nie skleja się obrazów, żeby je uporządkować.
Skleja się je, żeby ocalić drżenie, które pojawia się pomiędzy nimi.

Dlatego nakładałam warstwy, błękit, który pamięta jeszcze chłód lodowców,
zieleń cierpliwą jak mech w cieniu kamieni, żółcienie, zachowują się podejrzanie, jak śmiech,
i czerwień, zawsze trochę zbyt blisko ciała.

A pod spodem zostawiłam pęknięcia. Bo życie nie ufa gładkim powierzchniom.
Moja wnuczka kiedyś obejrzy ten film i pomyśli, że świat jest ruchem.
Nie powiem jej wtedy, że ruch jest tylko inną formą niepokoju.
Dzieci muszą wierzyć, że ocean jest większy niż strach.

Najdziwniejsze jest jednak to, że kiedy układam litery albo kadry,
czuję coś na kształt wdzięczności. Jakby ktoś wcześniej przygotował dla mnie
ten chaos. Jakby farba wiedziała, gdzie ma spłynąć.
Jakby papier, cierpliwy jak ziemia w lodówce matki, przechowywał wilgoć na później.
Dlatego wybieram czerń. Nie dlatego, że jest elegancka.

Czerń jest po prostu najbardziej lojalnym kolorem,
zostaje, gdy reszta świata zaczyna się wymazywać,
i przypomina, że każda litera jest małym aktem powstawania.
A powstawanie, moja droga,
to najstarsza sztuka przywracania.
Nawet jeśli czasami wygląda jak błąd druku.


piątek, 6 marca 2026

O intymności

 



Na blogu piszę raczej o literackiej części mnie. O ludziach, których spotykam, jak niektórzy z nich mnie zawodzą. O rozczarowaniach. Czasem o tych, którzy potrafią być przyzwoici, choć to zdarza się rzadziej, niż bym tego pragnęła. Mam swoją czarną listę. Nie prowadzę jej z zemsty, raczej ku pamięci. Punktuję oprawców, narcyzów i wszelkiej maści podłych ludzi. Ci sami dla innych bywają ciepli, serdeczni, koleżeńscy. Literat złotousty potrafi, jak dobry marketingowiec, dorysować usta dokładnie tam, gdzie są potrzebne. Dlatego stoję trochę obok. Nie pasuję do tego środowiska. Nie pasuję do tych, którzy wyglądają jak bezdomni, bo dobrze to działa na litość i zbiórki. Nie pasuję również do tych, którzy potrafią lać wodę i ozdabiać papier kolejnymi logotypami. Jestem zwyczajnie zwyczajna. Nie lubię zamienników. Artystów, którzy ogłaszają, że wynaleźli pismo i w związku z tym należy im się cześć i chwała. Świat artystyczny zna takich wielu. Przyglądam się, co z tego zostaje. 

środa, 4 marca 2026

O dyskrecji

 



