Strony
środa, 29 kwietnia 2026
Niektóre dźwięki zostają w ciele na zawsze
poniedziałek, 27 kwietnia 2026
z wewnątrz ciała, które już nie potrzebuje słońca
Głos bluszczu
Są dni, gdy milknie nawet Shannon.
Wtedy oddycham głębiej — ciągnę się po ścianach,
rozpoznaję ślady: dziecięcy but,
mydło w deszczu, kredki, które zawsze spadają ostrzem w ziemię.
To nie wasza wina, że przestajecie wierzyć w liście.
Nad każdą raną rosłem w ciszy,
niektóre z was przytulały mnie czołem,
mówiły: nie bój się, to tylko świat.
A potem płakały.
Pamiętam.
Dziewczynkę w białym swetrze.
Mężczyznę, śmiał się pod wiatr.
Kobietę, której serce biło
na zewnątrz klatki — tak mocno,
że psy wyły przez sen.
Nie wierzę w przetrwanie. Tylko w przylgnięcie.
W mchy, które uczą się twojego zapachu,
zanim odejdziesz.
I w ten sposób, roślinnie,
byłem twoim synem, cieniem,
niepokonaną chorobą, wrosła w ogrodzenie.
Pręt
Niech cię nie zmyli rdza. Przyszła po mnie jak kochanka.
Najpierw językiem z deszczu, później całym ciałem i pogodą.
Odkąd pamiętam, nikt już nie buduje tu murów,
tylko się o nie opiera.
Słyszałem szepty matek, które mówiły dzieciom: nie dotykaj,
bo to żelazo. Jakby dotknięcie było przestępstwem.
Ale i tak każda dłoń zostawiała coś, co we mnie weszło głęboko.
Wiem wszystko o stawach i o bólu. O zimach, w których pękają domy.
O kobietach, które drapią paznokciem farbę i udają, że nie kochają.
O mężczyznach. Pragnęli być mostem, ale zostali hakiem w ścianie.
Zazdroszczę bluszczowi, jemu wybacza się wnikanie.
Zawsze jestem zbyt ostry albo prosty, dawno wbity w fundament.
Ale wiesz, czego nie znoszę? Kiedy ktoś mówi: to tylko kawałek metalu.
Dziecko (z domu za lasem)
Mama mówi, że nie wolno rozmawiać z roślinami,
bo nie mają ust, ale ja widziałam, jak cis mówił do jeżyny.
Poruszali się jak tancerze, albo kłócili się w języku,
którego jeszcze nie wymyślono.
Kiedy zasypiam, świat zmienia zapach. Dom staje się mniejszy,
a mój koc, dłuższy niż Shannon. Czasem śnię, że niosę nas wszystkich
w pudełku po herbacie. Ja, mama, pan z autobusu, który płacze,
i ptak. Powstaje z ognia.
Kiedyś zapytałam, czy bluszcz może mieć uczucia.
Mama wtedy powiedziała coś o przetrwaniu.
Ale ja myślę, że bluszcz po prostu boi się być sam.
Dzisiaj zjadłam pomarańczę i zostawiłam skórkę.
Może ktoś ją znajdzie i pomyśli, że byłam tu naprawdę.
sobota, 25 kwietnia 2026
o wkładaniu dnia w noc
czwartek, 23 kwietnia 2026
World Book and Copyright Day czyli Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich
środa, 22 kwietnia 2026
Krótki wiersz o miłości
wtorek, 21 kwietnia 2026
Anatomia zła
poniedziałek, 20 kwietnia 2026
O ludziach
Piszę to jakby ktoś przesunął czcionkę w moim ciele o jeden punkt w dół.
Litery ocierają się o żebra, robi się ciaśniej niż zwykle.
Ostatnie sny grają we mnie jak kaseta przegrzana od słońca.
Lodowiec oddycha ciepłem, aż parują brzegi,
próbuję znaleźć dla nas zdanie, które nie zajmie się ogniem od środka.
Mówisz: to tylko woda.
Patrzę. Podnosi się od środka, z miejsc, które miały być bezpieczne,
wypełnia doliny pomiędzy nami, zbiera nasze drobne zaniedbania.
