sobota, 14 marca 2026

Czym jest cisza

 




Cisza nie jest brakiem dźwięku.
Jest dźwiękiem, który zrezygnował z bycia zrozumianym.

Bywa trzymana w dłoni, drży lekko jak pomarańcza,
jeszcze nie wie, czy ktoś ją otworzy,
czy zostanie zapomniana na parapecie
na tyle długo, by stracić soczystość i zyskać znaczenie.

Cisza nie jest symbolem. Nie da się jej uprościć.
Nie mówi nic, ale słyszy wszystko –
zwłaszcza te rozmowy, których nie odbyliśmy,
żeby nie zburzyć nastroju.

W środku ocean, dla rzeczy małych i przestraszonych,
zasypiają przy jej brzuchu, jak sardynka przy pomarańczy.

Czasem ktoś ją stawia na krawędzi krzesła,
wstawia do lodówki, albo zostawia pomiędzy frazami –
jakby była przystankiem, a nie drogą.

Z czasem wysycha, zwija się w sobie,
aż wreszcie zaczyna rozumieć,
czym naprawdę jest czekanie:
to trwanie bez gwarancji powrotu.
To skurcz światła w słoiku po herbacie.
To niedokończony projekt. Przechowywany
nie z obowiązku, ale z potrzeby zachowania oddechu.

I tylko wtedy, gdy ktoś przypadkiem dotknie cię znowu –
głosem, spojrzeniem, pytaniem – rozlewasz się
kroplą na nadgarstku.

Nie wiadomo, czy to radość.
Czy rana. Ale jesteś.








piątek, 13 marca 2026

Ślepe pola

 



Od dawna myślę o głupocie nie jak o braku inteligencji, ale jak o pewnej formie nieuwagi wobec świata. Nie mam na myśli pomyłek ani niewiedzy, te zdarzają się każdemu. Bardziej chodzi o moment, w którym ktoś świadomie nie chce zobaczyć czegoś, co dla mnie jest oczywiste i ważne. Czytam czasami różne teksty o tym, jak powstaje wrażenie głupoty, pewnie tutaj Innyglos potrafiłaby to ładnie ująć i nazwać. I prawdopodobnie napiszę to nieporadnie, ale spróbuję objaśnić mój punkt widzenia. W wielu tych tekstach/artykułach przeczytałam, że jest to konflikt perspektyw, każdy człowiek porządkuje świat według własnej hierarchii ważności. Coś, co dla mnie jest kluczowe, czyli dokładność, empatia, sposób mówienia o innych, stosunek do wiedzy, dla kogoś innego może być zupełnie marginalne. Wtedy zaczynamy się rozmijać. Zauważam, że szczególnie trudno znoszę głupotę w sprawach, które dotykają mojego poczucia sensu. Jeśli ktoś lekceważy coś, co dla mnie jest częścią świata i wartości, na przykład odpowiedzialność za słowo albo elementarną uważność wobec innych ludzi, reaguję dużo silniej, niż gdy chodzi o rzeczy błahe. Autorzy tekstów tłumaczą to dość prosto, ludzie filtrują rzeczywistość. Nasz umysł nie jest w stanie zajmować się wszystkim jednocześnie, więc skupiamy się na tym, co jest powiązane z naszym doświadczeniem i emocjami. Z tej perspektywy głupota często okazuje się nie tyle brakiem zdolności myślenia, ile brakiem zainteresowania danym fragmentem świata. A jednak trudno mi przyjąć to wyjaśnienie do końca spokojnie. Bo kiedy ktoś ignoruje coś, co dla mnie jest ważne, mam wrażenie, że nie chodzi już tylko o różnicę priorytetów. Czasem wygląda to tak, jakby człowiek nie chciał włączyć myślenia w miejscu, gdzie ono jest potrzebne. Zastanawiam się nad tym także dlatego, że wiem, iż każdy z nas bywa dla kogoś innego głupi. Każdy ma swoje ślepe pola, czy pomija obszary, które dla innych są oczywiste i znaczące. Może dlatego głupota jest w pewnym sensie zjawiskiem relacyjnym, pojawia się pomiędzy ludźmi, kiedy ich mapy świata przestają do siebie pasować. Mimo to mam w sobie przekonanie, pewnie naiwne, że istnieje jakiś minimalny poziom uważności wobec rzeczywistości. Taki, który polega na tym, że kiedy coś okazuje się ważne dla drugiego człowieka, próbujemy przynajmniej na chwilę zatrzymać się i zrozumieć dlaczego. Jeśli tego zatrzymania nie ma, zaczyna się coś, co ja właśnie nazywam głupotą. Nie dlatego, że ktoś ma za mało rozumu. Raczej dlatego, że nie chce go użyć tam, gdzie mógłby zobaczyć więcej niż tylko własny punkt widzenia.


