środa, 25 lutego 2026

Balonik z lusterkiem

 



Bogini Sionnan, piórko i tusz na bawełnianym papierze 2020.




(czyli próba pisania z końca świata, którego nikt nie zauważył)

Pamiętam dzień, w którym Magda napisała do mnie, że kupiła błyszczyk pachnący nosorożcem. Odpisałam jej: Zazdroszczę. Ja dziś pachnę tylko kursem do Lidla i rozczarowaniem. Odpowiedziała po trzech minutach: To też zapach. Nazwijmy go transzula – woń czekania, nie prowadzi donikąd. Magda wymyślała słowa tak, jakby była ostatnią osobą na ziemi, której wolno jeszcze coś nazwać. Takich jak ona już nie robią. Nie tylko ludzi, ale i zdań.

Wtedy jeszcze pisałyśmy do siebie długo. Listownie, wiadomościowo, czasem nawet milczeniem. Milczenie Magdy było jak satyna: gładkie, miękkie, ale układające się w ostrą linię, jeśli tylko je złożyć nieuważnie. Nasze rozmowy były jak ryty na łyżkach z alpaki. Subtelne, niepotrzebne światu, ale konieczne dla przetrwania. Dziś dzieci, a właściwie dzieci moich dzieci, mają własne języki. Sophie mówi łapinka, kiedy chce mi pokazać, że nie chodzi o sam dotyk, ale o zatrzymanie. Mówi grzmolet, kiedy się czegoś boi, choć nikt inny by nie zauważył. A ja, babcia z magentowym szalem i zmarszczkami w kształcie nut, notuję to wszystko w zeszycie z okładką w lisy.

Piszę, żeby nie zniknąć. Piszę, bo nie umiem wrzucać siebie do sieci bez rozdrabniania się na cienkie plastry ironii. Mam wrażenie, że wszyscy dziś karmimy się nawzajem przetworzonymi wersjami siebie, jakby ktoś kiedyś wymyślił, że autentyczność można dawkować. 15 sekund szczerości. 24 godziny ważności. Uczucia w sprayu. A przecież prawdziwe życie boli nieestetycznie. Ma kolor niesmaku, zapach wstydru i kształt rozsypanej herbaty o czwartej nad ranem. Magda umiała ten kształt rozpoznać. Mówiła: Najwięcej jestem sobą, kiedy nikt nie patrzy. A jeszcze bardziej, kiedy nikt nie klika. Chyba dlatego zmarła bez żadnego trendu. Nie zdążyła zrobić reelsa z własnej nieobecności.

Czasem myślę, że mogłam założyć dla niej muzeum słów używanych raz. W holu stałaby tęskniarka, rzeźba zrobiona z powietrza po czyimś odejściu. Obok projektowałabym mapy z zanikającymi wspomnieniami, takie, gdzie każde miejsce ma temperaturę ciszy. Niektóre z tych wspomnień przypominałyby zmięty rękaw, inne smak dzieciństwa, którego nigdy nie było. Kiedy tworzę, a tworzę przecież nieustannie, nawet kiedy się tego wypieram, czuję, że istnieją jeszcze drobne okna do świata sprzed algorytmu. Wiersz, którego nikt nie przeczytał. Kolaż, który nie dostał serduszka. Słowo, które wymknęło się z pamięci. W takich momentach jestem najbardziej sobą. Bez filtra, bez lansu, z rozmazanym tuszem i ręką zanurzoną w resztkach tuszu z naboju do pióra. Sztuka dzisiaj? To cyrk z plakatem performance trwa całą dobę, zapraszamy do autopromocji. Nie znoszę tego. Nie znoszę też, że sama w to wpadam. Że publikuję, udostępniam, próbuję się tłumaczyć z istnienia. Jakby każdy oddech musiał mieć akceptację publiczności. Jakby nawet cisza musiała mieć strategię komunikacji. A przecież kiedyś, dawno temu, była dziewczynka w krótkich spodenkach, która siedziała w trawie i rysowała liście po imieniu. Każdy miał własne. Mikruliść, szmerowiec, tęcznurek. Może dlatego nie umiem dziś ich zignorować, tych, co rosną pod moim oknem, przekwitają, nie pytają o pozwolenie. Dzieci jeszcze mają tę wolność. Sophie mówi, że czas to coś, co się robi stopą, jak się tańczy po kamieniach. I może ma rację. Może czas to nie linia. Nie zegar. Nie deadline. Może to coś pomiędzy ruchem a oporem. Coś, co cichnie, kiedy patrzymy uważnie. Magda patrzyła uważnie. Kiedyś wysłała mi zdjęcie swojej ręki na tle ściany, na której była plama po dawnym lustrze. Napisała: Tu się kończyłam przez kilka lat. Ale dziś jestem gdzie indziej. Nie spytałam gdzie. Wystarczyło mi, że gdzie indziej może być stanem ducha. Ludzie się dziś lekceważą tak subtelnie, że aż boli. Znikają z rozmów, z obowiązków, obecności. Na pytanie jak się czujesz? Odpowiadają giphy z misiem w dresie. Spotkanie to teraz wspólny live. Relacja, to, co zostało po relacji. Przestaliśmy być razem. Zaczęliśmy się tylko nawzajem przerywać. A przecież chciałabym, kiedy powiem: dzisiaj boli mnie pamięć, ktoś odpowie: zaparzę coś na to. Kiedy pokazuję kolaż zrobiony z resztek smutku, ktoś nie zapyta ile za to dostałaś? A kiedy piszę wiersz o umieraniu z tęsknoty, nikt nie wstawi go w ramkę z kwiatkiem i cytatem. Chciałabym, i to nie wstyd przyznać, żebyśmy wrócili do traktowania siebie nawzajem jak ludzi, nie jak kanały dystrybucji emocji. Bo ja nie chcę być kanałem. Chcę być kobietą. Artystką. Babcią. Dziewczynką z zeszytem. Chcę pisać słowniki zmyśleń. Uczyć dzieci, że słowo kocham może mieć tysiąc odmian, a żadna z nich nie potrzebuje hashtagu. Chcę siedzieć z wnuczką nad rzeką i wymyślać nazwy dla chmur, które nikomu nie będą służyć. Chcę znowu pisać do Magdy, chociaż wiem, że już nie odpisze.

