poniedziałek, 2 listopada 2026

O wysyłaniu

 


Znajomy pisarz w jednym z listów napisał, że powinnam wysyłać teksty do czasopism literackich. Odpowiedziałam jak moje dzieci po długich tyradach, że tak, tak, masz rację, wyślę by uciąć to gawędzenie. Wiem, że to bardzo wygodna odpowiedź z mojej strony, zwłaszcza kiedy nie mam ochoty po raz kolejny wyjaśniać, dlaczego czegoś nie zrobię. Mam zresztą kilka powodów. Pierwszy jest dość prozaiczny, nie znoszę, kiedy ktoś nie odpowiada na wiadomości. Nie chodzi nawet o odmowę. Chociaż jej nie lubię, ale przynajmniej jest jakimś komunikatem. Znacznie gorzej oceniam redakcyjne milczenie, tę szczególną formę kontaktu z człowiekiem, w której jedna strona wysyła tekst, a druga najwyraźniej traci zdolność używania poczty elektronicznej. Zaczynam wtedy odczuwać niechęć do konkretnych osób, a niektóre nazwiska coraz częściej rozpatruję pod kątem usunięcia ze znajomych na wiadomych platformach. Nie mam obowiązku utrzymywać kontaktów towarzyskich z ludźmi, których zawodowy sposób postępowania uważam za zwyczajnie niegrzeczny. Po drugie, nie lubię, kiedy mi odmawiają/zbywają, proszę odezwać się za rok. Wiem, brzmi to mało szlachetnie, ale nie zamierzam udawać, że mam w sobie szczególnie rozwiniętą potrzebę kolekcjonowania odmów. Nie mam. Wystarczająco dużo rzeczy w życiu robię bez pytania kogokolwiek o pozwolenie. Po trzecie, publikuję w eleWatorze, prowadzę poczytny blog i czytam reakcje bezpośrednie na moje teksty. Blog ma zresztą większą publiczność niż niejeden periodyk literacki, co nie jest ani szczególnym osiągnięciem, ani powodem do wyciągania wniosków o kondycji czasopism literackich. Jest jedynie faktem, i czy rzeczywiście powinnam koniecznie zabiegać o miejsce w cudzym spisie treści. Oczywiście, mogłabym wychodzić poza własną bańkę. Rozumiem argument, znam jego zalety, nie potrzebuję jednak kolejnego wykładu o tym, że autor powinien być aktywny, widoczny, obecny i gotowy do nawiązywania kontaktów. Wiem również, że literatura nie kończy się na tym, co czytam na co dzień. A czytam czasopisma. Niektóre od deski do deski, inne wybiórczo, zależnie od zawartości i cierpliwości, którą akurat mam w sobie. Także ten. Miłego poniedziałku.

sobota, 31 października 2026

Happy Halloween

 



