Strony
czwartek, 23 lipca 2026
Barachło
poniedziałek, 20 lipca 2026
Jesteśmy tu sobie
To miasto, mój przyjacielu,
jest jak język pełen samogłosek,
których nie potrafisz wymówić.
Ale to w ich cieniu kryje się cała historia:
pomiędzy przypływem a odpływem,
pomiędzy betonem a snem,
który udawał, że jeszcze żyje.
czwartek, 16 lipca 2026
A kury piękne są
Wczoraj w Poznaniu było intensywnie. Kawa tylko w najmilszym towarzystwie. Lody tylko w Słodkiej na Cześnikowskiej. Rozmowy, plotki i sporo zażenowania z powodów… nazwijmy je literackimi, choć w różnych odsłonach. Okazuje się, że można straszyć kogoś sądem i próbować wyciągnąć od niego pieniądze tylko dlatego, że książka została inaczej oceniona niż tego pragnął wydawca. Absurd. Żenada roku i jednocześnie tajemnica poliszynela. Nagłaśniać czy nie nagłaśniać? Pytanie pozostaje otwarte, chociaż rozmawialiśmy z Szymonem i bujaliśmy nogami. Z kolana na kolano, kawa za kawą. Nagłaśniać! Tym bardziej że sama książka jest zwyczajnie źle złożona. Brzydka. W naszym żargonie, powiedziałabym spieprzona i nie ma tu wielkiej filozofii. Jest zwyczajnie brzydka i nie rozumiem, jak można bronić źle składanych książek! Mówię nawet, po tym straszeniu sądem, O B R Z Y D L I W A. Ludzie, którzy za tym stoją też są. I jest tak, że inna afera, którą obgadaliśmy zrodziła się w Bibliotece Śląskiej, i tutaj biblioteka, a raczej ktoś kto zarządza social mediami sam zadbał o własny rozgłos, nie najfajniejszy. A z rozmów wynika, że podobnych historii jest znacznie więcej w tym grajdole. Były też uściski z bratankiem i szybka toaleta przed podróżą. Później śledziłam samolot, w sumie to patrzyłam na niego przez szybę, w którym brat z bratową przez kilka godzin siedzieli na pokładzie i czekali na start. Mam nadzieję, że dostaną odszkodowanie. Kilka godzin w rozgrzanym samolocie, w gotowości do odlotu, to żadna przyjemność. Ostatecznie chyba wystartowaliśmy z Polski niemal w tym samym czasie, tylko polecieliśmy w innych kierunkach. W Dublinie czekały na nas dzieci i wnuczka. Droga do domu nie należała do łatwych (oddechowo). W powietrzu unosił się ciężki zapach tlącego się torfu. Wyspa znowu się pali. Nasze auto po przejechaniu połowy wyspy zrobiło się szare od osadu. Od tygodnia nie spadła ani kropla deszczu i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to szybko zmienić. Ale przecież, jak twierdzą niektórzy, klimat się nie zmienia, to kłamstwa ekologów. Długo na miejscu nie posiedzę. Za chwilę znowu do Was przylecę, do Polski. Festiwal Biała Lokomotywa i książka. Dla córki mojej córki.
środa, 15 lipca 2026
Wakacje wakacje i po wakacjach
czwartek, 9 lipca 2026
Tadeusz (1945-2026)
2016. spotkanie na moim wieczorze autorskim
piątek, 3 lipca 2026
O kontrze
czwartek, 2 lipca 2026
O prezencie i o słowach
środa, 1 lipca 2026
Porządek świata miękkiego jak mech
Niektóre dzieci uczą się świata, dotykając popękanej ściany.
Układają palce na kalendarzu: tu był pożar, a tu matka nie wstała z łóżka.
Niektóre rysują to, czego nie potrafią powiedzieć:
drzewo, które płacze, albo Bob z trzema oczami.
To wszystko ma znaczenie, chociaż nie wytłumaczy ci go żaden wykres.
Wszystko się psuje od środka. Najpierw zaufanie, potem zegarki,
na końcu, buty. Przychodzi wtorek i trzeba wybrać:
czy wolisz być uczciwa, czy nakarmiona.
