Ludzie nie znikają od razu. Najpierw przesuwają krzesło o kilka centymetrów, po jakimś czasie przestają pamiętać, po której stronie ulicy rosną twoje drzewa. Jeszcze później wracają z tym samym uśmiechem, tylko już nie wiadomo, do kogo jest przypięty i co właściwie znaczy. Przez jakiś czas można udawać, że wszystko zachowało dawny kształt. Podawać sobie kubki, wiadomości, ostrożne zdania. Układać drogę z drobnych gestów, jakby wystarczyło kilka desek nad wodą, żeby nie zauważyć nurtu. Próbowałam być bliżej. Jak ktoś, kto podczas mgły zwalnia na zakrętach i zostawia włączone światła. Nie dlatego, że zna drogę lepiej. Z uwagi. Lecz uwaga także ma swoją wytrzymałość. Pewnego dnia odkrywasz, że rozmowa nie przypomina już rozmowy. Bardziej kontrolę bagażu na opuszczonym lotnisku. Otwierasz dłonie, kieszenie, wspomnienia, a po drugiej stronie ktoś nadal pyta, co próbujesz ukryć. I wtedy dzieje się coś małego. I nie trzaskają drzwi, nie rozstępuje się ziemia. Po prostu kolor, zaczyna blaknąć. Najpierw znika ulubiony kolor, ten od późnych spacerów i śmiechu bez powodu. Potem przygasa szarobłękit, ten od zwierzeń. Na końcu zostaje barwa starych znaków drogowych, których nikt już nie czyta, ale wszyscy omijają. Nie mam żalu. Żal jest zbyt dumny. Jestem raczej zdziwiona, że można tak długo nieść komuś wodę, a zostać zapamiętaną jako susza. Więc kiedy odchodzą, nie zatrzymuję ich. Nie dlatego, że przestali być ważni. Dlatego, że droga nie jest tylko kierunkiem. Jest również zgodą na to, że nie każdy potrafi iść obok. Niektórzy przez całe życie maszerują krok przed tobą, oglądając się z nieufnością. Inni zostają w tyle, licząc ślady. A ty idziesz dalej. Przez krajobraz poranka, w którym mokre trawy mają kolor niedopowiedzenia, a rzeka niesie odbicia chmur, nie pytając, czy są jej wierne. I okazuje się, że porzucenie nie zawsze oznacza stratę. Czasami jest tylko cienką linią uwolnioną od ciągłego tarcia. Innym razem miejscem, gdzie można stanąć bez tłumaczenia własnego cienia.