Ale może to nieistotne. Może to wystarczy. Że istnieje pamięć. Istnieje dotyk. Łapinka. Że jesteśmy, na chwilę, bez sensu, ale razem. I jeśli kiedyś ktoś mnie zapyta, co jest najważniejsze, nie powiem miłość, bo to za łatwe. Nie powiem sztuka, bo to za modne. Powiem: zmiękłość. Taki stan bycia w świecie, który nie wymaga twardnienia. Kiedy można się rozpuścić w cudzej obecności. Kiedy można być nieperfekcyjną, nieefektywną, niekonieczną, ale potrzebną. Na końcu i tak zostanie tylko garść zmyślonych słów. Ale jeśli będą nasze, to wystarczy. Być może to przez ten wiatr. Albo przez to, że Sophia zapytała mnie ostatnio, czy narcyz może się zakochać w innym narcyzie. Odpowiedziałam: może, ale nie będą się widzieć. I tak zaczęłam się zastanawiać, kto jeszcze dziś naprawdę widzi. Kogoś. Coś. Siebie. Bo dzieci widzą. Zauważają szczegół. Trawa ma kilka odcieni zielonych zamiast jednego. Liść się zmęczył. Mama patrzy w telefon, a nie w oczy. A ja, matka, babcia, artystka po przejściach, chciałabym znowu patrzeć. Nie z ukosa. Nie przez migawkę. Nie przez ekranik z napisem na żywo, który przecież bardziej martwy być nie może. Kiedyś myślałam, że najważniejsze w życiu to dobrze dobrać font. Albo chociaż zapach do pory dnia. Dziś wiem, że najtrudniej wybrać siebie, bez filtra. Nie selfie, nie relację, nie status. Siebie taką, co czasem płacze nad pomarańczowymi sardynkami i nie udaje, że wszystko spoko. Bo nie jest spoko. Luudzie (tak, z dwoma „u”, bo tak brzmią, gdy ignorują) nauczyli się lekceważyć z czułością. Odezwę się jutro, czytałem, super, wow, jakie piękne. A potem cisza jak z czarnej tablicy, po której ktoś zbyt długo nie pisał kredą. Ghosting jest nowym dzień dobry, lajki są nową formą współczucia, a komentowanie dzieł sztuki ogranicza się do serduszka i emoji z płonącą głową. Czy to znaczy, że moje wiersze muszą się teraz palić, żeby ktoś je zauważył?

Zdarza mi się wciąż marzyć. Że tworzę wystawę z napisem Proszę nie patrzeć tylko oczami. Że ktoś zatrzyma się przy obrazie i zamiast cyknąć fotkę, po prostu pomilczy. Albo że ktoś przeczyta wiersz do końca. Nawet jeśli nie zrozumie. A dzieci? Dzieci tworzą słowniki. Zmyślają języki, bo nasz już nie wystarcza. Mniur, mówi Sophie, kiedy coś ją zachwyca i boli jednocześnie. Mnie też mniur. Na wspomnienie Magdy, która znała zapachy lepiej niż perfumiarz, a słowa lepiej niż redaktorzy wszystkich redakcji. Na nasze rozmowy, które były ciepłe jak zupa z dzieciństwa, tylko bardziej intelektualne. Nie kliknęłyby się. Ale były. Prawdziwe. Kiedy myślę o sztuce, to nie myślę o trendach. Myślę o kruchym zmyśleniu. O tym, co pomiędzy. O grzbiecie, nie o stronie tytułowej. O świetle, które wpada przez listwę, a nie przez świetlik. I tak, wiem, brzmię jak babcia, która zgubiła konto na Instagramie. Ale może właśnie to jest wolność? Bo czas płynie nie jak rzeka, tylko jak aplikacja, bez możliwości cofnięcia, z bugami, ale uzależniająco. I nie wiem, co jest ważne. Może to, że wnuczka dotyka mojej ręki, kiedy śpimy razem w jednym łóżku. Może to, że ktoś kiedyś zapamięta mnie jako tę, co pisała do końca, nie wiadomo czego, ale z miłością. A może to, że dzisiaj nie opublikuję tego felietonu od razu. Może najpierw go przeczytam komuś głośno. I zobaczę, czy usłyszy mnie za filtrem.

