Mówimy do siebie po staremu,
ale w moich słowach nie ma już gwoździ, tylko rdzawy pył.
Gdzieś pomiędzy czarnym bzem a różą,
pomiędzy skórą peonii a bluszczem wpełzającym w szczeliny,
jest to miejsce, powidok dłoni, którego
nigdy nie dotknęły, a jednak pozostawiły ślad.
Czas nie rośnie liniowo,
jest rozwarstwionym torfem pod nogami,
zaklęciem, które wymaga poświęcenia,
ale w połowie drogi traci oddech
i osuwa się w czeluść, gdzie wszystko pozostaje półwyraźne.
Nie chodzi o utratę,
chociaż wszystkie twoje fikcje wgryzają się w moje kolana.
Przysiągłbyś, że to krew, ale to tylko czerwień paproci,
blask rozproszony, jak szept w ciemnym lesie.
Ominęłam ludzi, jak omija się drzewa spalone przez piorun.
Nie dlatego, że się boję,
ale dlatego, że w tych zgliszczach drży głos,
krzyk czegoś większego, co chowa się w popiele.
Jestem coraz dalej, a mimo to
czułość chwyta mnie za gardło, jak gdyby trzymała klucz.
Pachną róże, pachnie peonia,
ale po co nam kwiaty, jeśli nie potrafimy ich nazwać?
Pismo zawsze zaczynało się od brudu pod paznokciami.
Rytm kamienia na skale, krwawe linie ryte w kości,
świadectwo: jesteśmy tu, choćby na chwilę.
Nie ma żadnego końca.
Jest narracja pełna szelestów i wyłuskanych perełek,
skupiają namiętność tak, jakbyśmy byli czymś innym, bardziej.
Czarny bez rośnie w górę, naturalnie.
Myśli wiją się jak spirale,
piszą się od dawna, wciąż na nowo.
Bądźmy dla siebie.
Nie jak róże, które znikają bez śladu,
ale jak bluszcz, który pamięta każdy kamień,
najdrobniejszą jamę, podmuch wiatru
wieczny w swojej pokornej sile.
2020