Jesteśmy dyskretną rodziną. Dbamy o prywatność, o cudzą również. Nie dlatego, że mamy coś do ukrycia. Raczej dlatego, że wierzymy w przestrzeń, która nie jest wystawą. W życie, które nie musi być natychmiast przekładane na komunikat. W relacje, które nie potrzebują publicznego potwierdzenia, żeby były prawdziwe. Coś tam odsłaniamy, ale na zasadzie uchylonych na chwilę drzwi. Może dyskrecja to po prostu zgoda na to, że nie wszystko musi być opowieścią. Że nie każda radość wymaga świadków, a nie każda trudność, komentarza, dlatego kiedy napisałam, że spędziłam mnóstwo czasu w rozmaitych poczekalniach, tak wielu z was było zdziwionych i wypytywaliście mnie w prywatnych rozmowach o szczegóły. Jestem zamkniętą w sobie osobą, nie potrafię wywalać bebechów, analizować, dyskutować o tym, co mnie trapi. Wolę być w świecie bez ciągłego podnoszenia kurtyny. Bez potrzeby, by świat patrzył. Nie wiem, czy dyskrecja jest jeszcze cechą, czy już reliktem. Może to tylko słowo, które zostało na dnie szuflady razem z koronkową chusteczką i listami pisanymi odręcznie. A jednak kiedy Inyglos napisała, że to fantastyczna staroświecka cecha, zaśmiałam się na głos. Ten komplement zabrzmiał jak wyjęty z zakurzonej półki, trochę niemodny, trochę czuły, jakby przetrwał coś, czego nie umiemy już nazwać. A chodziło przecież tylko o akcję z losowaniem grafiki. Nie chciała się ujawniać. Napisałam, że jestem dyskretna. I nagle to słowo, tak zwyczajne, zrobiło się niemal podejrzane. Bo żyjemy w czasie, który domaga się transparentności. Który mówi: pokaż, odsłoń, opowiedz, oznacz, udowodnij. Prywatność stała się czymś w rodzaju oporu. Decyzją, żeby nie wszystko musiało być widzialne. I jeśli coś jeszcze można nazwać staroświeckim, to może właśnie to: delikatność wobec cudzej granicy. Świadomość, że milczenie nie jest brakiem, ale wyborem. A wybór, choć cichy, potrafi być bardzo wyraźny.

wtorek, 3 marca 2026

VII. Barwa mówi z krawędzi obrazu




 


Nie mam imienia, które można wymówić bez drżenia.
Jestem cieniem między indygo a snem,
gdzie smok z Komodo oddycha tak cicho,
że tylko dziewczynka słyszy jego głos
w kolorze malinowym, tuż przed burzą.

To nie pigment, tylko pamięć.
Tak nazwałyście tę barwę:
pamięć o dotyku, który nie zdążył,
ciepło policzka na tle cyny
albo cień zapachu wódki z sokiem malinowym –
w czerwcu, po śmierci psa.


Za rogiem dziewczynka zbiera kolory do słoika.
Każdy inny. Każdy mówi coś,
czego nie da się zapisać alfabetem,
ale można poczuć, kiedy deszcz staje się zbyt przezroczysty
i wtedy trzeba przypomnieć sobie zielony ze świtu
na skórze kota, który wrócił.

Smok nie ma barwy. Jest każdą, kiedy się boisz,
i żadną, kiedy chcesz dotknąć.
Ale jego łuski – tak, widziałyście to razem –
mieniły się jak stary lakier do paznokci:
ten, co pachniał plastikiem
i pomarańczowym światłem kuchni.

To wystarczy. Nie trzeba już więcej mówić,
tylko trzymać ten kolor w dłoni,
jakby miał temperaturę śmiechu,
którym nie zdążyłaś się podzielić.

Jeśli kiedyś zapomnisz, znajdź znów ten obraz.
Nie po to, by pamiętać, ale żeby znów zacząć widzieć
– nie rzeczy, lecz barwy, które je kiedyś ocaliły.


z Emiterium





sobota, 28 lutego 2026

O mnie

 


W związku z tym, że codziennie pada, przeszukuję sklepy z płaszczami przeciwdeszczowymi. Ma być czarny i prosty, klejony, wygodny. Obserwuję trzy modele, porównuję detale, długości, matowość materiału, przepuszczalność, a raczej nieprzepuszczalność. I wtedy, jak na zawołanie, wpada reklama: czarne adidasy, czarne szerokie jeansy. Algorytm już wie. A Sophia mówi: Babciu, czarny misiu, jeszcze czarny misiu Zdzisiu, bo słucha opowiadań na Storytel. Czarny to dla mnie najwygodniejszy kolor. Nie domaga się światła. Nie tłumaczy się z plam deszczu. Mieści w sobie wszystko, i pogodę, i jej brak. No i Sophia też kocha czarny, bo nam babciu w czarnym najlepiej.

