poniedziałek, 14 września 2026

Księgarnia Czarnego, młodzież, Pani dłońka!

 




Pani Dłońka
Imię własne: Mimitsuki
Zamieszkanie: pod skórką światła w pokoju Sophie
Zdolność specjalna: rejestruje dotyki nieintencjonalne
i gubi te zbyt ciężkie

Mimitsuki: zapiski z palca wskazującego

Mieszkałam kiedyś w kieszeni chirurga,
ale było tam za zimno.
Teraz noszę się w fałdach dziecięcej piżamy,
pomiędzy guzikiem a snem.

Znam alfabet skóry,
każdy znak: glazee, wuship, mizumiał,
czyli uścisk z wody, dotyk kota z mgły,
spojrzenie palca po japońsku.
W nocy dotykam rzeczy,
które Sophia kocha przez sen,
przemiękłych brzegów koca, uszka od misia,
wewnętrznego światła lalek.

Zbieram to wszystko w dotykownik,
tam zapisuję rzeczy, które ktoś mógłby zapomnieć,
– że światło może mieć zapach
– że rąbek sukienki może wiedzieć więcej niż Google
– że puchczość to prawdziwa jednostka czułości.
Jestem też tłumaczką między dłońmi,
gdy ręka babci drży, a ręka wnuczki śpi.
Przekładam drżenie na zrozumienie
i milczenie na coś, co koi.

Mówią, że jestem stworzona z miękocienia
i z odgłosu och w zderzeniu z aksamitnym.
Nie przeczę.
ale mam też pazurki,
gdy ktoś zostawia dotyk, który boli,
potrafię go unieważnić.

PS

W jednej ze szkół dzieci i młodzież czytają na lekcjach 'Dla córki mojej córki', dostałam zdjęcia listów i rysunków, oryginały trafią do mnie na spotkaniu w Poznaniu, bo to jest jedynie wyimek. Wymyślamy już Sophie scenariusze, by odpowiedzieć na każdy list. 


W piątek jadę do Warszawy, w księgarni Czarnego spotkam się na pogawędkę z Anną Matysiak. Przyjdziecie. 































czwartek, 10 września 2026

Pod obłokami




Nie wiem, czy cień ma w sobie dość odwagi,
żeby zostawić mnie samą na środku pola,
gdzie trawa przypomina język, który utracił słowa.

Może cień woli pić mleko z odłamków gwiazd,
niż dalej udawać, że jest moim przewodnikiem.
Może chce się roztopić w blasku jak cukier w gorącej herbacie,
ale cukier też zostawia ślad –
nie da się wymazać słodyczy, gdy raz dotknęła ust.

Też się boję:
że ziemia rozchyli usta i połknie moją wnuczkę,
że las nauczy ją, jak pachnie rozkład i jak długo
trzeba czekać, by zobaczyć zielony pęd,
który jednak wyrasta, jakby nigdy nie widział śmierci.

Pod obłokami białymi jak nieodpisane listy
idę dalej, rozmawiam sama ze sobą,
udaję, że cień tylko na chwilę się zawahał.
A on już się wycofał w głąb,
tam, gdzie noc i dzień ścierają się jak psy o kość.

Gdybym mogła, zostawiłabym mu prezent:
zakładkę w kształcie księżyca,
kubek pełen niedokończonych zdań,
skórkę jabłka, która jeszcze pachnie dzieckiem.

Ale cień nie potrzebuje niczego,
on zna wszystkie odpowiedzi,
a ja dopiero uczę się pytać.



wrzesień 2024

poniedziałek, 7 września 2026

Wrocław

 


Odpowiem na wszystkie komentarze po powrocie. Poczytam Wasze blogi jutro w pociągu, a teraz suszę śliwki, skubię aronię i już wiem, że paznokcie będę miała zdewatsowane w środę. Ale taki czas. 

niedziela, 6 września 2026

Lubię bezpośrednie połączenia

 





Dojechałam do rodziców, przepakowałam walizkę i nawet nie zdążyłam dokładnie przyjrzeć się książkom, które przysłała mi wydawczyni. Padłam. Rano wstałam i ruszyłam do Łazieńca. W pociągu słuchałam Kos kos jeżyna Tamty Melaszwili, w przekładzie Magdaleny Nowakowskiej, z polecenia Anny Tatarskiej. Och, krew i orzeszki. Lubię krwiste w języku książki. Ta jest mocna i kolczasta, w obrazie również. Taka, która nie pyta, czy może wejść do głowy.