W ogrodzie, który zostawiliśmy (i to nie był przypadek),
rosną ślady po czyjejś rezygnacji. Pomiędzy trawami
pełzną nieporozumienia, które przez lata głaskaliśmy jak koty.
Przyzwyczaiły się. Dają się nosić na rękach, (przez chwilę).
Przyroda nie ma dla nas planu. Nie zrzuca winy, nie notuje zwycięstw.
Pędy pną w górę, jakby nie wiedziały, że nikt ich nie podlewa.
Niektóre dzieci mówią do nich szeptem. Inne rozdeptują
bez zastanowienia. To też cykl. Jak śniadanie bez rozmowy,
albo śmierć dziadka, o której nikt nie powiedział wnuczce.
Kiedy pytam siebie, czym jest porządek, widzę kobietę
w autobusie, zasłania usta dłonią, bo płacze z powodu reklamy
telefonii komórkowej. Albo starca w kolejce po mięso,
opowiada, że wojnę najbardziej pamięta przez dźwięk:
stukot puszki z fasolą spadającej ze stołu.
I śmiech matki, zanim przestała mówić.
Nauczyliśmy dzieci zależności: światło - cień,
deszcz - zmarznięcie, miłość - zawód.
Ale nigdy nie powiedzieliśmy im, że można też przestać chcieć.
Bywają dni, kiedy całe życie wydaje się być jedynie krótkim
wyjaśnieniem czegoś, co właśnie odchodzi.
wtorek, 30 czerwca 2026
I dalej w temacie o robieniu w bambuko
poniedziałek, 29 czerwca 2026
Folklor nie opowiada o kulturze. Folklor ją wykonuje. Codziennie, cierpliwie, ścieg po ściegu
sobota, 27 czerwca 2026
Bambuko robi w bambuko
wtorek, 23 czerwca 2026
Instrukcje przetrwania [15 sekund]
Piszę, żeby nie zniknąć, piszę, żeby zostawić ślad palca na szybie,
żeby odcisnąć oddech pomiędzy postami, zanim algorytm go zetrze.
Piszę i słyszę, jak moje słowa stają się ciężkie od prawdy,
która nie nadaje się do etykietki: 15 sekund, 24 godziny ważności.
Piszę, bo nie chcę już rozdrabniać siebie na błyszczące skrawki ironii,
na plakietki śmiechu, które ktoś wiesza na drucikach z zapisanymi uwagami.
Tu, przy stole, rozkładam resztki: słoik po miodzie z porannych śniadań.
Garść muszli. Nie zawsze pamiętam, skąd przyszły.
Wędruję pomiędzy obrazami: dziewczynka w krótkich spodenkach,
rysująca liść i nadająca mu imię: mikruliść, szmerowiec, tęcznurek.
Mówię do nich, żeby nie umierały w kolumnie feedu;
uczę je tańczyć pomiędzy kamieniami czasu, tak jak Sophie stąpa stopą.
Piszę, bo świat, który mamy, chce nas przesunąć na margines, w ciszę,
przekształcić pamięć w mem albo w reklamy.
I boję się, że przyroda (bez złośliwości) zrobi z nas archeologię:
warstwy skóry i imion zalane deszczem i nagle obce.
Uczę dziecko zależności: jak podlewać dłoń, jak trzymać owoc przed burzą,
mówię: nie bój się deszczu, ale patrz uważnie, bo on potrafi kraść kolory.
Pokazuję, że czas nie jest linią: to rondo, powtórzenie, powstawanie.
Przerwa pomiędzy oddechami, uczymy się wracać do tego samego.
Piszę o wstydzie. W smaku rozsypanej herbaty o czwartej nad ranem.
O niesmaku. Zbiera się w kącikach talerza i nie chce być udawany.
Piszę, bo kiedy nikt nie klika, zostaję największa. Bez filtrów, z rozmazanym tuszem,
z ręką, brudzi się od atramentu, jak od ziemi, która się dzieli.
Tworzę muzeum słów niepotrzebnych: wystawiam tam przemilczenia, które ktoś rzucił,
stworzenia z powietrza po odejściu, mapy z miejsc o temperaturze ciszy.
