wtorek, 17 lipca 2018

Namiętność i trwoga




I pyknęły te wolne dni. W czwartek jadę do Poznania. Nabędę się z bliskimi. Spotkam z blogerkami. A w przyszłym tygodniu wracam do domu. Tęsknię już mocno. Kupuję książki, inne przyjemności. Przygotowuję się do jesieni, jeżeli w ogóle można się przygotować.






Zbieram jeżyny, maliny, borówki. Mama smaży dla mnie polewkę na ser. Jesień będzie miła, serio. 

poniedziałek, 16 lipca 2018

O odmierzaniu




Tu jest przerwa, stąd dotąd. I nie dlatego, że jestem starsza i mądrzejsza, ale dlatego, że zewsząd włażą i wyłażą zastępy gniewnych panien. Wynurzają się i nurzają. W brunatnych słowach, lepkich kwiatach (...) - czytaj dalej, klik

niedziela, 15 lipca 2018

O statkach




                                                                      Baśce Trzybulskiej

Baśka opowiada o ziemi, glinie, o właściwych tropach
w głębokiej wodzie. Mamy tak samo. Zamykamy domy jednym kluczem.
Wypatrujemy czegoś w krzewach. Wsłuchane w muzykę, książki.
Przyglądamy się wierzchołkowi labiryntu, kominom,
które odpływają po wypaleniu. W szczeble wplątane pióra,
dźwięczny głos w oddali. Bażant żyje.

Niezgrabnie naśladuje bieg, może lot? Kaprysy. Przekładam na nasz język.
Z kolejnych domów bliżej do wioski, listy od ludzi, ich życzenia.
Senne opowiadania o znaczkach. Odważniki, precyzyjnie ustawione
na szali, jakby były częścią opowieści. O tym, jak nikt z nas nie wychodzi na swoje.
Jesteśmy wzajemnie pożyteczne. Puszczamy mimo uszu świsty i gwizd.

Dogasa zapałka. Ten moment, kiedy wybiegamy do ogrodu.
Przyciągamy kamienie, klatki, wzrok sąsiadów. Mówimy o tym samym
na innych płaszczyznach. Wzorami z kopert, które zalegają
w szufladach. Wraca podróżowanie w przestrzeni, pamięć ciała.
Za chwilę nie będzie nikogo, kto biega po wodzie.

Stoimy w cieniu wiatru. Dokładnie wiemy, skąd przychodzi zmęczenie.
Jak szybko gęstnieje krew. Black orchid. Będziemy o tym myśleć.
W kółko, w leśnej pętli. I nic z tych rzeczy nie zniknie. Dzwonki.
Domki. Kolaże. Zdania dzielone przecinkami. Suszone owoce
popijane sodówką. Nasz śmiech i brak złudzeń, że dosięgną naszych
rąk. Szkoda. Mamy widok na kawał świata. Lasy, góry, ocean, dom
za domem.


sobota, 14 lipca 2018

Potrzebne jest nowe

Czyżby już przyszła jesień?




Jeszcze nikt nie wpadł na to, by jednak wakacje rozpoczynały się w maju i trwały trzy miesiące. Możliwe, że młodzi ludzie coś zmienią, zmodernizują ten świat po swojemu. Ich dojrzałość może być dla nas wyzwoleniem. Odpowiedzialność, to jednak dość deficytowa suma czynników wiążących, czy ktoś jeszcze na to choruje? Przez odpowiedzialność jestem sztywniarą, więc zdecydowanie ja choruję. Konieczność wchodzenia w rozległe sprawy, kompromisy i kontestowanie życia publicznego. 

czwartek, 12 lipca 2018

Lepsza strona papieru

Dla tych co lubią pisać i rysować.