Dojechałam do Aleksandrowa Kujawskiego, wysiadłam z pociągu i niemal od razu znalazłam się w hotelu. Wielbię miejsca noclegowe blisko dworca. Dwie kawy, szarlotka, bezalkoholowe piwo o smaku arbuza, sałatka firmowa i pojechałam z Miłoszami do Stacji Zagubin. A tam już było inaczej. To był 25. jubileuszowy festiwal Biała Lokomotywa. Dwadzieścia pięć lat poezji, spotkań, koncertów, rozmów i ludzi, którzy wciąż uważają, że warto się spotkać, żeby posłuchać drugiego człowieka. Festiwal odbywa się w Łazieńcu, w miejscu związanym z Edwardem Stachurą, ale dawno przestał być wydarzeniem wyłącznie o Stachurze. I bardzo dobrze. Był jego rodzinny dom, kasztan pod którym siedzieliśmy i czytaliśmy wiersze. Daria Lisiecka zaprosiła mnie do tego niezwykłego świata. Dziękuję jej za zaufanie, za uważność i za to, że potrafi z ludźmi zrobić program, a z programu, dwa dni i właśnie wtedy wydarza się coś niezwykłego. To nie jest łatwe. Zwłaszcza kiedy zaprasza się tak różne osoby i trzeba jeszcze sprawić, żeby chciały ze sobą rozmawiać. Miałam napisać o ludziach, których Daria tam zaprosiła. O tym całym poetyckim towarzystwie, które pojawia się w Łazieńcu i nagle okazuje się, że jest między nami więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Ale myślę, że oni to zrobią lepiej ode mnie i każdy napisze coś u siebie. Był fantastyczny slam z młodymi ludźmi z Wrocławia. Przywiozła ich Justyna Paluch. Do dziś pamiętam jej kolczyki i zieleń, piękną soczystą zieleń. Nie pytajcie dlaczego. Niektóre rzeczy zostają w pamięci zupełnie bez powodu. Dlatego lubię takie miejsca. Nie tylko za program. Za ludzi, którzy przyjeżdżają, żeby coś powiedzieć, ale też po to, żeby posłuchać. Poezja przetrwa tam, gdzie jest właśnie takie towarzystwo. No i było jedzenie. Wyśmienite. Śliwki. Dużo śliwek. Objadałam się nimi bez żadnych konsekwencji, co samo w sobie należy uznać za sukces. Były koncerty, spotkania z poetkami i poetami, rozmowy, grzyby, mech i wszystko to, co lubię, choć niekoniecznie umiałabym wcześniej powiedzieć, że właśnie tego potrzebuję. I nagle pomyślałam, że na tym festiwalu było właściwie wszystko, co jest w mojej książce, we mnie. Może dlatego czułam się tam tak dobrze. Jak w moich ulubionych klapkach domowych. Zdecydowanie ten wyjazd miał kolor dojrzałej śliwki i smak idealnie dopasowany do mnie.Tylko znacznie ciekawszy. Dziękuję Dario. Dziękuję Twoim współpracownikom, Miłoszowi i wszystkim, których spotkałam w Łazieńcu. Za rozmowy po moim czytaniu, za śmiech, poważne rzeczy, historie opowiedziane trochę ciszej i za te, których nie dało się już ściszyć. Biała Lokomotywa ma 25 lat. I bardzo dobrze, że nadal jedzie.

PS

A we wtorek wybieram się do Wrocławia. Szaleństwo trwa. Mam jeszcz kilka książek do sprzedania, 'Dla córki mojej córki', mogę na życzenie podpisać i wysłać InPostem albo pocztą. Wysyłka najwcześniej 11 września po powrocie z Wrocławia. Dorzucam zakładkę, pisz na margarithes@gmail.com




czwartek, 3 września 2026

Biała lokomotywa

 


Spotkacie mnie tam. Przyglądałam się tej imprezie od dawna i jak się bardzo chce, to można.

