Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiracje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 stycznia 2015

Zakłócenia



Jestem zmęczona, you know, chodzeniem na cmentarze,
w nieznanych kierunkach. Przybywa nas mniej
lub więcej. Kogo to obchodzi, że żyjemy w niedostatku?

Jestem zmęczona kwadratami, kołami, smakiem deszczu.
Znowu wyliczam w śpiewnym akcencie, pożytkuję cyfry.
Gromadzę je, wyprowadzam na spacery, spuszczam ze smyczy .
Godzę się z nimi, otaczam opieką, karmię.

Wysiedź dzień z modlącymi kobietami i nie dokuczaj im, nie odpytuj
z rachunków. Niech odnajdą zaklęcia, które ugrzęzły w gardle.
Nie uleczę umarłych. Dziś obierają ziemniaki, jutro już ich nie ma.
Jestem zmęczona nazywaniem dni, miesięcy. Śmierć najszybciej zrywa
każdą przyjaźń, choć nie wierzę w rocznice, jedynie w obwódki na szkle.



niedziela, 28 grudnia 2014

Zatracenie



Wtulałam się w zimno. Czerwony nos, uszy, ręce, ale nikt nie wrzeszczał,
nie klaskał, nawet ptaki o tej samej godzinie przepychały się w powietrzu.
Zostawiam tak samo wysiedzianą trawę jak wydeptaną ziemię, wzór,
do którego przymierza się mysz, kot, nos psa, zanim spadnie deszcz.
Zwierzęta brudnymi łapami rozniosą grudki ziemi, pociągną za sobą
rozszarpaną sierść, chustki w kratę, cokolwiek było w kieszeniach.

Niepokój, gdy brakuje końca snu, okruchów głodu, oczyszczenia, wewnętrznego
głosu, więc szturchasz mnie w ramię i mówisz, no chodź. Idę. Z nazwami
miejscowości, imionami, przechwyconym nazwiskiem. Zatracam się w patrzeniu,
w labiryncie sytuacji. Ile z nich będzie się cieszyć, a ile odejdzie, odjedzie,
wydali z siebie nieprzychylność. Musztardowe zasłony przyjmują kolor z zewnątrz,
nadal złości cię ruch w oknie. Jesteś pożywieniem dla kłamstw, wymówek. Dłonie
odbierają filiżankę, pieniądze, niedoczytane książki, notesy z numerami telefonów.

Odwracasz się. Jesteś pomiędzy dnem, a dnem, wypisaną kartką z gratulacjami.
Wyobrażasz sobie orkiestrę, smak morskiej fali, spóźnione pociągi, pośpieszne palce,
naiwność, którą zgubiłeś w gęstych włosach ukochanej. Napięcie rośnie, iść, wejść,
przejść. Skłamałeś. Ile rozbitych łokci, kolan. Podwijasz nogawki i siadasz obok.
Trawa pachnie, płaskie kamienie łączą się ze skorupami, tłumią śpiew ptaków. Obojętność
zbiera żniwo jak luty, Shannon podtapia domy.
Najgorszy jest strach, nawet kiedy już go nie ma.

25.02.2014

sobota, 27 grudnia 2014

Wszystko mamy wspólne

Katarzyna Tchórz 


Gdybym mogła wyśpiewać chwile odchodzenia,
moment, w którym piękno otwierało się i gotowe do skoku
tańczyło z dreszczami. Pośród teatralnych póz, gdy wracałam
z dziewczynami z książek Eliota.

Mogłam rozłożyć parasol. Ten sam, o który zawsze
pytają cię na lotnisku. Rozplączesz martensy,
a pan o czekoladowych oczach nazwie pięknością i słodko
obejmie nadgarstki, żebyś się nie zachwiała,
kiedy trudno siebie pojąć albo zapomnieć.

Czy widzisz sens? Nie przynosi zysków.
Zatrzymuję się na osiemnastym wieku, nie był light,
nawet nie potrafię biec przed siebie bez wspomnienia mapy,
zgodnej z krańcem świata. Miażdży wartość jałowej ziemi.

Jak zareagujesz na dwojga, gdy w słoneczny poranek przebiegają:
biała spódnica i spodnie - akurat to ich wyróżnia.
Po prawej stronie kwiaty. Myślisz, że tracę pamięć?