I rozumiem, że dla niektórych osób, czarny nie jest kolorem, w porządku, jestem miłośniczką suprematyzmu, Malewicza, czarnego na czarnym i jest to wszystko umocowane w obsesji i umiłowania typografii. Dlatego obrzydzanie mi czarnego, nie jest tutaj wskazane i grzeczne. 




czwartek, 26 lutego 2026

Możesz mieć moją pracę

 



Każda osoba, która polubi (lub już lubi) mój FanPage https://www.facebook.com/Margarithes i udostępni grafikę powyżej oraz napisze w komentarzu pod oryginalnym postem (klik) dwa zdania, dlaczego chciałaby/chciałby ją mieć, weźmie udział w losowaniu.

15 marca Sophia wylosuje nazwisko osoby.

(Na polubienia i udostępnienia czekamy do 14 marca).
Praca zostanie wysłana na wskazany adres (bez ramki). 
Pamiętaj by post był publiczny, inaczej go nie zarejestruję.


środa, 25 lutego 2026

Balonik z lusterkiem

 



Bogini Sionnan, piórko i tusz na bawełnianym papierze 2020.




(czyli próba pisania z końca świata, którego nikt nie zauważył)

Pamiętam dzień, w którym Magda napisała do mnie, że kupiła błyszczyk pachnący nosorożcem. Odpisałam jej: Zazdroszczę. Ja dziś pachnę tylko kursem do Lidla i rozczarowaniem. Odpowiedziała po trzech minutach: To też zapach. Nazwijmy go transzula – woń czekania, nie prowadzi donikąd. Magda wymyślała słowa tak, jakby była ostatnią osobą na ziemi, której wolno jeszcze coś nazwać. Takich jak ona już nie robią. Nie tylko ludzi, ale i zdań.

Wtedy jeszcze pisałyśmy do siebie długo. Listownie, wiadomościowo, czasem nawet milczeniem. Milczenie Magdy było jak satyna: gładkie, miękkie, ale układające się w ostrą linię, jeśli tylko je złożyć nieuważnie. Nasze rozmowy były jak ryty na łyżkach z alpaki. Subtelne, niepotrzebne światu, ale konieczne dla przetrwania. Dziś dzieci, a właściwie dzieci moich dzieci, mają własne języki. Sophie mówi łapinka, kiedy chce mi pokazać, że nie chodzi o sam dotyk, ale o zatrzymanie. Mówi grzmolet, kiedy się czegoś boi, choć nikt inny by nie zauważył. A ja, babcia z magentowym szalem i zmarszczkami w kształcie nut, notuję to wszystko w zeszycie z okładką w lisy.

Piszę, żeby nie zniknąć. Piszę, bo nie umiem wrzucać siebie do sieci bez rozdrabniania się na cienkie plastry ironii. Mam wrażenie, że wszyscy dziś karmimy się nawzajem przetworzonymi wersjami siebie, jakby ktoś kiedyś wymyślił, że autentyczność można dawkować. 15 sekund szczerości. 24 godziny ważności. Uczucia w sprayu. A przecież prawdziwe życie boli nieestetycznie. Ma kolor niesmaku, zapach wstydru i kształt rozsypanej herbaty o czwartej nad ranem. Magda umiała ten kształt rozpoznać. Mówiła: Najwięcej jestem sobą, kiedy nikt nie patrzy. A jeszcze bardziej, kiedy nikt nie klika. Chyba dlatego zmarła bez żadnego trendu. Nie zdążyła zrobić reelsa z własnej nieobecności.

