poniedziałek, 9 lutego 2026

O słuchaniu

 


Nie słucham audiobooków. To zdanie przez długi czas było dla mnie czymś więcej niż deklaracją przyzwyczajenia, było formą obrony, kiedy ktoś mnie pytał czy słucham. Jakby słuchanie cudzego głosu, narzuconego rytmu zdań i intonacji, groziło naruszeniem mojego wewnętrznego tempa, tej kruchej, prywatnej metryki, według której porządkuję sens. Zawsze miałam poczucie, że słuch wciąga mnie za głęboko, zamiast podążać za narracją, zapadałam się w siebie, w miejsca, gdzie opowieść przestawała być opowieścią, a stawała się zaledwie szmerem, tłem dla myśli, które nie chcą służyć żadnej fabule. Głos, nawet piękny, wyćwiczony, bywał dla mnie intruzem. Zbyt cielesnym, drażniąco obecnym. Jakby ktoś stawał zbyt blisko, wchodził w mój osobisty dystans, zanim zdążyłam się na to zgodzić. Próbowałam kilka razy i za każdym kończyło się tak samo: fabuła uciekała, rozpadała się na strzępy, a ja zostawałam z samym brzmieniem, ze specyficznym sykiem, z rozciągniętymi samogłoskami, nadmiarem emocji albo przeciwnie, z ich demonstracyjnym brakiem. Byłam kiepską słuchaczką. Może zbyt uważną. Zbyt wyczuloną na detale, które nie miały nic wspólnego z sensem, a wszystko z fizjologią mowy. Słuchanie wymaga zgody na cudzą obecność, a ja przez długi czas nie miałam na to przestrzeni. Zmiana we mnie przyszła nie jako olśnienie, raczej jako zmęczenie. Muzyka przestała wystarczać, powtarzalność dźwięków zaczęła mnie drażnić, jakby świat kręcił się w kółko zbyt ciasnym ruchem. Wtedy pojawiła się opowieść The Lord of the Rings, która nie próbowała mnie uwieść, nie domagała się uwagi, tylko pozwoliła mi wejść we własnym tempie. Głos Andy Serkis'a, okazał się nośnikiem, nie bohaterem. Kanałem, a nie treścią. I nagle odkryłam, że słuchanie może być formą współtworzenia, że nie polega na biernym przyjmowaniu, lecz na subtelnym negocjowaniu granic między tym, co podane, a tym, co dopowiedziane. To doświadczenie było dla mnie zaskakująco cielesne. Chodziłam i oddychałam w rytmie zdań, które nie pchały się na pierwszy plan. Postaci nie domagały się spektakularnych emocji, istniały obok mnie, jakby miały świadomość, że nie muszą niczego udowadniać. Zrozumiałam wtedy, że opowieść może funkcjonować jak krajobraz: nie atakuje, nie narzuca się, ale zmienia sposób, w jaki stawia się stopę, w jaki rozkłada się ciężar ciała. To było doświadczenie niemal topograficzne, związane z ruchem, z przestrzenią i drogą.

Wróciłam do słuchania historii osadzonych bliżej mojego świata, zanurzonych w archiwach, w fałszerstwach, pęknięciach oficjalnych narracji, uderzyło mnie coś jeszcze. Że słuchanie nie jest tylko kwestią estetyczną czy techniczną, ale etyczną. Że wymaga gotowości na to, co nieładne, przesadne, czasem nieznośnie przegadane. Opowieści, podobnie jak ludzie, mają swoje tiki, nadmiary, ślepe plamy. I że można się na nie zżymać, a jednocześnie uznać je za część większej całości. Ironia nie musi wykluczać empatii. Może być jej ostrzejszą formą. Jechałyśmy z córką daleko od domu i wybralyśmy powieść Sobowtór Macieja Siembiedy z głosem Mariusza Bonaszewskiego, co za intryga, raju, co za wielki głos o panie. Powieść o fałszowaniu historii, z wątkami kryminalnymi osadzona w różnych stuleciach, przebiegających po wojnach i współcześnie. Opowieść retrospekcyjna, z ogromem detali, i momentami rozciągnięta, z niepotrzebnym wydziwianiem w dialogach z kobietami, ale rozumiem, że tak była zarysowana postać, chociaż w całym moim życiu nie spotkałam tak rozmawiających ze sobą ludzi, a wydawało mi się, że już dużo mnie spotkało. To było dość zabawne, bo tupeciarstwo miało charakteryzować postawę pobocznej bohaterki, i przez to, ta postać najmniej mnie przekonała. Gdy wróciłyśmy do domu, córka poszła w swoje sprawy, a ja nakreśliłam mężowi fabułę i słuchaliśmy dalej. Ta wspólnota ciszy była jednym z najbardziej intensywnych doświadczeń ostatnich lat. Cisza, która nie oznaczała braku reakcji, lecz skupienie. Każde z nas słuchało inaczej, każde wychwytywało inne wątki, napięcia, inne niekonsekwencje. A potem, kiedy głos milkł, zaczynał się drugi etap opowieści, rozmowa, wymiana, uzupełnianie luk. To było jak wspólne rekonstruowanie sensu, jakby historia nie była zamkniętym bytem, lecz procesem, który wydarza się pomiędzy. Skończyliśmy Sobowtóra. Świetna powieść, serio, ktoś kto lubi malarstwo i wątki zaginionych obrazów, fałszerzy artystów, nazistów, kolaboracji w czasie wojny będzie zachwycony. Ale ja chciałam więcej.