Owszem, przez godzinę niepotrzebnie głupio się czułam,
odbiegając od nóg. Nie zwróciłam uwagi na chłód i wszystkie
gazety, choć wiadomo jak się czuje strach, rzucający nas na łóżko
w wilgotną pościel.

31.08.2012

sobota, 20 grudnia 2014

Odliczanie

Katarzyna Tchórz 

Szukam siebie w prostych czynnościach.
Rozpalanie, parzenie, ale mieszka nam się świetnie.
Nie jestem mechaniczna, nie rozumiem dlaczego
suche odpowiedzi wciąż zaskakują filologów. Podobno
nie radzę sobie z emocjami, rozjeżdżam się. Jeszcze
jeden krok i świadomość zawiśnie na końcu zwiędłych
szyjek.

Ciemność wciąż nie na miejscu, w złej fazie,
do której nie dochodzimy. Odpływają rybie domy,
odlatują ptasie trele. Spirale liści, wiatr układa ziarna,
kiedy nie podglądam wyobraźni. Wtedy zaprzeczam,
że zasnęłam.

W klimacie przepełnionym wilgocią wąziutkich nor,
owadzich kryjówek. Nie przeliczam ich, nie wstrzymuję
dźwięku kołatek. Świat budzi mnie w porze nie do wytrzymania.
Jeden, dwa, trzy.

czwartek, 18 grudnia 2014

Przetrwanie w nowym miejscu

Hugo Giza


Oddalam się i nie mam pewności, który to nawrót.
Podróż w czasie, spokój, ślady lęku. Śpiew kobiet
imitujących Zazen. Później wywloką je poza granice,
odpłyną łodziami. Będą wypełnione tym, co odeszło,
dryfować, aż zatoną.

Wskazówki na skórze. Pokręcone rany przestrzegają
jak znamiona. Znaczą krajobraz. Jednocześnie,
rozdzierając język, jąkają nowe słowa,
zaczyna się gra.

Skarby. Miód w nacięciach łodyg. Przestronność,
w której układam tęczowe dywany, gładkie bryły
przypominające oczy. Urojenia wydobyte z nasion.
Powinnam je zatrzymać. Chronić opowieść o sekwencjach
poszczególnych wydarzeń. Nie chcę znać na pamięć
wszystkich odpowiedzi.


niedziela, 14 grudnia 2014

Obrysowany palcem horyzont



Fascynują mnie pręgi na skrzydłach, zbliżają do tajemnicy.
W locie spojrzenie kota jest piękniejsze, niż kiedy próbuje
opanować technikę znikania. Chciałabym wejść
w ledwo wyuczone słowa. Wczuć się w nie, wydłubać oczy
drozdom.

Na długo przed nami mężczyźni nabijali czym popadnie fajkę
i wpadali w ekstazę. Kiedyś nie było tabletek nasennych,
pornoli, kuchni wegetariańskiej, popularnego sushi. W powietrzu
pachniało calvadosem, liśćmi chrzanu, świeżym chlebem.
Myślałam, że bez krzyku odchodzi się prędzej,

bezboleśnie. Szukam początku, czegoś bardziej trwałego
od stromej ściany, na którą wspina się chłopiec podobny do mojego syna.
Słyszysz? Mimo zamkniętych okien ocean przywołuje,
wyrywa z objęć, jak tęsknota oblepia piachem stopy.
Gdziekolwiek idziesz, wrócisz na klif. O pękającą falę zedrzesz skórę.


29.06.2014



piątek, 12 grudnia 2014

Sposób chodzenia

Hugon Lasecki


Szukam pośród ludzi, widm, które sprowadzają do domu
woń spróchniałego drzewa. Nie jest wytworem wyobraźni
próba mycia wodą z mydłem iluzji, gdy trudniej się położyć
na plecy, powiedzieć sobie komplement.

Nie czuć obaw w zmęczeniu. Ciemność przetrwa pod schodami.
Śpiący tam, spokojni, przekonani o zmyślonych
elementach natury, wyzwala, karmelizuje cukier dla kogoś,
kto przyjmuje na język świat i nie poszukuje.