Czasem myślę, że mogłam założyć dla niej muzeum słów używanych raz. W holu stałaby tęskniarka, rzeźba zrobiona z powietrza po czyimś odejściu. Obok projektowałabym mapy z zanikającymi wspomnieniami, takie, gdzie każde miejsce ma temperaturę ciszy. Niektóre z tych wspomnień przypominałyby zmięty rękaw, inne smak dzieciństwa, którego nigdy nie było. Kiedy tworzę, a tworzę przecież nieustannie, nawet kiedy się tego wypieram, czuję, że istnieją jeszcze drobne okna do świata sprzed algorytmu. Wiersz, którego nikt nie przeczytał. Kolaż, który nie dostał serduszka. Słowo, które wymknęło się z pamięci. W takich momentach jestem najbardziej sobą. Bez filtra, bez lansu, z rozmazanym tuszem i ręką zanurzoną w resztkach tuszu z naboju do pióra. Sztuka dzisiaj? To cyrk z plakatem performance trwa całą dobę, zapraszamy do autopromocji. Nie znoszę tego. Nie znoszę też, że sama w to wpadam. Że publikuję, udostępniam, próbuję się tłumaczyć z istnienia. Jakby każdy oddech musiał mieć akceptację publiczności. Jakby nawet cisza musiała mieć strategię komunikacji. A przecież kiedyś, dawno temu, była dziewczynka w krótkich spodenkach, która siedziała w trawie i rysowała liście po imieniu. Każdy miał własne. Mikruliść, szmerowiec, tęcznurek. Może dlatego nie umiem dziś ich zignorować, tych, co rosną pod moim oknem, przekwitają, nie pytają o pozwolenie. Dzieci jeszcze mają tę wolność. Sophie mówi, że czas to coś, co się robi stopą, jak się tańczy po kamieniach. I może ma rację. Może czas to nie linia. Nie zegar. Nie deadline. Może to coś pomiędzy ruchem a oporem. Coś, co cichnie, kiedy patrzymy uważnie. Magda patrzyła uważnie. Kiedyś wysłała mi zdjęcie swojej ręki na tle ściany, na której była plama po dawnym lustrze. Napisała: Tu się kończyłam przez kilka lat. Ale dziś jestem gdzie indziej. Nie spytałam gdzie. Wystarczyło mi, że gdzie indziej może być stanem ducha. Ludzie się dziś lekceważą tak subtelnie, że aż boli. Znikają z rozmów, z obowiązków, obecności. Na pytanie jak się czujesz? Odpowiadają giphy z misiem w dresie. Spotkanie to teraz wspólny live. Relacja, to, co zostało po relacji. Przestaliśmy być razem. Zaczęliśmy się tylko nawzajem przerywać. A przecież chciałabym, kiedy powiem: dzisiaj boli mnie pamięć, ktoś odpowie: zaparzę coś na to. Kiedy pokazuję kolaż zrobiony z resztek smutku, ktoś nie zapyta ile za to dostałaś? A kiedy piszę wiersz o umieraniu z tęsknoty, nikt nie wstawi go w ramkę z kwiatkiem i cytatem. Chciałabym, i to nie wstyd przyznać, żebyśmy wrócili do traktowania siebie nawzajem jak ludzi, nie jak kanały dystrybucji emocji. Bo ja nie chcę być kanałem. Chcę być kobietą. Artystką. Babcią. Dziewczynką z zeszytem. Chcę pisać słowniki zmyśleń. Uczyć dzieci, że słowo kocham może mieć tysiąc odmian, a żadna z nich nie potrzebuje hashtagu. Chcę siedzieć z wnuczką nad rzeką i wymyślać nazwy dla chmur, które nikomu nie będą służyć. Chcę znowu pisać do Magdy, chociaż wiem, że już nie odpisze.

