Powrót
Zadziwiający, zwodniczy, zwraca ku sobie.
Kolejne zetknięcie z oceanem, torfem, wrzosami,
których nie mam odwagi wykopać nie zahaczając o przestrzeń
mojego ogrodu. Mogłabym urządzić to inaczej, groźniej.
Mniejsze i większe fale, gorliwość z jaką mnie tuliłeś
w przeszywającym wietrze. Zapamiętać myśli,
że nic lepszego nie mogło nam się przytrafić.
Poruszenie piekieł, tak mówiłeś o kotłach, gdy tworzyły pianę,
i sól pokrywała skały, mikroskopijne listki krzewów,
które wiatr przepędzał w naszą stronę. Pod górę.
Pomiędzy pustymi gniazdami, bo od dawna życie odebrało
beztroskie dzieci. Wolność nie wypełnia pustki, ulubionych rozmów
przy śniadaniu. Słowa jak upiory, kładą cienie, zarządzają oddechami
gdzieś w środku nie mojej wyspy. Nagość łasi się do nas.
Zastanawiam się, co możemy tu zostawić, rozsupłać. Spalić.