Wchodzę na scenę. W sumie, to znalazłam się tam przypadkiem. Algorytm podrzucił informację o konkursie, wysłałam teksty bez oczekiwań. Kilka tygodni później siedziałam pomiędzy osobami, które przyszły słuchać twórców, kupić książki i spotkać ludzi. Od razu rozpoznałam Innyglos. Niektóre osoby zna się wcześniej niż następuje pierwsze spotkanie. Tak było i tym razem. Liczyłyśmy na autograf Szczepana Twardocha. On tymczasem był setki kilometrów stąd, prawdopodobnie siedział na tarasie w słońcu, a my siedziałyśmy w wielkiej sali słuchając kolejnych wystąpień. Tak wygląda współczesna geografia literatury. Autor jest gdzie indziej, a czytelnicy... nooo wiadomo.
Wróciłam do domu z dyplomem (zajęłam drugie miejsce), kilkoma rozmowami i poczuciem, że najważniejsze wydarzyło się poza sceną. W krótkich spotkaniach, wymianie zdań, rozpoznaniu drugiego człowieka w tłumie. Reszta była programem.
Dwa wiersze o miłości, bo taki był temat konkursu:
O miłości
To nie ona nas wybiera, chociaż przychodzi za późno,
trochę nie tam, gdzie pragnęliśmy, jak list bez adresu,
który i tak trafia pod skórę i zostaje, mimo braku potwierdzenia odbioru.
Zaczyna się od niewielkiej różnicy, od błędu, nikt go nie poprawił,
od spojrzenia, które zatrzymało się o ułamek sekundy za długo,
jakby czas sam nie był pewien, czy iść dalej.
Jest we mnie, nie jako pewność, raczej jako cicha obecność
pomiędzy zdaniami, w miejscu, gdzie głos drugiej osoby
nie znika po wypowiedzeniu, tylko osiada i zmienia ciężar rzeczy.
Nie mówię: na zawsze, to słowo ma zbyt twarde krawędzie,
zbyt wiele obietnic. Nie mieszczą się w ciele.
Mówię raczej: jeszcze, jakby każdy moment był czymś, co trzeba
dopiero uzgodnić ze światem.
Miłość nie jest łagodna.
Jest dokładna.
Wie, gdzie kończy się przeszłość,
a zaczyna to, czego nie potrafimy nazwać,
i zostaje tam, nawet gdy wszystko inne
wycofuje się bez słowa.
Ma w sobie coś z pamięci. Nie chce być tylko archiwum,
więc wraca w drobnych gestach, w powtórzeniach.
Nie są już tym samym, ale nie potrafią być czymś innym.
Kolor pojawia się nagle, zbyt głęboki, żeby go oswoić,
jak ślad po dotyku. Był prawdziwszy niż wszystkie wyjaśnienia
razem wzięte. Żyjemy w zdaniu, które się nie kończy,
rozciągniętym pomiędzy tym, co było, a tym, co nadal domaga się miejsca,
i czasami mam wrażenie, że sens nie jest w tym, co mówimy,
tylko w tym, co zostaje niewypowiedziane.
Myślę o miłości jak o korekcie, która nigdy nie jest ostateczna,
o ciągłym wracaniu do tego samego wersu, żeby sprawdzić,
czy można go przeczytać inaczej, łagodniej, uważniej,
bez konieczności wymazywania.
A przecież ciało pamięta wszystko, każde zawahanie, nadmiar,
próbę ocalenia czegoś, co nie chciało zostać ocalone.
Wieczorem nostalgia rozkłada się powoli, nie jako żal,
raczej jako ciepło, które nie ma już źródła,
ale nadal ogrzewa dłonie. I wtedy rozumiem,
że miłość nie potrzebuje zakończenia,
że jej jedyną formą trwałości
jest to, że nadal się w nas wydarza. Podskórnie,
bez zgody, bez ostatniego zdania.
Powroty
Wracamy nie do siebie, tylko do śladów po sobie, do miejsc,
które pamiętają więcej niż my, i nie pytają, dlaczego znikaliśmy
bez uprzedzenia. Kiedy oddycham, słyszę coś większego niż nas,
nie nazwę tego, żeby nie zepsuć. Rytm. Raz nas unosił,
a teraz spokojnie usuwa wszystko, co zostawiliśmy
zbyt blisko brzegu.
Patrzysz, jakby to był tylko widok,
liczę: ile jeszcze razy ciało się zawaha, ile ciszy zmieści
się pomiędzy jednym zdaniem a drugim,
ile zim można przeżyć, zanim przestaniemy udawać,
że to tylko pogoda.
Chodzimy.
Czasem razem, ale każde z nas osobno
w swojej wersji chłodu.
Mówisz: za ostro, ja: to jedyne, co jeszcze mówi prawdę.
Mówisz: nie trzeba pamiętać, od tego są daty, listy, przypomnienia.
Wiem tylko, że nic z tego nie działa, bo to, co ważne,
i tak wraca bez zaproszenia, w najmniej odpowiednim momencie,
jak kaszel w środku nocy.
Używamy tych samych słów do zupełnie innych rzeczy.
Układasz z nich komunikaty, ja próbuję nimi zakryć to,
czego nie da się już odwołać. Bo wszystko jest nietrwałe w sposób,
którego nie nauczyli nas w żadnej ze szkół, myśl znika szybciej niż się pojawia,
dotyk nie zdąży się utrwalić, a jednak ciało zapisuje go dokładniej
niż jakiekolwiek archiwum.
Jest taki moment, zatrzymujemy się bez powodu,
i powietrze robi się cięższe, jakby coś miało się wydarzyć,
albo już się wydarzyło i nie wiadomo, czy to jeszcze trwa.
Mówisz: czasami.
Ja: to nie ma przerw.
I nie chodzi o wielkie rzeczy. Raczej o to, że wszystko, co robimy,
układa się wokół jednego, niewidocznego punktu,
tego, czy jesteśmy obok, czy tylko się mijamy w tej samej historii.
Bo prawda jest prostsza, niż chcemy:
to wszystko, te drogi, rozmowy, chłód,
nawet drobne przedmioty, które gubimy i znajdujemy,
nie mają znaczenia. Zaczynają istnieć dopiero wtedy,
kiedy oddychamy w tym samym rytmie, choćby przez chwilę,
choćby nie do końca świadomie.
I może o to chodzi w powrotach, że nie przywracają tego, co było,
tylko sprawdzają, czy jeszcze potrafimy być
w jednym oddechu, bez gwarancji, że to wystarczy.






