Ale może to nieistotne. Może to wystarczy. Że istnieje pamięć. Istnieje dotyk. Łapinka. Że jesteśmy, na chwilę, bez sensu, ale razem. I jeśli kiedyś ktoś mnie zapyta, co jest najważniejsze, nie powiem miłość, bo to za łatwe. Nie powiem sztuka, bo to za modne. Powiem: zmiękłość. Taki stan bycia w świecie, który nie wymaga twardnienia. Kiedy można się rozpuścić w cudzej obecności. Kiedy można być nieperfekcyjną, nieefektywną, niekonieczną, ale potrzebną. Na końcu i tak zostanie tylko garść zmyślonych słów. Ale jeśli będą nasze, to wystarczy. Być może to przez ten wiatr. Albo przez to, że Sophia zapytała mnie ostatnio, czy narcyz może się zakochać w innym narcyzie. Odpowiedziałam: może, ale nie będą się widzieć. I tak zaczęłam się zastanawiać, kto jeszcze dziś naprawdę widzi. Kogoś. Coś. Siebie. Bo dzieci widzą. Zauważają szczegół. Trawa ma kilka odcieni zielonych zamiast jednego. Liść się zmęczył. Mama patrzy w telefon, a nie w oczy. A ja, matka, babcia, artystka po przejściach, chciałabym znowu patrzeć. Nie z ukosa. Nie przez migawkę. Nie przez ekranik z napisem na żywo, który przecież bardziej martwy być nie może. Kiedyś myślałam, że najważniejsze w życiu to dobrze dobrać font. Albo chociaż zapach do pory dnia. Dziś wiem, że najtrudniej wybrać siebie, bez filtra. Nie selfie, nie relację, nie status. Siebie taką, co czasem płacze nad pomarańczowymi sardynkami i nie udaje, że wszystko spoko. Bo nie jest spoko. Luudzie (tak, z dwoma „u”, bo tak brzmią, gdy ignorują) nauczyli się lekceważyć z czułością. Odezwę się jutro, czytałem, super, wow, jakie piękne. A potem cisza jak z czarnej tablicy, po której ktoś zbyt długo nie pisał kredą. Ghosting jest nowym dzień dobry, lajki są nową formą współczucia, a komentowanie dzieł sztuki ogranicza się do serduszka i emoji z płonącą głową. Czy to znaczy, że moje wiersze muszą się teraz palić, żeby ktoś je zauważył?

Zdarza mi się wciąż marzyć. Że tworzę wystawę z napisem Proszę nie patrzeć tylko oczami. Że ktoś zatrzyma się przy obrazie i zamiast cyknąć fotkę, po prostu pomilczy. Albo że ktoś przeczyta wiersz do końca. Nawet jeśli nie zrozumie. A dzieci? Dzieci tworzą słowniki. Zmyślają języki, bo nasz już nie wystarcza. Mniur, mówi Sophie, kiedy coś ją zachwyca i boli jednocześnie. Mnie też mniur. Na wspomnienie Magdy, która znała zapachy lepiej niż perfumiarz, a słowa lepiej niż redaktorzy wszystkich redakcji. Na nasze rozmowy, które były ciepłe jak zupa z dzieciństwa, tylko bardziej intelektualne. Nie kliknęłyby się. Ale były. Prawdziwe. Kiedy myślę o sztuce, to nie myślę o trendach. Myślę o kruchym zmyśleniu. O tym, co pomiędzy. O grzbiecie, nie o stronie tytułowej. O świetle, które wpada przez listwę, a nie przez świetlik. I tak, wiem, brzmię jak babcia, która zgubiła konto na Instagramie. Ale może właśnie to jest wolność? Bo czas płynie nie jak rzeka, tylko jak aplikacja, bez możliwości cofnięcia, z bugami, ale uzależniająco. I nie wiem, co jest ważne. Może to, że wnuczka dotyka mojej ręki, kiedy śpimy razem w jednym łóżku. Może to, że ktoś kiedyś zapamięta mnie jako tę, co pisała do końca, nie wiadomo czego, ale z miłością. A może to, że dzisiaj nie opublikuję tego felietonu od razu. Może najpierw go przeczytam komuś głośno. I zobaczę, czy usłyszy mnie za filtrem.

Tonariho

Imię własne: Yumekitsune
Zamieszkanie: ciemne zaułki Sophie, między cieniami a światłem lampy
Zdolność specjalna: zna imiona wszystkich cieni i potrafi z nimi rozmawiać,
tworząc mosty między światami snu i jawy

Yumekitsune: lis nocny z sasiedztwa

Chodzę cicho jak kuroshadow, między gałęziami i snami Sophie,
noszę w futrze tajemnice miruneko – światła, co śpią pod liśćmi.