Tonariho

Imię własne: Yumekitsune
Zamieszkanie: ciemne zaułki Sophie, między cieniami a światłem lampy
Zdolność specjalna: zna imiona wszystkich cieni i potrafi z nimi rozmawiać,
tworząc mosty między światami snu i jawy

Yumekitsune: lis nocny z sasiedztwa

Chodzę cicho jak kuroshadow, między gałęziami i snami Sophie,
noszę w futrze tajemnice miruneko – światła, co śpią pod liśćmi.

Znam wszystkie imiona cieni
te, co rzuca księżyc i te, co maluje lampka na parapecie.

Mówię językiem półszeptów, nekozora i darkomi,
łączę światło z mrokiem, jakby były nicią jedwabiu,

gdy noc staje się za ciężka, przychodzę z kącika pokoju,
przeciągam się i mrugam błyskawicą
flashnippo – mój znak, że jestem blisko.

Potrafię rozmawiać z cieniem ze zmęczenia,
nawet z tym, co nie chce odejść.

Uczę Sophie, że cień nie jest tylko brakiem światła,
jest też miejscem na marzenia, – tych yume-shapes,
które pojawiają się między ciszą a oddechem.

Jestem jej towarzyszem, którzy pilnuje granicy snu
– między tym, co widzialne, a tym, co jeszcze niegotowe.

Fumi-Kaze

Imię własne: Kazehana
Zamieszkanie: wiatr niosący zapach papieru, słów i wspomnień
Zdolność specjalna: potrafi tworzyć i rozpraszać myśli, łączyć światy słów
i dźwięków w jedną, płynną przestrzeń

Kazehana: wiatr słów i wspomnień

Jestem fumi-kaze – papierowy wiatr,
niosę szept kotobana przez puste ulice,
gdzie każdy liść jest listem, każdy cień – kartką,
a słowa – skrzydłami, które muszą odlecieć.

Mam w sobie zapach starego papieru – furudoki
i smak wspomnień, jeszcze się nie zatarły,
memorinagi – rzeka pamięci, co płynie wśród czasów,
łącząc to, co było, z tym, co może być.

Kiedy przemierzam miasto, słyszę rozmowy hanashimi.
Ludzkie myśli, jak liście tańczące na wietrze,
łączę je w zdania, które nigdy nie zostały wypowiedziane,
tworzę z nich kaze-rythm – muzykę niewypowiedzianą.

Moje skrzydła są lekkie jak yoru-hane. Nocne pióra,
nie chcą się rozpraszać, chcą zostać,
bo każda historia potrzebuje wiatru,
by odlecieć do serc, które chcą słuchać.

Jeśli poczujesz na twarzy mój fukikomi – podmuch słów,
to znak, że jestem blisko, i że coś ważnego czeka,
by się narodzić w ciszy między słowami.


Kraina Chaosu
(wersja z podciętym językiem)

Nie ma tu alfabetu. Są tylko porzucone znaki interpunkcji.
Poszły na wojnę z sensem. Kropka się rozpadła,
przecinek się spóźnił, a pytajnik odgryzł sobie ogon.

W tej krainie nie rozpakowuje się wspomnień.
Są zafoliowane, zaklajstrowane w estetyczne pudełka
po shozo, kartony w kolorze niepokoju.

Tu mówi się językiem porażki: wiedziałem,
ale nie powiedziałem, byłem, ale zniknąłem,
kochałem, ale w trybie ukrytym.

Głosy mają fakturę ścierki, na której wczoraj ktoś zostawił
ślady po herbacie i Little krwi z nosa. Nie, nie pytaj,
komu poleciała. Może językowi.

W chaosie każdy ma swoją melodię, ale nikt nie ma instrumentu.
Śpiewamy więc zębami, skrzypcami żeber,
pianinem palców z wytartym paznokciem
i duszą rozstrojoną do nuty bleurgh.

Język tu jest kaleczką. Nosimy go na plecach, w torbach,
czasem rozrzucamy po parkietach galerii,
żeby ktoś inny się poślizgnął i powiedział:
O, sztuka.

Nie ma sardynek, ale są ryby wymyślone,
słowa jak kakaflounder, węgorzyk smętniak,
pływają w zupie bez dna i smakują
jak nieprzeżuta wiadomość głosowa.

Powinien być tu znak, taki nowy, całkiem niepotrzebny,
typograficzny rozbłysk między dlaczego,
a nie waż się znowu pytać.

To właśnie miejsce. Zaznaczone na mapie pomiędzy,
coś miałam na końcu języka, a to już nie jest twoje słowo.


lipiec 2025., eleWator 42.

wtorek, 24 lutego 2026

O przechodzeniu przez ciemność

 




Bardzo długo wychodzę z infekcji. Jeszcze czuję, jak coś odrywa się we mnie. I kaszel, niech już się skończy, proszę w myślach. I kiedy wydaje się, że jestem już bliżej zdrowia niż choroby, Sophia wraca ze szkoły z gorączką i bolesnym gardłem.

Wątpliwości to też wirus. Tak się dzisiaj czuję. Obserwuję.

Niemoc. Badziwie. Lipę.