Miałam dość piwnicy zagraconej skrzyniami.
Wypełnione portretami przybyszów pełnych czułości dni.
Myślę o niczym. Przystosowuję wzrok do kształtu podłogi,
nie muszę krzyczeć: opuść klapę!

Wchłaniam zapach płóciennych obrusów, ciało chłonie narkotyk,
z każdym dźwiękiem przypomina o sobie.
Miliony twarzy, wszystkie zdumione, jakby w odbiciu
intymnych tajemnic łączyłyby się punkty styczne mórz i oceanów.

Stopy dotykają płyt z brązu, odlane na podobieństwo pisarzy,
ugrzęzłych w zaułkach ulic i ramiona wystawiają na deszcz.
Przeglądam tłumy przy wejściu do biblioteki, pytam: dlaczego
ukrywali księgi oczywiste jak złoto.

07.09.2013

środa, 10 grudnia 2014

Nie mogę zamknąć oczu, kiedy widzę medytującego kota


Hugo Giza

Czasami przyjmuje inną pozę. Dzisiaj jest jednym z nas.
Badam jego refleks, czymś się musi odróżniać. Bez końca
identyfikujemy odbicia. W obrazach sygnowanych przez dzieci.
Upodobałam amarant, kamień o barwie mojej tożsamości,
relacji z bliskimi. Miłosną konstrukcję. Widzieć i chcieć.
Udajemy, że nie ma złudzeń ani brakujących części
fotografii.

Chodź za mną. Otulaj stopy, urządzaj koncerty. Kiedy trzeba
wciśnij kit. Będę zazdrosna. O natrętną miłość. Wywłaszczanie
przedmiotów, słów, które przywracają węch i wyostrzają wzrok.
Podzielimy się bezsilnością. Nauczysz mnie gonić, wtedy opiszę
dynamikę popędu. Wolność.


niedziela, 7 grudnia 2014

Post dedykowany czytelniczce Miłosza

fot. Grzegorz Majchrzak

To jest tak, że czasami rozmowa jest zaczepką, kiełkującą myślą, embrionem, tym czymś. Tak jest i tym razem... Wyrzucam za nawias, co ugrzęzło i zajmuję się mową ciała, obiadem, tiramisu. To był dobry dzień. Niespodzianki. Czytamy książki, lubisz Miłosza i dzielisz się ze mną odciśniętymi znakami. Ja tak mam z Herbertem, a może... nie wiem z kim tak nie mam, biorę tomiki, leżą gdzie popadnie, czytam Pamięć Smieny Wioli Grzegorzewskiej, jej wiersze są jak druga skóra, jak młodość, która wraca w zapachu jaśminu. Bez moich Irlandzkich poetek nie poznałabym tego kraju. Pokochałam, a one mnie. Więc czytam, odkładam, prasuję koszulę, następną, idę do Ingeborg... I tak... posłucham Sigur Ros, posłucham Ibeyi, przebiegnę się po świecie, wrócę na Mullaghmore do Yeatsa. Każde miejsce na końcu języka czymś pachnie. Zapamiętuję, muszę tam wrócić, ale najpierw praca.

sobota, 6 grudnia 2014

O odkrywaniu


Alicja Rodzik 


Pisywałyśmy dla siebie historyjki, wstrzymując oddech,
tu i teraz, w przeszłości, ze smakiem cynamonu
z mlekiem. Pisałyśmy smutkiem, który wkrada się pod powieki
i nieodwołalnie ginie, kiedy zamykasz na głucho okna.

Bajki biorą się z życia, odklejam je od snów.
Zaprzeczasz, że o nich można pisać i mówić
do nieskończonego odtworzenia każdego szczegółu.

Deformujemy pory roku, usuwamy pióra z podjazdu,
przelewamy się wiernością, heroizmem. Krzyczysz z ogrodu,
że drzewo traci liście, jakby miało ich nie tracić.

Coś tam się czai, przyzywa gestami. Wypełnia uszy
i raz na jakiś czas pozostawia samą. Niczego nie czuję.
Umysł wciąga mnie w kolejną alegorię.

środa, 3 grudnia 2014

O zaangażowaniu


Katarzyna Tchórz 

                                                                  Kasi

Powiedziałaś, że dostrzegasz podobieństwo
w przyciętych włosach, depilowanych brwiach. We wnętrzu
dłoni formujesz ciepło. Codziennie spacerujemy. Ograniczona
ilość przekształceń. Tak łatwo innym podsumować słowami
ptaki, kosmos.

