Strony
wtorek, 31 marca 2026
O przekraczaniu (notatka z czasu, który zwalnia)
piątek, 27 marca 2026
Pracownia Thomasa
Niczego nie chcieliśmy obgadywać. To się stało
ledwie widoczną smugą na ścianie. Odwracanie wzroku,
rozstrojenie w zestrojeniu. Nie śmieję się – błahe słowa
wykruszają każde poruszenie. Właściwie niepotrzebnie
otwieram torebkę i waham się. Ciału już nie wystarcza kołysanie
z drzewami, pod nimi. Unikam gromów, jasnego nieba, tańców,
smukłych kobiet, topornych płaszczy.
Nie wiem, dlaczego wciąż przegryzam
łodygi barwnych kwiatów.
Na marginesie.
Czego nie lubisz? Tych porozrzucanych wydruków z pracy dyplomowej,
błędów w drugich wersach, brakujących liter, pikseli tak drobnych,
że drażnią. Mrużysz oczy, wstajesz pod jakimś pretekstem,
by przyglądać się zaciekom na szybie, sieciom drobnych pająków.
Przesuwam punkty kontrolne w Illustratorze, by powtarzać ruchy.
Odrzucam ludzi, jak leci – całe kolumny pustki, raz po razie.
2019
z książki Pierwszy Milion Nocy
czwartek, 26 marca 2026
O Bagnie i kierowczyniach
wtorek, 24 marca 2026
Lekcja osmozy
Lotność to przecież właściwość nieba, nie boi się opadania,
jak dziecko, które zapomina o ciężarze,
zanim nauczy się upadać z wdziękiem.
W domu z torfu i wosku, wyjmuję palcami z powietrza kolory,
żeby je przypiąć na ścianie pamięci, zanim przyjdzie kolejny front.
Sophia pyta, czy sarny mają sny i dlaczego liście odpadają z drzew,
kiedy w środku są jeszcze zielone.
Odpowiadam: to nie drzewa się starzeją,
tylko świat potrzebuje miejsca dla nowej historii.
Rdzewiejące pręty w ogrodzeniu trzymają w ryzach niebo,
ale przecieka przez nie śmiech, niesiony językiem,
wymyślonym przez dzieci dla kotów i planet.
Sophia śni, że zjada ogień, potem mówi, że nie boi się
topnienia lodowców, bo potrafi oddychać pod wodą.
Zbieram w słoiki wszystkie resztki czułości,
krople po kawie, mgły z torfowisk, przyciskany policzek,
gdy słowo babciu znowu zawiśnie nad stołem jak niezjedzony owoc.
Niech przyroda nas bierze w płuca, kłącza, w kory.
Niech nas rozkłada na składniki pierwsze i ostatnie.
Zgoda.
Ale jeszcze uczę dzieci jak mówić do deszczu,
żeby nie padał za mocno, jak szeptać do ciemności,
żeby nie zapomniała, że jest tylko przerwą w świetle.
sierpień 2025
niedziela, 22 marca 2026
Trzy dziewczyny i kuc
sobota, 21 marca 2026
O pragnieniu
raczej jak pusta filiżanka, kiedy sprzątam po śniadaniu,
a ty wyszedłeś bez słowa i nawet nie trzasnąłeś drzwiami,
tylko zostawiłeś uchylone, abym sama sobie dopowiedziała przeciąg.
O twojej obecności w drobiazgach,
które udają niewinność, w niedopitych łykach kawy,
w krzywo odstawionym krześle,
w zdaniach, które nie kończą się kropką,
bo nauczyłeś mnie mówić bez pewności,
jakby każda myśl była tylko wersją roboczą życia.
Chciałam rozciągnąć codzienność pomiędzy nami
jak cienką tkaninę, prześwitującą, trochę zużytą,
ale własną, i zszywać ją gestami, które nic nie znaczą dla świata,
a dla mnie są architekturą przetrwania:
że coś podam, zatrzymam, będę pamiętać,
jak odwracasz głowę, kiedy nie chcesz widzieć mojego zachwytu.
Bo widzisz, zachwycam się źle, za wolno albo za bardzo,
nie tam, gdzie trzeba,
nie wtedy, kiedy wypada klaskać.
I oni odchodzą. Znikają jak światło z pokoju,
kiedy nikt nie pamięta, kto zgasił.
Zostaję z tym swoim nadmiarem,
jakby ktoś pomylił proporcje i zamiast jednej osoby
wsypał we mnie garść sprzecznych wersji:
tej, która chce być blisko,
i tej, która już się uczy nie prosić.
To znaczy czasem milczeć,
bo każde słowo jest podejrzane, każde zostań brzmi jak umowa,
której nikt nie podpisał.
Więc uczę się ironii, ostrej jak szkło z rozbitej butelki.
Mówię: nic się nie stało, a potem zbieram siebie z podłogi,
fragment po fragmencie, żeby nikt nie zobaczył,
jak bardzo to jednak było wszystko.