środa, 11 marca 2026

wtorek, 10 marca 2026

Och Leo :P

 



Teatralna zapytała mnie, co myślę o serialu Vladimir na Netflix. Zatem na świeżo, i pewnie jeszcze mnóstwo myśli i interpretacji przyjdzie mi do głowy. Oglądam seriale, bo szukam szczelin, przez które widać świat. A ten serial oglądam nie jako historię o erotycznej obsesji ani o starzeniu się kobiety, jak wszyscy go punktują, ale jako opowieść o uniwersytecie, który przestał wierzyć w literaturę. Scena po scenie odsłania się tam coś znajomego: młodzi ludzie przychodzą na wykłady z literatury jak na zebranie moralne. Nie po to, żeby czytać, tylko żeby oceniać. W pewnym momencie interpretują fragment tekstu Edith Wharton, pisarki, która opisywała subtelności społecznej hipokryzji i delikatne pęknięcia ludzkich charakterów. Dla wielu studentów to już nie była literatura. To raczej materiał dowodowy w sprawie dawnych win. Nie pojmowali zupełnie, co dzieje się w tekście. Ciurkiem polecieli do opiekuna wydziału na skargę i z prośbą o odsunięcie wykładowczyni. Bawiło mnie, że studenci nie rozumieją nie tylko bohaterów powieści, ale i samej literatury. Literatura bowiem nigdy nie była czysta. Była (i jest) miejscem, w którym człowiek pokazuje swoje pęknięcia, słabości, sprzeczności. Tam właśnie rodzi się myślenie. Jakby współczesna wyobraźnia została przycięta do krótkich form: ekranu, komunikatu, natychmiastowej reakcji. A literatura wymaga czegoś odwrotnego, cierpliwości wobec złożoności. W serialu widać to bardzo wyraźnie w historii profesora, który miał kiedyś romanse ze studentkami. Były dobrowolne, przynajmniej wtedy tak się wydawało. Po latach zostają nazwane nadużyciem. I oczywiście można o tym rozmawiać poważnie, bo relacja władzy istnieje i nie znika tylko dlatego, że ktoś mówi tak. Ale tu tylko obserwujemy codzienne rozterki i konflikt wynikający z różnicy potrzeb. Ciekawa jest tutaj zmiana pamięci. Dawne doświadczenia zostają przepisane na nowy język. Historia zmienia sens, bo zmienił się świat. I może to jest naturalne. Jak dla mnie nienaturalna wydaje się natomiast reakcja instytucji. Uniwersytet w serialu nie próbuje niczego zrozumieć. Uniwersytet próbuje tylko przetrwać. Najbezpieczniej jest więc zawiesić, odsunąć, uciszyć. Tak działa instytucja, która przestała wierzyć w swoją rolę. A przecież uniwersytet powinien być miejscem trudnych rozmów. Najbardziej uderza mnie jednak coś innego. Współczesna kultura uwielbia młodość. Młodość jest wzruszająca, autentyczna, wrażliwa. W reklamach, w serialach, w języku publicznym młodzi są zawsze moralnie czyści. Prawie jak świeży śnieg, który spadł i nie zdążył się rozpuścić. Problem polega na tym, że śnieg jest czasem bardzo płytki. Bo za tą wrażliwością często kryje się coś niepokojącego: intelektualna pustka. Nie brak inteligencji, raczej brak cierpliwości do złożoności. Świat musi być prosty. Ktoś musi być winny. Ktoś musi być niewinny. Dla mnie literatura tak nie działa. Przypomina raczej stare lustro: pokazuje twarz z rysami, zmarszczkami, cieniem pod oczami. Pokazuje człowieka takim, jaki jest, nie takim, jakim chcielibyśmy go zobaczyć. Dlatego klasyczne teksty bywają dla współczesnych studentów trudne. Bo w tych tekstach nie ma moralnego komfortu. Są tylko ludzie. I może właśnie dlatego Vladimir jest ciekawy. Nie dlatego, że opowiada o skandalu na uniwersytecie. Takich historii było przecież wiele. Ciekawy jest dlatego, że pokazuje moment, w którym dwie wizje świata przestają się rozumieć. Jedna wierzy jeszcze w literaturę jako przestrzeń myślenia. Druga traktuje ją jak akt oskarżenia. Zostawiam i nie dotykam historii głównej bohaterki, narcystycznej, histerycznej i zaskakującej. Jest świadkiem zmiany epoki, osobą, która jeszcze pamięta, czym był uniwersytet jako przestrzeń myślenia, a teraz obserwuje jego powolne rozmywanie się. Najciekawsze w jej postaci jest to, że nie jest jedynie obrończynią starego porządku. Raczej przygląda się nowemu językowi moralnemu. Czasem rozumie go lepiej niż jej koledzy z wydziału, ale jednocześnie widzi jego ograniczenia. Bo kiedy wszystko staje się przemocą, trudniej rozmawiać o ludzkiej niejednoznaczności. Pomiędzy nimi stoi uniwersytet, trochę zmęczony, trochę przestraszony i udaje, że wszystko jest w porządku. Satyra przeniesiona w epokę #MeToo? Możliwe.