Oddelegować w niebyt zmiany, umieranie, które skazuje
na decyzje. Nieustanne połączenia. A kiedy patrzę w posiniaczone
twarze, noże tracą blask. Dzień ciemnieje, nie wiem, co zrobić
z rękoma.

Nie wiedziałam, że tamta część domu nie istnieje.
Jakieś portrety. I myśli czym jest obraz, pamięć. Dobra
na wszystko. Mechanizm, uruchamiany w nas jak bagno,
wciąga w tajemnice. Utożsamia lądy z osobami, odrzuca
złudzenia i tylko przepaści nie da się obejść, opłynąć.


czwartek, 27 listopada 2014

O lataniu




Chciałabym napisać o pszczołach, ale pewnie już ich nie ma.
Nie poznasz smaku czeremchowych płatków, pyłków, zakłopotania,
z jakim próbowałam wyrwać się z objęć dopiero poznanego,
przeskoczyć przez płot. Zapomnieć o napięciu, zrozumieć kim jestem.

Wtedy przyszłaś. Drapałaś po stopach, pozostałością po piórach,
łagodnie dziobem. Ciągle myliliśmy twoje imię, ktoś śpiewał,
że mamy uważać, schylać głowę. Kiedy się wściekasz, latasz.
Na początek chciałam połączyć wszystkie litery ze słów
rozpoczynających się na P.

Każdego dnia gubiłam pierścionek, a ty kładłaś go na stoliku.
Liście miłorzębu, radosne opowieści ze skrytek. Niepewność,
czy zostaniesz do wiosny. Później zniknęłaś.

Przeglądam porzucone gniazda i zaglądam do latarni morskich.
Zapomnienie to zatrute źródło wiedzy, śmiałam się, że wymazane słowniki
nie istnieją.



poniedziałek, 24 listopada 2014

Stare bilety tramwajowe



Agnieszka Renusz



Przypomniałam sobie o niezakończonej rozmowie.
Ubywające doby najlepiej odmieniają się przez przypadki.
Dręczą cię wątpliwości. Teraz wiem.

Nie przestanę marzyć, chociaż nie odpowiadasz
na pytania, nie piśniesz słowa w sprawie badań.
Oczywiście, chciałabym słać tylko powłóczyste spojrzenia,
zdjęcia bujnego biustu i jakieś bardzo babskie
gadżety.

Resztę zakodować w dialogowych dymkach
komiksów, w tle zdobionych byliną parków, w lirycznej
rymowance. Wszystko robię, żeby nie być
zdrowa jak ryba. Kartki z pamiętnika rozmyły się pod prysznicem.
Nie doceniłam wagi wilgoci, smaku łez, nie zauważyłam
kształtu ust w powtarzanym każdego dnia,
bezgłośnym pożegnaniu

11.06.2012 z tomu Liczby nieparzyste 


piątek, 21 listopada 2014

Obłęd z wodą





Powinnam wymienić kieliszki, szklanki, ale słucham Troelsa Abrahamsena.
Obserwuję topniejący śnieg i wymigujące się oknom chmury.
Kiedyś napiszesz o twardości drewna, opowiesz, jak oswoić latającą rybę,
zanim zetną ostatnią warstwę torfu.

Kolejna seria poświęceń. Ogród w deszczu, mój wstręt do robaków.
Z tego powodu opóźniam wyjście. Pragnę bezdeszczowej zimy, proszę
improwizuj. Chociaż lubię regaty, odgłos pluskania. Zroszoną ziemię.
Unosimy się, mijamy dziesiątki domów, jakiś chłopak maluje miasteczko.

Przypomina obrazek z wizytówki. Nowi mieszkańcy nie wiedzą, że ocean
po tamtej stronie nadal trawi skały. Kiedy się wyrwie spod kontroli, przestaniemy
mówić o miłości. Jego wnętrze wszystko przewróci, pokryje,
po brzegi napełni wiadra i umywalkę z dwoma kranami.

