środa, 17 lipca 2024

Rozszczepienie

 




Leżymy. Spójrz – nie widziałam jeszcze takich obrazów,
chyba że pośród snów o grawitacji, gdzie upadek
mniej boli. Tworzą własny świat, zamknięty
w bańce, która nie pęka, mimo obłędu. Zasypiam,
modlisz się albo szepczesz, masz mnie na oku.

W oceanie ukrywasz skarby, butelki z zapiskami,
listy do nikogo. Możliwe, że zemdleję na widok
odciętej ręki, zimnej jak marmur, a może nie?
Trufle, nieduże blizny na palcach,
podręczniki z instrukcją wstępu do innego wymiaru.
I znowu kąpiel, kozetka, słowa krążące w kółko.

Listy cyrylicą i po węgiersku, wiesz, o czym piszę.
Dla bezpieczeństwa brakuje pasów, potęgi, lekcji anatomii.
Uczę Irlandkę słów: "nie dotykaj mnie". Powtarzamy,
jakby od tego zależało nasze życie,
każde słowo echo w pustym pokoju.

Wiesz, jakie niebezpieczeństwa mogą mnie tu spotkać?
W alejach ciągną się murki, rośnie więcej krzaków niż drzew,
Trzeba umieć uciekać przed sobą, przed innymi.
Nie czuję się dobrze, otoczona tym wszystkim.

Czasu nie można cofnąć. Rzeki, rakiet,
wycieki do oceanu, który jak wrzód napęczniał,
od wnętrza świata też nie można się uwolnić.
To nie jest prawdziwy sens, to tylko próba zapisu,
ślady na papierze, które niczego nie zmienią.



sobota, 13 lipca 2024

Chodzenie wzmacnia

 




Zaciskam zęby, powstrzymuję kaszel.
Patrzę na miasto. Zsiniałe jak usta, zziębłe, palce
otwierają tysiące okien, drzwi.

Samotne wycieczki kajakiem po Shannon.
Szukam jednoczęściowej historii z irlandzkich piosenek.
Przetrzymam ją, odstawię. Człowiek z łatwością podnosi głowę,
udając radość, choć w środku pękają połówki orzecha (z rozpaczą).
Opuszczona pośród znoszonych rzeczy,
marzę o dwóch tygodniach na wsi. Sposób na lęk,
moment, gdy już nie przydusza i odpuszcza.

Odginasz konary, z których opadły liście i nie trzeba rozmawiać.
Widok na kawał świata. Po szelest płuc.

Pamięć ciała.

Pasjonujemy się namiętnością, grymasami wyrwanymi z koszmaru,
po którym szklanka wody smakuje tym wszystkim,
co zjadłaś przed snem.

Zakurzone lub rozstrojone miejsca.
Nieznajomi zaglądają do środka,
przynoszą bułki z masłem, ciemne piwo.
Śmiejemy się z gorszących rysunków w sepii:
w brodzie wysokiego mężczyzny znikają ptaki
z czerwonymi dziobami. Kończymy zwariowaną zimę.
Zamglone słońce próbuje nas dopaść. Bezczelnie.


piątek, 12 lipca 2024

Ku pamięci





Unikam ludzi blisko związanych z tymi, którzy mnie pomawiali, hejtowali i rozpowszechniali niestworzone historie na mój temat (te bajki funkcjonują do dzisiaj). Kiedy je przeczytałam, zrobiło mi się słabo i nadal tak się czuję, mimo że minęło już wiele lat. Opieram swoje relacje na przekonaniu, że ludzie są dobrzy, choć mam świadomość, że nie wszyscy. Dlatego zachowuję dystans wobec tych, którzy nie potraktowali poważnie mojego doświadczenia z oprawcami. Jeśli odmawiam jakiejś publikacji, to głównie z tego powodu — nie mogę funkcjonować w jednym miejscu z tymi, którzy zrobili ze mnie potwora, kogoś, kto rzekomo zniszczył ich projekt odchodząc. W rzeczywistości postanowiłam się nie bronić i zająć swoimi sprawami.

