piątek, 20 sierpnia 2021

Podróżowanie




Włóczyłam się trochę ostatnio tu i tam, by zebrać myśli, wyjść w ich kierunku. Słuchałam muzyki, usprawiedliwiałam zapomnienie, niewiele więcej działo się po powrocie do siebie. Bujanie w obłokach i zatracanie. Czy rzeczywiście ludzie lubią talk-show, albo programy, w których obrzucają się błotem, przekleństwami i nie ogarnia ich strach? Gdzieś na zewnątrz gotowi są załamać się i płakać, szlochać, histeryzować. Wygrzebują z torebek pigułki na dobre samopoczucie, lepsze śnienie. Reperują się na chwilę w środku, ale nadal są akrobatami. Kręcą się wolniej, chociaż chwytają każdy oddech, splatają się w jedno z przestrzenią, w którą się wpatrują. Taki drobiazg, zniekształcony obraz, wędrująca po kieszeni dłoń, jakby w ogóle nie było w niej miejsca.

czwartek, 29 lipca 2021

Lekkość bawełnianej siatki






Myślę o śnieniu i rozpoczynam dmuchanie
na mokre. Płaszcz przeciwdeszczowy, kalosze, 
maska, rozciągnięte rękawiczki.

Ostrożność.

Codzienność.

Roznoszą się na ustach,
albo opuszkami palców lubią gnębić,
przepychać się pomiędzy regałami
w sklepie, w tłoku, z góry
po schodach, w windach.

Podnoszę się na duchu mocną kawą.
Nie mam sprecyzowanych planów.
Jedynie jarski obiad
pachnie od kilku minut.
Później wydłubiemy pestki z jabłek,
nie ubrudzimy się przy tym.

Z powodu jakiejś odmiany,
fartucha, bieżącej wody.
Po przebudzeniu zastanawiam się,
kto zaprogramował mój sen,
zaplanował życie. Rozpisał jadłospisy.


wtorek, 27 lipca 2021

Wymowa

 


Kiedy już myślę, że nic mnie nie zaskoczy, przejeżdżam przez dolinę i staję na pierwszym występie skalnym, przyglądam się przestrzeni. Przyroda zawsze robi mi w głowie coś miłego. Aż nie chce się wracać, włączać do ruchu. 

wtorek, 20 lipca 2021

Epizod czterdziesty siódmy




Nie mam skłonności do umywania rąk, dlatego wyrażam się precyzyjnie i nie ma we mnie lęku przed prawdą. Niektórym z was wydaje się, że przechodząc obok nie zauważam mnogości szczegółów rzeźbionych miękkimi słowami i zasłużyłam na każdą gorzką łzę. Coś wam się wymyka z myśli, dryfuje w bezkształtnej przestrzeni. Czekam, kiedy opadnie na dno i podda się mojemu uczuciu. Wypali się i nie wybrzmi. Przemilczę kolejny sen, miasto, ludzi spragnionych mojej klęski. W czasie upalnej nocy wyleczę się z niepokoju, z pewnego przewrażliwienia. Na chwilę.


niedziela, 11 lipca 2021

Epizod czterdziesty szósty





Kiedy byłam dzieckiem, na swój sposób odważnym, przychodziły do mojej głowy rozmaite psoty, jakby rozum był poza mną. Nie pamiętam abym płakała jakoś specjalnie, a gdy już bywałam ofiarą, zaciskałam zęby, gryzłam język do krwi. Później przyglądałam się białej poszwie poduszki, jak przyjmowała te wszystkie chwile i po wyschnięciu nadawałam imiona kształtom, wymyślnym potworom. Z lęku rodzą się najróżniejsze postanowienia, dzisiaj nadaję im formy literackie, wtedy wlokłam się po kosmosie, orbicie, pomiędzy rzeczami i sprawami, z których nic nie wynikało. Bywało, że myślałam o śmierci, w zupełnym zapomnieniu, w beznadziei, na pograniczu niewielkiej myśli, w jakichś sztuczkach nie z tego świata. Wracałam stamtąd naprawiona, z obrazami przyszłości pod powiekami. Z muzyką. Nie przestałam słuchać.