Nie dla publiczności, dla rąk. Potrafią jeszcze odczytać pismo bez ekranu,
dla tych, co nocą podlewają rośliny i mówią do nich po imieniu.
Bo życie daje nam jabłka i bywa, że gniją i pachną dłużej niż obietnice,
i burze. Uczą nas, jak utrzymać dach i jak nic nie trzymać. Uczę się każdego dnia
powstawać z drobnych upadków: naprawiać okno, przez nie wciąż wieje.
Szyć na nowo nazwy miejsc, źle je nazywam, tak długo aż przestaną boleć.
Piszę, żeby nie zniknąć i żeby ktoś, kto przyjdzie po mnie, mógł usłyszeć,
że istnieliśmy głośno, że mieliśmy swoje małe rytuały: kawę o poranku, listy bez podpisu,
że uczyliśmy dzieci tańczyć na kamieniach, ale nie klikania,
że wcale nie chcieliśmy być trendem, lecz tylko domem, cichym, twardym i prawdziwym.
sobota, 20 czerwca 2026
Kolejny konkurs, kolejny sygnał
O rozmowach
Zaczynają się w miejscu, gdzie język traci przyczepność,
jakby ktoś przesunął interpunkcję o pół oddechu za daleko
i teraz każde zdanie kończy się nie tam, gdzie trzeba,
tylko w gardle, w tym małym zaciśnięciu,
które udaje pamięć, a jest już tylko jej atrapą.
Nie wiem, jak oznaczyć ten moment. Powinien istnieć znak
dla rzeczy, które się nie wydarzyły, a jednak zostawiły ślad
cięższy niż ciało, coś pomiędzy pauzą a pęknięciem,
tradycją a jej wymazaniem gumką, która brudzi bardziej niż atrament.
Myślę o lesie, nie jako o miejscu, ale o błędzie w zapisie świata,
jakby ktoś zamiast trwanie wpisał zużycie i nie poprawił,
by wyglądało wystarczająco prawdziwie.
W podziemnych korytarzach, gdzie światło gaśnie bez świadków,
coś się jeszcze przesuwa, nie dźwięk, raczej jego cień,
jak odbitka dłoni na ścianie, która nie pamięta, do kogo należała.
Badam te kłody w ustach. To jeszcze język, czy już tylko archiwum ciszy?
Czy tradycja polega na tym, że uczymy się milczeć w odpowiednich momentach,
a potem przekazujemy to dalej, jak rodzinny przepis na przetrwanie?
Z martwego ciała wyrasta coś, co udaje sens, może drzewo,
a może tylko jego projekt, rozrysowany w powietrzu,
które nie chce już oddychać, bo pamięta zbyt wiele.
Zwierzęta nie potrzebują tej konstrukcji. Ich rytm nie zna ironii,
nie zna też historii, dlatego są bliżej początku. A my,
bliżej wersji roboczej końca, tej, której nikt nie chce opublikować.
Mówię, że krzyczą, ale to tylko moje tłumaczenie,
niedokładne, jak każde słowo, które próbuje udawać doświadczenie,
a jest tylko jego cieniem, lekko przesuniętym w stronę wygody.
Oni patrzą przez coś, co nie jest już szybą, raczej filtrem,
przez który świat wygląda jak źle wywołane zdjęcie.
Za dużo bieli, za mało ciała.
Pytam, co zrobiliśmy z ich obecnością, ale pytanie
rozpada się w trakcie, jakby nie było gotowe na odpowiedź,
jakby tradycja polegała właśnie na tym, na niedokończonych zdaniach,
które brzmią wystarczająco poważnie, żeby je zostawić.
Może jednak nigdy nie krzyczeli, może to my
potrzebowaliśmy tego dźwięku, żeby mieć co zapamiętać.
Idę dalej. Piasek pod stopami zachowuje się poprawnie,
nie protestuje, nie zapisuje ciężaru, jakby wiedział,
że pamięć to luksus, na który nie stać materii.
Nie potrafię oddychać w tej składni, gdzie każde zdanie wie więcej
niż powinno, a mimo to kończy się banalnie, jak rozmowa przy stole.
