sobota, 18 kwietnia 2026

O Kamperze

 



Są takie książki, które czyta się jak drogę, i są takie, które się składa, warstwa po warstwie, jakby były projektem do zamieszkania. Kamper (odyseja) Mai Baczyńskiej jest dla mnie właśnie takim obiektem: trochę tomem, trochę pojazdem, trochę organizmem. Już sama okładka ustawia czułość odbioru. Kamper z klocków LEGO. Pozornie lekki, niemal dziecięcy ale osadzony w kolorze butelkowej zieleni, przytłumionej mgłą. Jako graficzka widzę tu bardzo świadome napięcie: pomiędzy konstrukcją a rozpadem, zabawką a wehikułem pamięci. LEGO sugeruje możliwość rozkładania i składania świata od nowa, ale mgła odbiera pewność, nic nie jest tu trwałe, wszystko może zostać przearanżowane albo utracone. To świetnie koresponduje z tym, co dzieje się w środku książki. Od strony typograficznej ten tom oddycha. Nie jest przeładowany, pozwala wybrzmieć pauzom, daje miejsce na zawahanie. Skład nie narzuca rytmu, raczej go podchwytuje, czasem nawet poddaje się frazie. Jako składaczka czuję, że ktoś tu zaufał wierszowi, nie próbował go naprawiać ani dyscyplinować. To ważne, bo teksty Baczyńskiej pracują na granicy rozpadu: składnia się rozsuwa, obrazy migrują, znaczenia się rozszczelniają. Gdyby forma była zbyt sztywna, wszystko by się zamknęło a tu jednak pozostaje w ruchu. A ten ruch jest przecież osią tej książki. Kamper nie jest tylko motywem, to totem, jak sama napisała. Przestrzeń przejściowa pomiędzy życiem a pamięcią, między ja a my, ciałem a tym, co po nim zostaje. Podróż nie prowadzi tu linearnie; raczej zapętla się, zawraca, rozszczepia na równoległe trasy: dzieciństwo, śmierć ojca, psy, ciało, pragnienie, potencjalne macierzyństwo, przodkowie, zwierzęta, Kenia, kosmos. To wszystko mieści się w jednym pojeździe, który, paradoksalnie, często stoi w miejscu. Czuję w tym tomie bardzo silną, nieoczywistą czułość. Nie sentymentalną, raczej taką, która przechodzi przez gniew, rozpad, przez coś, co nazwałabym nieuciszeniem. Ten głos nie chce się uspokoić i dobrze, że nie chce. Bo właśnie z tego napięcia rodzą się najciekawsze momenty: kiedy ojciec zostaje

(…) obrócony z prochu w proch,
codziennie w inne piękno przeze mnie ekshumowany
w imię kontynuacji (...),

kiedy ciało pamięta więcej niż język, kiedy zwierzęta i ludzie przestają być oddzielni. Bardzo porusza mnie też praca z powtórzeniami i wariacją. Jak w składzie, kiedy wracasz do tego samego elementu, ale przesuniętego o milimetr, w innym świetle. Tu wracają ptaki, psy, motyle, dzieci, drogi, i za każdym razem znaczą coś trochę innego. To buduje wewnętrzną architekturę tomu, która nie jest oczywista przy pierwszym czytaniu, ale zaczyna się ujawniać, gdy się w nim pobędzie dłużej. I jeszcze jedno: to jest książka o byciu pojedynczą i jednocześnie nieustannie uwikłaną. To napięcie wybrzmiewa zarówno w warstwie tekstowej, jak i wizualnej. Jako czytelniczka i projektantka mam poczucie, że wszystko tu pracuje na wspólny efekt. Nic nie jest przypadkowe, nawet jeśli udaje przypadek. Polecałabym ten tom nie tylko osobom, które czytają poezję, ale również tym, które myślą obrazami, rytmem, przestrzenią. Bo Kamper (odyseja) to nie jest książka do przeczytania. To jest książka do zamieszkania na chwilę i do zabrania ze sobą, jak coś bardzo osobistego, co zmienia kształt w trakcie drogi.


