Nie trzeba być wampirem, żeby lubić czerń. Trzeba po prostu mieć własny gust, własny język estetyki albo zwyczajnie dobrze się czuć w tym, co się nosi. Czerń bywa elegancją, spokojem, ochroną, buntem, minimalizmem, wygodą, sztuką, cieniem po ciężkim dniu albo po prostu kolorem, który pasuje do wszystkiego. Nic więcej. Za to niepokojące jest coś innego, potrzeba oceniania obcych ludzi po kolorze sukienki. To osobliwy rodzaj ubóstwa wyobraźni: patrzeć na człowieka i widzieć wyłącznie za smutno, dziwnie, wampir. Jak bardzo trzeba być ciasnym w środku, żeby cudzy płaszcz uruchamiał potrzebę szydzenia? Ludzie bez tolerancji często mówią o wolności, dopóki ktoś nie wygląda inaczej niż oni. Wtedy zaczyna się mała policyjka gustu, emocji, fryzur, tatuaży, dziecięcych ubrań, koloru ścian i sposobu istnienia. Najgłośniej komentują ci, których przeraża indywidualność. Bo człowiek pewny siebie nie traci energii na pilnowanie, czyje dziecko nosi czarną bluzę. I jeszcze ten absurdalny zwyczaj dopisywania psychologii do koloru ubrań. Jakby garderoba była diagnozą charakteru, a osoby w pastelach były automatycznie dobre, a w czerni mroczne. Historia świata pokazuje raczej coś odwrotnego: okrutni ludzie często ubierali się całkiem zwyczajnie. Może więc warto zostawić ludziom prawo do własnej estetyki. Do czerni, różu, cekinów, glanów, koronki, ciszy i ekstrawagancji. Dorosłość zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba wyśmiewania cudzej odmienności.
Foto: Maciej Krajewski


