PS

Tak, jestem pamiętliwa, dlatego ten wpis.


czwartek, 11 lipca 2024

Chwile

 



Tłuste ryby, rybitwy, morskie potwory unikają bliskości, gdy spaceruję
pod szarym niebem. Kto otwiera przestrzenie oceanu, czeka na znak?
Wypłynąć i liczyć fale. Nie ścigać się z głodem, z pragnieniem.
Obfite czasy, wymyślne lekarstwa na każdy rodzaj smutku.

Piasek w butach, drobne kamienie. Pozowanie do zdjęć przed wieżą Yeatsa.
Rozpoznają nas po spodniach, ledwie uchwyconym uśmiechu. Mieszkam na wsi,
blisko drzew, pastwisk i cierpkich odmian jabłoni. Noszę na dłoniach chłód,
srebrne ptaki.

Świat poszarpany wiatrem, przechodzony.
Ludzie ukrywają myśli, klękają, znikają bez uprzedzenia.
Słyszę huk. Odwracam się, mam inne spojrzenie. Urojenia. Pękate psie pyski,
ujadanie. Można nas zabić bez zająknięcia, przez wymyślne bajki,
obce nazwy, akcent.

niedziela, 7 lipca 2024

Rozbawił mnie koniec historii


Stary tekst, ale wciąż czuję się podobnie. Pewnie w tym wieku, to już permanentny stan. Publikuję ku pamięci. Możliwe, że ważny jedynie dla mnie, ale jak mogłoby być inaczej.

Kilka tygodni temu napisałam kilka wersów z wiersza, który nosiłam w sobie. Zapominam o nim, by w nocy, chwilę przed snem, przypomnieć sobie o tych wersach. Wracam do pliku, ale najczęściej jest druga albo trzecia godzina nad ranem i wygrywa sen, a budzik kolejnego dnia znów o świcie dzwoni bezkarnie… Sama to sobie robię, wiem. Muszę bez zająknięcia wstać. I gnam tworzyć różne takie, zapominam o słowach, uldze, rannych ptaszkach, słodkim mleku w kawie. Ryję, rysuję, odbijam, taplam się w tuszach, drukuję, pluję na głupotę ludzką. I nadchodzi ten dzień, Święto Poezji, a mój wiersz leży rozgrzebany na pulpicie komputera, częściowo snuje się z szarymi komórkami tu i tam, a wiersz szorstki, suchy, pragnie czegoś/kogoś... No właśnie. Żyję w związku z alchemią. W gruncie rzeczy tylko tak mówię, wdycham opary farb, tuszy i wizje, jako takie nie są dla mnie czymś szczególnym. Chyba że chodzi o przebudzenie. Widzenie życia i śmierci takimi jakimi są, bez potrzeby grzebania się w ziemi i wykupowania miejsca w promie na Marsa. Przywołuję to niedoświadczenie, wszystkimi zmysłami obserwuję jednolitość cięć, energię przyrody, ciepło, światło, brakujące litery. Później dojdę do wniosku, że jest mi wszystko jedno - moc, głód - przerabiałam każde. Jedynie mogę napisać, że ten temat mi nie leży, a słowa, które zamiast się przykleić i znaczyć, odwracają się i wobec problemów świata stanowią o niczym. Sens walki o życie jest wtedy, gdy obudzeni widzimy, co jest do zmiany, głębiej, w reminiscencji chwil z przeszłości. Później pojadę na zajęcia. Usiądę nad typografią mojej książki (portfolio) i się zacznie - żeby tekst nie wychodził za ramkę, linie trzymały pion i poziom, a słowa nie łamały się w pół, tekst był estetycznie rozmieszczony. Miej w pamięci wszystkie zasady, a będzie cacy - mówi grafik mistrz. Słucham mistrza, rezygnuję z justowania z obydwu stron, bo nie uniknę przenoszenia słów, a to w typografii grzech śmiertelny. Czy ja rzeczywiście chcę być grafikiem?!