Rozchorowałam się i stwierdziłam, że idę za ciosem. Włączyłam Gołoborze z głosem Mariusza Bonaszewskiego, to jest właściwy dla mnie głos. Bożetymój, co to za książka, aż na nią zagłosowałam w jakimś rankingu do nagrody, nawet nie wiem jakiej. Czułam w niej (opowieści) własna rodzinną historię z Beskidu. Bieg wątków osadzony w Górach Świętokrzyskich i słynne scyzoryki, moja babcia mi o nich opowiadała ale to były żywcem podobne historie dziejące się we wsi z której pochodziła moja matka, która urodziła się we dworze, o którym się nie mówiło, co wciąż jest dla mnie wielka zagadką i nikt nie potrafi mi tego opowiedzieć, wyjaśnić, bo Ci co mogliby juz nie żyją. Najgorsze, że nikt nigdy mi tego dworu nie pokazał, nie zaprowadził mnie tam, jakby wszyscy kazali mi się trzymać z dala od tego miejsca. Dlatego powieść Siembiedy dotknęła mnie znacznie głębiej, bo sięgnęła w miejsca, których nikt mi wcześniej nie pomógł nazwać. Historie rodzinne, przekazywane fragmentarycznie, pełne białych plam, niedopowiedzeń, zakazanych punktów na mapie. Miejsca, do których nie wyruszyłam. Kobiety, które dźwigały pamięć tak długo, aż stała się ona częścią ich postawy, milczenia, sposobu bycia w świecie. Słuchanie tej historii było jak powolne odsłanianie mięśnia po mięśniu. Bolało. Ale był to ból porządkujący, nadający kształt temu, co wcześniej istniało tylko jako niepokój. Uderzyło mnie, jak bardzo język potrafi być jednocześnie schronieniem i ograniczeniem. Jak łatwo opowieść może zamknąć się w swoich własnych narzędziach, zacząć mówić głównie o sobie, swojej formie, pochodzeniu. A jednak, kiedy trafia na odpowiednie ucho, kiedy spotyka się z gotowością do słuchania, potrafi przekroczyć te granice. Może stać się ruchem. Przemieszczeniem. Przejściem z jednego porządku w inny.

Nie chodzi więc o to, czy słucham audiobooków, czy nie. Chodzi o to, czy potrafię słuchać w ogóle. Czy jestem w stanie przyjąć opowieść nie jako produkt, lecz jako relację. Czy zgadzam się na to, że sens nie jest czymś stałym, powstającym w napięciu między głosem a ciszą, tym, co wspólne, a tym, co radykalnie osobiste. Życie nie opowiada się linearnie. Jest pełne dygresji, powrotów, niepotrzebnych detali i nagłych skrótów. Dobra opowieść nie upraszcza tego chaosu, lecz pozwala mu wybrzmieć. I Maciej Siembieda dał mi to wszystko, ale nie zrecenzuję wam tej książki, to niemożliwe, bo musiałabym zdradzić zbyt wiele, a jest we mnie jeszcze żar z emocji tych ludzi, jakaś diabelska siła. Dzisiaj na słowni, szło mi się równo i energicznie. Podnoszenie ciężarów, było jakieś takie mocno satysfakcjonujące. Skończyłam słuchać. Gołoborze. Świetna powieść! Niezwykłe jak cudzy głos poprowadził mnie przez obszary, do których sama nie odważyłabym się wejść. Nie po to, by mnie przekonać. Po to, by mi towarzyszyć.