środa, 19 listopada 2014

Zapisani



Zaczyna się wcześniej, zanim pomyślisz,
że już początek. Fascynacja, spanie to tu, to tam.
Miejsca wybrzuszone słoną wodą, niewyjaśnione sytuacje,
strumień pisany przez emigranta. Rozpoznanie inauguracji
nowego.

Pozmieniam cię. Do czystości skóry, jaźni,
z której wypływa nawiedzenie i lęk. Widma istnieją,
kokietują się przeszłością, chociaż nie tańczą, kiedy nucisz
liryczną piosenkę. O nieobecności w naszym życiu było
już za wiele.

Dzikie plaże, postrzępione fragmenty paragonów, bazgroły
z empirycznych formułek. Projekcja tego, co wyrośnie
w ustach i wleje się do żołądka. Zdumiewa mnie ruch.
Rozgrywane sceny spacerów po Achill. Porzucona wioska,
płacz głodnych dzieci.

Unikam ozdobników. Zawsze mocno dokręcam krany,
jest we mnie fobia? Po kilku łykach whiskey powinnam odejść,
nie czekać czy mnie rozumiesz. To musi być niezmiernie krępujące,
kiedy odkrywasz znaczenie słów, a mnie na dobrą sprawę nie ma.
Żartujesz, że kiedyś znałeś kobietę, ale nie wyjawiasz jej imienia,
tylko trzymasz mnie za rękę w środku widmowego tańca. Znikamy.


wtorek, 11 listopada 2014

Maski


Katarzyna Tchórz 


Za chwilę pójdziemy w góry albo zmienimy się w to,
co dochodzi w nas o trzeciej w nocy, opada przy drzwiach.
Kobietę udaje kobieta, mężczyznę, wszystkie uczucia.
Sterta kości, ości, słychać nieprzytomne jęki,
przejmujący krzyk. Tymczasem uzupełniamy się całym ciałem,
rozumem i siłą.

Kłucie w krzyżu, od którego gubimy się na granicy obrazów,
pozostawia nas w ramie. Najpierw opowiadamy o malarskiej
potrzebie sugestii, wspieraniu detali, przestrzeni. Później
opada to, co zakrywa brokatowa zasłona.
Koniec komedii. Ktoś przyjedzie nas zmienić,
oderwać od kolejnej nocy, torebek z kardamonem.

Wydaje się, że nic złego się nie może przytrafić. Środek,
rozwleczony po całej przestrzeni względem osi, przypomina
gwiazdy. Powiedzmy, że komuś znowu wydarto noc, jakbyśmy
widzieli się we śnie i znosili z gór. To jeszcze bardziej podsyca
wyobraźnię , dlatego mamy ochotę na placek ze śliwkami,
kawę z cynamonem, opowiadanie Lema.


środa, 5 listopada 2014

Lecą liście

Czapla art

Czapla art

O piętnastej chmury zaciągnęły słońce. No i masz. Napisałam dla Asi wiersz, przepisałam go dwa razy. Leży na pulpicie, a ja nabieram dystansu. Wiem, że dopiero jest listopad, ale marzę o maju. Ciepłych długich dniach, gdzie w ramionach męża będę spacerowała tu i tam. Znowu jestem na granicy zimy i deszczu. To nie jest zły czas, mogę się zająć pisaniem, układaniem wątków w książce. Myślę, że dojrzałam do prozy. Możliwe, wszystko jest możliwe…


sobota, 1 listopada 2014

Z cyklu Mullaghmore




Powrót


Zadziwiający, zwodniczy, zwraca ku sobie.
Kolejne zetknięcie z oceanem, torfem, wrzosami,
których nie mam odwagi wykopać nie zahaczając o przestrzeń
mojego ogrodu. Mogłabym urządzić to inaczej, groźniej.