Zainteresowanych książką odsyłam do FONT fundacja.font@gmail.com

[XV] Barwa toni

 



jest coś ciężkiego w patrzeniu na zieleń,
ale nie tę z katalogu – nie #1DCB67,
lecz tę, co rośnie na spodzie stawu,
tam, gdzie światło już nie dochodzi wprost,
tylko załamane, zmęczone,
rozbite jak glif bez światła między znakami.
ta zieleń to bardziej cisza gliny
niż kolor.
taka, co klei się do palców,
zanim jeszcze nazwiesz ją zielenią.
język natury nie zna nasycenia –
to nie Pantone 5763 C,
to nie italic ani black condensed.
to raczej niedopowiedzenie,
jak w literze e, która się nie domyka,
bo ktoś przerwał zdanie łzą.
z dna jeziora wynosiłam w dłoniach
nie kamienie, tylko myśli –
trudne do złożenia.
każda z nich miała odcień –
niebieskoszary, jak cisza ryby,
czerwonożółty, jak gniew trzcin w wietrze,
a czasem zielony – jak strach kijanki.
pamiętam, jak drewno moknie.
to wtedy pachnie najbardziej –
stare książki w języku,
którym już nikt nie mówi.
kiedy deska pod stopą wydaje dźwięk –
to tak, jakby coś chciało przemówić,
ale było zbyt skamieniałe,
zbyt mocno zanurzone w historii.
świat miał kiedyś więcej kerningu,
więcej miejsca między zjawiskami.
teraz wszystko się styka,
przestrzenie są za małe na ciszę,
na oddech,
na zrozumienie,
na łagodność dla oka i duszy.
czasem wchodzę znów do wody.
nie żeby pływać.
żeby dotknąć dna.
żeby się upewnić, że glina tam nadal jest,
że z niej powstałam,
z niej – i z koloru
którego nie da się wydrukować.


czwartek, 16 kwietnia 2026

Obrazy w głowie

 


Rozrastają się bez dyscypliny, jakby ktoś zapomniał ustawić granice pamięci i teraz wszystko chce być pierwsze, światło, które już zgasło, głos, który nie należał do nikogo konkretnego, twoje własne zdania, powtarzane tak długo, aż przestają być twoje, jakby język miał w sobie coś z organizmu, który nie zna pojęcia umiaru. Mówisz do życia: zostań z tyłu, ale ono i tak siada obok, z tą cierpliwością, która nie jest cnotą, raczej nawykiem czegoś, co nigdy nie musiało prosić o pozwolenie. Ocean udaje spokój, to najbardziej podejrzana z jego umiejętności. Łódź trzyma się powierzchni jak myśl, której nie doprowadzono do końca, a ty patrzysz w dół i próbujesz uwierzyć, że jeśli nazwiesz pęknięcie wystarczająco precyzyjnie, to stanie się tylko słowem, nie doświadczeniem. Ale ono pracuje pod spodem, bez języka, metafory. Cierpliwe jak coś, co nie potrzebuje świadków. Wiatr rozgrywa cię od środka, sprawdza, ile miejsca zostało pomiędzy tym, co pamiętasz, a tym, co próbujesz zrozumieć, i nagle okazuje się, że ciało jest większe niż twoje wyjaśnienia, że mieści więcej sprzeczności niż wszystkie opowieści, które miały cię kiedyś ochronić. Uczyli cię prostych podziałów. Ale prostota zawsze była najlepiej opłaconą fikcją. Zło nie kryje się nisko, ono chodzi wyprostowane, W dobrze skrojonych gestach i z pewnością w głosie, i nikt nie chce przyznać, jak bardzo to uspokaja, kiedy można je pomylić z porządkiem. Więc siedzisz w sobie jak w poczekalni bez numerów, i próbujesz rozpoznać, czy to jeszcze nadzieja, czy już tylko przyzwyczajenie do czekania. Na krawędzi ktoś ułożył drogę z kamieni, nie po to, żeby prowadziła, raczej żeby zaznaczyć wysiłek, że można coś budować nawet wtedy, kiedy nikt nie obiecał sensu na końcu. Ocean. Zostawia ci tę uprzejmość milczenia. Nie jest ani zgodą, ani sprzeciwem, tylko czymś znacznie bardziej niewygodnym. Brakiem odpowiedzi, który trzeba przyjąć bez interpretacji. Zbierasz drobiazgi, jakbyś mogła z nich ułożyć dowód, że coś jednak zostaje, że świat nie rozprasza się całkowicie przy pierwszym lepszym zapomnieniu. A jednak wszystko wygląda trochę jak rekwizyty, jakby rzeczy miały krótką pamięć i nie chciały już uczestniczyć w twojej historii. Wieczorem czytasz dziecku, które dopiero negocjuje warunki istnienia, i jego pytania są ostrzejsze niż wszystkie twoje odpowiedzi, bo nie zna jeszcze tej wygodnej ironii, która pozwala żyć bez rozstrzygnięć. Pyta o powrót, o możliwość naprawy, o to, czy świat jest szkicem, który ktoś jeszcze poprawi. A ty mówisz ostrożnie, jakby każde słowo mogło coś nieodwracalnie zatwierdzić. I może najbardziej niepokojące jest to, że kiedy zasypia na jawie, nagle odzyskuje potencjał, nie jakiś wielki, wzniosły, raczej cichy i uparty, jak roślina, która nie zna pojęcia sensu, a mimo to rozsadza kamień od środka.