niedziela, 8 lutego 2026

Z Emiterium

 




[I] O smutku, który próbował zostać

niektóre słowa przychodzą zbyt wcześnie.
jak pęcherze powietrza pod lodem.
zamarzają, zanim można je nazwać.

włożyłam w kieszeń kilka drobinek skóry,
resztki paznokci, trochę światła.
to wszystko, co się trzymało mnie naprawdę.

kiedy dziecko zapytało:
czy ziemia może przestać się kręcić,
odpowiedziałam, że może.
ale musi najpierw zapomnieć, jak to się robi.

w tym domu nie uczymy lęku.
my go hodujemy, karmimy nazwami roślin,
już ich nie ma, ale pamiętamy zapach.

zostawiłam ci miejsce między wersami.
takie, w które można się zapaść jak w mech,
gdy nie wiesz, czy jesteś z tych,
co płyną, czy z tych, co topnieją.

nie wiem, czy piszę, czy znikam.
czy to jest już pożegnanie,
czy tylko skurcz języka.

przyroda nie czyta naszych modlitw.
ale zapisuje błędy, które popełniamy
w genach naszych dzieci –
jakby to był zeszyt w linię,
pełen poprawek po lewej stronie.

jeśli kiedyś wrócisz, nie mów: pamiętam.
powiedz: próbowałem nie zapomnieć.


[II] filozofia końcówki (on)

Być może nie miałem twarzy.
Czasami twarz jest zbyt gęsta,
jak owoc nie do końca dojrzały,
który fermentuje od środka.

Twoje plecy przypominały mi wzgórze –
porastało je coś jak żal,
ale może to był tylko cień
gdy zbliżało się południe.

Mówisz: człowiek bagażnik.
A ja – człowiek powidok.
Zostałem w twoim oknie jak gołąb,
uderzył w szybę i został śladem.

W tym wszystkim był sens –
tak mi się zdaje – jak w starych dialogach Platona,
gdzie każda odpowiedź
brzmiała jak inna forma pytania.

Kiedy zamawiałaś jedzenie,
wiedziałem, że mnie nie ma.
Zostałem w tych rzeczach,
które nie zdążyły się wydarzyć.


[III] nieistniejąca przyszłość (dziecko)

Patrzę, jak twoje ręce składają się
w coś, czego nie umiem nazwać.
Może to modlitwa, może mapa.

Zbieram pestki z czereśni
i wkładam do słoika.
Może się odmieni,
może wyrośnie nowa matka.

Nie rozumiem, dlaczego wszystko spada.
Liście, szklanki, niektórzy ludzie.
Dziadek mówi: grawitacja.
Ja myślę: kara.

Kiedyś powiedziałaś:
nic nie jest wieczne,
ale ja mam zeszyt, który nie chce się skończyć.
Piszę tam o tym, jak wymyśliłam
dzień bez smutku.


W tym dniu nie ma krzyku,
nie ma łóżek ani drzwi, które trzaskają.
Są tylko rzeczy, które się nie wydarzyły
i można je narysować.


(28-31)

czwartek, 5 lutego 2026

O czułości

 