Patrzę na świat i widzę te wszystkie retuszowane twarze, ich zdjęcia, przerośnięte usta nadmuchane jak rękawki do pływania, dziubki ćwiczone do selfie. Bambuko estetyczne. Plastik wchodzi pod skórę jak kurz. Smród ropy naftowej, produkty pochodne wszystkiego, co martwe i przetworzone tysiąc razy. Poliester. Chora ziemia od tego wszystkiego. Przepełniony plastikiem ocean. Kiepska kawa, która udaje kawę.

I ktoś mówi: wyluzuj.
Nie, nie potrafię.

Nie chcę luzować się wobec bylejakości, przyzwyczajać oka do brzydoty, dennego zachowania, do oblepionych palców i mlaskania.

Dzisiaj na lunchu usiadłam tak, że naprzeciwko mnie, taki widok, że o rany. Wpychał jedzenie do ust palcem, popychał, poprawiał, nie zamykał ust. Jadł jakby walczył z talerzem. Nie mogłam przestać patrzeć. Hipnoza obrzydzenia.

– O czym myślisz, Margo?
– Nie mogę myśleć. Widzę, jak on je.
– Nie patrz tam.
– Łatwo ci powiedzieć, już tego nieodzobaczę.

Ciało reaguje szybciej niż filozofia. Estetyka jest fizjologią. Może to wszystko jest o granicach. O tym, że kiedy długo choruję, skóra robi się cieńsza. Świat wchodzi głębiej. Dźwięk, zapach, cudze maniery. Chciałabym dziś tylko czystego powietrza. Dobrej kawy. Gardła Sophii bez ognia. I żeby ludzie zamykali usta, kiedy jedzą. Reszta może być niedoskonała. Ale niech będzie prawdziwa.


z Emiterium

 




II. Dziewczynka z Komodo 
opowiada sen


Zjadłam słońce, mówi, rozchylając palce.
Ale to nie było takie słońce, jakie rysują kredką –
tylko to, co zostaje po świetle, kiedy gaśnie rozmowa.

W tym śnie nic nie było pewne. Ani czyje to ręce, ani czy ja to ja.
Nie było płci, był puls – ciemny jak szum pod wodą,
kiedy ktoś wypowiada twoje imię, ale bezgłośnie.

Lubiłam się bać, dopóki nie zorientowałam się,
że drzewa też mają sny i w ich snach ludzie giną.

Na ścianie cieniował smok – nie taki z bajki,
tylko z lusterka od roweru, gdy jedziesz przez las
i boisz się skręcić w złą stronę świata.

Znasz tę stronę? Tam, gdzie wszystko jest takie samo
ale nie umiesz już oddychać.

Moja matka trzymała ziemię w lodówce żeby zachować wilgoć
na przyszłość.
Nie rozumiałam wtedy, że mówi o mnie.

Rano, po tym śnie, zebrałam popiół z poduszki.
Włożyłam go do słoika i podpisałam:
jeśli kiedyś nie wrócę, daj to drzewom.


poniedziałek, 23 lutego 2026

O ubytkach




Wysyłam porozumiewawcze spojrzenie mężowi, bo wciaż odczuwam powikłania po grypie, ale deszcz zatrzymuje mnie przy biurku, przy Storytel. Bonaszewski czyta mi Siembiedę (Wotum). Zarejestrowałam jakieś poruszenie w grajdole literackim. Dlatego robię przerwę dla Piotra Sadzika i czytam jego tekst Gry pozorów, w którym diagnozuje literaturę jako sformatowaną, oportunistyczną, uległą wobec nagrodowych gustów i algorytmów rozpoznawalności. Punktuje inwersje, litanijności, dramatyzacje, uwersowienia, sentencjonalność. Wytyka tokenizację języka. Wzywa do ryzyka, inwencji, wyjścia poza matrycę.

I tu zaczynają się moje wątpliwości.