wtorek, 14 kwietnia 2026

O rodzicach

 



Świat jest bezlitosny. I prędzej czy później zaczyna egzekwować wszystko to, co dzieje się jakby obok logiki. Przyglądam się otoczeniu i mam wrażenie, że rzeczywistość przestała być układem zależności, a stała się czymś elastycznym, co można dowolnie naginać, aż w końcu pęka, tylko że pęknięcie zawsze przychodzi za późno, żeby jeszcze coś zrozumieć. Chłopak na elektrycznej hulajnodze, jadący pod prąd prosto pod koła naszego samochodu, nie wyglądał na kogoś, kto ryzykuje. Wyglądał raczej na kogoś, kto w ogóle nie widzi związku pomiędzy ruchem a skutkiem. Jakby prędkość była tylko wrażeniem, a nie siłą. Jakby ciało było czymś odłączonym od konsekwencji. Kask? Zbędny szczegół. Przepisy? Coś, co istnieje dla innych, nie dla niego. I to nie jest już bunt, który ma w sobie choć cień świadomości. To jest raczej pustka, brak elementarnego rozumienia świata jako miejsca,w którym żyjemy.

Coraz częściej widzę dzieciaki stojące na krawężnikach, zaczepiające nas, kiedy jedziemy autem, wykonujące gesty pełne pogardy, jakby agresja była ich pierwszym językiem. I kiedy próbujesz zareagować, nie spotykasz się z zawstydzeniem ani nawet z ignorancją, tylko z natychmiastowym, ostrym odbiciem. Jakby ktoś ich nauczył, że każda uwaga jest atakiem, który trzeba odeprzeć. Nie ma tam przestrzeni na refleksję, na chwilę zatrzymania. Jest tylko reakcja. A gdzieś są rodzice? Nasuwa się oczywiste pytanie. Są, ale nieobecni, nie dlatego, że ich fizycznie nie ma, tylko dlatego, że wycofali się z odpowiedzialności. Usprawiedliwiają wszystko prostym to dobre dzieci, jakby dobro było stanem domyślnym, który nie wymaga żadnej pracy, żadnych granic. Jakby wychowanie polegało na deklaracji, a nie na codziennym, często niewygodnym byciu obecnym. Mam wrażenie, że wielu z nich bardziej boi się konfliktu z własnym dzieckiem niż tego, co to dziecko może zrobić nam albo sobie. To nie jest już kwestia pojedynczych incydentów. To jest rozlewanie się pewnego sposobu myślenia, w którym znika odpowiedzialność, a wraz z nią zdolność przewidywania. Brak racjonalności nie przychodzi nagle, to narasta w drobnych zgodach: na brak kasku, na ignorowanie zasad, na agresję, która przecież nic nie znaczy. A później okazuje się, że znaczy wszystko. Najbardziej niepokojące jest to, że ta bezmyślność jest spokojna, prawie niewidoczna. Nie krzyczy, nie ogłasza się. Po prostu działa w codziennych sytuacjach, na ulicach, chodnikach, w tych krótkich momentach, kiedy ktoś podejmuje decyzję i nawet nie zdaje sobie sprawy, że to była decyzja. I wtedy niewiele można zrobić, bo reagujesz już na coś, co zostało ukształtowane dużo wcześniej w domach, milczeniu, w wygodnym przekonaniu, że nic się nie stanie. A przecież świat nie działa na takich zasadach. No i jest poważny wypadek, zrzutka i błaganie o wpłaty na leczenie, rehabilitację.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