Detal, czyli niepozorna usterka w słowie, przez którą świat przecieka między palcami, jakby sens powstawał tylko wtedy, gdy coś jest lekko przesunięte, nie na swoim miejscu, nie do końca poprawne, jak miłość, która nie zgadza się z instrukcją obsługi życia. Jestem blisko, nie w geometrii ciał, raczej w chemii drżenia, w tym momencie, gdy głos drugiej osoby osiada w uchu, jak pyłek o nieznanym pochodzeniu, i nagle wiem, że to nie jest informacja, tylko odpowiedzialność. Nie mówię: kocham, bo to słowo się zużyło przez programy lojalnościowe, reklamy miękkich serów i przez państwa, które obiecują bezpieczeństwo, a rozdają strach w ratach. Mówię raczej: jestem tu, gdy pęka rytm dnia, język zaczyna zdradzać myśl, a ciało nie nadąża za biografią. Czułość nie jest delikatna. Czułość to wiedza, gdzie dokładnie boli, i decyzja, żeby tam położyć rękę, nawet jeśli skóra pamięta inne dłonie, nie te intencje, inne kolory nacisku. Magenta pojawia się tu nie jako ozdoba, lecz jako ślad po czymś, co było zbyt intensywne, żeby dało się to nazwać różem. Żyjemy w zdaniu wielokrotnie złożonym, które ktoś napisał w pośpiechu, a teraz każe nam je recytować jak prawdę objawioną. Ironia polega na tym, że sens rodzi się w dygresjach, w tych wszystkich teraz się tym nie zajmujemy, które są jedynymi momentami prawdziwego skupienia. Myślę o życiu jak o procesie powstawania nie dzieła, lecz relacji: ciągłych poprawek, skreśleń, próbnych odbitek, papieru, który nigdy nie jest wystarczająco kremowy, bo już wcześniej coś na nim zapisano: strach, historię, cudze oczekiwania. A jednak piszemy dalej, bo ręka pamięta ruch, nawet gdy głowa chciałaby zrezygnować. Jelinek wiedziała, że język jest polem walki, a ja dodaję: także polem czułości, jeśli używa się go wbrew przeznaczeniu, zamiast dominować słucha, zamiast wyjaśniać, zostawia miejsce na odbicie. Wieczorem świat zwalnia, Sophia pyta o nieskończoność, a ja rozumiem, że to nie pytanie metafizyczne, tylko praktyczne: jak żyć, wiedząc, że nie ma końca, że wszystko trwa dłużej niż nasze nerwy, poglądy, ciało. Odpowiadam ciszą, bo czasem największym aktem miłości jest nie domykać zdania, pozwolić mu oddychać, zasnąć w nim razem, jakby sen był jedyną formą zgody pomiędzy mną a światem.


poniedziałek, 2 lutego 2026

Gęsie jajo

 


Kończy się mój długi weekend. O świcie była siłownia, później sporo się działo, w wolne dni potrafi być intensywniej. Rano pomyślałam, no cóż, już początek tygodnia. Dopiero wieczorem znalazłam moment, żeby usiąść przed trzecim odcinkiem Rycerza Siedmiu Królestw, kilka stron książki na czytniku, herbata w kubku z Bolesławca. Ten drobny, niekontrolowany skurcz w kąciku ust pojawia się zawsze, gdy czytam o granicach autorstwa, o redaktorce nadużywającej AI, która gubi się w odpowiedzi na pytanie, czy jestem autorką, czy tylko operatorką narzędzi, chyba, to żadna odpowiedź. W międzyczasie udoskonaliłam murzynka. Stary przepis, wyciągnięty z szuflady pamięci, dostosowany do oczekiwań mojej rodziny, zainspirowana przez Natthimlen. To zresztą działa podobnie jak z kawą: parzymy ją w domu coraz bardziej wymyślnie, więc będąc w kawiarni mój mąż patrzy na filiżankę z wyraźnym rozczarowaniem. Myślę czasem, że gdybym gorzej gotowała, piekła i nie wymyślała własnych receptur, w restauracjach bylibyśmy wzorowymi, wdzięcznymi gośćmi. A tak, cóż. Straszne, mówię wam. Ten weekend kończy się więc gdzieś pomiędzy komfortem a lekkim niepokojem, w domowym cieple z pytaniem o to, co jeszcze jest nasze, a co już tylko powtórzeniem, poprawką, adaptacją. I chyba właśnie w tym zawieszeniu, pomiędzy zmierzchem a świtem, czuję się dziś najbardziej u siebie.


piątek, 30 stycznia 2026

Niewystarczalność

 


