wtorek, 6 października 2026

Konkurs konkurs i po konkursie

 



Miałam niewiele czasu by wykonać tę pracę. Wróciłam z Polski 27 września, a termin oddania pracy konkursowej w TUS (moja alma mater) upływał 1 października (no i tutaj żadnych wymówek – termin to termin). Dzisiaj wg regulaminu konkursu nominowani autorzy zostali powiadomieni, że ich prace przeszły do dalszego etapu. Moja praca nie została zakwalifikowana (nie otrzymałam stosownego powiadomienia), więc prezentuję ją tutaj. Na szczęście zdecydowałam się nie oprawiać jej w ramę. Praca ta łączy sztukę, projektowanie, naukę i akt odkrywania poprzez proces całkowicie analogowy. Stworzyłam ten kolaż z fragmentów moich projektów badawczych i końcowych, powstałych w czasie studiów na TUS – w okresie, gdy od studentów wciąż oczekiwano tworzenia, prowadzenia badań, eksperymentowania i myślenia poprzez działanie własnymi rękami. Elementy te zostały celowo wyrwane z pierwotnego kontekstu: to ślady eksperymentów, pomysłów, systemów i obserwacji wizualnych. Interesowało mnie również pismo jako forma pośrednia pomiędzy językiem, obrazem a systemem – nie tylko jako środek komunikacji, ale jako materiał, wzór i świadectwo procesu myślowego. Dla mnie to właśnie w chaosie rodzi się odkrycie: w burzy mózgu, zderzeniu niepowiązanych ze sobą fragmentów, w nieudanym eksperymencie czy nieoczekiwanym powiązaniu. Praca ta nie jest rekonstrukcją moich studenckich projektów, lecz wizualnym zapisem ich pozostałości – tego twórczego chaosu, z którego wyłaniają się pomysły.

I tak oto kończy się moja krótka przygoda z tym konkursem.

Papier bawełniany o gramaturze 320, wymiary 560 × 760 mm.

I had very little time to make this work. I back from Poland on 27 September, and the deadline for submitting work to the TUS competition was 1 October (No excuses - a deadline is a deadline). The work wasn’t selected, so I’m showing it here instead. And, thankfully, I decided not to make a frame for it. The work brings together art, design, science and the act of discovery through a completely analogue process. I created the collage from fragments of my research and final projects made during my studies at TUS, from a time when students were still expected to make, research, experiment and think through their own hands. The fragments have been deliberately removed from original contexts: traces of experiments, ideas, systems and visual observations. I was also interested in writing as something between language, image and system, not simply communication, but material, pattern and evidence of thought. For me, chaos is where discovery begins: the brainstorm, the collision of unrelated fragments, the failed experiment and the unexpected connection. This piece is not a reconstruction of my student work, but a visual record of its residue, the productive chaos from which ideas emerge. And that’s the end of my little competition adventure.

320 gsm cotton paper, 560 × 760 mm.


Congratulations to everyone at Graphic Design TUS Athlone on 50 years of design education. Thank you to all the lecturers and staff - past and present - who have contributed to this remarkable 50-year journey and continue to give students the space, knowledge and encouragement to create. I dedicate this work to the people who taught me to look, question, experiment and make - and to everyone who has helped keep the creative spirit of Graphic Design in Athlone alive for the past 50 years.

Happy 50th Anniversary, Graphic Design TUS Athlone!





poniedziałek, 5 października 2026

Zastanawiam się

 




Lekcja świata (VI)

– o kolorach do wypicia, zaszeptania i zapomnienia
W jej palcach:
lilac dust i waniliowa sól,
przyklejają się do opuszków.
Dłonie jak paleta bez planu.
Obraz, który właśnie się zaczyna.

– To jest sorbetowy róż śpiącego lisa –
mówi, pokazując na cień za kanapą.

– A ten?
– Budyń z księżyca. Ale tylko z trzeciej nocy.

Stół jak mapa zmyśleń.
W misce pastelowe klocki.
Rozpoznaję: matcha,
słodkie shiso,
i coś, co przypomina smak ciszy po deszczu w Kioto.

Ona nie zna jeszcze nazw.
Mówi do mnie:

– Ten kolor ma dźwięk. Jakbyś dmuchała przez rurkę w mleko.
Uczę się od niej,
jak można widzieć świat, zanim się go wymyśli.
Słowa są późniejsze.
Smaki są pierwsze.
Między nimi: skórka z yuzu,
kiedy nikt nie patrzy.
Patrzę na nią.
Twarz ma w odcieniu mochi z różą.
Uśmiech – prawie przezroczysty.

Zastanawiam się,
czy Japonia wie,
jak bardzo na nią czeka.