iksie

 


Z tym jednym wpisem było trochę jak z obrazem, który na pierwszy rzut oka wydaje się cudzy. Ktoś podrzucił, sparodiował, złośliwie podkręcił kontrast. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie, to autoportret. I wtedy zrobiło się ciszej w mojej głowie. Donald Trump wrzuca na X mem ze sobą w roli Jezusa. Na moment. Po chwili kasuje. Ale przecież wiemy, jak działa obieg, obraz już się rozlał i żyje własnym życiem. I może nawet nie chodzi o sam fakt publikacji, tylko o ten krótki moment zawieszenia: czy to ironia, prowokacja, a może jednak dosłowność. Bo jeśli dosłowność, to robi się niepokojąco znajomo. Trochę jak broszury Świadków Jehowy, tylko bez ich konsekwencji w strukturze, doktryny, za to z czystą, nagą figurą wywyższenia. Bez wspólnoty transcendencji, zostaje tylko jednostka. Jednostka jako centrum, objawienie i odpowiedź. Na początku pomyślałam, że to ktoś mu to zrobił. Że to kąśliwe, komentarz do jego sporów z papieżem, że ktoś go w ten sposób podgryza. Ale nie, to on sam. I to jest właśnie moment, w którym coś się przesuwa. Bo przestaje być śmiesznie. Nie zaglądałam do X od dawa. Byłam znużona i pewnie mam już w sobie odruch obronny. Jego wyskoki są jak szum, jednostajny, przewidywalny, niepotrzebny. Ten jeden obraz przebił się przez filtr. Być może dlatego, że był tak skondensowany. Zero narracji, sama figura. I tu jak dla mnie zaczyna się szerszy problem. Bo to nie jest przecież jednostkowe. Viktor Orbán, Karol Nawrocki i cała galeria podobnych postaci, coś ich łączy, powtarza się w tonie, w geście, w sposobie ustawiania siebie wobec świata. Nie chodzi nawet o poglądy, tylko o pewien rodzaj narracji o sobie. Narracji, która nie dopuszcza równości. Bo jeśli spojrzeć uważniej, to nie jest już klasyczna polityczna retoryka, nawet ta agresywna czy populistyczna. To jest coś bliżej mitu, tylko że mit został sprywatyzowany. Dawniej bohater był częścią większej opowieści. Był wpisany w porządek, który go przekraczał. Tu mamy odwrotnie: porządek ma się dostosować do bohatera. Może dlatego pojawia się ten ton wyższości. Nie jako dodatek, ale jako fundament. Jeśli jesteś kimś więcej, wybranym, jedynym, koniecznym, to nie negocjujesz. Nie słuchasz. Nie schodzisz niżej. Reszta staje się tłem. Albo przeszkodą. I może to właśnie najbardziej uderza w tym memie. Nie religijność, bo jej tam właściwie nie ma. Raczej użycie religijnego kodu jako skrótu do absolutu. Sam obraz. Samo ja. Trochę jakby ktoś pomylił ikonę z lustrem.