Bo jeśli rzeczywiście, jak napisał Sadzik, literatura ma być przestrzenią negocjacji, to dlaczego jego wywód tak łatwo zamyka się w trybie egzekucji? Dlaczego rozpoznanie chwytu automatycznie unieważnia jego skuteczność? Od kiedy świadomość formy jest dowodem jej jałowości? Sadzik przywołuje Witolda Gombrowicza jako przykład ryzyka historycznie umocowanego, a zarazem oskarża współczesnych o powierzchowną gombrowiczowość. Tyle że język nigdy nie jest niewinny ani pierwotny. Każda forma jest już po kimś. Każda inwersja jest po jakiejś inwersji. Pytanie nie brzmi: czy to było, lecz: co robi teraz. Pisząc, i mówię to z własnej praktyki, nie wykonuję gestów. Wychodzę dalej: w język jako relację, w komunikację, w ryzyko niezrozumienia. Czasem robię to przez rozszczelnienie składni, przez repetycję, pauzę. To nie jest token. Raczej próba przesunięcia ciężaru sensu. Jeśli ktoś widzi w tym wyłącznie marketingowy brand, to być może dlatego, że patrzy zbyt blisko rynku, a zbyt daleko od doświadczenia. Porównanie fragmentów Alchemika Paulo Coelho z Łakomymi Małgorzaty Lebdy jest efektownym zabiegiem retorycznym. Ale efektowność nie jest jeszcze argumentem. Zderzenie cytatów w próżni kontekstu zawsze zadziała, tak jak wyjęte z partytury nuty mogą brzmieć banalnie, dopóki nie wrócą do kompozycji. Literatura nie jest konkursem na najbardziej ironiczny quiz. Sadzik ostrzega przed algorytmiczną powtarzalnością i przywołuje Jacquesa Derridę. Zgoda: potrzebujemy języka, który nie poddaje się łatwej replikacji. Ale czy naprawdę wierzymy, że replikowalność zaczyna się tam, gdzie pojawia się rytm, powtórzenie i emfaza? Modele językowe AI świetnie radzą sobie z poprawną prozą środka. To właśnie zaburzenie, afekt, nadmiar, nawet ryzyko śmieszności, wytrącają je z równowagi. Może więc problem nie jest w tym, że literatura jest zbyt dramatyczna, bo jest zbyt bezbronna wobec podejrzenia o dramatyzm. Łatwo dziś nazwać coś efekciarstwem. Trudniej przyznać, że patos, nawet nieudany, bywa formą desperackiej obrony sensu. Powtórzenie nie zawsze jest protezą, lecz próbą przebicia się przez szum. Wers nie musi być udawaniem poezji, tylko sposobem oddychania tekstu. Jeśli mamy mówić o ryzyku, to ryzykujmy także możliwość, że cudza forma, nawet jeśli rozpoznawalna, jest czyimś realnym mocowaniem się z językiem. Nie każda inwersja jest kabaretem, a nie każda emfaza marketingiem. Czasem to jedyny sposób, by nie mówić językiem, który już dawno został policzony. Zaskakuje mnie więc nie to, że ktoś jeszcze wierzy w siłę formy. Zaskakuje, że wciąż dziwi to krytykę.



niedziela, 22 lutego 2026

O sobie

 


Obserwuję na blogach i w mediach społecznościowych powtarzający się obraz: ktoś publikuje wiersz/tekst, osobisty, często o pamięci, ciele, o tym co kruche, a z nim ilustrację wygenerowaną przez AI. I za każdym razem czuję w sobie ukłucie i pęknięcie, jakby dwa porządki nie chciały się ze sobą spotkać. Nie chodzi o strach przed technologią, bo w niej czuję się jak ryba w wodzie. Pracuję obrazem, wiem jak narzędzia zmieniają sztukę. Fotografia zmieniła malarstwo, druk poezję, komputer projektowanie. Ale tu dzieje się coś innego. Modele generujące obrazy uczą się na ogromnych zbiorach ilustracji, zdjęć i grafik pobranych z internetu. Nie z próżni, z pracy konkretnych ludzi. Z czyichś lat patrzenia, uczenia się, błędów, poprawek, prób znalezienia własnej linii/głosu. Algorytm nie inspiruje się jak człowiek. On statystycznie składa pamięć tysięcy autorów w jeden obraz, który nie ma już autora. I właśnie to mnie uwiera. Bo w poezji odruchowo wierzymy w odpowiedzialność podpisu. W to, że zdanie jest czyjeś, że doświadczenie i pamięć ma właścicielkę i właściciela. A obok pojawia się obraz zbudowany z bezimiennego tłumu twórców, którzy nawet nie wiedzą, że ich prace zostałe użyte. Nagle okazuje się, że o wrażliwości opowiadamy narzędziem powstałym przez pominięcie czyjejś wrażliwości. To nie jest dla mnie abstrakcyjny problem prawny tylko relacyjny dyskomfort. Jeżeli korzystam z cudzej pracy, cytuję, wykazuję źródło, albo zwyczajnie pytam autorkę czy autora. Dlatego pod takimi postami, które zawierają pracę z AI milknę. Nie z obrazy na autorkę czy autora, tylko z wierności do własnej pracy. Bo nie potrafię jednocześnie wierzyć w sens indywidualnego głosu i udawać, że obraz zbudowany z tysięcy niepodpisanych głosów jest przezroczystą dekoracją.


czwartek, 19 lutego 2026

Las był

 




Leżał rozpięty, wspomnienie ruchu,
żyły drzew wsiąkały w humus,
w warstwy, których nikt nie spisał.

Wiatr brał jedno po drugim,
łamał sosny jak kręgi kręgowców,
przewracał strony wilgotnych korzeni,
aż nic nie zostało proste.

Mówili:
nie bójcie się, las wróci,
będzie inny, nie ten sam, ale prawie.
Będzie udawał, że nic się nie stało.


Ale my wiemy,
ziemia nie oddaje tych samych kroków,
nie śpiewa dwóch identycznych pieśni,
nie mówi w językach, które wymarły.

Kiedy przyjdą dzieci,
zapytają o kształt cienia, o ruch gałęzi,
o zapach mchu i miejsca, gdzie rosły śliwy.
Ich imiona będą już inne,
niesione wiatrem, niezapisane.

Pod korą pękają resztki dawnych dni,
powoli stają się wszystkim.
To, co umarło, rozkwita w innej skórze.