Na papierze.

https://sklep.escribo.pl/pl/



Jak przystało na wzorową studentkę grafiki warsztatowej, zamówiłam sobie papier na którym będę się ścigała z ołówkiem i ścierała najbardziej szalone myśli. Sami spójrzcie, miłość od pierwszego supełka. 

https://sklep.escribo.pl/pl/




środa, 11 lipca 2018

Bezdech




Przeczytałam kilka piosenek. Wierszy o podróżach w kosmos.
Wędrówki w górę wyczerpują, jak w kółko powtarzane proste
formy, przełożone na języki obce.
Co jest dobre dla mnie, a co dla ciebie? Dotykanie sęków.
Rozerwane palcami włókna przędzy łączą granice, bez których
nie można żyć. Przybliżają nas do słońca. Wbrew sobie,

gdy pewnego wieczoru ziemia zagrała na instrumentach.
Deszcz i wiatr stukał w drzwi. Po drugiej stronie płonęły lasy,
kłębiło, zbliżało się coś, czego nie mogliśmy dostrzec.
Ziemia nie jest naszą własnością. Zielone liście na niebieskim tle,
niewyraźne mruczenie, kiedy daleko od nas dzieci zasypiają
na brudnej podłodze. Matki, pogrążone w modlitwie,
odwracają się do nich.

Światło ma swój ciężar, siłę inkasenta, przez którego toną rzeczy
w oceanie. Znowu jest ciemno. Nieobecność spojrzeń,
potrzeba formowania prostych nazw, żeby niczego nie dostrzec.
Jedni nie mówią prawdy, inni zamykają usta cukierkami.
To jest dla was dobre. Zaprzeczają. Chcą poprawiać niebo,
przesuwać chmury. Dziwne miejsce. Ludzie uprawiają rośliny
jak własne meble. Mordują zwierzęta. Malują twarze, czekają.

wtorek, 10 lipca 2018

Rozwój



Upał. Zasypiam przed północą, budzę się przyciśnięta do ściany. Łykam powietrze, po chwili sok z porzeczek. Z Paddym łączy mnie głęboka przyjaźń oparta nie tylko na wspólnych zainteresowaniach. Oczywiście nie musiałam wyjeżdżać, by się o tym przekonać, ale dzisiaj wyjątkowo boli mnie głowa, a jego nie ma, bo wymyśliłam sobie wakacje w trawie. I żeby była jasność, jak dotąd z leżenia w trawie nic nie wyszło. Ale nie tracę nadziei. Możliwe, że odpowiednia temperatura powróci. Teraz jeszcze pewnikiem gniecie się w zamkniętych pudłach wagonów, bez wody, bez powietrza, ale z perspektywą wolności. Dlatego wciąż czekam. 

poniedziałek, 9 lipca 2018

Asymetria



Jeżeli przestrzeń odbija się po drugiej stronie, odpowiednio wypada i przepada – tworzy porządek. Oglądamy nosy, nagle splatane ręce, można się pomylić w ilości kości, stawów, gdyby tam zajrzeć. Zakładamy jednolite barwą koszule, obrysowują linią talię, do perfekcji rozwidlają się drogi, przy pocieraniu deski nie ranią skóry. Mam wątpliwości o zapotrzebowaniu na światy inne niż ten przy kawie z irlandzką pianką, doskonalsze formy, regularność elementów, usytuowanie dróg, mostów, rzek. - czytaj dalej, klik

sobota, 7 lipca 2018

Literówki



Przy śniadaniu oznajmiam, że kuzynka ma dzisiaj urodziny. Jej syn, który akurat jest u moich rodziców z dziadkami, odpowiada na pytanie:

- Jak mama będzie świętować urodziny?
- Wypije szampona.