PS

Dziennikarz: opublikował pan zdjęcie przedstawiające siebie jako Jezusa?
Donald Trump: Tak, ale myślałem że to ja jako lekarz.


niedziela, 12 kwietnia 2026

Ferrumoria

 




Trochę się wyciszyłam. Robienie tortu zawsze dobrze układa mi w głowie, jakby coś się w środku równoważyło, wracało na swoje miejsce. W nocy trochę popracowałam, bo w dzień nie było na to przestrzeni. I jakoś się w sobie zebrałam. Słucham Szczupaczyńskiej (zachęcona przez Teatralną), po Czarnym Słońcu Żulczyka i całej serii kryminałów Przemysława Piotrowskiego wchodzi w ucho jak kołysanka. Rytm, który nie przeszkadza myśleć, tylko prowadzi.

Wymyśliłam też tytuł do książki, która układa się we mnie:

Ferrumoria 

stan, w którym świat oddaje się ziemi:
zapach wilgoci i rdzy, kolory ciemniejące
jak liście w rozkładzie, ciężar krwi
pamiętającej swój przepływ,
ciało wracające do materii, która je wydała.
to nie koniec, lecz powolne przekształcanie.
organiczna pamięć rozpadu.
wszystko nadal trwa, tylko inaczej.

Ten wyimek przyszedł do mnie, bo ostatnio Sopot wraca w najróżniejszych postach, obrazach, jakby ktoś go stale wywoływał z pamięci. Nosiłam to wspomnienie w sobie od dawna. Może jeszcze do niego wrócę, słowami, obrazem, albo tylko cichym przechowywaniem. We wczesnych latach jeździłam z babcią do Trójmiasta. Klinika okulistyczna pachniała lekami i papierem, ale też perfumami lekarek i różowym pudrem. Sterylna przestrzeń, prawie pusta, błyszczące linoleum korytarzy, szepty ludzi, jakby rozmowy były zabronione. Moje oczy poddawane były cierpliwej diagnostyce, bez zbędnych słów, mówiła głównie babcia Marysia. Po zakropleniu i tak nic nie widziałam. Później dostałam okulary. Dzieliły świat na kawałki, a jeszcze później sklejały go z powrotem, mniej ostro, bardziej uważnie. Wada powoli znikała, a ja, przedszkolna, małymi rękoma przytrzymująca świat, uczyłam się patrzeć po swojemu. Jakby przez cienką mgłę, w której wszystko błyszczało inaczej niż zwykle. Przez kolejne wakacje, rok po roku, spędzałam kilka dni w Sopocie u wujka mojej babci i jego rodziny. Ciocia Pola szyła dla mnie sukienki i kombinezony, całe serie rzeczy, które pachniały bawełnianymi nićmi i czymś niewypowiedzianym. Czułam się jak bohaterka małej powieści, w której każdy guzik, zamek, pętelka, kokarda, każdy fałd materiału, był zaklęty, jakby pamiętał moje imię. Wujek Janek i ciocia Pola mieli dwie córki. Jedna z nich, młodsza, zaraziła mnie muzyką, elektroniczną, pulsującą. Depeche Mode. Od tego momentu dźwięki zaczęły wplatać się w moje kroki nad morze, w spacery po parkach, w kawiarnie i restauracje, gdzie słońce odbijało się w szybach, a czas płynął miękko, jak piasek przesypujący się pomiędzy palcami. Chodziłyśmy po plaży, uliczkami Sopotu, po parkach. Zbierałam te chwile jak kamyki, układałam je w wyimki wspomnień, do zachowania. Ten czas był moim kawałkiem świata. Pachniał morzem, nicią, kawą i dźwiękiem czarnych krążków. Jeden z nich dostałam, kiedy odjeżdżałam.


piątek, 10 kwietnia 2026

Świętujemy siódme urodziny

 


czwartek, 9 kwietnia 2026

Przesunięte do środka

 