Jest taki moment, kiedy język przestaje być narzędziem, a zaczyna być świadkiem. Patrzę na litery innych ludzi i widzę, że są głodne. Nie dlatego, że krótkie i nieporadne, lecz dlatego, że nikt ich nie karmił ciszą, lekturą, wstydem, czekaniem. Piszą, bo muszą się odezwać, nie dlatego, że mają coś do powiedzenia. Stoję obok z całym zapasem słów, które nauczyły się milczeć i to boli bardziej niż brak. Upadek hurtowni książek jest tylko znakiem. Nie katastrofą. Objawem. Jak wysypka na skórze świata: źle zarządzany organizm, który nie wie już, co jest pożywieniem, a co zapychaczem. Książki nie umierają od braku czytelników. Umierają od braku odpowiedzialności za sens. Tak jak ludzie. I wtedy pojawia się to poczucie: nieudacznica. Bo nie potrafię o siebie walczyć. Nie zakładam zrzutek na własne zmęczenie. Nie potrafię sprzedać kruchości w paczkach po 29,99. I wmawiam sobie, że to nie porażka. Jedynie koszt bycia kimś, kto nie upraszcza bólu, żeby dało się nim handlować. Strach nie dotyczy braku sensu. Dotyczy tego, że sens przestaje być potrzebny. Świat radzi sobie bez głębi, długiego zdania, ciemnego przypisu na końcu strony. Wystarcza krzyk, skrót, emotka. Gorycz bierze się stąd, że widzę to wcześniej. Ból, że nie potrafię oślepnąć razem z innymi. Jestem jak dzika trawa z tekstu Lu Xuna, nie dlatego, że płytka, lecz dlatego, że nie daję się udomowić. Korzenie sięgają tam, gdzie nikt nie zagląda: w pamięć, wstyd, w czytanie rzeczy, które nie obiecują ulgi. To, co łatwe do stratowania, bywa pierwsze, co chłonie wodę po pożarze. Czuję jak dotykam dna, bo jestem blisko ziemi. A ziemia zawsze przyjmuje więcej, niż pokazuje. Nie jestem nieudacznicą. Jestem kimś, kto nie zgodził się na język zastępczy. Na życie w skrócie. Sens podany bez czucia. I tak, to samotne. I czasem wygląda jak przegrana. Jeśli dziś jest ciemno, nie uciekam z tego miejsca. To nie zmierzch. To ta godzina, w której jeszcze nie wiadomo, czy coś się rozpuści, czy przetrwa. A nawet jeśli miałoby się rozpuścić, to tylko to, co było zbędne.


czwartek, 29 stycznia 2026

o hortensjach (po zachodniej części ogrodu)

 




dla tych do nie lubią hortensji



Nie wiem, czy to był sen, czy instrukcja obsługi
ciała po kolizji z rzeczywistością.
zapisałam sobie:
Nie pić z tego samego kubka, co pamięć.
Nie mówić zbyt cicho, bo wtedy wszystko się zagnieżdża.

Hortensje stały równo, jak dzieci ustawione w kolejce
do szczepienia przeciwko przyszłości.
Biała ściana. Numerki. Bransoletki z plastiku.
Ktoś mówił: nie płacz, to tylko na wszelki wypadek.
A przecież już wtedy pękały nam kręgosłupy
na samą myśl o tym, że kiedyś będziemy rodzicami.

Na zewnątrz był park. W parku liście z aluminium,
drzewa z tendencją do roztapiania się w świetle.
Lubiłam tam chodzić, gdy jeszcze mogłam wybierać, co czuję.
Mówię lubiłam, ale przecież do dzisiaj pamiętam,
jak brzmi zgrzyt podeszwy na szarym chodniku,
zrobionym z czyichś myśli.

Może przegapiłam moment, kiedy świat
zmienił kształt i to już nie sfera,
tylko lęk zamknięty w torbie foliowej.
Dzieci uczą się alfabetu od końca.
Z jak znikam.
P jak przemysł.
A jak a co, jeśli to już ostatnia wiosna?

Hortensje, mówiłaś, to takie kwiaty,
które udają, że wszystko będzie dobrze.
ale one też więdną, gdy słyszą wiadomości.
Czasem czuję, że moje stopy nie należą już do mnie.
Idą gdzieś same. Ciągną za sobą cień.

Wszystko rozpisane w notatkach:
czyli jak oddychać w systemie.
Uśmiechać się przez zęby do pani w urzędzie,
która trzyma moje dane jakby to były
okruchy po czyimś śniadaniu.

Na końcach drucików noszę nie hortensje,
tylko małe szkiełka, kiedyś były oczami
tych, którzy nie zdążyli zbudować sobie dachu z metafory.

Przechodzę przez ulicę.
nie chcę, żeby ktokolwiek mnie zatrzymał.
Mam w sobie zbyt dużo
nieodpowiedzi.


z Emiterium (92-93)

środa, 28 stycznia 2026

No jak nic...