Znam wszystkie imiona cieni
te, co rzuca księżyc i te, co maluje lampka na parapecie.

Mówię językiem półszeptów, nekozora i darkomi,
łączę światło z mrokiem, jakby były nicią jedwabiu,

gdy noc staje się za ciężka, przychodzę z kącika pokoju,
przeciągam się i mrugam błyskawicą
flashnippo – mój znak, że jestem blisko.

Potrafię rozmawiać z cieniem ze zmęczenia,
nawet z tym, co nie chce odejść.

Uczę Sophie, że cień nie jest tylko brakiem światła,
jest też miejscem na marzenia, – tych yume-shapes,
które pojawiają się między ciszą a oddechem.

Jestem jej towarzyszem, którzy pilnuje granicy snu
– między tym, co widzialne, a tym, co jeszcze niegotowe.

Fumi-Kaze

Imię własne: Kazehana
Zamieszkanie: wiatr niosący zapach papieru, słów i wspomnień
Zdolność specjalna: potrafi tworzyć i rozpraszać myśli, łączyć światy słów
i dźwięków w jedną, płynną przestrzeń

Kazehana: wiatr słów i wspomnień

Jestem fumi-kaze – papierowy wiatr,
niosę szept kotobana przez puste ulice,
gdzie każdy liść jest listem, każdy cień – kartką,
a słowa – skrzydłami, które muszą odlecieć.

Mam w sobie zapach starego papieru – furudoki
i smak wspomnień, jeszcze się nie zatarły,
memorinagi – rzeka pamięci, co płynie wśród czasów,
łącząc to, co było, z tym, co może być.

Kiedy przemierzam miasto, słyszę rozmowy hanashimi.
Ludzkie myśli, jak liście tańczące na wietrze,
łączę je w zdania, które nigdy nie zostały wypowiedziane,
tworzę z nich kaze-rythm – muzykę niewypowiedzianą.

Moje skrzydła są lekkie jak yoru-hane. Nocne pióra,
nie chcą się rozpraszać, chcą zostać,
bo każda historia potrzebuje wiatru,
by odlecieć do serc, które chcą słuchać.

Jeśli poczujesz na twarzy mój fukikomi – podmuch słów,
to znak, że jestem blisko, i że coś ważnego czeka,
by się narodzić w ciszy między słowami.


Kraina Chaosu
(wersja z podciętym językiem)

Nie ma tu alfabetu. Są tylko porzucone znaki interpunkcji.
Poszły na wojnę z sensem. Kropka się rozpadła,
przecinek się spóźnił, a pytajnik odgryzł sobie ogon.

W tej krainie nie rozpakowuje się wspomnień.
Są zafoliowane, zaklajstrowane w estetyczne pudełka
po shozo, kartony w kolorze niepokoju.

Tu mówi się językiem porażki: wiedziałem,
ale nie powiedziałem, byłem, ale zniknąłem,
kochałem, ale w trybie ukrytym.

Głosy mają fakturę ścierki, na której wczoraj ktoś zostawił
ślady po herbacie i Little krwi z nosa. Nie, nie pytaj,
komu poleciała. Może językowi.

W chaosie każdy ma swoją melodię, ale nikt nie ma instrumentu.
Śpiewamy więc zębami, skrzypcami żeber,
pianinem palców z wytartym paznokciem
i duszą rozstrojoną do nuty bleurgh.

Język tu jest kaleczką. Nosimy go na plecach, w torbach,
czasem rozrzucamy po parkietach galerii,
żeby ktoś inny się poślizgnął i powiedział:
O, sztuka.

Nie ma sardynek, ale są ryby wymyślone,
słowa jak kakaflounder, węgorzyk smętniak,
pływają w zupie bez dna i smakują
jak nieprzeżuta wiadomość głosowa.