Żywopłot. Miękki, równo przycięty, jeszcze zielony, choć liście zaczynają już tracić kolor. W Irlandii niektórych rzeczy lepiej nie przycinać. Zwłaszcza głogu. Stare opowieści mówią, że samotny głóg należy do ludzi z sí, a człowiek, który go zetnie, może mieć kłopoty. Nie wiem, czy wierzę. Natomiast wiem, że nie zamierzam sprawdzać i dokładać sobie jeszcze zatargów z niewidzialnymi sąsiadami. Chociaż głóg, który był za ogrodzeniem wyrugował developer, czyli powstające osiedle może być pechowe? Póki co, Halloween jest tutaj poważniejszą sprawą niż przebieranie dzieci za kościotrupy i kupowanie plastikowych pajęczyn w Lidlu. Dawniej Samhain oznaczało koniec zbiorów, początek ciemnej połowy roku i długie noce, kiedy granica między światem żywych i umarłych stawała się mniej szczelna. Aos Sí wychodzili ze swoich siedzib. Púca zmieniał postać, banshee zapowiadała śmierć. Ludzie zostawiali jedzenie, pilnowali ognia, nie zapuszczali się tam, gdzie nie trzeba. Rozsądnie. Ja też nie chodzę po cudzych ogrodach po zmroku, chociaż nie ze strachu przed wróżkami, hehe. Dzieci biegają po ulicach, pukają od drzwi do drzwi, krzyczą treat or trick, a w odpowiedzi dostają słodycze. Ktoś przebrał się za zakrwawioną zakonnicę, ktoś inny za Donalda Trumpa. Nie wiem, co gorsze. W oknach dynie, duchy i duszki, w sklepach sztuczne szczęki, w radiu konkurs na najstraszniejszą historię. Wystarczy posłuchać wiadomości z Polski, serio, nie trzeba organizować dodatkowych atrakcji. Wieczorem zamykam drzwi. Sprawdzam, czy świeczki palą się bezpiecznie, dolewam kawy do filiżanki, poprawiam rękaw czarnej sukienki. Na stole leżą rozpoczęte akwarele, których nie zamierzam dziś kończyć. W kuchni pachnie śliwkami i pomarańczami, cynamonem i czymś przypalonym. Mąż mówi, że ciasto upieczemy rano, więc zostawiam wszystko i nie wdaję się w dyskusję. Podobno w noc Samhain nie należy odpowiadać na wołanie dochodzące z ciemności. Nie należy też podążać za obcym światłem ani przyjmować zaproszeń od nieznajomych. Odpowiadają mi te zasady. Niektóre tradycje mają po prostu sens. Zwłaszcza te, które pozwalają zostać w domu. Za żywopłotem coś się porusza. Dzieciaki strzelają petardami i ogromnie hałasują. Zwierzęta cierpią, ale tutaj nikt się tym nie przejmuje.

Nie mam zdania

 




Zaczytałam się na blogach. Nie komentuję większości. Nie czuję potrzeby. Tak jak zupełnie nie mam zdania o Trybunale Konstytucyjnym, o alfonsach, prostytutkach, nieletnich matkach, koniach, nie mam zdania o większości nagradzanych książek, o smaku gruszek z sieciówki. Ale czytam też komentarze i komentarze do komentarzy i napiszę taaaak, nie potrzebuję ludzi, żeby sprawdzić, czy dobrze mi ze sobą. Nie potrzebuję też tłumaczyć, dlaczego czasami nie odbieram telefonu, nie wychodzę, nie mam ochoty na kawę ani na rozmowę o tym, co słychać. Wiem, co słychać. Czajnik, deszcz, jabłka, własne kolana przy wchodzeniu po schodach. Wystarczy. Lubię być sama. Nie z braku wyboru, bo przecież wystarczy otworzyć drzwi. I nie na złość światu, nie dlatego, że ludzie mnie rozczarowali, bo wiem, jacy są i zupełnie nie czuję zaskoczenia. Z resztą to byłoby zbyt proste. A prawda jest taka, że lubię własne tempo, nieuzgadnianie planów, możliwość zmiany zdania w połowie czynności. Lubię ciszę i nie mam potrzeby wypełniania każdej chwili cudzą obecnością. Znam doskonale swoje potrzeby. Wiem, kiedy chcę być dotykana, a kiedy nie życzę sobie nawet przesunięcia krzesła. Kiedy potrzebuję rozmowy, a kiedy najlepiej służy mi własny język, najlepiej niewypowiedziany. Nie uważam tego za szczególną umiejętność. Raczej za przyzwoitą znajomość własnego wyposażenia.