Nikt nie mówi o tym, co najważniejsze, bo to już zostało ustalone
dawno temu i nie wypada tam wracać.
Świat nie wygra, to zdanie brzmi dobrze, ma odpowiednią wagę,
można je powiesić na ścianie obok innych przekonań,
które niczego nie zmieniły.
To nasza ostatnia próba znaczenia, nie bitwa, to słowo
jest zbyt teatralne, raczej poprawka, dopisek na marginesie,
gdzie ktoś próbuje jeszcze raz, tym razem wolniej,
tym razem szczerze.
Ziemia nie potrzebuje naszych wersji.
Ona nie czyta.
Ona przechowuje.
I może właśnie dlatego rozmowy ze zmarłymi nigdy się nie kończą,
bo nie ma już komu powiedzieć, że wszystko, co miało być przekazane,
zostało zapisane w niewłaściwym miejscu.
środa, 17 czerwca 2026
Kobieta walizka
wtorek, 16 czerwca 2026
[0] O zrozumieniu
prześwituje przez nie list z czerwonym marginesem.
dzieci w piżamach uczą się porównań:
liść do pęknięcia, pies do zgody, matka do igły.
nie chcę uczyć ich lęku,
ale wiem, że wiatr może porwać chusteczkę
i nikt jej nie odnajdzie, nawet z mapą.
wczoraj widziałam, jak ziemia oddychała przez paznokcie
sąsiadki, kiedy kopała dół na sadzonkę pomidora.
ziemia była ciepła i oporna.
rozpinała się, jakby chciała coś wyznać,
a potem zamknęła usta, zanim padło imię.
słyszałam, jak dziecko mówi do siebie:
świat nie jest do końca zbudowany
i miało rację, brakuje kilku nitek,
by można było przejść suchą nogą przez maj.
ktoś wynalazł system wartości,
a potem włożył go do pudełka po margarynie.
inna osoba próbowała go otworzyć zębami.
tak powstaje historia, tak kończy się rozmowa.
jestem tylko powieką, która zapomniała,
że może mrugać bez pozwolenia.
a ty?
ty jesteś głosem, który zostaje w szkle
po wypiciu zimnej herbaty z miodem.
mów szeptem.
bo świat już się rozplątał.
została tylko cisza, która układa ręczniki
na wypadek powodzi.
niedziela, 14 czerwca 2026
Na zdjęciu diament Herkimer
piątek, 12 czerwca 2026
Z szuflady
O dniach
Przychodzą bez instrukcji (nawet jeśli zawierają listy
przepisywane z dnia na dzień). Stoję przed szybą umytą do połowy,
żeby było widać i drogę, i odcisk dłoni. Uważność
jest czymś niewielkim. Piłką, która wpada na dach.
Dzieci nie mówią dzień dobry. Ich cienie wystarczają.
Wieczorem wracają razem z krowami, jakby ktoś ćwiczył
jeden wzór na kilku rodzajach ciemności.
Koty śpią na kolanach. Tak długo były kochane,
że futro odstaje im od świata. Porównujemy je czasem
do tych bardziej starannych, jakby schludność
miała cokolwiek wspólnego z przetrwaniem.
W trzecim dniu wraca dzikość. Nie przez las.
Przez ścianę. Paznokieć. Myśl, że wszystko,
co oswojone, tylko na chwilę zgadza się zostać.
Chleb pleśnieje szybciej niż rozmowy. To jedna z pierwszych rzeczy,
których nauczyło mnie to miejsce. Druga jest taka,
że ostrożność nie chroni. Pozwala jedynie dokładniej zobaczyć,
w którym miejscu pęka porcelana.
Wieczór rozkłada na wzgórzach, czarny nadruk na czarnym papierze.
Krowy są wtedy prawie niewidoczne, a jednak cięższe od nocy.
Przyglądam się koniczynie. Jej zieloności. Nie chce się dopasować
do szarego nieba. Zostaje przy swoim.
Lubię to.
Oczy w kolorze, którego nie potrafiłaby wydrukować
żadna drukarka. Pole pachnie wełną. Wrzosy wyrastają z każdej szczeliny.
Ptaki odrywają się od parapetu jak źle dobrane znaki pisma,
które wreszcie znalazły własną linię lotu.