Zaczynam analizować, dlatego wychodzę w kierunku szarego ciała i łączę się z procesem ponadosobowym. Coś mnie jednak spaja, przenika jedno w drugie, czasami działa kompulsywnie…

W poszukiwaniach siebie zatrzymałam się na kilka lat w chórze. Ćwiczenia z emisji głosu wyleczyły mnie z nawracającego bezgłosu, a i barwę mam inną. Teraz to mój prawdziwy głos. Przyjaciel z lat szkolnych w ostatnie wakacje, kiedy spotkaliśmy się na kilka chwil, nie wierzył, że ja to ja, właśnie przez głos. Alt zamieniłam na mezzosopran. I dzisiaj, kiedy usłyszałam ponownie wykonanie III Symfonii Henryka Góreckiego pomyślałam, że dzięki pracy z chórem nauczyłam się punktualności i samodyscypliny. Oczywiście zaliczyłam wpadkę w Odessie na festiwalu. Poszliśmy na plażę przed koncertem finałowym i tramwaj, którym próbowaliśmy dostać się do centrum, zwolnił do 5km/h. Wysiedliśmy z tego ślimaka i biegliśmy kilka kilometrów, ale i tak to nic nie dało. Zawiedliśmy i tyle. W takim momencie nie ma żadnego usprawiedliwienia. Teraz, w życiu, nie mam już podobnych wpadek. Chociaż lęk do wiecznego życia z kalendarzem powraca. Dzisiaj jestem mniej komunikatywna, ale myślę więcej, widzę, bo coś rozświetla ciemne zakamarki i naprawdę dociera do mnie formalne życie, jego intensywność. Dlatego epickie obrazki rzeczywistości, mozaika, która wiruje przed moimi oczami… Przestaję interesować się drobiazgami, bezsensem, jakimś przedatowanym mniemaniem, że przez życie należy się przedzierać. W końcu widzę smutne i ciężkie historie, układy odniesienia, posiekane, porozbijane, czasami pełne obłędu. Nie chce mi się - gwałtownych skrętów, zderzeń z niedojrzałymi ludźmi, nerwowych studentów, którzy ze wszystkiego robią problem. Jeżeli pójdziemy dalej, będziemy musieli się rozdzielić. Chronię siebie, spokój, moją ciszę.

Byłam już znudzona i zrezygnowana do tego stopnia, że chciałam rzucić studia. Zima robi mi coś takiego w głowie... Odpadam… Z ludźmi się nie dogaduję, jak to ja. Tylko sprawdzone osoby wiedzą, jak ze mną konwersować i się nie poddają. We wtorek, w muzeum IMMA (Irish Museum of Modern Art) przyjrzałam się z bliska pracom Janet Mullarney, która podróżuje pomiędzy Irlandią a Włochami. Więcej o artystce możecie przeczytać na stronie muzeum. Wreszcie mnie poniosło, uwielbiam, kiedy sztuka przywraca mi oddech i chęć do życia. Prace Janet są wielowymiarowe, nie cacka się z odbiorcą, ale również nie ma w jej opowieściach nachalności. Metafora życia i śmierci. Relacje, kruchość, i chociaż wydaje się, że nie ma już ratunku dla ludzi, coś tam kiełkuje w ogrodzie... Kocham sztukę, szczególnie kiedy zwyczajnie w całym tym przedstawieniu nikt nic nie musi, a najmniej artystka. Bardzo mi bliska. Kiedy sprawia, że jej sztuka dotyka, boli. Świadomych odbiorców sztuki bardzo mocno boli. I koło się zamyka. Pytam siebie dość opieszale - co daje wiarygodność sztuce, słowom, innym ludziom? Potem wypruwam nitkę ze szwu i wiem, że nic nie jest stałe. Mój czy twój punkt widzenia. Instynkt podpowiada mi, że ludzie zmieniają oblicza, jak opowieści. Przy całej czułości do życia, ciągle coś wydaje mi się mniej prawdziwie. Upewniam się całymi godzinami kto kim jest. Rezygnuję z gadania o filozofii, twórczym życiu, o mnie. Oddalam się i wracam. Do sił, które straciłam, propozycji. Pojawiam się jakby znikąd. Skończyła się zima, sen długi i nieruchomy, może trochę na wyrost myślę o wiośnie, ale przecież mam prawo. Przyglądam się sztuce, opowiadam sobie o oczach nosorożca, zakłopotaniu opiekunów wystawy, kiedy czegoś nie wiedzą i zmieniają kolor twarzy na seledynowy. Wszyscy czegoś chcą, więc lepiej nie patrzeć im w oczy, nie wyciągać rąk przed siebie, tylko zgrabnie je zaplatać „w koszyczek”. To powstrzymuje, blokuje. Reakcje na światło, spojrzenia. Wmawianie sobie, że zasługą pisania jest wolność i nieskończoność. A przecież tworzę, wynosząc coś z siebie, ze środka, oczyszczam, by zrobić miejsce na nowe, nieznane. Co będzie dalej, gdy powiem sobie - no dobrze, to musi wystarczyć. I mimo wszystko zostawiam sobie jakąś furtkę dla wyobraźni, ślad dla nadziei, że nie utracę z przyszłości zbyt wiele, kiedy czuję do ludzkości złość, czasami obrzydzenie.