Lekcja świata (VII)
(o zapachach, które robią dziury w czasie.
Zabawy w koniec i początek)


Dziś uczymy się nosami. Nie od razu wchodzimy w dzień.
Najpierw: zasłonięte oczy.
Cisza jak zakładka w starym komiksie.
Podaje mi zapach: rękaw koszuli po całym dniu.

– To jest... człowiek, który wraca.
Ale jeszcze się nie przywitał
– mówi.

Z pudełka wydobywa inne.
Skrawki powietrza, które zebrała pod łóżkiem:
cynamon z kąta książki kucharskiej,
zjełczały dżem figowy,
plastik nowej lalki bez imienia.

– Każdy z tych zapachów to osobna droga –
mówię, choć nie wiem, dokąd idziemy.
Zakręca mi pod nosem małą fiolkę.
Zanim cokolwiek powiem:

– To jest zapach, który ma kolor.
Szary z niebieskim końcem.
Jak chmura, która chce być deszczem,
ale nikt jej nie pozwala.

Przypomina mi się:
rękawiczka dziadka z wełny i smoły,
puder babci, który pachniał jak list.

Ona to wszystko zna,
choć nie była wtedy nikim poza przyszłością.

Siedzimy na dywanie, który od lat wchłania historie.
Zapach dnia dzisiejszego: ciepłe stopy i otwarte okno.
I sos sojowy, który rozlała.

Śmiejemy się. Pachnie, jakby coś się zaczynało,
choć nikt nie znał przepisów.


str. 51-53
Dla córki mojej córki


piątek, 2 października 2026

Ściepa

 


Są tacy ludzie, którzy przed laty przeciorali mnie przez hejt, szczucie i publiczny lincz. I żyją sobie świetnie. Mało tego, wokół nich zbierają się kolejni. Jedni lubią szczuć, inni lubią patrzeć, jeszcze inni lubią stać obok właściwych ludzi i mieć z tego swój mały poblask. Do tego dochodzą znajomi, którzy najwyraźniej nie widzą problemu, bo przecież wszyscy się znamy, to tylko czytanie wierszy, nie można rozdrapywać przeszłości. Otóż można. I czasem trzeba. Mnie zatrzymuje coś, co dla innych najwyraźniej nie ma żadnego znaczenia, pamięć i zasady. Nie potrafię być blisko ludzi, którzy wielbią moich oprawców. Nie potrafię udawać, że nic się nie stało, tylko dlatego, że dziś dobrze jest być po właściwej stronie towarzyskiego stolika. Nie potrafię klaskać ludziom, którzy kiedyś szczuli na mnie, a dziś są obudowani zachwytem, znajomościami, wystawami i kolejnymi osobami gotowymi robić im za publiczność. I nie, nie chodzi o to, że oczekuję od kogokolwiek wojny w moim imieniu. Nie oczekuję deklaracji lojalności. Każdy dorosły człowiek wybiera sobie ludzi, z którymi chce przebywać, pić kawę, robić interesy czy wymieniać uprzejmości. Ale ja również wybieram. I jeżeli ktoś świadomie wchodzi blisko ludzi, którzy mnie skrzywdzili, to ja mam prawo zrobić krok w tył. Bez awantury, tłumaczenia się. Bez obowiązku dalszej bliskości. Bo nie, przecież to tylko spotkanie albo to tylko wernisaż, nie jest dla mnie argumentem. Spotkanie na scenie nie unieważnia charakteru człowieka. Wspólny występ nie robi z oprawcy przyzwoitego człowieka, a ze mnie nie robi przewrażliwionej idiotki. Można oczywiście zrobić zrzutkę, komuś pomóc, coś ufundować, pojawić się przy szczytnym celu, mieć zdjęcie z dobrym uczynkiem. I bardzo dobrze, dobroczynność sama w sobie jest dobrem. Tylko nie rozumiem, dlaczego ma być automatycznym wybielaczem charakteru. Można komuś pomagać i jednocześnie być człowiekiem, który krzywdzi innych. Jedno nie kasuje drugiego. Dobry uczynek nie jest środkiem piorącym sumienia. Nie mam też potrzeby przekonywania nikogo, że powinien widzieć tych ludzi tak jak ja. Niech widzi ich, jak chce. Niech się z nimi wystawia. Niech ich podziwia. Niech idzie za nimi. Idziesz z nimi, idź. Mnie tam nie będzie. I nie miej w sobie poczucia, że Ci mnie brakuje. I że przez to wypadnę z jakiegoś obiegu. Być może mnie skreślisz, odsuniesz, uznasz, że jestem trudna, pamiętliwa albo nie umiem odpuścić. Trudno. Mam większy problem z tym, żeby sprzedać własne zasady za święty spokój i miejsce przy cudzym stole. Nie umiem. Nie chcę. I już.