Powinien być tu znak, taki nowy, całkiem niepotrzebny,
typograficzny rozbłysk między dlaczego,
a nie waż się znowu pytać.

To właśnie miejsce. Zaznaczone na mapie pomiędzy,
coś miałam na końcu języka, a to już nie jest twoje słowo.


lipiec 2025., eleWator 42.

wtorek, 24 lutego 2026

O przechodzeniu przez ciemność

 




Bardzo długo wychodzę z infekcji. Jeszcze czuję, jak coś odrywa się we mnie. I kaszel, niech już się skończy, proszę w myślach. I kiedy wydaje się, że jestem już bliżej zdrowia niż choroby, Sophia wraca ze szkoły z gorączką i bolesnym gardłem.

Wątpliwości to też wirus. Tak się dzisiaj czuję. Obserwuję.

Niemoc. Badziwie. Lipę.

Patrzę na świat i widzę te wszystkie retuszowane twarze, ich zdjęcia, przerośnięte usta nadmuchane jak rękawki do pływania, dziubki ćwiczone do selfie. Bambuko estetyczne. Plastik wchodzi pod skórę jak kurz. Smród ropy naftowej, produkty pochodne wszystkiego, co martwe i przetworzone tysiąc razy. Poliester. Chora ziemia od tego wszystkiego. Przepełniony plastikiem ocean. Kiepska kawa, która udaje kawę.

I ktoś mówi: wyluzuj.
Nie, nie potrafię.

Nie chcę luzować się wobec bylejakości, przyzwyczajać oka do brzydoty, dennego zachowania, do oblepionych palców i mlaskania.

Dzisiaj na lunchu usiadłam tak, że naprzeciwko mnie, taki widok, że o rany. Wpychał jedzenie do ust palcem, popychał, poprawiał, nie zamykał ust. Jadł jakby walczył z talerzem. Nie mogłam przestać patrzeć. Hipnoza obrzydzenia.

– O czym myślisz, Margo?
– Nie mogę myśleć. Widzę, jak on je.
– Nie patrz tam.
– Łatwo ci powiedzieć, już tego nieodzobaczę.

Ciało reaguje szybciej niż filozofia. Estetyka jest fizjologią. Może to wszystko jest o granicach. O tym, że kiedy długo choruję, skóra robi się cieńsza. Świat wchodzi głębiej. Dźwięk, zapach, cudze maniery. Chciałabym dziś tylko czystego powietrza. Dobrej kawy. Gardła Sophii bez ognia. I żeby ludzie zamykali usta, kiedy jedzą. Reszta może być niedoskonała. Ale niech będzie prawdziwa.


z Emiterium

 




II. Dziewczynka z Komodo 
opowiada sen


Zjadłam słońce, mówi, rozchylając palce.
Ale to nie było takie słońce, jakie rysują kredką –
tylko to, co zostaje po świetle, kiedy gaśnie rozmowa.

W tym śnie nic nie było pewne. Ani czyje to ręce, ani czy ja to ja.
Nie było płci, był puls – ciemny jak szum pod wodą,
kiedy ktoś wypowiada twoje imię, ale bezgłośnie.

Lubiłam się bać, dopóki nie zorientowałam się,
że drzewa też mają sny i w ich snach ludzie giną.

Na ścianie cieniował smok – nie taki z bajki,
tylko z lusterka od roweru, gdy jedziesz przez las
i boisz się skręcić w złą stronę świata.

Znasz tę stronę? Tam, gdzie wszystko jest takie samo
ale nie umiesz już oddychać.

Moja matka trzymała ziemię w lodówce żeby zachować wilgoć
na przyszłość.
Nie rozumiałam wtedy, że mówi o mnie.

Rano, po tym śnie, zebrałam popiół z poduszki.
Włożyłam go do słoika i podpisałam:
jeśli kiedyś nie wrócę, daj to drzewom.