Kropka. Spojrzenie ponad wszystkim, co rzeczywiste.
Twój uścisk, miłość. Opowieść o kurhanach i megalitach.
Przemieniamy się. On jest trochę zazdrosny. O śledztwa z książek,
utraconą tożsamość. Skończyło się na lekcjach boksu.

Oczywiście zima jest tu przewidywalna, deszcz
mnoży się, przelewa. Już jutro. Nie ma końca,
są wycieńczone dni, w łóżko wciśnięte noce.
Wzmianki o niebieskiej łodzi, oceanie, który wciąż odbiera.
Wtrąceni w muzykę mogliśmy się pogodzić, wmówić ustom szept.

Mój kocie… ptaki nie znikną. Ze skrzydeł wyrosną gałęzie,
Pąki zakwitną. Owoce, ramiona, takie dobrze zapamiętałam.
Godziny poświęcone pisaniu, wykupione od bólu. Brakuje początku,
mdłości. Są ranki, kiedy wszystko jest ważne i nic.

środa, 3 lipca 2024

Powtarza się

 


Telefon mówi głosem mojej matki i zastanawiam się nad najoczywistszymi sytuacjami, jakie mogą mi się przytrafić. Czekam, aż zakwitnie malwa; jest gigantyczna, a obok rośnie zdecydowanie mniejsza. Tego jeszcze nie było w moim ogrodzie. W rzeczywistości to ogród Paddy'ego. Zawsze mówię "mój", ale chodzę tam, by ściąć lubczyk, seler i zerwać kilka malin do herbaty. Czasami puszczam bańki z Sophie, ale w ogrodzie panoszą się również ptaki. Owocowi myśliwi, kanapki z natką pietruszki nie ruszą. Pachnący groszek, margaretki, hortensje, lilie, krokosmie, lawenda, nagietki, hosty w najróżniejszych odmianach, irysy, czosnki, werbena, maki, róże – pewnie o czymś zapomniałam, ale wymieniłam hurtowo ulubione kwiaty, które Paddy hoduje dla mnie. Jest to jego poważna misja, odkąd musiałam wykopać dół dla irysów, z którego wypełzły wszelkiej maści robaki. Akurat to, nie jest dla mnie – to grzebanie w ziemi, przesypywanie jej między palcami i wmawianie sobie: "Zobacz, jakie to piękne."


wtorek, 2 lipca 2024

Nowa książka

 









Kilka rozkładówek z książki, do której wykonałam ilustracje, zaprojektowałam typograficznie i złożyłam. Jeżeli ktoś ma ochotę, mogę przygotować książkę na indywidualne zamówienie, oczywiście złożyć i przygotować do druku. Adres do mnie w profilu. 



poniedziałek, 1 lipca 2024

Czułość albo brutalność

 



A gdyby zapełnić szafy ludźmi.
Na wiosnę i pozostałe pory roku?
Stroje młodzieńcze, uliczne,
śmiertelne w banalnie ciemnych barwach.