Wreszcie uporządkowałam trochę stronę z moimi pracami. Chociaż czuję, że nie dodałam wszystkiego, bo chaos to chaos. Gdyby ktoś z Was chciał kupić moją grafikę, to zapraszam do kontaktu margarithes@gmail.com



Uściski

czwartek, 24 czerwca 2021

Wygłos




Ludzie opowiadają najróżniejsze historie – z życia, z wyobraźni, gdzieś tam zasłyszane. Ktoś ucieka z całym dobytkiem, upycha po szufladach skarpety, nawet nie otwiera oczu. Rozumie świat w prosty sposób. Nic mu nie utyka, nie ubywa. Obudziłam się rano i popatrzyłam na poduszkę obok. Byłam pewna siebie, jak zawsze. Bezpieczna, cała w skowronkach, chociaż za oknem deszcz i ziąb. Nie muszę się odzywać, przechodzić zimy po swojemu. No dobrze, ludzie, całe życie fajnie się przechodzi, kiedy pewność siebie odbija się w lustrach, w oczach, nie odstępuje na krok. Kiedy jednak nosisz w sobie jeszcze kogoś – innej postury, starszego, młodszego, takiego od pierwszego wejrzenia i na całe życie – wiesz, że umieranie przybierze inną formę i nie będzie tylko umieraniem z głodu. Czasami nawet całe to jestestwo wydaje się bezsensowne, a stworzenie czegoś osobnego wręcz niemożliwe, trudne, niesprzyjające. I, mimo że cały czas zapisuję, przepisuję, biegam z notatkami, to wciąż nie da się tego w warstwie semantycznej i pragmatycznej sensownie wyjaśnić. Ująć tak, by nikt nie cierpiał, nie rzygał z bólu do utraty tchu, nie brał pastylek na dobry sen, nie rozstrzygał dnia zanim się rozpoczął, od wewnątrz. I mówisz mi, że to normalne, jasne, prawdziwe, czułe. A ja odwracam się i myślę dalej o teraz, o kiedyś tam, o możliwościach czasu, kiedy mamy go pod dostatkiem. Co wiemy o utracie? Kawałków siebie, czegoś nadzwyczajnego, dni i nocy.


Ucieczka


Sama w sobie bywa czymś kapryśnym. Widzę tylko swój ból. Mówienie o nim jest jak zapuszczanie się w las, gubienie się i nierozpoznawanie miejsc. Pomyślałam, że będę pisała. Przechodziła z dnia w noc, z łóżka do łazienki, z garażu do pralni i odwrotnie. Teraz i tylko teraz. Żadnego planowania, wychodzenia przed siebie, przechodzenia przez myśl, w alfabet ciała, pierwszych spraw. Przejmująca żywotność, udawanie, że poruszamy się po tematach bezpiecznych, bez zawirowań. Niedawno przeczytałam książkę „Mysz Kościelna” Agaty Patralskiej Obarewicz i zaskoczyła mnie silnym uczuciem przywiązania. Nawet przeskakiwanie przez bajora, torfowiska, uciekanie wąskimi drogami, zalesionymi i trudnymi, nie są żadnym ratunkiem. Ból, który czujemy myśląc o utracie czy przywiązaniu, ból lędźwiowy i ten utrzymujący się blisko skroni, jest jakby wzmocnieniem. Sam przekaz staje się mocno istotny i można by pomyśleć, że druga osoba nie jest nam aż tak potrzebna, ale to nie będzie prawdą. Od wewnątrz czuję, że wyrzucam z siebie zdania, notuję, by właśnie ten strach przed utratą utulić, poczuć ulgę, wrzucić na luz. Zacząć prowadzić siebie w to lepsze jutro. Miałam taki zamiar, serio, poczuć przez chwilę wolność, wydrzeć z siebie drugą duszę, nie przypadać komuś do gustu na całego, ale w tych samych sprawach czuć podobnie. Spieszyć się, by spędzić ze sobą chwilkę, dzielić się obłędem, strachem, lekkimi grymasami. Uciekać przed pustką rąk. Znikąd nadziei.


„Wracam do siebie, do miejsca,
za którym tęskniliśmy niejednego dnia.”


Bytowanie, sięganie po siebie za każdym razem, kiedy siedzimy w domu. Bliskość. Przedostajemy się z pokoju do pokoju, ciągniemy się za sobą – bez zapalania światła, bez słów. A przecież jesteśmy przy zdrowych zmysłach. Święci pańscy! Można się od drugiego człowieka aż tak uzależnić? Nie marnować chwil na kace, zwroty akcji, chodzenia po krawędzi, góra-dół?


„Co porabiasz po drugiej stronie?
Jest druga strona?”


Siedzę tu sobie i mogę jedynie napisać, że nie wiem, czy potrafię wyjaśnić całe to ćmienie w głowie, pokonywanie mostów, dróg, zalanych dolin, schodzenie w dół, by zmęczyć się wystraczająco mocno, zapomnieć na kilka chwil o przestworzach, człowieku, z którym mogłabym mieszkać w szczerym polu. Wydaje ci się, że potrafisz nie spuszczać ze mnie wzroku, rąk i godzisz się na mnie całą, w okazałości tykającej. Chyba właśnie od tego się zaczęło, od przystawania o świcie i przyglądania mi się, jak śpię. Do tego wariactwa dochodzi nazwanie mnie „na śmierć i życie”. Powiedziałeś nieśmiertelność i myślę o snach, gdzie czas wbrew życiu jest inny w każdym momencie i pozwala widzieć nas pokonanych, niedorzecznych, opuszczonych, ale obdarowanych wspomnieniami, jakimś lekkim losem.