czwartek, 5 lipca 2018

Z niższości



poniższy tekst możecie również przeczytać w 24 numerze eleWatora


Wciąż nie mogę uwierzyć, że Johann Johanson nie żyje. Kropka. Wiem, że wystarczy jego muzyka, by z nim spać, śnić, jeść i by noce były gwieździste, a poranki mniej zamglone. To, co sobie wymyślę, mogę napisać, puścić jakąś historię na sen, wyuczyć się na pamięć nut, na wypadek, gdyby ktoś chciał to wszystko odebrać. Nie ruszam się i niech pan zrozumie. Przejrzy notatki, daty, zdjęcia, szpilki wbite w ścianę. Niech pan się dobrze rozejrzy, przypatrzy obrazom, wymyślnym zawieszkom pod żyrandolem. Pamięć płata różne figle. Zatem niech płata, rozpłata, przeplata. Nie wiem, co powiedzieć śmierci. Kto by pomyślał, żeby jej cokolwiek mówić. Ja jednak mam do niej żal, że tak mnie wyprowadziła prosto pod mur, obliczony na grubość dźwięków, na kwadraty nut i wrażeń. Mogłabym tu zostać, tyle że wciąż uchodzę z życiem, z jakimiś zadaniami, pyłem w kieszeniach, który wciąż przesypuję pomiędzy palcami. Dalszy ciąg dialogu jest nieważny, bo każdy dzień, niby podobny, a jednak inny. Nie wybrałam w życiu lekceważenia jako przewodnika rzeczywistości. Dlatego zmagam się z formami. Jakiej użyć, gdy staję przed okolicznościami, które wymagają sztywności i jakiejś dojrzałości wobec ludzi?

Co chciałabym powiedzieć? Kiedy czytam o plamie na oceanie i o wybuchach na jego dnie, o górze lodowej, która może podtopić Irlandię, to chyba nie potrafię zbyt wiele i logicznie mówić. Zabrnęłam w to wszystko zbyt głęboko. Pojęcia nie mam, kim chcę być, skoro już jestem, kim jestem. Nie wiem, czy potrafię wrócić do pięknych wizji świata. Tryskać humorem, by energia wibrowała niezwykłym blaskiem. Strach, że sztuka nic nie zmienia – ani myśli ludzi ani działań polityków. Śmierdzące kałuże z żółtymi otoczkami, niewinność doznań i omylni fachowcy od środowiska. Bezradność… Uczucie tak rzeczywiste i bolesne, jak okres, który pojawia się regularnie i zawstydza. Ktoś naiwny mógłby mi wiele zarzucić, że nieodpowiednio spoglądam, nie modlę się wystarczająco głęboko albo za mało wrzucam datków do kapelusza. Czasami czuję się głupio jako Europejka. Przechadzam się ubitymi ścieżkami w ciszy i spokoju. Biadolę coś o ekologii. 

Co ja wiem o śmierci? Nic. 

Deszcz, wiatr i sól w oczy. Szelest wiatru powoduje, że nie mam ochoty iść dalej. To nie jest złe, ale mam pewne plany. Czy jestem wystarczająco osadzona w życiu? Wszystkie smaczki, które mi życie serwuje i swoboda powodują, że łatwo uciec od siebie, kiedy tylko ma się na to ochotę. Przenikliwość, z jaką życie prowadzi przez gatunki literackie, muzykę, olśnienia w podsumowaniach filmów. Artystyczny światek - ciasny i epatujący. Tak. Jestem w nim jednym palcem. Wskazującym. I nic mi nie smakuje. Mdli mnie od pijaru, nadmiaru i egzaltacji. Wielu ludzi dotkniętych ślepotą, uwielbieniem siebie, traktujących inteligencję jak coś nieistotnego. Wydaje im się, że erudycja zastępuje te wszystkie luki i niewiadome, a to tak nie działa. Stoję i przyglądam się coraz płytszym obrazom, nieszczerości, czemuś miałkiemu. Karmione superego i pięknoduchy w otoczce lekkomyślności. Mozaika specjalistów - cienki obraz, ale coś tam się maże. Bimbam sobie i jestem kapryśna. Uśmiecham się do tego całego archaicznego przemysłu związanego z trenowaniem. Bez wątpienia wiele osób szkicuje, nieliczni zostają artystami. Mam pewną teorię na temat sztuczności, podszywania się i chęci doklejenia do wrażeń, kompozycji, które układam. Pomiędzy nimi a mną nic nie ma. Nic.