Coś mnie dopadło. To coś... nie od razu nazwane, raczej rozlane, jakby przyszło od środka, ale bez konkretnego miejsca. To taki niepokój, który nie ma jednego źródła, bardziej stan niż punkt, jakby środek mnie zapomniał, gdzie zaczyna się oddech, a gdzie kończy myśl. Czuję, jakbym przemieszczała się we własnym ciele, z jednego organu w drugi, i nic do końca ze sobą nie współgrało. Jakby wszystkie te wewnętrzne rytmy nagle się rozminęły. Boli mnie głowa, ale to nie jest znajomy ból, który można zamknąć w słowie ból. Bardziej coś na granicy. Napięcie, które nie daje się uchwycić. Mrużę oczy i łzy pojawiają się same, bez wyraźnego powodu. I są inne niż zwykle, bardziej słone, jakby zagęszczone. Podrażniają skórę przy kącikach powieki, ranią przy wyjściu i pozostawiają cienkie pęknięcia, ślad, który jeszcze przez chwilę pulsuje. Jest też we mnie coś związanego ze sprawami, na które nie mam wpływu. Jestem w nich, ale nie znam ich języka, ani nie mam narzędzi, by je rozpracować. I może właśnie to najbardziej męczy, ta niewiadoma, nieumiejętność, która powoli wsiąka, rozchodzi się po ciele i myślach. Trudno określić, co właściwie powinnam czuć. Wszystko jest trochę obok, za wcześnie, albo za późno. Zostaję więc w tym stanie, bez próby szybkiego porządkowania. Obserwuję. Może to też jest jakaś forma bycia, niepewna, chociaż prawdziwa.


wtorek, 7 kwietnia 2026

O spokoju

 



Powinnam zacząć od koloru ale nie ma już koloru, jest tylko jego zużycie,
coś jak ślad po palcu na ekranie, który reaguje, ale już nie odpowiada.

W i ę c zaczynam od tego. Pewnego dnia przestałam potrzebować wyjaśnień
i to nie było olśnienie, raczej drobna awaria systemu
jakby ktoś wyłączył funkcję sens bez komunikatu
i wszystko działa dalej, tylko ciszej, bardziej wypłaszczone.

Ktoś kiedyś powiedział, nazwij to, a uratujesz.
I przez lata nazywałam rzeczy, ludzi, siebie w różnych wersjach,
nakładałam znaczenia jak warstwy farby, aż obraz przestał oddychać.

Teraz patrzę
i nie poprawiam.

To jest ten moment, w którym ręce nadal pamiętają gest
ale już nie mają powodu, żeby go wykonać.
Drżą nie z braku siły a z nadmiaru trzymania.

Był czas, kiedy wszystko było głośne,
uczucia miały objętość, zajmowały miejsce,
trzeba było się z nimi liczyć jak z ciężkimi meblami,
przesuwać, ustawiać, potykać się o nie,
aż w końcu można było powiedzieć: ż y j ę.

Teraz życie nie potrzebuje dowodu,
odbywa się bez świadków,
jak rozmowa, której nikt nie zapisuje.

I mylę ten spokój z czymś, co brzmi lepiej,
dojrzałość, równowaga, akceptacja,
wygodne słowa, miękkie krzesła
na których można siedzieć i nie czuć, że coś uwiera.

Jednak prawda wynika z techniki,
i jest mniej literacka, do pokazania:
to moment, w którym świat przestaje oferować wersję roboczą
i zostawia cię z tym, co jest
bez opcji edytuj,
i można jeszcze zaparzyć kawę, odpowiedzieć na wiadomość,
wyjść na spacer, gdzie nic nie woła po imieniu.

Nawet nie chodzi o pustkę, pustka była kiedyś wydarzeniem,
teraz jest narzędziem,
czymś, co pozwala funkcjonować bez przeciążenia.

W i ę c siedzę w tym,
jak w przestrzeni, która nie wymaga interpretacji
i myślę, że może tak właśnie wygląda koniec pewnej narracji,
bez puenty, dramatycznego światła,
raczej jak zdanie, które nagle traci czasownik.