[X] dziecko patrzy przez skórę


 




Nie wiem, dlaczego dotyk boli. Ale wiem, że niektóre światła
wbijają się we mnie jak drzazgi. Najczęściej rano,
kiedy jeszcze nic nie zostało powiedziane.
Mama mówi, że moja skóra jest jak mleko z odrobiną rdzy,
ale ja wiem, że w niej mieszka różowy z cienia, ten sam
co na palcach, kiedy zbyt długo patrzę na coś czerwonego.
Wszystko zostawia ślad. Palec na szybie. Wzrok w mięsie owocu.
Głos, którego nie wypowiedziało się do końca.
Kolor boli. Niektóre odcienie nie są dla dzieci.
Lazurowa samotność, burzowe wnętrze drzewa,
ten granat, co go nie widać, ale mieszka w plecach,
kiedy jestem sama.
Lubię łączyć kropki na twarzach ludzi. One też mają znaki.
Niektóre są jak mapy, inne – jak ślady po tym,
co chcieli powiedzieć, ale nie wypadało.
Nie wiem, co znaczy dorosła, ale chyba chodzi o to,
że przestaje się pytać, a zaczyna rozpoznawać bez pytania.
Czasem rysuję swoją skórę kredkami. Dodaję do niej słońce,
plamki, które znaczą nie bój się. Czasem zakreślam całą siebie
na niebiesko.
Nie ten niebieski z książek. Tylko ten, co w nim
kiedyś babcia powiedziała: wszystko, co czujesz, ma znaczenie,
ale nie wszystko trzeba wypowiedzieć.




poniedziałek, 9 marca 2026

O dystansie




Kolejny dzień pachnie wilgocią i krochmalem.
Wyciągam z kieszeni jedną dobrą monetę,
żeby zapłacić za ciszę, ale dźwięki wracają,
jak głodny kot, drżą w pustych naczyniach.

Pod ścianą stoją wczorajsze wspomnienia,
za nimi ja, bez biletu, trzymają mnie na dystans,
na granicy zaułków, gdzie każdy krok
jest sztuką unikania.

Czasem śnię o ludziach, którzy nie śnią,
liczą kroki w powietrzu, wydrapują znaki na liściach
i wierzą, że każdy cień to niepewność
narysowana przez drżące palce.

Wieczorem dym piecze mnie w oczy,
to nie pożar, tylko rozmowy sąsiadów,
które wybuchają, jak tłuczone szkło.
Powietrze staje się gęste, nie do oddychania,
jakbyśmy wszyscy zmieścili się w jednej butelce.