Ogólnopolskie Spotkania Poetów BIAŁA LOKOMOTYWA - festiwal literacki, którego patronem jest Edward Stachura, a który ma charakter cyklu wydarzeń artystycznych inspirowanych poezją.
Odbywa się w Łazieńcu, wsi rodzinnej poety.

Plakat najlepiej czytać, kilkając na zdjęcie w osobnym oknie.

Zapraszam



wtorek, 1 września 2026

Taki plan

 


Przygotowłam kilka kartek na pięknym bawełniamym papierze i zakładki do książek.

















poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Gdy milczę

 



Rzeczy robią się trochę większe, niż były wczoraj rano. Kubek po herbacie wciąż stoi na stole, krzesło przesunięte o kilka centymetrów, jakby ktoś właśnie wstał i miał zaraz wrócić, chociaż oboje wiemy, że z tym wracaniem jest ostatnio coraz gorzej. Otwieram okno. Nie po to, żeby przewietrzyć pokój. Chcę jedynie sprawdzić, czy świat nadal robi to, co zwykle, kiedy nikt na niego nie patrzy. Na jardzie obok kobieta trzepie koc. Robi to z taką złością, jakby koc był winny całemu jej życiu. Podoba mi się to. Chciałabym czasem też mieć coś takiego do otrzepania: dzień, który się nie udał, kilka słów, których nie powiedziałam, czyjąś śmierć, własną głupotę. Niestety wszystko zostaje w środku i nie pomaga nawet trzepanie od serca, które jest narzędziem dość prymitywnym. Myślę o tobie, wtedy, kiedy gotujesz wodę. Nie wiem dlaczego właśnie wtedy. Może dlatego, że woda zna drogę z jednej postaci w drugą i nie robi z tego żadnej filozofii. Para znika, wraca na szybę, spływa niżej. Tak powstaje historia, mówiłby ktoś mądrzejszy ode mnie, ale ja widzę tylko mokrą smugę i swój palec, którym rysuję po niej kreskę. Patrz, mówię, to jest człowiek. Nie wygląda szczególnie przekonująco. Później przypominam sobie twoje dzieciństwo. Nie całe, broń Boże, pamięć nie jest biblioteką, raczej szufladą, do której ktoś wrzucił guziki, rachunek za prąd, fotografię i jeden mleczny ząb bez żadnego opisu. Wyciągam go czasem. Nie z sentymentu. Chcę tylko wiedzieć, jak to możliwe, że coś tak małego mogło kiedyś należeć do ciebie. I wtedy robi mi się smutno, ale nie bardzo. Smutek też ma swoje stopnie naukowe i nie zamierzam robić doktoratu. Siadam przy stole. Kroję chleb. Zostawiam okruszki. Przez chwilę wydaje mi się, że właśnie tego trzeba pilnować: żeby po człowieku coś zostawało nie dlatego, że jest wielkie, tylko dlatego, że było potrzebne komuś przy śniadaniu. Może dlatego piszę. Nie dla pamięci. Pamięć jest podejrzana, przerabia wszystko po swojemu, zmienia twarze, poprawia dialogi, usuwa niepotrzebne sceny, jak kiepski redaktor, który dostał za dużo władzy. Piszę, żeby jeszcze raz usłyszeć głos, którego już nie ma, chociaż wiem, że papier jest głuchy i niczego nie przechowuje oprócz tego, co sami potrafimy mu wmówić. Kiedyś chciałam, żeby wiersz był miejscem, do którego można wejść i już nie trzeba wracać. Teraz wystarczy mi, jeśli będzie drzwiami. Nie muszą być ładne. Mogą się zacinać, mogą mieć odpryśniętą farbę, mogą prowadzić do kuchni, piwnicy, do lata sprzed dwudziestu lat, do człowieka, którego nie zdążyliśmy zapytać o najważniejsze rzeczy. Drzwi są dobre, bo niczego nie obiecują. Otwierasz je i już. Gdy milczę, myślę też o tym, co będzie z tobą, kiedy mnie nie będzie w tej wersji, którą znasz. To trochę śmieszne, że człowiek przez całe życie buduje siebie jak domek z rzeczy pożyczonych od innych, a potem oczekuje, że ktoś ten domek odziedziczy razem z instrukcją. No niestety, nie będzie instrukcji. Będzie może sweter, kilka książek, telefon z numerami ludzi, do których nie warto już dzwonić, i moje zdanie urwane gdzieś w połowie. Nie kończ go za mnie. To chyba najważniejsze, co mogę ci powiedzieć. Nie kończ za mnie tego, czego nie zdążyłam. Nie rób ze mnie pomnika. Pomniki są zimne i bardzo źle znoszą deszcz. Jeśli coś ze mnie ma ci zostać, niech będzie małe: sposób, w jaki trzymam filiżankę, kiedy jestem zmęczona, śmiech w najmniej odpowiednim momencie, upór, z którym poprawiam cudze przecinki, i ta dziwna potrzeba, żeby jeszcze raz otworzyć okno, chociaż wiadomo, że na zewnątrz jest dokładnie to samo. Gdy milczę, świat nie milczy za mnie. Lodówka pracuje, ktoś przejeżdża samochodem, pies szczeka na coś, czego nie widzę. Ziemia wykonuje swoje niewiarygodne czynności bez konsultacji ze mną. Podoba mi się to coraz bardziej. Nie wszystko musi mieć znaczenie. Nie wszystko musi zostać. Niektóre rzeczy mogą po prostu przejść przez nas jak światło przez firankę, trochę nas zmienić i zniknąć na ścianie. A jeśli kiedyś zapytasz, co właściwie chciałam powiedzieć, powiem: nic wielkiego. Serio. Chciałam tylko zostawić ci miejsce przy stole. Resztę zwyczajnie dopisz.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Po