I jeszcze te kolory, magenta w miejscach, gdzie powinno być neutralnie,
jakby ktoś celowo podkręcił nasycenie
w scenie, która miała być realistyczna.
Może o to chodzi, że ja nie umiem być realistyczna,
że każdą relację zapisuję,
jak powieść, której nikt nie chce czytać do końca,
bo za dużo w niej czułości, a za mało instrukcji obsługi.
To także wiedzieć, że mogę zostać sama z całym tym językiem,
który nikogo już nie obchodzi, i mimo to
układać zdania tak, jakby ktoś jednak miał wrócić
i przeczytać je szeptem, z tą swoją niedbałą uwagą,
która kiedyś była dla mnie całym powodem,
żeby oddychać.
piątek, 20 marca 2026
O trawie
środa, 18 marca 2026
O cieniu
Nie przychodzę, gdy mnie wołasz, pojawiam się tam,
gdzie światło ma chwilę słabości, a dzień potyka się o własną jasność
i musi ją oddać ziemi.
Byłam z tobą od początku, ale nigdy jako pierwsza;
zawsze o pół kroku za, jak myśl, która wie więcej,
lecz nie ma prawa mówić.
Kiedy zasypiasz, czas rozpada się na drobne jednostki ciepła
i wtedy mogłabym odejść, rozpuścić się w czerni,
nie sprawdzać, czy jeszcze mnie potrzebujesz
do potwierdzania obecności. Ale zostaję, bo nawet cień
ma swoją lojalność wobec kształtu, który go stworzył.
Nie pragnę raju ani piekieł, to zbyt ciasne architektury
dla bytu, który nie ma masy. Nie chcę miejsc,
w których trzeba kogoś znosić albo kogoś unikać.
Wolę obrzeża: zmierzch, świt, chwile przejścia,
gdy rzeczy nie są jeszcze sobą i można je pomylić z oddechem.
Ciemność mogłaby mnie wchłonąć, światło rozcieńczyć do zera,
a ja krążę pomiędzy, jak błąd w obliczeniach istnienia,
dowód na to, że nic nie trwa w jednym stanie
wystarczająco długo, by nazwać to ocaleniem.
Podnoszę rękę, nie po to, by się pożegnać,
lecz by sprawdzić, czy jeszcze rzucasz mnie na ścianę dnia.
Gest jest pusty jak kielich po sensie, a jednak
wykonuję go do końca, bo ruch też jest formą pamięci.
Gdy nadejdzie noc, będę miała szansę zniknąć uczciwie,
bez dramatów. Gdy przyjdzie poranek, rozpuszczę się w tobie,
jakby nigdy mnie nie było, i to również będzie prawdą.
Nie zostawię ci nic na pamiątkę. Cień nie ma darów,
ma tylko dowód: że byłeś wystarczająco realny,
by mnie wytworzyć, i wystarczająco kruchy, by mnie stracić.
Idę więc dalej, nie w mrok i nie w światło,
lecz w ich nieustanny obieg, gdzie znikanie nie jest końcem,
a powstawanie, jedynie chwilowym zagęszczeniem sensu.
wtorek, 17 marca 2026
sobota, 14 marca 2026
Czym jest cisza
Jest dźwiękiem, który zrezygnował z bycia zrozumianym.
Bywa trzymana w dłoni, drży lekko jak pomarańcza,
jeszcze nie wie, czy ktoś ją otworzy,
czy zostanie zapomniana na parapecie
na tyle długo, by stracić soczystość i zyskać znaczenie.
Cisza nie jest symbolem. Nie da się jej uprościć.
Nie mówi nic, ale słyszy wszystko –
zwłaszcza te rozmowy, których nie odbyliśmy,
żeby nie zburzyć nastroju.
W środku ocean, dla rzeczy małych i przestraszonych,
zasypiają przy jej brzuchu, jak sardynka przy pomarańczy.
Czasem ktoś ją stawia na krawędzi krzesła,
wstawia do lodówki, albo zostawia pomiędzy frazami –
jakby była przystankiem, a nie drogą.
Z czasem wysycha, zwija się w sobie,
aż wreszcie zaczyna rozumieć,
czym naprawdę jest czekanie:
to trwanie bez gwarancji powrotu.
To skurcz światła w słoiku po herbacie.
To niedokończony projekt. Przechowywany
nie z obowiązku, ale z potrzeby zachowania oddechu.
I tylko wtedy, gdy ktoś przypadkiem dotknie cię znowu –
głosem, spojrzeniem, pytaniem – rozlewasz się
kroplą na nadgarstku.
Nie wiadomo, czy to radość.
Czy rana. Ale jesteś.
piątek, 13 marca 2026
Ślepe pola
środa, 11 marca 2026
wtorek, 10 marca 2026
Och Leo :P


