Kiedy pytasz, dlaczego zapalam światło
w pustych pokojach, odpowiadam:
Żeby przypomnieć ścianom, jak wygląda cień.

A potem milknę, bo milczenie, to ostatni rodzaj broni,
która nie wymaga ostrzenia.






 

niedziela, 8 marca 2026

O nas

 


Sophia odkryła na telefonie mamy moje konto na Instagramie. Przybiegła do mnie natychmiast, zarzuciła ręce na szyję, pocałowała w policzek i powiedziała z powagą, która mieści w sobie cały wszechświat:

– Babciu, polubiłam wszystkie twoje posty. Jestem zachwycona!

Odpowiedziałam:

– Kocham cię, moja Perełeczko,  ukochana fanko.

Po czym, już całkiem rzeczowo, dodała:

– Teraz pokaż mi Boba i Baby Shark.

Kilka lat temu zrobiłam te dwa krótkie filmy trochę z przeczucia, trochę z czułości. Dziś wiem, że najbardziej zadowolona z mojej pracy jest właśnie Sophia. Siedzi przy biurku i maluje Boba. Rozmawia z nim. Zachwyca się. Co chwilę wybucha śmiechem, takim czystym, który wypełnia dom.

Patrzę na nią i myślę, że nie ma piękniejszej chwili niż ta. I są jeszcze jej oczy, sposób, w jaki na mnie patrzy. Czasami w jednym spojrzeniu mieści się więcej sensu niż w całej galerii obrazów.

– Babciu, a kiedy będzie książka dla mnie?

Zamyślam się i udaję, że nie wiem, o jaką książkę pyta.

– No ta książka o lisonocach, mikururu, zabawie w restaurację, i o latających dywanach. O mnie. O nas.

– Już niedługo. Już niedługo.

I już jej nie ma. Przekłada kolejną stronę Matildy, czyta, czasami tylko zaczepia mnie i pyta o znaczenie słowa, którego nie zna. I tak sobie leżymy i czytamy, rozmawiamy.






sobota, 7 marca 2026

Sztuka przywracania

 




Zaczyna się od drobiazgów. Litery. Zgubiły ciało i leżą na stole jak rybie łuski,
i nagle trzeba je zebrać, obrócić w palcach, sprawdzić czy jeszcze oddychają,
bo język, wbrew temu, co mówią podręczniki, nie jest systemem,
tylko stadem nerwowych zwierząt. Uciekają w stronę światła, gdy ktoś otwiera okno.

Rok nie zamyka się jak książka, przecieka przez grzbiet, każdego dnia.
Farba drukarska utrzymuje się pod paznokciami tak długo, aż zaczynam podejrzewać,
że całe życie jest tylko próbą odbitki. Dlatego układam litery powoli,
jakby były kośćmi małego zwierzęcia znalezionego w śniegu,
sprawdzam ich ciężar, obrysowuję kształt.

Powiedziano mi kiedyś, że typografia powinna być przezroczysta,
ale to tak, jakby żądać od rzeki, aby nie miała nurtu. Litery chcą się kłócić ze światłem.
Przytulać w zbyt ciasnych odstępach, by za chwilę rozszczepić się bez udawania,
w przestrzenie. Nie udają sensu. Widziałam takie rozmowy.

Na stole, gdzie chusteczki zbierają purpurowe ślady słów,
a nikt już nie pamięta, kto pierwszy powiedział:
to tylko historia.

Tylko.

Jakby historie nie były sposobem, w jaki świat naprawia swoje złamania.
W tym samym czasie dziecko przebrane za rekina stawiało pierwszy krok,
jakby ocean był tylko ćwiczeniem z równowagi. Tak było.

Światło mrugało na wodzie, a ja zrozumiałam coś bardzo prostego:
że montaż jest formą czułości. Nie skleja się obrazów, żeby je uporządkować.
Skleja się je, żeby ocalić drżenie, które pojawia się pomiędzy nimi.

Dlatego nakładałam warstwy, błękit, który pamięta jeszcze chłód lodowców,
zieleń cierpliwą jak mech w cieniu kamieni, żółcienie, zachowują się podejrzanie, jak śmiech,
i czerwień, zawsze trochę zbyt blisko ciała.