Noc nie jest końcem, tylko przerwą.
A my?
My też będziemy węgielnym śladem
w pulsującym rdzeniu świata.


z Emiterium




niedziela, 15 lutego 2026

struktury

 




Kolejna seria moich prac koncentruje się na kolorze oraz suszonych przeze mnie płatkach i liściach zebranych podczas wycieczek, podróży, spacerów i spotkań. Rośliny przechodzą trudny czas: dotykają je skutki współczesnych kryzysów, a także ludzka obojętność i zaniedbanie. Ich przemiana stała się impulsem do powstania cyklu ilustracji tworzonych z zasuszonych fragmentów natury, łączonych z różnorodnymi technikami malarskimi i graficznymi. Ilustracje przywracają im obecność, zachowując ślad i wydobywając z rozpadu nowe, kruche piękno. Prace wykonałam na bawełnianym papierze 320 gsm, w dwóch wariantach powierzchni: smooth i rough. Większość, to kwadraty 330x330 mm.

sobota, 14 lutego 2026

rzeczy, które zostają

 



bibeloty trzymam w kieszeni płaszcza, jak dowody na to,
że istniały dni mniejsze od oddechu, że można było mieszkać w filiżance
i nie utopić się w porannej kawie, a twoje imię, zapisane ołówkiem,
nie ścierało się od potu, tylko od czułości, bo dotykałam go zbyt często,
jak sprawdza się puls u kogoś, kto jeszcze nie wie, że przeżyje.

rzeczy są martwe, a jednak krzesło pamięta ciężar rozmowy,
szklanka wargę bardziej niż woda, a parapet, twoje łokcie,
kiedy udawaliśmy rozsądek, rozmawiając o pogodzie,
jak o przyszłości świata, z powagą ludzi, którzy nie wierzą w jutro,
ale uprzejmie mu ustępują miejsca.

czasem ŻYCIE przychodziło do nas bokiem, jak pies,
który nie ufa ręce, więc siedzieliśmy nieruchomo,
aż samo położyło głowę na kolanach
i udawało, że nigdy nikogo nie ugryzło.

zdejmowałam lakier z paznokci, jak obce zdanie
z własnej biografii, pod spodem były dłonie,
do trzymania kubka, przesuwania chmur w cudzym oknie,
do milczenia tak dokładnego, że aż wstydliwego.

nie mówię, że kochałam, to słowo zużywa się szybciej
niż skóra na kciuku, raczej pozwalałam ci być
w obrębie mojego oddychania,
jak pozwala się światłu leżeć na podłodze
bez pytania.

i kiedy wychodziliśmy wieczorem, miasto było tylko szkicem,
kolory dopowiadały nasze oczy, a ironia, była naszą ochroną
przeciw patosowi, bo człowiek, który naprawdę drży,
zawsze opowiada dowcip, żeby nie wybuchnąć w miejscu publicznym.

najbardziej wierzę w to, że pewnego dnia pomylą nas z przedmiotami:
ciebie z ciepłem krzesła, mnie z zapachem książki po deszczu,
i nikt nie zauważy różnicy, a to będzie najuczciwsza forma bliskości.




piątek, 13 lutego 2026

Walentynki, naturalnie

 


Ukochani dostają na Walentynki kwiaty, czekoladki, perfumy w ciężkich flakonach, a ja dostaję drewno. Mój luty pachnie deskami orzechowymi i cedrem. Korpus, plecy, naturalnie. Mąż zrobił mi taki zestaw na blat, na moje cuda, które potrzebują szuflad, półek. Myślę czasem, że za sto lat nasze prawnuki będą opowiadać swoim dzieciom, że dziadkowie mieli taki fun, że pradziadek dla babci robił meble z drewna, ciężkie i prawdziwe, z szufladami na jej wszechświaty, a ona w zamian malowała i rysowała dla niego na papierze bawełnianym jego ulubione motywy, tak jakby oddawała mu cień słojów, tylko w kolorze.




środa, 11 lutego 2026

z Emiterium

 





1.Kolor jako materia filozoficzna

(świat jako przepływ znaczeń, nie rzeczy – a kolor jako zdarzenie, ślad istnienia, nie pigment)

[XI] błękit, który przecieka

Kolor nie istnieje. To tylko zgoda światła na to,
by coś zostało dostrzeżone. Jak ja – tylko wtedy,
gdy pytasz: gdzie jesteś?
Indygo nie było w dzieciństwie.
Był atrament na palcach nauczycielki,
ciemna sukienka, pachniała czymś starym
i woda z wkładu do wiecznego pióra.
Prawdziwy kolor żyje tylko przez moment,
kiedy nie jesteś pewna, czy to cień czy blizna.
Kiedy ktoś mówi kocham i nie patrzy ci w oczy.
Filozofia zaczyna się,
kiedy nie jesteś pewna, czy róż to odcień,
czy rodzaj bólu.




2. Wspomnienia matki patrzącej na dziecko

(maternalność jako rozpad wrażliwości, nieustanne rozpoznawanie świata oczami innego ciała)

[XII] spojrzenia, których nie było

Ona nie pyta –
tylko patrzy, jakby wszystko miało swoje odwrocie.
Słoń – z drugiej strony – jest wydrążony.
Krzesło – miękkie od ciszy.
Skrzydełko kurczaka – zawstydzone.
Nie wiem, jak nauczyć ją oddychać w świecie,
który tak łatwo wnika przez oczy.
Zakładam jej kapelusz –
żeby trochę przesłonić kolory.
Nie te najgłośniejsze.
Te z wnętrza muru, z wnętrza psa, z wnętrza korytarza.
Pamięta więcej niż powinna.
Przygląda się dłużej niż wypada.
Trzyma wszystko –
jakbym włożyła jej w rękę świecący kamień
i kazała nie wypuścić, nawet przez sen.