I zostaje

już tylko coś

co trwa

bez potrzeby,
żeby znaczyć.




czwartek, 2 kwietnia 2026

O zmierzchu

 



Wszystko mówi ciszej, ale znaczenia stają się cięższe,
jakby dzień, zanim zgaśnie, oddawał swoje resztki do depozytu ciała.
Stoję po kolana w tej substancji przejścia, niepewna, czy to jeszcze światło,
czy już jego wspomnienie przesiąknięte kurzem i rozmowami,
których nie dokończyłam.

O zmierzchu człowiek zaczyna przypominać miejsce po czymś ważnym:
po domu, obietnicy, miłości. Miała własny zapach
i teraz wraca jedynie jako ślad na skórze,
niemożliwy do zmycia, ale też niemożliwy do nazwania bez ironii.
Bo jak mówić serio o sensie, kiedy sens tak chętnie zmienia stronę ulicy?

Jest we mnie zgoda na rozkład, choć nie taka, która wzrusza ramionami,
raczej zgoda robocza, tymczasowa, jak umowa podpisana w półmroku,
gdzie litery drżą, a ręka pamięta jeszcze inny język.
Życie nie gnije tu spektakularnie, ono fermentuje, wydziela ciepło,
jakby chciało udowodnić, że nawet rozpad może być procesem twórczym.

O zmierzchu widzę wyraźniej, jak bardzo byłam materiałem:
do deptania, wzruszeń, projekcji cudzych pragnień. Jak łatwo
było mnie wziąć za krajobraz, po którym można przejść, nie pytając
o pozwolenie. A jednak coś we mnie zostało, nie korzeń,
raczej uparta wilgoć, zdolność chłonięcia tego, co nie chce być czyste:
krwi, potu, resztek cudzych snów.

Ironia przychodzi wtedy naturalnie, jak odruch śmiechu na pogrzebie,
nie po to, by obrazić śmierć, ale by przypomnieć jej,
że nie ma monopolu na powagę. Bo jeśli wszystko ma się skończyć,
to dlaczego nie pozwolić sobie na odrobinę bezczelnej radości istnienia
tuż przed zgaśnięciem?

O zmierzchu świat wygląda jak niedokończone zdanie: pełne zawieszeń,
przecinków, fałszywych puent. I może właśnie dlatego nadal w nim jestem,
nie po to, by coś ocalić, lecz by uczestniczyć w tym drżeniu,
w tej chwili, gdy sens jeszcze się waha,
a życie, mimo wszystko, nie zostało odwołane.

środa, 1 kwietnia 2026

O materiałach, bylejakości i takich tam




Od czasu do czasu ktoś mnie pyta, skąd biorę papier do malowania, jakby to było coś podejrzanego albo co najmniej ekstrawaganckiego. No więc: od producenta. Mój ulubiony ma biuro w Londynie i czasami, od informacji, że papier jest dostępny mam tylko kilka godzin na zamówienie i opłacenie rachunku, niestety szybko znika. I tak, papier powstaje poza Unią Europejską. Wybieram dokładnie ten jeden rodzaj, bawełnę o jakości, która od lat nie daje mi spokoju. To nie jest przypadek ani snobizm. To jest wybór narzędzia, które odpowiada na to, co chcę zrobić. Papier może wyglądać jak coś niepozornego, wręcz jak odpad z pracowni, ale kosztuje, ma prawo, wiadomo. Bo niesie ze sobą konkretne właściwości: chłonność, opór, pamięć śladu. Na nim pewne rzeczy po prostu się wydarzą, a na innym nie. To samo dotyczy farb, pędzli, tuszu i wszystkich mediów. Niektórych efektów nie da się osiągnąć byle czym. Nie da się zastąpić jakości kompromisem bez utraty tego, co w pracy najważniejsze. To nie jest kwestia luksusu, tylko precyzji. Nie, farbkami Sophie nie opędzę rysunku, tak samo, jak nie zrobię tego przypadkowym tuszem z marketu. Każde medium ma swoje miejsce i swój język. Po prostu potrzebuję takiego, który mówi dokładnie to, co chcę powiedzieć bez uproszczeń. Więc tak, wybieram świadomie. Przeważnie drogo, czasem z daleka i wbrew czyimś oczekiwaniom. Efekt nie jest negocjowalny. I naprawdę, kto mi zabroni.




