Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiersz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 lipca 2025

cykl - Lekkość czerwieni

 



Ziemia oddycha w twojej dłoni,
ślady po trylobitach tłumaczą milczenie skał,
w strukturze grzybni zapisano echa
wszystkich świtów i zmierzchów.

Nieistnienie to tylko moment,
gdy kolory przechodzą w inną formę,
bordo w cynamon, zieleń w miedź,
światło przebiera się w cienie,
a ty, w odwróconym zwierciadle,
szukasz granic ciała, które łączy wszystko,
co nigdy się nie rozpadło.

Jest w tym równowaga –
rozbita porcelana odnajduje sens
w blasku złotych szwów,
pęknięcia to mapy,
prowadzące do wnętrza
tego, co trwa.

Wyczuwasz pod palcami
okrąg i płaskość, ciężar i lekkość,
wszystko pasuje do siebie
jak zużyte ubranie –
pamięć ciała,
pleśń ucząca się śpiewu ciszy.


Lekkość czerwieni II


Ślady po zniknięciu
Pachnie rdzą i przeszłością,
pęknięcia wołają o zapomnienie,
choć linie dłoni wciąż sięgają krawędzi.

Włóknik, cieniutki jak oddech,
rozpruwa materię, która cię trzyma –
chwile rozpuszczają się w wodzie,
kręgi znikają, nim zdążysz je policzyć.

Pismo z kości, rysujesz palcem mapę –
czy grób naprawdę kończy opowieść?
Każde pożegnanie prowadzi gdzie indziej:
ku głębi ziemi, ku światłu w kamieniu,
ku ciału – uczy się formować echo.

Niepotrzebne staje się początkiem.
Papier i farba, patyna i kamień –
pamięć odpoczywa w ciszy.


Lekkość czerwieni III

Wydelikatnianie

Pleśń i grzyby już żerują na liściach,
jakby każda zieleń mogła wypełnić pustkę ziemi.
Dotykam stopami powierzchnię, a czas wytraca swoją masę.
Mapa, którą rysowałam palcem po piasku,
jest wspomnieniem linii, które biegły donikąd.

Oddycham skórą lasu,
w tętnicach słyszę coś więcej niż krew –
to szelest wiatru, migotanie świateł między liśćmi,
rytm wszechświata, którego nie umiem odczytać.
przykładam głowę do mchu, a niebo przegląda się w moich oczach.

Ciężkie chmury nie ważą więcej od myśli –
czy wody coś obchodzą liście?
Czy rzeka zapamiętuje ich kształty, zapach,
gdy pędzą na spotkanie z oceanem,
gdzie ryby są tylko migawką pod powierzchnią?

Czasem czuję, jakby wszystko już się wydarzyło –
lodowce, słońce, ognie,
byłam jedynie kręgiem na wodzie,
echolokacją zdarzeń, które spadają na mnie
jak latawce z przerwanymi sznurkami.

To się dzieje – rzuciłeś słowa jak szkło,
załamało światło i odbiło słońce
prosto w moje oczy. Nigdy nie będziemy
bardziej ułomni, niż teraz,
próbując dotknąć horyzontu, który zawsze umyka.

A ona?

Ona tylko chciała poczuć trawę,
ale to szkło w stopie powiedziało jej więcej, niż kiedykolwiek
mógł powiedzieć widok na miasto – rdzawo-szare —
przeżarte przez słońce, przez czas, przez naszą niezdolność,
by naprawdę stanąć, spojrzeć w górę i przyznać:
to wszystko jest tak kruche, tak oszałamiające,
i tak bardzo nas przerasta.


Lipiec 2024

środa, 16 lipca 2025

Odejście od tradycji

 



Ktoś na Facebooku przekonywał mnie, że kobiety przesadzają z przemocą, że to jest odpowiedź na ich zachowanie. Że są same sobie winne. Że walka o godność to histeria, a bunt ma posmak różowego kremu. Że kiedy odchodzimy od tradycji i zaczynamy być wulgarne, same prowokujemy przemoc. Jego głos, spokojny jak marmur, osądzał nas zza pulpitu i wygody. Nie zna strachu, który paraliżuje o świcie. Nie zna słów, które uderzają jak otwarte dłonie. Dla niego przemoc jest zmyślona, a nasze opowieści, to tylko dekoracje. Ten wiersz nie powstał w odpowiedzi na jego słowa, narodził się dużo wcześniej. Wziął się z miejsc, które pieką, krwawią i nie zamierzają milczeć.


Mężczyźni twierdzą, że to miękkie. Lukier, róża, migdały.
Ale to nie twoja skóra piecze od czerwonych kul,
nie twój węzeł chłonny pulsuje jak kołatka u drzwi.
Przyszedłeś się pośmiać? Poczekaj, aż spadnę z twojego podium.

Chodzę i pytam: gdzie ukryto moje miejsce.
Ty pytasz, gdzie moja powaga. W grudniu pod paznokciami
zbiera się sól z zimowych chodników.
Kiedy się kocham, czuję smak metalu na języku.
Kiedy się boję, czuję to samo.

To nie ja wyglądam jak maryja. To ty jesteś świętym obrazem
siebie: ręce gładkie, słowa jak mosiądz. Moje palce
są poparzone, bo wkładam je tam, gdzie ty boisz się zajrzeć.

Pisanie o krwi to nie ckliwość. To chirurgia.
To odklejanie bandaża, zanim zagoi się rana,
bo właśnie wtedy widać prawdę.
Twoje słowa są twarde.
Moje wchodzą w skórę jak opiłki szkła.

Nie pytaj, kiedy mam okres.
Nie pytaj, dlaczego piszę o plamach.
Moje ciało mówi więcej, niż kiedykolwiek napiszesz.
Twoje ciało? Twarde jak beton —
puste w środku.