A pod spodem zostawiłam pęknięcia. Bo życie nie ufa gładkim powierzchniom.
Moja wnuczka kiedyś obejrzy ten film i pomyśli, że świat jest ruchem.
Nie powiem jej wtedy, że ruch jest tylko inną formą niepokoju.
Dzieci muszą wierzyć, że ocean jest większy niż strach.

Najdziwniejsze jest jednak to, że kiedy układam litery albo kadry,
czuję coś na kształt wdzięczności. Jakby ktoś wcześniej przygotował dla mnie
ten chaos. Jakby farba wiedziała, gdzie ma spłynąć.
Jakby papier, cierpliwy jak ziemia w lodówce matki, przechowywał wilgoć na później.
Dlatego wybieram czerń. Nie dlatego, że jest elegancka.

Czerń jest po prostu najbardziej lojalnym kolorem,
zostaje, gdy reszta świata zaczyna się wymazywać,
i przypomina, że każda litera jest małym aktem powstawania.
A powstawanie, moja droga,
to najstarsza sztuka przywracania.
Nawet jeśli czasami wygląda jak błąd druku.


piątek, 6 marca 2026

O intymności

 



Na blogu piszę raczej o literackiej części mnie. O ludziach, których spotykam, jak niektórzy z nich mnie zawodzą. O rozczarowaniach. Czasem o tych, którzy potrafią być przyzwoici, choć to zdarza się rzadziej, niż bym tego pragnęła. Mam swoją czarną listę. Nie prowadzę jej z zemsty, raczej ku pamięci. Punktuję oprawców, narcyzów i wszelkiej maści podłych ludzi. Ci sami dla innych bywają ciepli, serdeczni, koleżeńscy. Literat złotousty potrafi, jak dobry marketingowiec, dorysować usta dokładnie tam, gdzie są potrzebne. Dlatego stoję trochę obok. Nie pasuję do tego środowiska. Nie pasuję do tych, którzy wyglądają jak bezdomni, bo dobrze to działa na litość i zbiórki. Nie pasuję również do tych, którzy potrafią lać wodę i ozdabiać papier kolejnymi logotypami. Jestem zwyczajnie zwyczajna. Nie lubię zamienników. Artystów, którzy ogłaszają, że wynaleźli pismo i w związku z tym należy im się cześć i chwała. Świat artystyczny zna takich wielu. Przyglądam się, co z tego zostaje. 

środa, 4 marca 2026

O dyskrecji

 



Jesteśmy dyskretną rodziną. Dbamy o prywatność, o cudzą również. Nie dlatego, że mamy coś do ukrycia. Raczej dlatego, że wierzymy w przestrzeń, która nie jest wystawą. W życie, które nie musi być natychmiast przekładane na komunikat. W relacje, które nie potrzebują publicznego potwierdzenia, żeby były prawdziwe. Coś tam odsłaniamy, ale na zasadzie uchylonych na chwilę drzwi. Może dyskrecja to po prostu zgoda na to, że nie wszystko musi być opowieścią. Że nie każda radość wymaga świadków, a nie każda trudność, komentarza, dlatego kiedy napisałam, że spędziłam mnóstwo czasu w rozmaitych poczekalniach, tak wielu z was było zdziwionych i wypytywaliście mnie w prywatnych rozmowach o szczegóły. Jestem zamkniętą w sobie osobą, nie potrafię wywalać bebechów, analizować, dyskutować o tym, co mnie trapi. Wolę być w świecie bez ciągłego podnoszenia kurtyny. Bez potrzeby, by świat patrzył. Nie wiem, czy dyskrecja jest jeszcze cechą, czy już reliktem. Może to tylko słowo, które zostało na dnie szuflady razem z koronkową chusteczką i listami pisanymi odręcznie. A jednak kiedy Inyglos napisała, że to fantastyczna staroświecka cecha, zaśmiałam się na głos. Ten komplement zabrzmiał jak wyjęty z zakurzonej półki, trochę niemodny, trochę czuły, jakby przetrwał coś, czego nie umiemy już nazwać. A chodziło przecież tylko o akcję z losowaniem grafiki. Nie chciała się ujawniać. Napisałam, że jestem dyskretna. I nagle to słowo, tak zwyczajne, zrobiło się niemal podejrzane. Bo żyjemy w czasie, który domaga się transparentności. Który mówi: pokaż, odsłoń, opowiedz, oznacz, udowodnij. Prywatność stała się czymś w rodzaju oporu. Decyzją, żeby nie wszystko musiało być widzialne. I jeśli coś jeszcze można nazwać staroświeckim, to może właśnie to: delikatność wobec cudzej granicy. Świadomość, że milczenie nie jest brakiem, ale wyborem. A wybór, choć cichy, potrafi być bardzo wyraźny.