wtorek, 29 września 2026

Artyści

 


No to oglądam Lalkę i Dżentelmenów. I to są dla mnie dwie zupełnie różne przyjemności. Lalka podoba mi się bardzo, każda persona, piórko, perła, koronka, rękawiczka, bruk i brud. Jest w tym wszystkim coś, co mnie wciąga, ta cała materia epoki, jej przesada, elegancja i cały ten syf. Lubię patrzeć na ludzi, którzy są ubrani jak z obrazów, a jednocześnie chodzą po błocie. Natomiast Dżentelmeni odjeżdżają kompletnie, przez Guya Ritchiego, więc trudno abym oczekiwała umiaru. U niego wszystko jest podkręcone, gangsterka, pieniądze, arystokracja, przemoc, dowcip, kobiety, mężczyźni, ubrania, samochody, psy, trupy i angielska posiadłość, która najwyraźniej może być jednocześnie pałacem, meliną i przedsiębiorstwem narkotykowym. Skrajność nad skrajnościami. I dlatego to działa na mnie jako rozrywka. Bo właśnie tak traktuję oglądanie filmów i seriali. To nie musi być wielkie dzieło. Ma mnie jedynie na chwilę wyłączyć z mojego własnego mózgu. Książki są oczywiście najważniejsze, z nimi pracuję, czytam, wracam, grzebię. Film czy serial jest czymś innym. Resetują mnie. Mogę sobie usiąść i patrzeć, jak ktoś inny ma problemy, najlepiej w pięknych wnętrzach i z dobrze zrobioną scenografią. Tym bardziej że nigdy nie byłam wielką fanką książki Prusa. Prus mnie nie uwiódł na tyle, abym chciała do niego wracać z nabożnością. Więc alternatywna wersja bardzo mi odpowiada. Znam historię, znam bohaterów, ale mogę wejść w to od innej strony, przez kostiumy, twarze, wnętrza, gesty, światło. I nagle Wokulski nie musi być Wokulskim z mojej szkolnej pamięci. Może sobie po prostu być facetem w świetnie skrojonym garniturze, który patrzy na Izabelę jak na nieszczęście, którego pragnie. A ostatnio towarzyszy mi jeszcze pizdeczka, w sumie pizda, ale wolę zdrobnienie. To jest znakomite słowo i jak przepięknie się odmienia: pizdeczka, pizdeczki, pizdeczce, pizdeczką, pizdeczko. Można z nim przejść przez całą składnię bez żadnego wysiłku, szczególnie w czasie kierowania autem w mieście. Jest małe, miękkie, a jednocześnie ma w sobie pewną bezczelność. Idealne w czasie oglądania seriali, w których jedni noszą perły, drudzy strzelają do ludzi, a ja siedzę sobie z pizdeczką i mam święty spokój. No i Jakub Jarno, jak Mróz, no temu panu odjechał peron. Marionetka ten Jarno. I jeszcze... Benjamin Clementine, najpierw epizod w Diunie, a teraz w serialu, miód i orzeszki. Jarno pizdeczka, Benjamin artysta. Tak już jest. 

PS

Wpadłam na przerwę śniadaniową do Was. I nie, no nie byłam w kinie i nie pójdę. Przez Kondrata. Bo jak można grać w Lalce, tyle że w wersji kinowej, a jednocześnie opowiadać takie kocopoły o serialu? No co za luj. Wszystko mi zepsuł. A mogło być tak miło. Bo przecież już sama reklama mnie złapała. Jest tam scena ulewy, Łęcka stoi w deszczu i od razu mam skojarzenie z Dumą i uprzedzeniem, z Keirą Knightley i sceną, w której filmowy pan Darcy się oświadcza. I osobiście uważam, że zaraz po zakończeniu, jest to jedna z najbardziej romantycznych scen w całym filmie. Ten deszcz, napięcie, mokre ubrania, emocje pod samą skórą. Niby nic, a jednak wszystko. Więc kiedy reżyserzy zaczynają mi tak pokazywać miłość, to ja już jestem gotowa. Proszę bardzo. Może być grubo. Może być melodramatycznie. Mokro, nerwowo i z wielkim uczuciem. Albo może oczywiście nie być nic z tego ale wtedy po co mi ta ulewa? I już byłam trochę ciekawa tej kinowej Lalki. A teraz Kondrat wyskoczył ze swoimi kocopołami i mi odczarował. No luj pizdeczka. A mogło być tak pięknie.

„Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość”

poniedziałek, 28 września 2026

Klucz

 








Patrz na zdjęcie od dołu. Najpierw był hałas, chaos i myślałam, że zaraz na nas spadnie stado kaczek. Jak w bajce Migration. Ale w końcu kaczki się ogarnęły. Uformowały klucz i odleciały. 

niedziela, 27 września 2026

O śmierci

 



Ktoś mnie zapytał o wiersze, które nie weszły do książki powyżej. Ten wiersz nie pasował do cyklu. Moim zdaniem oczywiście. Wciąż mu się przyglądam i pewnie znajdzie  miejsce w innej książce. 

To się wydarzyło w czerwcu
z trzewi, na zawsze

To było późne popołudnie, ciepłe, ale wietrzne.
Dłonie trochę wilgotne od trzymania się za ręce.
Szłyśmy razem, bez pośpiechu ulicą Cedarwood,
zna nas na pamięć.

Sophie miała dwa dobierane warkocze,
zaplotłam jej świat w symetrię. Czarne,
jednobarwne spodnie, pasiastą bluzkę,
ładny blur, mówi, bo biały z czarnym robi szary,
a szary to nasz kolor, babciu,
najlepszy ze wszystkich, pomiędzy wszystkim.


Na nogach różowe trampki, akcent, ślad, znak rozpoznawczy.
Na bluzce odrobinę wytarta nalepka Good job.
Szłyśmy bez plecaka, tylko z butelką wody.

I wtedy zapytała: Babciu, a ty jesteś średnio młoda czy stara?
Światło przeszło przez jej rzęsy i widziałam tylko drżenie.
Przeszył mnie wiatr, jakby sam chciał usłyszeć odpowiedź.
Odpowiedziałam, że jestem już dojrzała,
ale jeszcze nie stara.

Zatrzymała się. Spojrzała w górę,
prosto w moje oczy, jakby nic poza tym nie istniało.
I powiedziała: Jak umrzesz, to będziesz w moim sercu.
Zawsze. Bo jesteś najważniejsza.
I będę płakała. Długo, babciu, bardzo długo.


I wtedy to przyszło, fala, której nie sposób zatrzymać.
Uklękłam obok niej. Objęłyśmy się mocno, jakby świat
był czymś, co można objąć ramionami.
I powiedziałam, że to wszystko prawda,
i że zostanę w niej.
W tej chwili, w tym blasku,
w naklejce, mimo że odkleja się na rogu,
w cieniu naszych ulubionych kolorów.

W domu kawa na kuchennym blacie, ostygła,
a połówka jabłka brązowiała powoli,
jakby wiedziała, że dziś nie potrzebuję słodyczy.


Czerwiec 2025

niedziela, 20 września 2026

Podsumowanie

 













Zdjęcia powyżej zrobił Paweł Dąbrowski. 


poniedziałek, 14 września 2026

Księgarnia Czarnego, młodzież, Pani dłońka!

 




Pani Dłońka
Imię własne: Mimitsuki
Zamieszkanie: pod skórką światła w pokoju Sophie
Zdolność specjalna: rejestruje dotyki nieintencjonalne
i gubi te zbyt ciężkie

Mimitsuki: zapiski z palca wskazującego

Mieszkałam kiedyś w kieszeni chirurga,
ale było tam za zimno.
Teraz noszę się w fałdach dziecięcej piżamy,
pomiędzy guzikiem a snem.

Znam alfabet skóry,
każdy znak: glazee, wuship, mizumiał,
czyli uścisk z wody, dotyk kota z mgły,
spojrzenie palca po japońsku.
W nocy dotykam rzeczy,
które Sophia kocha przez sen,
przemiękłych brzegów koca, uszka od misia,
wewnętrznego światła lalek.

Zbieram to wszystko w dotykownik,
tam zapisuję rzeczy, które ktoś mógłby zapomnieć,
– że światło może mieć zapach
– że rąbek sukienki może wiedzieć więcej niż Google
– że puchczość to prawdziwa jednostka czułości.
Jestem też tłumaczką między dłońmi,
gdy ręka babci drży, a ręka wnuczki śpi.
Przekładam drżenie na zrozumienie
i milczenie na coś, co koi.

Mówią, że jestem stworzona z miękocienia
i z odgłosu och w zderzeniu z aksamitnym.
Nie przeczę.
ale mam też pazurki,
gdy ktoś zostawia dotyk, który boli,
potrafię go unieważnić.

PS

W jednej ze szkół dzieci i młodzież czytają na lekcjach 'Dla córki mojej córki', dostałam zdjęcia listów i rysunków, oryginały trafią do mnie na spotkaniu w Poznaniu, bo to jest jedynie wyimek. Wymyślamy już Sophie scenariusze, by odpowiedzieć na każdy list. 


W piątek jadę do Warszawy, w księgarni Czarnego spotkam się na pogawędkę z Anną Matysiak. Przyjdziecie.