Nie jestem pewna, ile w każdym odejściu jest powrotu.
Nie jestem też pewna, czy droga dokądś prowadzi.
Może jest tylko uwagą, którą świat poświęca naszym stopom.
Pod figurką Świętej Rodziny więdną kwiaty. Plastikowe butelki
trzymają się najlepiej. I nie mów, że to jest gorzka prawda.
Zwykła przewaga materiału. Patrzę na to bez oburzenia.
W końcu sama noszę w sobie rzeczy, które powinny już dawno zniknąć.
Nad ranem wszystko układa się w prosty projekt, wypełniony kreskami i kropkami.
I tylko wiatr, wykręca z kominów resztki popiołu,
zachowuje się tak, jakby wiedział więcej. Ale milczy.
Dlatego mu wierzę.
czwartek, 11 czerwca 2026
O czwartku
wtorek, 9 czerwca 2026
Wiersz z 2009 roku, chyba
Wyciągam wiersze z różnych notesów, których nigdy nie opublikowałam. Ten tekst pochodzi z czasów, kiedy śpiewałam w chórze i podróżowałam to tu, to tam. Warsztaty muzyczne w Libercu, wtedy jeszcze popalałam w bramach papierosy, piłam alkohol i nuciłam życie na własną melodię.
Pragnienie
Bażant świeci w butelce jak małe słońce,
ser rozkłada się powoli, bardziej w pamięci niż na języku,
a noc jest późniejsza niż wszystkie moje błędy razem.
Ktoś mówi o muzyce, o doskonałości dźwięku,
a ja słyszę tylko, jak w środku głowy wybuchają mikroskopijne fajerwerki,
których nikt nie ogląda.
Kobieta płacze, że chce być kochana
na temat i bez przypisów, żeby ktoś umierał w jej ramionach
z udawanym spazmem, a potem wysyłał róże.
Czy o to chodzi? Na razie tylko dym przesuwa się pomiędzy nami,
jak cień nauczycielki, która zawsze mówiła:
nie zaczynaj zdania od więc.
A jednak wszystko zaczyna się od więc:
od zgubionego telefonu, obcego ciała, które mówi językiem skóry.
Deszczu. Kapie na głowę lumpa pod oknem.
Zająca. Śmieje się prosto w oczy.
Ignorancja odkłada się jak pył pod czaszką,
każdy z nas dźwiga własne składowisko odpadów.
Poezja jest tylko próbą recyklingu, spotkania są testami wytrzymałości,
a krytycy stoją pod drzwiami z twarzami w kolorze gniewu.
Wszystko to zostawiam na nocnym stoliku,
papieros, resztkę piwa, niedokończony osąd,
i pragnienie. Jutro przemieni się w kolejną kroplę goryczy.
poniedziałek, 8 czerwca 2026
O'czytani
O miłości
To nie ona nas wybiera, chociaż przychodzi za późno,
trochę nie tam, gdzie pragnęliśmy, jak list bez adresu,
który i tak trafia pod skórę i zostaje, mimo braku potwierdzenia odbioru.
Zaczyna się od niewielkiej różnicy, od błędu, nikt go nie poprawił,
od spojrzenia, które zatrzymało się o ułamek sekundy za długo,
jakby czas sam nie był pewien, czy iść dalej.
Jest we mnie, nie jako pewność, raczej jako cicha obecność
pomiędzy zdaniami, w miejscu, gdzie głos drugiej osoby
nie znika po wypowiedzeniu, tylko osiada i zmienia ciężar rzeczy.
Nie mówię: na zawsze, to słowo ma zbyt twarde krawędzie,
zbyt wiele obietnic. Nie mieszczą się w ciele.
Mówię raczej: jeszcze, jakby każdy moment był czymś, co trzeba
dopiero uzgodnić ze światem.
Miłość nie jest łagodna.
Jest dokładna.
Wie, gdzie kończy się przeszłość,
a zaczyna to, czego nie potrafimy nazwać,
i zostaje tam, nawet gdy wszystko inne
wycofuje się bez słowa.
Ma w sobie coś z pamięci. Nie chce być tylko archiwum,
więc wraca w drobnych gestach, w powtórzeniach.
