czwartek, 25 maja 2017

Ring


Loch Na Fooey


Robimy teatr adekwatny do sytuacji, miejsc, muzyki,
od której wszystko się zaczyna. Głosy milkną lub unoszą się
pomiędzy pagórkami, oplatają roślinność. Czasami
połyka je mgła. Wtedy stłumione kroki, obroty i powroty
gasną za zakrętami. Gubią się na garbach kamieni.

Ludzie głodują albo kłamią.
Mówią takie rzeczy, że aż brakuje końca. Jakiejś historii,
strony, opowieści odpowiednio wpasowanej w szczelinę
ust. Nie domyka się, nie milknie capstrzyk. Wyłożony skorupami,
kształtami, z których wyparowują sny. Wrzucamy tam wypełnione
herbatą kubki, kanapki z szynką. Zanim owce znikną w trawie.

Przyziemne rzeczy. Sytuacje tworzące pętlę.
Półwysep utkany wzgórzami, klifami i wiatrem. Ciemnieje.
Nie mamy nic do stracenia. Złudne zapisy map,
krople deszczu po ósmej rano. Odpryski szkła, najwyższy szczyt.
Myślę nieustannie o ludziach,
ich nazwiskach składających się z łodyg
lub cząstek nazw zamków, barów lub odwrotnie.
Kto z nich był tu pierwszy?

Naciągał wodę ze studni bez wody. Cuda przeszłości.
Na dnie szklanek źródlana ciecz.
Jej czystość, zapach powietrza wypełniony irlandzkimi rybami.
Leśne cienie. Chłód, z jakimi witają nas i żegnają tutejsi ludzie.
Dlatego wychylam głowę. Napinam mięśnie, by nie przeoczyć
końca świata.



środa, 24 maja 2017

Przyjaźń, empatia, sztuka



Przyleciał do mnie. Kocham malarstwo Moniki Putschki. Przemyca mnóstwo detali. Ocean, warstwy torfu, zieleń, słoje drewna, nosorożce, liście, skały, klif, światło, perły... Zdjęcie w najmniejszym stopniu nie oddaje pociągnięć pędzla, soczystości barw. Wciąż odkrywam nowe znaczenia, a ona pewnie śmieje się, że zbieram ziarenko do ziarenka. 




I prezent, który znalazłam na biurku w pracy. 

wtorek, 23 maja 2017

Poszukiwanie




Styl życia. Punkt wyjścia i powrotu stanowi o tym, co robię i jak się czuję. Wszystko zaczyna się wtedy, gdy potrafię wyjść z nudnego przyjęcia. Przeglądam teksty. Wtórne, wtórne, obleśne. Pytania? Czy jestem usatysfakcjonowana wyobraźnią? Fantazja – nieokreślona forma życia. Zaczyna się, kiedy robię kilka kroków w tył. Ilustruję próby, umawiam się z odbiorcami na pogawędki. Układamy równo rysunki i zaczynamy czytać. Właściwie trudno sformułować wnioski. Wciąż trwamy. Pisuję wiersze. Posługuję się nimi, bo akurat nic innego nie przychodzi mi do głowy, a nie chcę kłamać.

niedziela, 21 maja 2017

Twarze




Obejrzałam Powidoki. Każdy z nas ma inne oczekiwania wobec filmów, ogólnie. Dla mnie, w tym przypadku, to jednak przede wszystkim kawałek historii - chodzi o głównego bohatera. Oczywiście w sieci krąży mnóstwo komentarzy znawców tematu, sztuki filmowej i jak to było po wojnie. Myślę, że w kilku scenach każdy z nas odnajdzie analogię do czasów obecnych. Jestem poruszona. Odrobinę zawiedziona, jednak film mi się podobał, mimo lekkiego ślizgania się po problemach. Artysta, żeby mógł być artystą, zawsze coś lub kogoś poświęca, przeciw czemuś działa, wędruje własnymi ścieżkami. Sądzę również, że Strzemiński w tym wycinku z okresu stalinizmu jest tylko tłem, dlatego Kobro pojawia się jedynie w domyśle, jak również wiele innych faktów. Bycie człowiekiem wiąże się ściśle z określoną postawą społeczną. Dzisiaj pewne sprawy, ludzie, są i to tyle. Nie chcę szerzej komentować Powidoków, bo musiałabym analizować postępowanie ludzi, którzy bez miłości do sztuki, zajmowali się kulturą. Z resztą ta koncepcja wróciła, pusty umysł, sflaczały duch. Alergia na piękno.


piątek, 19 maja 2017

Blooming



Zakwitła peonia. W miejscu, gdzie każda roślina otrzymała odpowieni czas od mojego męża. Paddy, zagląda tam kilka razy dziennie i wybiera bezdomkowe pełzaki. Nie odbiera im życia. Wynosi w pole. Jeden przez drugiego - wracją. Mamy grzeszne myśli. 




wtorek, 16 maja 2017

Cykl




Nawet teraz, gdy myję okno i przekładam kwiaty według wzrostu, zastanawiam się nad zdaniami, które zapisałam rok temu. Ta powtarzalność. Wiatr, deszcz, słońce. Wzrost roślin, budzenie się owadów. Więcej pomarszczonej skóry. To samo jedzenie i picie. Prześlizgiwanie się po krawężnikach. Zakręcanie i odkręcanie słoików. Zakręcanie. Ludzie chodzą i chodzą, rozmawiają, wyrzucają resztki siebie do pojemników. Pęknięcia na jezdni, burczenie w brzuchach, dyskusja o nowym rozkładzie jazdy autobusów. Pani w pikowanej kurtce zaczepia chłopca, jakby go dotykała, a on nie pozwalał jej przeniknąć głebiej. Spojrzenia nastolatek, które odwracają się nagle, jakby ich plecaki były wypełnione wibratorami i kremami nawilżającymi. Wchodzenie, siadanie, spojrzenie, wychodzenie. Skrzypienie drzwi. Tykanie kierunkowskazów. Powolne przesuwanie się naprzód. Nagłe hamowanie i znowu szum rozmów. Albo cisza. Kopiowanie się wzajemne, przesypywanie słów, myśli. Tego, co nie znajdziecie tu i tam. Wychodzę i nie wiem, o czym myślę. Wieje. I zapach. Nie rozpoznaję go, jest jakby przestarzały, a zarazem... No sam wiesz.

– Znowu przycisnęłam Chrome. Nie śmiej się, to już nie jest zabawne.

Przyglądam się fejsbukowym wpisom. Mnóstwo zaimków zwrotnych. Niedobrze mi. Odwracam się na bok i zastanawiam nad zabijaniem literatury. Nad tym wyobrażeniem pewnie wisi cała armia czytelników. Jednak kiedy odkrywam kolejny manifest napisany brudną ręką, próbuję zapomnieć o błędach i stłumić w sobie niechęć. To wrażenie, że ktoś „picuje”. Intuicja odkleja wrażenie od faktów, że kolejny chłoptyś gubi się w tym, co napisał. Bracie – tak mówi, a ja wiem, że na ziemię spadają płatki kurzu. Wbijają się pod stopy, aż nie mam ochoty zostawać. Idę. Wybieram dla siebie kolejne imiona. Dość dobre na złość, na wieki wieków.