Mniejsze i większe fale, gorliwość z jaką mnie tuliłeś
w przeszywającym wietrze. Zapamiętać myśli,
że nic lepszego nie mogło nam się przytrafić.
Poruszenie piekieł, tak mówiłeś o kotłach, gdy tworzyły pianę,
i sól pokrywała skały, mikroskopijne listki krzewów,

które wiatr przepędzał w naszą stronę. Pod górę.
Pomiędzy pustymi gniazdami, bo od dawna życie odebrało
beztroskie dzieci. Wolność nie wypełnia pustki, ulubionych rozmów
przy śniadaniu. Słowa jak upiory, kładą cienie, zarządzają oddechami
gdzieś w środku nie mojej wyspy. Nagość łasi się do nas.
Zastanawiam się, co możemy tu zostawić, rozsupłać. Spalić.

czwartek, 30 października 2014

Wyłom

Hugo Giza


Chciałabym wyznać zaklęcia, zmniejszyć ból.
Wyszalejmy się, nie wstrzymuj oddechu, to na nic.
Powiedzenie tego na głos powoduje, że komplikujemy
jesień i twoja skóra marszczy się jak nie powinna.
Tyle nadziei, uścisków, nieśmiałych rozmów.
Zamykasz się po nich na głucho.

Gdybym potrafiła zrozumieć wodę, która wypełnia
ciało. Nie musiałabym więdnąć. Żebyś obserwował
piękno dnia. Przez uchylone okna, czy daleko
sięga. Zielony zgiełk, szum pszczół, susz wrzosów
z Mullaghmore. Zanim ekologia wypełni stare torfowiska,
pory roku zapanują nad mgłą

w osamotnieniu. Ślizganie się po grzbiecie fali,
drętwienie oczu, za każdym razem, kiedy siła ciążenia
wlecze cię na dno. Zmuszasz mnie do wypatrzenia
nieznajomej piękności, która zsuwa się robiąc pętlę.
Przeszywa gardło i krzyk budzi nas, nagle wspominamy
nieznane miejsca. Jeszcze raz.


środa, 29 października 2014

Nie zajmujemy się polityką

fot. Grzegorz Majchrzak 


Co mogę? Powierzchowne, szorstkie, porośnięte. Mech. Mocno wplątany w pożółkłe trawniki. Maszyna Paddy'ego skrupulatnie oddziela pasami koniczynę od źdźbeł. Polemika na temat koszenia intryguje nas mocniej i mocniej, może chodzi jedynie o dotykanie? Kij, piłka, dołek i dół. Skrupulatnie notujemy nie tylko dni, tygodnie, miesiące, biegamy od święta do święta. Paddy strzyże bezustannie. Patrzymy na siebie tak intensywnie, jakbyśmy nigdy tego nie robili, więc zanoszę mu sałatkę, drobno posiekane warzywa. Żeby się przymilał. Proponuje piwo - owce są jego prywatną sprawą. Mój nosorożec też, więc grzecznie dziękuję. Jem sałatkę, on pije piwo. Jestem małomówna, mimo że macham palcami do każdego przechodnia. Moja ręka z jego kosiarką mogłaby być jednością, gdyby nasze opinie były zbieżne ze śladami, jasne i doskonalsze pomiędzy skórą a kurtką. Rzecz zaskakująca. Paczka, wyselekcjonowana, podróżująca po świecie. W dni parzyste przechyla się w prawo, w nieparzyste w lewo. W efekcie listonosz trafił na Paddy'ego, który niemal wyrwał mi paznokieć z palucha, gigantyczne męskie ciało spoczęło na moich nogach potrząsając paczką. Na własne oczy widziałam, jak zmienił skórę, nie wiem, czy w przyszłości moje protesty cokolwiek dadzą. Paddy jest pierwszy. Wchodzi w skład jednoosobowego jury i przyznaje nagrody wedle uznania. Jest szansa, że jutro dostanę wymarzony szal, ale ja nie o tym. Powoli rozcinałam papier, delektowałam się detalami. Papier od serca, adres w nutach niczym partytura dla Małgosi. Paddy w wyjątkowych sytuacjach zawsze jest pierwszy i uwielbia uczestniczyć w moim życiu. Przygotowuje śniadanie, drukuje okolicznościowe kartki, tworzy wydarzenia, zapisuje przepisy, tradycyjnie gromadzi wszystko pod schodami. A kiedy próbuję bez skrępowania oddać się szaleństwu, pakuje mnie w auto i w każdym sklepie zmusza do mierzenia butów. Chociaż nie jestem kopciuszkiem i potrafię rozróżnić czarne od białego. Owija moje nadgarstki tasiemką i chętnie wcisnąłby mnie w koronki i takie tam. Gdyby to była feministyczna bajka albo chociaż ciut różowa. Wracając do nosorożców...