 


Nie wiem, kiedy człowiek zaczyna być nieobecny.
Może nie wtedy, kiedy umiera.
Może wcześniej, kiedy dzwonimy i nie odbiera,
ale jeszcze myślimy: oddzwoni.
Albo kiedy widzimy coś śmiesznego
i przez chwilę zastanawiamy się, komu to opowiedzieć.

Tadeusz umarł.

To zdanie jest za krótkie.
Można je położyć na stole pomiędzy cukierniczką
a rachunkiem za prąd i nic się nie stanie.
Świat nie przewróci filiżanki.
Samochody będą jechały jak zwykle.
Ktoś kupi farbę, wyrzuci gazetę,
będzie się spieszył, a może nie.

Anka została z jego rzeczami.
Ja zostałam z pamięcią, która ma fatalną orientację
i przychodzi nie tam, gdzie ją proszę.

Wczoraj pomyślałam o jego obrazach.
O tych, które wyglądały, jakby powstały przez przypadek,
jakby ręka najpierw chciała zrobić coś innego
i nagle zmieniła zdanie.

To mi się wydaje uczciwe.

Dobra sztuka czasem robi właśnie to:
zmienia zdanie w połowie.

Śmierć jest pod tym względem wyjątkowo konsekwentna.
Nie zmienia zdania nigdy.

Potem przypomniała mi się drukarska farba, jej zapach,
czyjś głos, rozmowa, której nie pamiętam,
ale pamiętam, że się śmialiśmy.
Nie wiem już z czego.
I bardzo dobrze.

Są wspomnienia, które powinny mieć prawo
do własnej nieścisłości.

Może dlatego człowiek zostaje dłużej
w cudzym życiu, kiedy nie da się go dokładnie opowiedzieć.

Tadeusz zostawił obrazy, komiksy, Ankę,
kilka zdań, których nie zapisaliśmy,
i pewnie mnóstwo rzeczy, których nie zauważyliśmy.

To chyba najdziwniejsza część istnienia:
najważniejsze rzeczy dzieją się obok nas
i nie mają podpisu.

Dzisiaj patrzę na pusty fragment ściany
i myślę, że można by tam coś powiesić.

Albo jeszcze nie.

Niech przez jakiś czas zostanie właśnie tak.
Jak miejsce po obrazie, którego nie zdążył namalować.
Albo jak obraz, który Tadeusz zostawił specjalnie dla nas,
żebyśmy się wreszcie
nie wtrącali.




Ten wiersz sprowadzałam do paska kilkanaście razy przez ostatnie kilka dni. Wykreślałam słowa i chlipałam pod nosem. I myślę sobie, niech taki zostatnie. Taki a nie inny.