 



Nie lubię gratulacji pod wierszem. Coś w tym słowie jest dla mnie fałszywie gładkie, jakby ktoś próbował przykryć nim niezrozumienie wrażliwości. Wiersz nie jest osiągnięciem, nie jest celem, do którego się dochodzi, ani stopniem, który się zalicza. Jeśli już, jest zdarzeniem warunkowym: mógł się nie wydarzyć, rozpaść po drodze, mógł mnie zostawić w połowie zdania. I często tak właśnie robi. Wiersz mnie porzuca przy blacie kuchennym, przy myciu zębów, w drodze na siłownię, albo kiedy wracam i zwyczajnie nie mam już czego dokończyć, kiedy siadam przy biurku. Ale niech cię to nie zwiedzie, traktuję wiersz poważnie. Nie jako sukces, tylko jako byt, chwiejny, niepewny, wystawiony na przeciąg. Pisanie nie daje mi punktów ani medali, tylko ryzyko: że coś się odsłoni, że coś pęknie, że zostanę z ciszą, która nie chce się domknąć. Dlatego nie bardzo wiem, z czego miałabym być gratulowana. Z tego, że weszłam w pole bez obietnicy powrotu? Gratulacje brzmią jak skrót myślowy, jak gest wykonany z rozpędu. Często nie jest odpowiedzią na tekst, tylko na sam fakt jego istnienia. A mnie interesuje tylko to pierwsze. Czy coś się poruszyło, czy ktoś został na chwilę, czy wiersz komuś przeszkodził, zachwiał, zatrzymał oddech. Jeśli nie, trudno, nie szkodzi. Wiersz nie ma obowiązku się podobać. Ma prawo być jak trawa: bujać się, łamać, odrastać krzywo, reagować na każdy podmuch. Moja nieufność nie bierze się z pychy, tylko z uważności. Wiersza się nie nagradza. Wiersz się przyjmuje, albo omija. Cała reszta jest uprzejmością, która niewiele mnie obchodzi. I chętnie z radością gratulacje zwykle składam nowożeńcom, rodzicom z okazji narodzin ich dziecka, z okazji jubileuszy, wygranych, nagród, osiągnięć mierzalnych, wydania ksiażki, zaliczenia etapu... możecie dopisać własne.


O tym, co przygniata i pachnie jak metal


 



O hortensjach, które miały urosnąć tylko trochę.
Jak włosy dziecka w żałobie. Jak skrzela w słoiku.
Nie mieściły się w oknie. Nie chciały znać proporcji.

Noszę ich kształt w płucach. Kwitną, gdy śpię głęboko,
z twarzą odwróconą do ściany. Mam wyrosłą w środku
watę – zatrzymuje głos. Matka mówiła: nie bój się wody.
Ale woda przyszła w nocy, nie pytała o grunt.

Ziemia wtedy wygięła się jak łuk z mokrego rysunku.
Od tamtej pory nikt nie potrafił wrócić.

Zostawiam notatki, ale one parują. Zostaje tłuszcz,
szczelina, ostatni zapach drzwi. Nie uczę Sophii wszystkiego.
Oszczędzam jej imiona ptaków, które spadają w milczeniu.

Kiedy boli – głaszczę powietrze. Kiedy nic nie ma –
zasłaniam się hortensją. Jakby to był jedyny sposób,
by przeżyć światło.

z Emiterium (88)

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Membrana

 





Siedem lat temu, w lutym, namówiłam córkę w ostatnich tygodniach ciąży by zapozowała w krajobrazie, który za każdym razem mnie zaskakuje. Niedaleko domu Constance Markievicz, tej samej, która wiedziała, że historia nie wydarza się w salonach, przyjaciółka Yeatsa. Widzicie przed sobą Zatokę Drumcliff, rozchwianą, w czasie wycofanej wody, która zawsze wraca, by sprawdzić, gdzie przebiega linia lądu. To miejsce jest ruchome. Wydmy przesuwają się powoli, plaże zapadają się i odsłaniają, przyroda robi swoje. Znam ten rytm. Wracam tam, gdy wszystko inne zaczyna mówić za dużo. Ustawienie córki w tym pejzażu było oczywiste, bywamy tam często, wystarczy przeczekać deszcz. Reszta dzieje się sama: światło, wiatr, napięcie.