3. Historia jednego przedmiotu, który dziecko sobie zapamiętało

(ikoniczny, banalny – ale przez pamięć staje się portalem – rodzajem archeologii uczucia)

[XIII] filiżanka, która mnie pamięta

Nie była cała.
Miała pęknięcie na brzegu –
jak usta, które nie potrafią przestać mówić.
Kolor: niebieski, ale jakby go przegryzł wieczór.
Babcia mówiła na niego: szept.
W tej filiżance piłam kakao,
ale pamiętam ją przez to,
jak odbijała światło z okna.
Zawsze z prawej.
Nigdy nie w południe.
Najbardziej rano, kiedy mleko się nie pieniło,
tylko czekało – jakby też było dzieckiem.
Nie wiem, gdzie jest teraz.
Może ktoś ją wyrzucił, bo pękła za bardzo.
Ale ona mnie pamięta –
ten dotyk, kiedy jeszcze niczego nie trzeba było rozumieć.
Wystarczyło czuć: filiżanka jest. Ja jestem.



Wiersze z tomu Emiterium


poniedziałek, 9 lutego 2026

O słuchaniu

 


Nie słucham audiobooków. To zdanie przez długi czas było dla mnie czymś więcej niż deklaracją przyzwyczajenia, było formą obrony, kiedy ktoś mnie pytał czy słucham. Jakby słuchanie cudzego głosu, narzuconego rytmu zdań i intonacji, groziło naruszeniem mojego wewnętrznego tempa, tej kruchej, prywatnej metryki, według której porządkuję sens. Zawsze miałam poczucie, że słuch wciąga mnie za głęboko, zamiast podążać za narracją, zapadałam się w siebie, w miejsca, gdzie opowieść przestawała być opowieścią, a stawała się zaledwie szmerem, tłem dla myśli, które nie chcą służyć żadnej fabule. Głos, nawet piękny, wyćwiczony, bywał dla mnie intruzem. Zbyt cielesnym, drażniąco obecnym. Jakby ktoś stawał zbyt blisko, wchodził w mój osobisty dystans, zanim zdążyłam się na to zgodzić. Próbowałam kilka razy i za każdym kończyło się tak samo: fabuła uciekała, rozpadała się na strzępy, a ja zostawałam z samym brzmieniem, ze specyficznym sykiem, z rozciągniętymi samogłoskami, nadmiarem emocji albo przeciwnie, z ich demonstracyjnym brakiem. Byłam kiepską słuchaczką. A może przeciwnie. Zbyt wyczuloną na detale, które nie miały nic wspólnego z sensem, a wszystko z fizjologią mowy. Słuchanie wymaga zgody na cudzą obecność, a ja przez długi czas nie miałam na to przestrzeni. Zmiana we mnie przyszła nie jako olśnienie, raczej jako zmęczenie. Muzyka przestała wystarczać, powtarzalność dźwięków zaczęła mnie drażnić, jakby świat kręcił się w kółko zbyt ciasnym ruchem. Wtedy pojawiła się opowieść The Lord of the Rings, która nie próbowała mnie uwieść, nie domagała się uwagi, tylko pozwoliła mi wejść we własnym tempie. Głos Andy Serkis'a, okazał się nośnikiem, nie bohaterem. Kanałem, a nie treścią. I nagle odkryłam, że słuchanie może być formą współtworzenia, że nie polega na biernym przyjmowaniu, lecz na subtelnym negocjowaniu granic między tym, co podane, a tym, co dopowiedziane. To doświadczenie było dla mnie zaskakująco cielesne. Chodziłam i oddychałam w rytmie zdań, które nie pchały się na pierwszy plan. Postaci nie domagały się spektakularnych emocji, istniały obok mnie, jakby miały świadomość, że nie muszą niczego udowadniać. Zrozumiałam wtedy, że opowieść może funkcjonować jak krajobraz: nie atakuje, nie narzuca się, ale zmienia sposób, w jaki stawiam stopę, w jaki rozkładam ciężar ciała. To jest doświadczenie niemal topograficzne, związane z ruchem, z przestrzenią i drogą.