Siedzę i nic nie robię. Jeszcze pobędę tu w wewnętrznej chorobie. Częściowo już się wyspałam, wyprężyłam i naciągnęłam. Częściowo. Bo w moim wieku częściowo to najsensowniejsze określenie. W zasadzie to przez wszystkie lata ziemskie niewiele się zmienia. Domy wariatów, naciski, gotowe formy promowane przez domy kultury, stowarzyszenia, sytuacje sprowadzane do mianownika i interpretowane przez głosy z głębi, takie arcysubtelne i przerośnięte. Próżność, zawężenie pola widzenia, jakieś promocje, pytania. Wprowadzić jeszcze większy zamęt. Och, ta nowoczesność! Ten styl konwenansu i puszenia się w sztucznym tweedzie. Ślepe poruszenie, rozwiązywanie zagadnień, wstęp do niczego.

Lubię gromadzić buty i wszystko, co można przerobić na coś użytecznego. Paddy gromadzi skarpetki. Poza tym on uwielbia smak wody z kranu, ja wręcz przeciwnie. Ogólnie nie lubię smaku wody, nie rozumiem, jak woda może smakować? Znajoma napisała - pustką. I to jest najlepsze określenie dla smaku wody, według mnie oczywiście. Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy w smaku wody doszukują się życia. Tak. Wiem. W naszej ogólnej masie jest jej około 60-70%. Ale w bieżącej wodzie jest mnóstwo bakterii i innych komórek! Ostatnio oglądałam pod mikroskopem. To mnie jeszcze mocniej od wody odciąga. Co innego kawa, jest przecież tyle wariantów, wiem co napiszecie, jest na bazie wody. Woda jest bazą, i to jest wyjście do smaków, do rozmaitości. Niewyczerpalne źródło do testowania. Wczoraj obejrzałam Anihilację i mimo bliskości tematów biologicznych, jakoś tak poczułam, że film oblizuje jedynie problem ekologii. Za to muzyka w filmie piękna. Moderat jak wisienka na torcie. Eksplozja kolorów, młodość i nowoczesność. Okropność świata wdziera się tu we mnie. 

Spoglądam na stertę raportów. All questions carry equal marks. Nie ma znaczenia, ile pominę. Czas zawsze pozostaje w książce i ujawnia się wtedy, gdy otwierasz przedmowę. Oczywiście, że opublikują, o czym rozmawiamy, co napisaliśmy, jak odpowiadam łącznie i rozdzielnie. Ile odbitek pozostało w koszu, jaką intonację mają piosenki. Nucę przed snem Robota Kocha. Z rozmów o sztuce. I nie wiem, czy ciemność albo wspomnienia ze wspinaczki na Knocknarea coś zmienią, bo raz – że oczy mnie bolą, dwa – stopy również. Lęk prowadzi powoli, zawsze rozważnie, z ogromną dozą nieśmiałości. Za cieniem układam dyrdymały z nocy. Zgromadzone w jednym miejscu, pod kontrolą, mają kolor porannego szronu. Nagromadzenie spraw, śmieci, niezbyt jasnych zasłon w kącie. Wykorzenianie się znowu i znowu. W walizkach, torbach podręcznych, w rzeczach ze sztuki. Usiłuję w tym wszystkim widzieć – siebie, was, lenistwo z lewej strony. Rzadko coś tak mocno prowokuje do sprawdzania się przy dodatkowym pytaniu. Pamiętam jak Bernadette ostrzegała mnie, że pewne rzeczy znikają same. I chociaż mam trzy godziny na dobór słów, ominięcie absurdów i zakochanie się (ładnie brzmi – zakochana para), przekładam kolejną stronę, kluczę w odpowiedziach, przyglądam się, jak deszcz wytrąca prędkość na szybie. A przecież dużo jest dobrych stron. O rosnących drzewach, zawziętości, by pozbyć się kretyństwa, patogenów zła, uczucia strachu. Odrzucam impulsy i staję się czymś wygodnym. Do złudzenia przypominam matkę, graną przez siebie przez wiele lat. Jakby powiedział ktoś znajomy – wiedziałem, że to ty. Kształt teraźniejszy, przejrzysty głos. Tylko spojrzenie sprawia, że niewiele mogę zobaczyć, wyjaśnić.