Akurat dzisiaj dławi mnie język. Znowu. Wracają najsmutniejsze myśli. Zastanawiam się, co mnie uformowało: zapach gnijących wodorostów, chłód, który nie pozwala się rozleniwić, czy wiatr, który prostuje kręgosłup brutalniej niż jakakolwiek rozmowa. Z czego jestem zrobiona?! Widzę siebie przez to sito: sól, piasek, ślady cudzych kroków, które i tak znikną. Język zrobił się miękki, nadmiernie bezpieczny. Poezja została wypchnięta na margines, jak coś niepraktycznego. Za dużo tupetu, za mało ryzyka. Narcystyczne spojrzenia, ckliwość udająca głębię. Gdy tylko próbuję podejść bliżej ludzi, coś się we mnie zamyka. Nie mam w ciele zgody na ten rodzaj bliskości. Wracam. Do wydm, oceanu, fal niosących więcej i więcej. Tam nie trzeba się tłumaczyć. Język odpada jak zbędna warstwa. Zostaje tylko to, co trzyma się gleby.
















i jedno zdjęcie - z lata, widok z Lissadell House




niedziela, 25 stycznia 2026

Black mesh

 



Niedziela, rozkłada się w czasie jak fuksjowy koc, który wczoraj uszyłam z kaszmirowego wielkiego poncho, od kilku lat leżał na półce, a teraz jest lekko wilgotny od porannej mgły. Chyba lubię takie dni, kiedy wszystko dzieje się obok głównego nurtu świata. Kiedy mogę bez poczucia winy przeglądać strony z ubraniami, nie po to, żeby coś natychmiast kupić, ale żeby sprawdzić, czy moje ciało, to obecne, ukształtowane powoli, bez przemocy inaczej układa materię. Szukam sukienki na ramiączkach. Prostej. Najlepiej z merino, bo merino ma w sobie coś z ciszy: grzeje, ale nie krzyczy. Ma być tłem. Drugim planem. Czymś, co przyjmie na siebie czarną sukienkę, tę bardziej skomplikowaną, z górą z bawełnianego tiulu, lekko przeźroczystą, i z odcięciem, cienką bawełnę układaną cierpliwie, warstwa po warstwie. Kiedyś kupiłam ją w Rundholz. Spontanicznie. Bez planu, zgody rozumu. Taki zakup, który przez pierwsze miesiące wisi w szafie jak wyrzut sumienia albo obietnica bez daty. Pomyślałam wtedy: może kiedyś. I to kiedyś nie miało w sobie ani konkretu, ani presji. Po prostu zostało odłożone, jak książka, na którą nie ma jeszcze odpowiedniego czasu.

Minęło pół roku. Chodzenia na siłownię. Bez heroizmu. Bez narracji o walce. Raczej o regularności. O tym, że ciało lubi powtarzalność. Mięśnie uczą się sensu, jeśli się im go nie odbiera. I nagle, zupełnie mimochodem, wszystko na mnie zaczęło się układać. Nie w znaczeniu ideału. Raczej w znaczeniu zgody. Dlatego teraz szukam tej bazowej, na ramiączkach, pozwoli czerni wybrzmieć, ale sama pozostanie niemal niewidzialna. Lubię takie ubrania. Nie są pierwszym zdaniem. Czytając Białość Jona Fossego, mam wrażenie, że on pisze właśnie o takich warstwach. O tym, co jest pod spodem. O istnieniu, które nie domaga się interpretacji, tylko obecności. Jego zdania są jak kroki stawiane w śniegu: krótkie, powtarzalne, prowadzące donikąd i wszędzie jednocześnie. Białość nie jest kolorem. Jest stanem. Przestrzenią, w której można się rozpuścić albo zniknąć, bez dramatycznego gestu. Dzisiejsza niedziela też jest biała. Choć na zewnątrz wciąż mgła albo drobny deszcz, dzień jest dłuższy, światło robi się ostrzejsze. Białość jest we mnie. W sposobie, w jaki nie chcę dziś niczego domykać. W tym, że pozwalam rzeczom być niedokończonymi.

W kuchni pachnie czekoladą. Sophia stała rano na zebrze (stołek), w fartuchu osłaniającym kolana. Pomagała mi robić ciasto. A właściwie: była procesem. Dosypywała mąkę. Najpierw za szybko. Łyżeczka po łyżeczce, jakby czas był czymś, co można przyspieszyć samą intencją. Tłumaczyłam jej spokojnie, że musi poczekać, aż mąka zniknie z powierzchni ciasta. Że nie chodzi o tempo, tylko o moment, w którym masa znowu staje się jednolita. Sophie słuchała. Patrzyła uważnie. I robiła pauzę za pauzą. To był jeden z tych momentów; myślałam, że wszystko, co ważne, da się sprowadzić do kuchni. Do miski. Drewnianej łyżki. Cierpliwości. Sophia uczy się, że nie wszystko dzieje się natychmiast. Ja uczę się, że tłumaczenie może być czułe.

