Trafiłam dzisiaj na kolejną okładkę wygenerowaną przez algorytm, wydawczyni chwali się, że będzie książka. Patrzę na zachwyty w komentarzach i beznadziejną okładkę. Przypadkowa, pozbawiona logiki. Trudno już traktować to jako nowe narzędzie. Graficy mówią o tym dość jasno. Problemem nie jest samo używanie AI, tylko obniżenie standardów. Okładki tworzone w pośpiechu zaczynają przypominać tani stock: ta sama kompozycja, powtarzalne elementy, identyczny rodzaj światła, sztuczna emocjonalność. Projekt przestaje być interpretacją tekstu, a staje się dekoracją wygenerowaną na podstawie statystycznego podobieństwa. Dobra okładka nie polega na ładnym obrazku. To relacja pomiędzy typografią, rytmem, skalą, napięciem i decyzją. AI bardzo często produkuje obrazy efektowne, ale nieumiejące niczego powiedzieć o książce. Widać brak redakcji, konsekwencji i odpowiedzialności za formę. To jest już nudne. W tej chwili ludzie rozpoznają ten estetyczny automatyzm niemal od razu. Wielu autorów i wydawców nadal wierzy, że nikt nie zauważy, jeśli okładka została potraktowana jak koszt do obcięcia, to trudno nie zadawać pytań o resztę procesu. Najbardziej ironiczne jest chyba to, że w czasach nadprodukcji obrazów zaczyna brakować właśnie ludzkiego wyboru. Tego momentu, kiedy ktoś świadomie rezygnuje z nadmiaru i bierze odpowiedzialność za jeden gest, krój pisma, decyzję wizualną. AI może być narzędziem pomocniczym. Ale kiedy zastępuje myślenie, widać to natychmiast. I niestety coraz częściej widać to już na półce z nowościami.