Lekkomyślni na bla, bla, bla.
Spacerujemy wzdłuż Shannon.
Zaczepiają nas do trzeciego pokolenia.

W oknach sąsiadki
rozpływają się nad miękkością skóry,
blaskiem włosów.

Omijamy produkty z Chin, wypełnione smutkiem,
z pamięcią dziecięcych dłoni na szwach.

A ty śmiejesz się, żeby utrzymać fason.
Hipsterzy upychają niemodne ciała w reklamówki
i porzucają przy śmietnikach. Na ulicy
tłum różni się metkami, przepisami prania,
składem, temperaturą, z jaką strach traci kolor.
Krążenie nie ma w sobie nic przyjemnego oprócz życia.


czwartek, 27 czerwca 2024

Z rozmowy z córką

 




Zamykam w zdaniu każdą chwilę,
kiedy oczy nie pływają w rosole,
a może właśnie się topią
i z googlowania nabierają rumieńców.

Przeklęte przekleństwa, poeci żonglują dla siebie,
odhaczona, bo czyjeś ambicje spoczęły na dnie.
Za dnia leczę stopy pokryte pęcherzami,
nie wiem, czy coś znaczą.

Bardziej bratam się z tradycją, z uszkami w barszczu,
mówię: klasyka, jak Kubuś Puchatek, Mały Książę
i Królewna Śnieżka w jednej bujdzie.

Odległość pomiędzy uznaniem, a oklaskami. Cisza,
która nie przebija na wylot, tylko przełożone wiersze,
o nich piszą poeci, co wiedzą lepiej.

Udało im się zaliczyć zbieg okolicznych wydarzeń.
Paddy wyszedł z domu tuż po siódmej,
podwiózł matkę Sary do centrum.

Wtedy rozbiegły się owce, aż spadł śnieg.
Dziewczynki w zwiewnych sukienkach przebiegały ulicę,
drugi autobus odjechał do sąsiedniego hrabstwa.

Równo ułożone kawałki torfu rozsypały się
zanim skręciliśmy w lewo, a w twoje prawo.
Stałyśmy naprzeciw siebie.
Żadna z nas nie zapisywała rozmów.

sobota, 22 czerwca 2024

Wyimek ze snu


 

To przedstawienie nie mogło być nie bez znaczenia.
Scena o traceniu głosu, o opluwaniu, o siadaniu na piętach.
Przez wszystkie sezony owoce spadają, więdną, gniją.
Garbię się, gdy na to patrzę. Nie powiem nic,
bo już nie wiem, kim jesteś.

Z trudem wstaję, nie myślę. Ludzie mają różne kształty.
Człowiek bagażnik, człowiek namiot, kobieta gruszka, jabłko.
Mam gitarę i smutek. Przycięte włosy. Wychodzę rano
po bułki i mleko. Krzyczysz: chodź do łóżka!

Udaję, że mnie to omija,
jak sen, w którym pilot przygląda się,
gdy dziewczyna całuje chłopaka.
Kiedy się orientuje, że ten zerka,
wymownie przewraca oczami.
Zrywa się i ucieka.

W restauracji to co innego. Zamawiam piwo pszeniczne,
grillowane krewetki na maśle czosnkowym i suszone pomidory.
Zabiją smak. Nawet nie chciał z nią porozmawiać.
Skończył się asfalt. No wiesz, wszystko się kiedyś kończy.

środa, 19 czerwca 2024

Listy polecające

 


Nie przyznawaliśmy się do siebie,
do sytuacji, w których każda rzecz
zmieniała się w miarę ilości wypitej wody.
Dlatego zajęłam się wycinaniem zarośniętego ogrodu.