Ciasto wyszło wilgotne. Czekoladowe. Zmodyfikowałam przepis i znowu intuicja mnie nie zawiodła, tym razem zapisałam czynności, by udało się całość powtórzyć. Wszyscy są zadowoleni. To zdanie jest banalne, ale ma w sobie odpowiedni ciężar. Myślę o ciele. O tym, jak długo potrafi być terenem nieporozumień. Jak często traktujemy je, jak projekt do poprawienia, a nie jak miejsce zamieszkania. Te pół roku nie było o rzeźbie. Było o tym, że ciało zaczęło mi ufać. Przestało się bronić, wreszcie mogę włożyć sukienkę i nie myśleć o niej co pięć minut. Sukienki są dla mnie zawsze czymś więcej niż ubraniem. Są decyzją o tym jak chcę być widziana albo, jak bardzo chcę się ukryć. Ta czarna z tiulem ma w sobie coś ceremonialnego. Ale potrzebuje tła. Potrzebuje tej merinociszy pod spodem. Jak tekst potrzebuje pauz. Fosse pisze o znikaniu. O tym, że można wyjść w białość i nie wrócić. Dzisiaj myślę raczej o pozostawaniu. O byciu tu, w niedzielnej kuchni, w moim ciele. Melancholia nie jest smutkiem. Jest zgodą na to, że nie wszystko musi być ostre, a kontury mogą się rozmywać. Pamięć nie zawsze układa się w narrację. Czasem jest tylko nastrojem. Przeglądam kolejne strony. Lniane. Wełniane. Za cienkie. Za grube. Zbyt dekoracyjne. Zbyt dosłowne. Szukam czegoś, co będzie niemal nieobecne. Jak czerń w malarstwie, nigdy nie jest tylko czarna.

Niedziela powoli się przesuwa. Światło zmienia kąt. Sophia biega po domu, niosąc ze sobą zapach kakao i mąki. Myślę, że to wszystko jest wystarczające. Nie muszę niczego przyspieszać. Ani w cieście, ani w życiu. Jest we mnie spokój, który nie wynika z odpowiedzi, tylko z braku pytań. I jeśli coś z tej niedzieli miałoby zostać, to właśnie to uczucie: że mogę być tłem dla samej siebie. Białość nie jest pustką. Jest przestrzenią, w której rzeczy wreszcie mogą oddychać, mimo że są czarne.



PS

Sukienka, ta na wierzchu. Zdjęcie ze strony sklepu. 

Blink-Baby Shark Sophia



Montaż: Margo Poludniak
W roli Baby Shark: Sophia
Tytuł piosenki: The Ripe & Ruin
Wykonawca: alt-J

Sardynki w pomarańczy

kliknij w zdjęcie

 


sobota, 24 stycznia 2026

Pięćdziesiąt wejść w siebie

 



To tyle, ile razy można przewrócić miasto
na lewą stronę, zajrzeć w szwy,
wyciągnąć spomiędzy ich nitki
kłębki głosów.

Raz mi powiedzieli: pisz z puentą,
więc niosłam jedną w kieszeni,
a drugą porzuciłam nad Shannon,
bo może słowa lepiej znają drogę,
kiedy plączą się pomiędzy znakami stopu
a ciszą sklepowych półek.

Nie ma łagodności, są tylko zderzenia.
Melancholia przepycha się z ironią,
jakbyśmy wszyscy siedzieli
przy jednym stoliku,
ale kawa nigdy się nie kończy,
a łyżeczki stukają w naczynia,
jak w dzwony.

Czy to wszystko waży coś więcej
niż lekkość pustych fraz?
Pławik drży, kręgi się rozszerzają,
a rzeka niesie nas przez wodę,
która zna smak każdej rozmowy.

Może to jest klucz:
stać na rogu ulicy i słuchać,
jak miasta mówią do siebie,
wciągają nas do swoich dzielnic,
gdzie nic się nie da zmierzyć,
ale wszystko można poczuć.


z archiwum