wtorek, 31 marca 2026

O przekraczaniu (notatka z czasu, który zwalnia)

 


Są takie momenty, kiedy przestaje się zaczynać nowe rzeczy. Nie dlatego, że brakuje odwagi, tylko dlatego, że coś się już dopełniło, jakby organizm wiedział wcześniej niż my, że pewna intensywność pojawia się nagle i tak samo szybko odchodzi. Ostatnio częściej wychodzę niż wchodzę. Wychodzę z przyzwyczajeń, z dawnych napięć, z potrzeby nazywania wszystkiego ważnym. To nie jest dramatyczne. Bardziej przypomina zdejmowanie warstw, które i tak przestały grzać. Czas nie mija już w sposób spektakularny. Nie ma punktów zwrotnych, które można by zaznaczyć grubą kreską. Jest raczej jak pył, osiada dniami, w gestach, w zdaniach niedokończonych. I wszystko staje się trochę bardziej matowe. Najdziwniejsze jest to, że nie czuję braku w taki oczywisty sposób. Miłość i jej przeciwieństwo jakby się wyrównały, straciły ostre krawędzie. Zostało coś pośrodku, stan, którego nie da się nazwać bez uproszczenia. Może to jest właśnie to słynne zmęczenie materiału, ale bez goryczy. Zauważam też, że starzenie nie wydarza się w lustrze. Ono przesuwa się gdzieś głębiej w decyzjach, które już nie są tak szybkie, w pewnym zawahaniu ręki, zanim coś uchwyci. Jakby rzeczy, które kiedyś miały wyraźną fakturę, stały się nagle zbyt gładkie. Był przecież czas, kiedy wszystko miało kierunek. Krew, myśli, pragnienia. wszystko płynęło gdzieś po coś. Przyszłość była wtedy obietnicą, a nie konstrukcją, którą trzeba podtrzymywać. Dziś zdarza mi się dolewać sobie nadziei jak czegoś zastępczego. Działa, ale bez efektu ubocznego w postaci sensu. Oddałam młodość bez większej ceremonii. Nie było momentu przejścia, raczej ciche rozproszenie, w śmiechu, w nocach, trochę w rzeczach, które nie potrzebowały świadków. Jakby od początku była tylko wypożyczona. I może dlatego teraz świat też wydaje się ostrożniejszy. Jakby wszyscy wiedzieli, że zbyt gwałtowny ruch może coś naruszyć, nawet, nie ciało, tylko znaczenie. Młodość nie zniknęła. Po prostu przestała mnie wołać po imieniu. Dni są bardziej przejściowe niż kiedykolwiek. Nie ma już wyraźnych świtów ani nocy, jest ciągłe balansowanie, pomiędzy odpuszczeniem a uważnością. I to jest chyba najciekawsze miejsce: tam, gdzie kończy się potrzeba iluzji. Bo przekraczanie nie polega już na sięganiu wyżej. Raczej na rezygnowaniu z przymusu wzniosłości. Na zgodzie, że zwyczajne trwanie nie jest porażką. Zaczynam rozumieć, że wszystko, co intensywne, musi się kiedyś wypalić. I że to, co zostaje po tym wypaleniu, nie jest pustką, a podłożem. Cichszym, mniej efektownym, ale może bardziej prawdziwym. Nie wiem, czy to zmierzch, czy tylko zmiana światła. Ale idę dalej, bez tarczy, potrzeby triumfowania. Z czymś, co kiedyś uznałabym za zbyt małe, żeby miało znaczenie: z uważnością. I chyba właśnie to jest teraz moją formą przekroczenia.