Nie są już tym samym, ale nie potrafią być czymś innym.
Kolor pojawia się nagle, zbyt głęboki, żeby go oswoić,
jak ślad po dotyku. Był prawdziwszy niż wszystkie wyjaśnienia
razem wzięte. Żyjemy w zdaniu, które się nie kończy,
rozciągniętym pomiędzy tym, co było, a tym, co nadal domaga się miejsca,
i czasami mam wrażenie, że sens nie jest w tym, co mówimy,
tylko w tym, co zostaje niewypowiedziane.
Myślę o miłości jak o korekcie, która nigdy nie jest ostateczna,
o ciągłym wracaniu do tego samego wersu, żeby sprawdzić,
czy można go przeczytać inaczej, łagodniej, uważniej,
bez konieczności wymazywania.
A przecież ciało pamięta wszystko, każde zawahanie, nadmiar,
próbę ocalenia czegoś, co nie chciało zostać ocalone.
Wieczorem nostalgia rozkłada się powoli, nie jako żal,
raczej jako ciepło, które nie ma już źródła,
ale nadal ogrzewa dłonie. I wtedy rozumiem,
że miłość nie potrzebuje zakończenia,
że jej jedyną formą trwałości
jest to, że nadal się w nas wydarza. Podskórnie,
bez zgody, bez ostatniego zdania.
Powroty
Wracamy nie do siebie, tylko do śladów po sobie, do miejsc,
które pamiętają więcej niż my, i nie pytają, dlaczego znikaliśmy
bez uprzedzenia. Kiedy oddycham, słyszę coś większego niż nas,
nie nazwę tego, żeby nie zepsuć. Rytm. Raz nas unosił,
a teraz spokojnie usuwa wszystko, co zostawiliśmy
zbyt blisko brzegu.
Patrzysz, jakby to był tylko widok,
liczę: ile jeszcze razy ciało się zawaha, ile ciszy zmieści
się pomiędzy jednym zdaniem a drugim,
ile zim można przeżyć, zanim przestaniemy udawać,
że to tylko pogoda.
Chodzimy.
Czasem razem, ale każde z nas osobno
w swojej wersji chłodu.
Mówisz: za ostro, ja: to jedyne, co jeszcze mówi prawdę.
Mówisz: nie trzeba pamiętać, od tego są daty, listy, przypomnienia.
Wiem tylko, że nic z tego nie działa, bo to, co ważne,
i tak wraca bez zaproszenia, w najmniej odpowiednim momencie,
jak kaszel w środku nocy.
Używamy tych samych słów do zupełnie innych rzeczy.
Układasz z nich komunikaty, ja próbuję nimi zakryć to,
czego nie da się już odwołać. Bo wszystko jest nietrwałe w sposób,
którego nie nauczyli nas w żadnej ze szkół, myśl znika szybciej niż się pojawia,
dotyk nie zdąży się utrwalić, a jednak ciało zapisuje go dokładniej
niż jakiekolwiek archiwum.
Jest taki moment, zatrzymujemy się bez powodu,
i powietrze robi się cięższe, jakby coś miało się wydarzyć,
albo już się wydarzyło i nie wiadomo, czy to jeszcze trwa.
Mówisz: czasami.
Ja: to nie ma przerw.
I nie chodzi o wielkie rzeczy. Raczej o to, że wszystko, co robimy,
układa się wokół jednego, niewidocznego punktu,
tego, czy jesteśmy obok, czy tylko się mijamy w tej samej historii.
Bo prawda jest prostsza, niż chcemy:
to wszystko, te drogi, rozmowy, chłód,
nawet drobne przedmioty, które gubimy i znajdujemy,
nie mają znaczenia. Zaczynają istnieć dopiero wtedy,
kiedy oddychamy w tym samym rytmie, choćby przez chwilę,
choćby nie do końca świadomie.
I może o to chodzi w powrotach, że nie przywracają tego, co było,
tylko sprawdzają, czy jeszcze potrafimy być
w jednym oddechu, bez gwarancji, że to wystarczy.
