„A powiedz mi, Kochany,
który mógłby mi Ciebie zastąpić?
Żaden.
I tak mi nikt w to nie wierzy…”


Mówimy do siebie po staremu, kiedy zostaję sama jak palec i mam w sobie ten sam strach, smutek, jakiś koniec. Nic nie biorę na zdrowy rozum, bo przecież w tym wszystkim nie chodzi jedynie o utratę, a o przywiązanie, uzależnienie. Tracenie oddechu i wyraźny strach, że nie odzyskam już głosu, jasnej myśli i wielu innych rzeczy. Fikcji, z jaką podchodzę do ludzkich opowieści. Podszeptów o przytłaczających miejscach, które nasze brzemię wspólnych chwil, akcji, reakcji nie oddala nawet na minutę. Widzieliśmy się na własne oczy. Warto pamiętać o uśmiechu, o świętych pańskich i międzyczasie, w który wikłamy się kilometrami spojrzeń, czułości, rozdrapywanych ran, pytań, niedomówień. I nie ma żadnego końca.


„Ale muszę mieć dom.
Dom pełen naszych książek, zdjęć, kamieni.
Tylko dlaczego bez Ciebie?”


Ha! Te wszystkie wytyczne. Chciałabym, by fikcja była moją szansą, by przeganiała rozproszenie, oczywiste smutki, zależała tylko ode mnie. Była moim hałasem, moim odczuwaniem bez głosu twojego marudnego jęku, kiedy przekładasz strony, kartkujesz powieści i nie odkładasz ich na miejsce. I prawdziwe poznawanie. Na nowo stwarzanie siebie. Puszczanie w głowie myśli, by skrócić dzień, wypisać się przed zbudowaniem czegoś nowego, równie wartościowego.


„Poczułam się przy niej bezpiecznie.
Nie potrafię opisać Ci tego uczucia,
ale podobny rodzaj spokoju
nabywałam przy Tobie.”


Spokój


Bez intelektualnej pustki, niejasności, zamyśleń, potoku łez. Czy to jest w ogóle możliwe? Nie pogrążać się w pozaracjonalnym smutku i tak zwyczajnie móc oddychać?


„O co chodzi w życiu?
W jeden worek wrzucone ludzkie losy,

czy jednak każdy ma coś innego do przerobienia?
Dlaczego tak wielu ludzi tylko jest?”


I dlatego żyję w wiecznej obawie. Nie potrafię słuchać gadek: zrelaksuj się, zapomnij, wybacz, nie spiesz się, wrócisz jeszcze do żywych, nie zniechęcaj się, cierpienie wyzwala. Chyba tego jeszcze nie zarejestrowałam na takim poziomie, by to wszystko właśnie tak pojmować. No dobrze, żyć własnym życiem, problemami, bez głowienia się, dokąd pójść i kogo ratować. To żadne miłosierdzie, kiedy i tak nie czuję się wolna. Strumień świadomości.

Byłam pewna, że miłość to nie wszystko. Byłam skłonna uwierzyć w astrologię i ułożyłabym nawet kilka pasjansów, gdyby rzeczywiście dawały odpowiedź, ulgę, niezależność. Miłość do utraty tchu, uzależnienie, to ściskanie w dołku, kiedy czujesz w sobie cierpienie ukochanej osoby. Miłość nie do uwierzenia. Zagadkowa, nieuchwytna, kiedy rozpływa się w codzienności i jedynie pozostaje w pamięci, w ulotnym zapachu ubrań, we wspólnych rzeczach, których nie potrafię się pozbyć.


„A ja pomimo spełnienia w pracy,
bo książki oddychają za mnie,
nacierają sensem dzień,
no więc, pomimo tego spełniania,
nie wiem, jak zignorować tę pustkę,
jak ją obłaskawić?’’