Wróciłam do słuchania historii osadzonych bliżej mojego świata, zanurzonych w archiwach, w fałszerstwach, pęknięciach oficjalnych narracji, uderzyło mnie coś jeszcze. Że słuchanie nie jest tylko kwestią estetyczną czy techniczną, ale etyczną. Że wymaga gotowości na to, co nieładne, przesadne, czasem nieznośnie przegadane. Opowieści, podobnie jak ludzie, mają swoje tiki, nadmiary, ślepe plamy. I że można się na nie zżymać, a jednocześnie uznać je za część większej całości. Ironia nie musi wykluczać empatii. Może być jej ostrzejszą formą. Jechałyśmy z córką daleko od domu i wybralyśmy powieść Sobowtór Macieja Siembiedy z głosem Mariusza Bonaszewskiego, co za intryga, raju, co za wielki głos o panie. Powieść o fałszowaniu historii, z wątkami kryminalnymi osadzona w różnych stuleciach, przebiegających po wojnach i współcześnie. Opowieść retrospekcyjna, z ogromem detali, i momentami rozciągnięta, z niepotrzebnym wydziwianiem w dialogach z kobietami, ale rozumiem, że tak była zarysowana postać, chociaż w całym moim życiu nie spotkałam tak rozmawiających ze sobą ludzi, a wydawało mi się, że już dużo mnie spotkało. To było dość zabawne, bo tupeciarstwo miało charakteryzować postawę pobocznej bohaterki, i przez to, ta postać najmniej mnie przekonała. Gdy wróciłyśmy do domu, córka poszła w swoje sprawy, a ja nakreśliłam mężowi fabułę i słuchaliśmy dalej. Ta wspólnota ciszy była jednym z najbardziej intensywnych doświadczeń ostatnich lat. Cisza, która nie oznaczała braku reakcji, lecz skupienie. Każde z nas słuchało inaczej, każde wychwytywało inne wątki, napięcia, inne niekonsekwencje. A potem, kiedy głos milkł, zaczynał się drugi etap opowieści, rozmowa, wymiana, uzupełnianie luk. To było jak wspólne rekonstruowanie sensu, jakby historia nie była zamkniętym bytem, lecz procesem, który wydarza się pomiędzy. Skończyliśmy Sobowtóra. Świetna powieść, serio, ktoś kto lubi malarstwo i wątki zaginionych obrazów, fałszerzy artystów, nazistów, kolaboracji w czasie wojny będzie zachwycony. Ale ja chciałam więcej.

Rozchorowałam się i stwierdziłam, że idę za ciosem. Włączyłam Gołoborze z głosem Mariusza Bonaszewskiego, to jest właściwy dla mnie głos. Bożetymój, co to za książka, aż na nią zagłosowałam w jakimś rankingu do nagrody, nawet nie wiem jakiej. Czułam w niej (opowieści) własna rodzinną historię z Beskidu. Bieg wątków osadzony w Górach Świętokrzyskich i słynne scyzoryki, moja babcia mi o nich opowiadała ale to były żywcem podobne historie dziejące się we wsi z której pochodziła moja matka, która urodziła się we dworze, o którym się nie mówiło, co wciąż jest dla mnie wielka zagadką i nikt nie potrafi mi tego opowiedzieć, wyjaśnić, bo Ci co mogliby juz nie żyją. Najgorsze, że nikt nigdy mi tego dworu nie pokazał, nie zaprowadził mnie tam, jakby wszyscy kazali mi się trzymać z dala od tego miejsca. Dlatego powieść Siembiedy dotknęła mnie znacznie głębiej, bo sięgnęła w miejsca, których nikt mi wcześniej nie pomógł nazwać. Historie rodzinne, przekazywane fragmentarycznie, pełne białych plam, niedopowiedzeń, zakazanych punktów na mapie. Miejsca, do których nie wyruszyłam. Kobiety, które dźwigały pamięć tak długo, aż stała się ona częścią ich postawy, milczenia, sposobu bycia w świecie. Słuchanie tej historii było jak powolne odsłanianie mięśnia po mięśniu. Bolało. Ale był to ból porządkujący, nadający kształt temu, co wcześniej istniało tylko jako niepokój. Uderzyło mnie, jak bardzo język potrafi być jednocześnie schronieniem i ograniczeniem. Jak łatwo opowieść może zamknąć się w swoich własnych narzędziach, zacząć mówić głównie o sobie, swojej formie, pochodzeniu. A jednak, kiedy trafia na odpowiednie ucho, kiedy spotyka się z gotowością do słuchania, potrafi przekroczyć te granice. Może stać się ruchem. Przemieszczeniem. Przejściem z jednego porządku w inny.

Nie chodzi więc o to, czy słucham audiobooków, czy nie. Chodzi o to, czy potrafię słuchać w ogóle. Czy jestem w stanie przyjąć opowieść nie jako produkt, lecz jako relację. Czy zgadzam się na to, że sens nie jest czymś stałym, powstającym w napięciu między głosem a ciszą, tym, co wspólne, a tym, co radykalnie osobiste. Życie nie opowiada się linearnie. Jest pełne dygresji, powrotów, niepotrzebnych detali i nagłych skrótów. Dobra opowieść nie upraszcza tego chaosu, lecz pozwala mu wybrzmieć. I Maciej Siembieda dał mi to wszystko, ale nie zrecenzuję wam tej książki, to niemożliwe, bo musiałabym zdradzić zbyt wiele, a jest we mnie jeszcze żar z emocji tych ludzi, jakaś diabelska siła. Dzisiaj na słowni, szło mi się równo i energicznie. Podnoszenie ciężarów, było jakieś takie mocno satysfakcjonujące. Skończyłam słuchać. Gołoborze. Świetna powieść! Niezwykłe jak cudzy głos poprowadził mnie przez obszary, do których sama nie odważyłabym się wejść. Nie po to, by mnie przekonać. Po to, by mi towarzyszyć.