wtorek, 3 marca 2026

VII. Barwa mówi z krawędzi obrazu




 


Nie mam imienia, które można wymówić bez drżenia.
Jestem cieniem między indygo a snem,
gdzie smok z Komodo oddycha tak cicho,
że tylko dziewczynka słyszy jego głos
w kolorze malinowym, tuż przed burzą.

To nie pigment, tylko pamięć.
Tak nazwałyście tę barwę:
pamięć o dotyku, który nie zdążył,
ciepło policzka na tle cyny
albo cień zapachu wódki z sokiem malinowym –
w czerwcu, po śmierci psa.


Za rogiem dziewczynka zbiera kolory do słoika.
Każdy inny. Każdy mówi coś,
czego nie da się zapisać alfabetem,
ale można poczuć, kiedy deszcz staje się zbyt przezroczysty
i wtedy trzeba przypomnieć sobie zielony ze świtu
na skórze kota, który wrócił.

Smok nie ma barwy. Jest każdą, kiedy się boisz,
i żadną, kiedy chcesz dotknąć.
Ale jego łuski – tak, widziałyście to razem –
mieniły się jak stary lakier do paznokci:
ten, co pachniał plastikiem
i pomarańczowym światłem kuchni.

To wystarczy. Nie trzeba już więcej mówić,
tylko trzymać ten kolor w dłoni,
jakby miał temperaturę śmiechu,
którym nie zdążyłaś się podzielić.

Jeśli kiedyś zapomnisz, znajdź znów ten obraz.
Nie po to, by pamiętać, ale żeby znów zacząć widzieć
– nie rzeczy, lecz barwy, które je kiedyś ocaliły.


z Emiterium





sobota, 28 lutego 2026

O mnie

 


W związku z tym, że codziennie pada, przeszukuję sklepy z płaszczami przeciwdeszczowymi. Ma być czarny i prosty, klejony, wygodny. Obserwuję trzy modele, porównuję detale, długości, matowość materiału, przepuszczalność, a raczej nieprzepuszczalność. I wtedy, jak na zawołanie, wpada reklama: czarne adidasy, czarne szerokie jeansy. Algorytm już wie. A Sophia mówi: Babciu, czarny misiu, jeszcze czarny misiu Zdzisiu, bo słucha opowiadań na Storytel. Czarny to dla mnie najwygodniejszy kolor. Nie domaga się światła. Nie tłumaczy się z plam deszczu. Mieści w sobie wszystko, i pogodę, i jej brak. No i Sophia też kocha czarny, bo nam babciu w czarnym najlepiej.

I rozumiem, że dla niektórych osób, czarny nie jest kolorem, w porządku, jestem miłośniczką suprematyzmu, Malewicza, czarnego na czarnym i jest to wszystko umocowane w obsesji i umiłowania typografii. Dlatego obrzydzanie mi czarnego, nie jest tutaj wskazane i grzeczne. 




czwartek, 26 lutego 2026

Możesz mieć moją pracę

 



Każda osoba, która polubi (lub już lubi) mój FanPage https://www.facebook.com/Margarithes i udostępni grafikę powyżej oraz napisze w komentarzu pod oryginalnym postem (klik) dwa zdania, dlaczego chciałaby/chciałby ją mieć, weźmie udział w losowaniu.

15 marca Sophia wylosuje nazwisko osoby.

(Na polubienia i udostępnienia czekamy do 14 marca).
Praca zostanie wysłana na wskazany adres (bez ramki). 
Pamiętaj by post był publiczny, inaczej go nie zarejestruję.