Agata pozostawia przejrzysty obraz czytelnikowi. Całe to uzależnienie nie ma rozmiaru, można się jedynie z nim pogodzić, nie litować się nad sobą, ale dobrze spożytkować czas. Przed odejściem stworzyć coś dobrego, coś, co wyrosło z miłości, z uśmiechu, że wspólnego wyciągania rąk. Wydaje się, że tęsknota nie ma końca, ale może kiedyś stanie się echem. Cienkim i delikatnym wspomnieniem.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Mysz kościelna” Agaty Patralskiej-Obarewicz

wtorek, 25 maja 2021

wystawa online

 



Zostawiam tutaj, gdyby ktoś chciał zajrzeć w piątek na stronę uczelni i obejrzeć moją pracę dyplomową. Nic takiego, ale chciałabym abyście mnie tam wsparli, chociaż mentalnie. 

czwartek, 20 maja 2021

coś tam coś tam




Żyję w rozdwojeniu językowym. Po pewnym czasie zaciera się faktura rysunku liter, wszelkich notacji.  W oparciu o punkty nadające im kształt, przerysowuję po swojemu gąszcz znaków. W myśl sztuki i zasad. Nabrałam pewnej odwagi. Dynamika kresek, krzyżyków i kółek. Później zapanuje symbioza. Po ułożeniu tego wszystkiego w jedynie mi dobrze znany system, zapanuje harmonia. Może to jest właśnie sposób na pozbycie się smutku. Zarejestrowałam się na szczepienie, czekam na SMS. Do tego czasu wypełnię się symbolami, po kokardę. 

środa, 19 maja 2021

Trochę się nawarstwiło


Zrobiłam swoje na studiach, chociaż na ostatnim roku wypadłam raczej słabo analizując feedbacki, które otrzymywałam od wykładowców. Z resztą już na półroczu mocno odczułam gorsze noty w stosunku do poprzednich lat. Wydawało mi się, że jest progres w tym co robię, jednak wykładowcy widzą moją pracę inaczej. Tak bywa. Pomijają mnie w najróżniejszy sposób, co mocno odczuwam, że zeszłam poniżej poziomu jakiego oczekują i lepiej spuścić na to zasłonę milczenia. Zaliczę te studia, bo w końcu na pass wykonałam swoją pracę. Wróciłam do pisania książki, nie ma co się czarować, grafik ze mnie średni. Poza tym w czwartek będę wreszcie mogła zarejestrować się na szczepienie. Jest we mnie niewyobrażalny smutek i nie potrafię go niczym zdławić. Próbuję od jakiegoś czasu. Na różne sposoby, kombinacje i nic.



wtorek, 13 kwietnia 2021

It’s always risky when we decide to live

Robię dyplom, nie mam zbyt wiele czasu. Cierpi na tym blogowanie. Wybaczcie mi, wrócę do was. Odwdzięczę się za pozostawione dobre myśli, energię, każdy gest.






 



We untie relationships, shoe laces, ribbons,
summer dresses, hill tops. Trails leading down,
problems, which we want to forget about
before they lift up in the neighbours’ eyes
to leave home in peace. Sometimes we run
ahead or stop in the wind, we sway
in the rhythm of grains, next to falling leaves.

In the grass, the smell of pastures, of peat which I recognise
even though it hasn’t been many years
since I started living at the end of the street and I never tried
to get further out, further to the west. In the new era of nothing.

In the dug out ancestors’ tongue sometimes I don’t understand
a word, but I see reliance and disappearing secrets.
The order in which people go out and lose their waistlines.
On the banks of marshes, in the sludge of rainy days, the earth closes up.
The shoreline disappears, the light. Secluded hiding places, dens, blurry
ownership. Renewing a grudge, competitiveness.
This means that we won’t notice the little spot on the inside,
swelling thoughts, time and space.

Where do you exist if I can’t recognize the road?
We don’t need to explain letters, intentions and smells to each other.
It annoys you, like the mystery of death. Pop-up windows,
obstacles. It’s strange that you don’t know much about food and drink,
since you stir my appetite. You wait for me to name the curiosity,
the fear and the world which – not in my way – circles
around devices and some trifle.


Tłumaczenie Anna Błasiak 

sobota, 13 marca 2021

Epozod dziewiętnasty




Układam w sobie te wszystkie porozsypywane elementy i zastanawiam się, jak żyją ci, którzy nigdy tego nie robią. Możliwe, że tylko tak mówią, ale wierzę ludziom na słowo. Taka jestem. Innowacje. Czuję, że zostaję w tyle. Innymi słowy, teraźniejszość mnie pokonuje. To jest ten moment, kiedy proszę syna: a możesz zajrzeć do komputera, bo tam coś mi nie styka. Wtedy syn patrzy na mnie podejrzliwie i zastanawia się, co tam znowu rozbabrałam. Pewnie lepiej żyje się w niewiedzy, łatwiej. Nowicjuszostwo; niekompetentność; nieznajomość; amatorstwo; nieskładność; ciemnota; niefachowość; niekompetencja; niedouczenie; niewłaściwość; bezmyślność; głupota; obskurantyzm; ignorancja; dyletantyzm; nieuctwo; brak wiedzy; amatorskość; ograniczoność. Zatem wróćmy do momentu, kiedy jednak cieszymy się ze znajomości ogólnej geografii i zażywamy spokoju, przy uczeniu się słówek hiszpańskich.