Foliowe szelesty, tandetne refreny, przyklejają się do skóry po wszystkim.
Cytaty. Miały nas ratować, a tylko rozciągają sens (aż pęka jak cienka skóra).
I chcę cię przy tym zatrzymać, na chwilę przed. Sięgniesz
po kolejny łyk, kiedy już wiesz, że to głupie,
a mimo to powtarzasz gest. Tak chyba działa miłość,
trochę wstydliwie i wbrew własnemu odbiciu.
Ludzie śmieją się. Ich głosy są w kolorze przejrzałej pomarańczy.
Pękają w dłoniach, jak zbyt miękkie owoce. Stoję obok i uczę się
czułości do tego pękania, do tego, że nie potrafimy inaczej się utrzymać.
Bo przecież każdy z nas choć raz pieprzył świat na stojąco,
z oklaskami niesionymi przez pola. Może to jest jakaś forma odwagi,
albo strach obrysowany grubą kreską, żeby wyglądał na pewność.
Chciałabym powiedzieć coś prostego, ale każde słowo się rozgałęzia,
ucieka w definicje, w różnice, które niczego nie ratują.
Sens gubi się szybciej niż oddech, zamienia się w żart,
który brzmi głośno, ale nie trafia w nikogo.
Dlatego mówię: zostań,
kiedy zacznie nas zalewać to wszystko, po kolana,
Zostań, nawet jeśli będziemy mówić rzeczy niedoskonałe,
jak dzieci, które dopiero uczą się, że można zostać.
I jeśli kiedyś zabraknie nam powietrza,
ułóż mnie wtedy jak linijkę tekstu na marginesie dnia,
lekko przekrzywioną, trochę rozmazaną,
taką, którą ktoś mógłby wziąć za błąd druku,
i przez chwilę się zawahać.
sobota, 18 kwietnia 2026
O Kamperze
[XV] Barwa toni
jest coś ciężkiego w patrzeniu na zieleń,
ale nie tę z katalogu – nie #1DCB67,
lecz tę, co rośnie na spodzie stawu,
tam, gdzie światło już nie dochodzi wprost,
tylko załamane, zmęczone,
rozbite jak glif bez światła między znakami.
ta zieleń to bardziej cisza gliny
niż kolor.
taka, co klei się do palców,
zanim jeszcze nazwiesz ją zielenią.
język natury nie zna nasycenia –
to nie Pantone 5763 C,
to nie italic ani black condensed.
to raczej niedopowiedzenie,
jak w literze e, która się nie domyka,
bo ktoś przerwał zdanie łzą.
z dna jeziora wynosiłam w dłoniach
nie kamienie, tylko myśli –
trudne do złożenia.
każda z nich miała odcień –
niebieskoszary, jak cisza ryby,
czerwonożółty, jak gniew trzcin w wietrze,
a czasem zielony – jak strach kijanki.
pamiętam, jak drewno moknie.
to wtedy pachnie najbardziej –
stare książki w języku,
którym już nikt nie mówi.
kiedy deska pod stopą wydaje dźwięk –
to tak, jakby coś chciało przemówić,
ale było zbyt skamieniałe,
zbyt mocno zanurzone w historii.
świat miał kiedyś więcej kerningu,
więcej miejsca między zjawiskami.
teraz wszystko się styka,
przestrzenie są za małe na ciszę,
na oddech,
na zrozumienie,
na łagodność dla oka i duszy.
czasem wchodzę znów do wody.
nie żeby pływać.
żeby dotknąć dna.
żeby się upewnić, że glina tam nadal jest,
że z niej powstałam,
z niej – i z koloru
którego nie da się wydrukować.
czwartek, 16 kwietnia 2026
Obrazy w głowie
wtorek, 14 kwietnia 2026
O rodzicach
poniedziałek, 13 kwietnia 2026
iksie
Dziennikarz: opublikował pan zdjęcie przedstawiające siebie jako Jezusa?
Donald Trump: Tak, ale myślałem że to ja jako lekarz.
niedziela, 12 kwietnia 2026
Ferrumoria