Kiedy widzę koniec tego, co robię, już się cieszę, bo za chwilę odpocznę i nabiorę głęboko powietrza. Będę wypuszczać te wszystkie ciężkie gazy jak po nitce. Wtedy okazuje się, że dostaję kolejne zadanie. To nie jest jeszcze ten moment, w którym odwracam się na lewy bok, czytam teksty pisarzy z Peterson. Mało tego! Nawet nie mogę zachwycić się porannym słońcem! Wstaję, ruszam przed siebie, przelotnie traktuję rzekę, ocean i góry. Nie mogę odpowiadać na wezwania, umawiać się na piwa, kawy i inne przyjemności. Wciąż słyszę: nie mam czasu. Ach! I ten moment dzisiaj rano - spojrzałam przez okno na bujające się drzewa, opustoszałą okolicę, gdzie porzucone rowery, hulajnogi leżą przez okrągły rok i poczułam ulgę. Tak wygląda część mnie, kiedy nie śpię, nie bujam nogą i nie fotografuję.

Wyglądasz na zmęczoną, uśmiechasz się i widzę srebro ścieżki, wtedy zerkam na zegarek. Szósta po południu. Lampa zamigotała, zgasła, usłyszałam plusk wody, pękającą podłogę albo tchnienie desek, które prostują się i prężą. Przygnębia mnie dźwięk łopaty. Trudno wtedy miłość nazywać namiętnością. Spadający worek z piaskiem przypomina kształtem ciało. Nie śmiejemy się, zaciskamy dłonie, grzebiemy w pamięci, aż ciepło snu ogarnie tył głowy. Myślę o godności. On o czystej koszuli, czy krawat pasuje do skarpetek, a spinki są większe od rozgrzanej rtęci. Przypomina zabawę na lekcjach chemii, bada naturę i przemiany zachodzące pomiędzy substancjami. Dlatego chodzenie po pokoju jest jak szelest oddychających liści. Opieram się o manifest, o lirycznych bohaterów, którzy budzą się gwałtownie w myślach. Coś odeszło i nie wraca, podnosisz buty, gumowany płaszcz, ukrywasz dłonie pod pachami, nie chcesz skierować lęków w miejsca, w których łatwo wykorzystać zdolności młodych kobiet. To była ta sama szklanka wody, plaster cytryny, gorycz przygryzanej wargi. Poznałam tiki, triki. Wieczory, gdy wychodzę, mimo że leje od kilku godzin. Wracam. Po wykruszonych ciastkach, które nie mogą być podłożem do hodowli kwiatów. A jednak coś zakwitnie. Rozniesie się i przypomnisz sobie nazwy ptaków, owadów. Na wiosnę zieleń i trochę rdzy, co przebija albo nasyca. Dlatego oddalę się grzecznie i pójdę porobić zdjęcia, bez żadnego uzasadnienia. 


poniedziałek, 2 lipca 2018

Dla utrwalenia



"Straciłam wolę do zadowalania tych, którzy mnie nie lubią, do kochania tych, którzy mnie nie kochają i uśmiechania się do tych, którzy nie chcą uśmiechnąć się do mnie. Już nie spędzę ani minuty na tych, którzy chcą manipulować. Postanowiłam już nie współistnieć z udawaniem, hipokryzją, nieuczciwością i bałwochwalstwem. Nie toleruję selektywnej erudycji, ani arogancji akademickiej. Nie pasuję do plotkowania. Nienawidzę konfliktów i porównań. Wierzę, w świat przeciwieństw i dlatego unikam ludzi o sztywnych i nieelastycznych osobowościach. W przyjaźni nie lubię braku lojalności i zdrady. Nie rozumiem także tych, którzy nie wiedzą jak chwalić lub choćby dać słowo zachęty. Mam trudności z zaakceptowaniem tych, którzy nie lubią zwierząt. A na domiar wszystkiego nie mam cierpliwości do wszystkich, którzy nie zasługują na moją cierpliwość.“ Meryl Streep


sobota, 30 czerwca 2018

Czarno białe



Z kwiatków i poziomek nie wyrosłam. Wciąż bawię się światłem. Z tych zabaw wyszły dość dobrze dwa portrety. Poza tym zimno i wietrznie. Szaleństwo. 




piątek, 29 czerwca 2018

czwartek, 28 czerwca 2018

Organizm



Przydrożne maki w centrum Poznania. Oblepione mszycami. Mszyce znieczulają się już odpowiednio do okoliczności. Jak jest? W domu, spokojnie, miło i sentymentalnie. Jednak kiedy muszę wyjść dalej, napotykam opór materii. Ludzie rzeczywiście wierzą, że ich świat zmienią politycy, na lepsze. No cóż, tak to nie działa, ale wróćmy do maków i mszyc, jest w tym jakaś analogia. 