Paddy wrócił, lecz nie pamiętał w jaki sposób otworzył bramę,
później opadał miękko i znowu ulotnił się w poduszki, w objęcia.
Przywykłam do poranków, spojrzeń z pozornie utraconą zdolnością
skupienia. Do postaci o skórze w kolorze kawy. Skurczone mrozem
próbowały oskrobać rdzę. Wołały jak mam iść stąd, dotrzeć dotąd.
Biegłam, a one schodziły się i ukrywały w zaroślach.
Opowiadały swoje historie, drżały im ręce.
Wtedy zatoka pokryła się bezludnymi wydmami.


poniedziałek, 17 czerwca 2024

Coś o literach, ale bez zdrobnień

 



To tylko zapis pamięci. Ludziom wydaje się, że coś wiedzą, bo potrafią obsługiwać edytor graficzny. Napatrzyłam się na brzydkie edycje, prawdziwe obrzydliwości. Intuicja jest świetna, gdy wiesz, co robisz. Zaczęło się na pierwszym roku, od siatki. Od matematyki, rysowania i zrozumienia zasad. Później, po narysowaniu setek różnych możliwości, przeszliśmy do wyliczania fontów, odległości, do zrozumienia, co wolno, a czego nie.

Ludzie nie widzą swoich błędów, bo nie mają pojęcia, że to, co zrobili, jest złe i pozbawione sensu. Wydaje im się, że jest świetnie, ale pozbawię ich złudzeń – nie jest. Z mojego roku tylko jedna osoba załapała siatki typograficzne i zasady używania fontów. Obie zostałyśmy ekspertkami w tej dziedzinie. Reszta nie zdała tego testu po czterech latach wałkowania tematu, ale zostali grafikami bez specjalizacji w typografii, w zasadzie, to kogo to obchodzi, ta cała typografia.

Większość grafików tego nie czuje, choć wydaje im się, że coś wiedzą. Nikt ich nie otrzeźwił, nie powiedział, co za shit. Moi wykładowcy wszystkim mówili "well done" i odwracali się z miną, która mówiła coś zupełnie innego. Dzisiaj widzę mnóstwo źle skonstruowanych plakatów, ulotek, biogramów, źle rozmieszczonych podpisów, dat, imion i nazwisk, tytułów. Ogólnie, przymykam już na to oko. Mówię sobie, a co mnie to obchodzi. W końcu, to świadczy o nich – brak estetyki w okropnym stylu, który pokazują tu i tam. Zachęcają, zniechęcając. 

O zdrobnieniach jeszcze pogadamy. 

sobota, 15 czerwca 2024

Na nowo

 



Wypuszczam powietrze,
musiałam zasmakować kolejnej mgły,
by ustalić, skąd pochodzą głosy
i jaki kolor zdmuchnie lampę,
jeżeli wsadzę palec w kałamarz.

Zdaje się, że plamy na obrazie
uwiązane są jak pies sąsiadów,
trudno jednocześnie poruszyć głową.

Plamy symbolizują żal,
gardło kurczy się jak szalone, poddaję się.
Gumowe worki wypełnione wodą,
a język suchy, szorstki jak bibuła,
którą dzieci wyklejają obrazki
na lekcjach plastyki. Srebrnymi bąbelkami
ciągną się ścieżki powietrza,
za nimi sznurki pędów. No cóż,
poszukiwanie prawdy jest jak związek chemiczny,
artyści mogą popsuć wszystko lub spowodować,
że narodzi się nowy kierunek
– kontakt ze światem zewnętrznym
kończy się albo zaczyna. Wciąż tyle rozwiązań,

podejrzliwie wstrzymuję oddech, rozkładam parasol,
chociaż silny wiatr gwałtownie podrywa
i za chwilę opada. Irlandio, och proszę.

Siadam na progu i przyglądam przechodniom,
malowanym ptakom. Bilet w jedną stronę
ma swoją wartość. W rzeczywistości
każdy tutaj śpiewa po swojemu.