Jest w tym również przyjemność całkiem fizyczna. Ciepła woda, czysta skóra, ulubione perfumy, bawełna i jej miękkość, ciężar kołdry. Kawa wypita bez konieczności pilnowania, czy ktoś już skończył opowiadać. Muzyka, której nikt nie komentuje. Można siedzieć w dresie, jeść coś prosto z miski i nie prowadzić żadnej społecznej działalności. Nie trzeba nawet wyglądać na osobę, która ma życie. Nie mylę samotności z odosobnieniem. Samotność potrafi przyjść w pełnym domu, przy stole, na przyjęciu, w środku rozmowy, w której wszyscy wiedzą, kiedy się śmiać. Odosobnienie jest świadomą decyzją. Nie mam też zamiaru udawać, że jestem samowystarczalną wyspą. Potrzebuję bliskości jak każdy, i czułości, zainteresowania. Potrzebuję drugiego człowieka, ale nie jako całodobowej usługi do regulowania nastroju. Nie oczekuję, że mąż będzie mnie zabawiał, uspokajał, naprawiał albo rozumiał bez słów. Chociaż on chyba akurat ma tę umiejętność. Mnie wystarcza, że jest. Nie musi nic robić, wystarczy, że dotyka stóp, słucha muzyki, czyta, ma swoje myśli i dźwięki. Lubię, że nie wchodzą w moją ciszę i nie traktuje obecności jako obowiązku nieustannego kontaktu. Można być blisko i nie zaglądać sobie do głowy przez ramię. Z wiekiem coraz mniej interesuje mnie towarzyskie uzasadnianie tych wyborów. Nie mam obowiązku być dostępna, rozrywkowa, wdzięczna za zaproszenie ani gotowa do natychmiastowej odpowiedzi. Nie jestem infolinią, poczekalnią ani punktem konsultacyjnym. Mam swoje zajęcia, zmęczenie i całkiem przyzwoity repertuar przyjemności. I może właśnie to jest dla mnie najważniejsze, nie szukać nieustannie potwierdzenia, że dobrze mi ze sobą. Wiedzieć, kiedy chcę otworzyć drzwi, a kiedy nie. I nie robić z tego ani manifestu, ani problemu. Lubię swoje towarzystwo. Nie zawsze jestem łatwa w obsłudze, ale przynajmniej bliscy wiedzą jak ze mną jest.

czwartek, 29 października 2026

Nowe

 


Mój wysłużony laptop już jakiś czas temu rozpoczął bunt. A to nie zapisał zmian, mimo że pilnuję tej funkcji, a to zawiesił się w najmniej oczekiwanym momencie albo lepiej, wyłączył się, bo tak. I nie wiem, jak to jest, że jak rozważam zakup nowego sprzętu, nagle stary działa jak w zegarku. Ale nie dałam się zwieść. No ile można. Syn pyta, i jak tam mamuś, jesteś zadowolona z nowej maszyny? No jestem, jestem! Chyba za mało entuzjazmu okazałam. I nagle usłyszałam, że telefon, który jest kompatybilny z laptopem, wydaje z siebie inne dźwięki, miłe, bardzo. Ale niestety, takie zmiany nie dodają mi skrzydeł. W tym wszystkim kawa jest wciąż smaczna. Nowe buty sportowe, wygodne i cudne, bo czarne, chociaż patrzyłam na zupełnie inne. Dostałam też świetne albumy, pierwszy: Rebel Prints the Poster Rex Manifesto i drugi: Zwierzogród Wilkonia, od konia do słonia. Marzą mi się perfumy, ale to może zaczekać. 

środa, 28 października 2026

Przepowiednia

 




Dzisiaj przyszedł do mnie Wróż Wileusz. Nawet edytor trzy razy zmienił mi to imię. Mam w sobie trudny czas. Nic mnie nie rozwesela, raczej szoruję po dnie. Rozglądam się i schodzę w coraz mroczniejszą siebie. I nagle Wileusz. No facet jest cudny. Wysłuchałam tylko jednej wróżby. Nie chcę by algorytm mnie na IG zalał przepowiedniami, tarotem i laniem wosku. Poza tym… nic, grzebię w szufladach. 


Torfowiskowy
Z punktu widzenia fotosyntezy, 
gdy słońce nie dochodzi do wszystkiego

w głębi torfu uczymy się cicho, jakby każde światło było kłamstwem
i trzeba je filtrować przez ból korzeni.

nie płaczemy. wilgoć zrobi to za nas.
nie oddychamy. tylko fermentujemy wspomnienia.
słońce dociera tu jak cud, nie jak prawo.

zamiast liści, języki mchów, zamiast nieba, trwoga.
a mimo to robimy światło z ciemności,
jakby nie miało już dla nas znaczenia, skąd pochodzi.

czym jest życie, jeśli nie trudem rozkładu,
który rodzi inne istnienia?
czy nie jesteśmy jak matki ślepych larw,
zielone bez dumy, ciepłe tylko od środka?

w torfie każde jutro pachnie gniciem,
ale i nadzieją, że coś się jeszcze wznieci.
choćby trawa.
choćby krótka zgoda na szept.