środa, 27 czerwca 2018

Mleko i miód



Rupi Kaur i jej wcielenie nad Wisłą - Ciarkowska, Sławomir i jego wcielenie fałszujące w Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu. Coraz częściej obserwuję, że wielu moich znajomych, przyjaciół, promuje zupełnie inne wartości, niż te, do których przywykłam. Jest mi smutno, bo życie schodzi na psy, chociaż to my decydujemy, co jest dla nas ważne, a co nie jest. Już nie wiem, gdzie mam się schować. Napiszę szczerze, czasami trzeba się postawić, bywało, że w sZAFie, czy w ArtPubie mówiłam - nie, kiedy innym wszystko było obojętne. Oczywiście miewałam wpadki, bo się zwyczajnie myliłam, jestem tylko człowiekiem, jednak moje wpadki zawsze wychodziły na zdrowie autorom, których wierszy nie opublikowałam, bo wpadki wynikały z odmowy, a nie aprobowania - jak leci. Lubię Babiniec, jednak uważam, że część wierszy, nie powinna pojawiać się na tej stronie. I chociaż wczoraj zgodziłam się na publikację mojego wiersza w Babińcu, zastanawiam się, czy rzeczywiście wrzucanie wszystkich piszących kobiet do jednego worka, to właściwy kierunek. ALE MOŻLIWE ŻE SIĘ MYLĘ, bo kiedy Rafał Gawin mówi/pisze o grafomankach, ma właśnie mnie na myśli, bo kiedyś o tym wspomniał mojej znajomej i trudno mi jakoś obojętnie przechodzić obok tego określenia. Więc, czy mam prawo w ogóle na ten temat pisać? Kiedy nie docierają do nas wiersze, teksty różnych ludzi, czy rzeczywiście, musimy obrażać, opluwać, wykluczać? Wielu moich znajomych lubi Rupi Kaur, uśmiecham się do nich, bo mają prawo lubić co chcą. Mają prawo do bólu, mówienia o nim, a ja mam prawo zaszyć się w sobie, przełamać w pół i odnajdywać jedynie we własnym świecie. Co nie zmienia faktu, że jednak w ArtPubKultura i w nowym projekcie nad którym obecnie pracuję i niedługo ujrzy światło dzienne, będę ludziom tworzącym odmawiała, kiedy uznam, że to nie jest ten moment. 


poniedziałek, 25 czerwca 2018

Z rozpędu




Patrzysz na bażanta, który mieszkał obok. Bez stada, śladów, kiedy się odwraca i nic nie wzbiera, nie płacze. W długie wieczory tkwimy myślami w listach. W tamtej chwili, lekkiej jak pióra sformułowanych w zdania monologów. O tym, z czym sobie radzisz najlepiej, a co ciągnie się schodami na strych. Pracownia. Przekładam kostki, owoce, grzechotki. Klatkę. Przez drzwi ucieka ciepło. Wiadomo – poza dziećmi coś albo nic nas (nie) łączy. Możliwe, że głos zahacza o miejsca. Skórę, wystające kości. Pieści się z nami (....) - czytaj dalej, klik

środa, 20 czerwca 2018

Solaris 2018



Do rodziców przywiozła mnie swoim wyścigowym autem Kalina, napiszę tak, jestem oczarowana. Niestety przejazd koleją pomiędzy Poznaniem a Piłą jest utrudniony, ale z Kaliną, mogę jechać na koniec świata. Wyciągnęłam nalewki, które wygrałam u Izabelki i jest tak...