piątek, 6 listopada 2026

Listopad, czyli wszyscy mają świetne życie

 





Poczytałam dzisiaj mój spam w bloggerze. Nie polecam. Zajrzałam tam przez przypadek i zbyt późno wyszłam. Mąż próbował mnie pocieszyć, powiedział kilka rozsądnych zdań, nawet takich, które w normalnych okolicznościach powinny zadziałać. Niestety, coś mnie w środku złamało. Nie wiem, czy to listopad, czy suma wiadomości, których od pewnego czasu jest więcej, niż jestem w stanie przyjąć. W każdym razie zrobiło mi się niedobrze. Tak po prostu. Myślę sobie, że szczególnie interesujący jest pewien rodzaj ludzi. Czytają Fossego, przytulają koty, fotografują swoje kawy w kubkach, piszą o swoim świetnym życiu, zachwycają się światłem wpadającym przez okno. Mają starannie dobrane książki, płyty, poglądy, czasem nawet odpowiednio wyrafinowane słownictwo. A potem zabierają się za gnębienie innych. Z uporem, konsekwencją i zaangażowaniem, którego można by im pozazdrościć, gdyby nie przedmiot tych starań. Zastanawiam się, czy jedno wyklucza drugie. Najwyraźniej nie. Można czytać o samotności, cierpieniu i przemijaniu, a następnie z pełną świadomością uprzykrzać komuś życie. Można rozpoznawać subtelności u Fossego i nie rozpoznawać najprostszych granic w kontaktach z drugim człowiekiem. Można mieć świetne życie, pod warunkiem, że ktoś inny będzie miał trochę gorsze.

Natomiast nie chciałabym sprowadzać tego wyłącznie do kilku osób i ich osobliwych upodobań. Myślę sobie, że żyjemy w czasie, w którym przemoc ma wiele dobrze zaprojektowanych opakowań. W Ukrainie kolejna zima oznacza dla ludzi ryzyko utraty prądu, ogrzewania i bezpieczeństwa. Rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną nie są przecież abstrakcyjnym elementem wojennej strategii. To konkretne mieszkania, szpitale, szkoły i ludzie próbujący przeżyć kolejny dzień. W Polsce patrzę na niekończący się spór o instytucje państwa, na polityczne oskarżenia, demonstracje siły i coraz bardziej rozchwiany język debaty publicznej. W Stanach Zjednoczonych obserwuję politykę, która potrafi zamienić strach, resentyment i niechęć do drugiego człowieka w całkiem skuteczne narzędzia zdobywania poparcia. I zastanawiam się, ile razy jeszcze będziemy oglądać ten sam mechanizm, zanim przestaniemy udawać, że nie wiemy, dokąd prowadzi. Historia współczesna nie pozostawia zbyt wiele miejsca na niewiedzę. Mamy za sobą XX wiek, jego obozy, ludobójstwa, czystki, propagandę i ludzi, którzy wykonywali rozkazy, bo przecież takie były okoliczności i to udawanie, że nie mieli wyjścia. Są archiwa, świadectwa, fotografie, pomniki, rocznice. Ogrom muzeów i miejsc pamięci. A mimo to wciąż potrafimy bez większego wysiłku urządzać sobie małe prywatne systemy represji. W pracy, w środowiskach twórczych, w internecie, w relacjach, które z zewnątrz wyglądają zupełnie przyzwoicie.

I mimo wszystko, najbardziej zastanawia mnie ta łatwość przechodzenia od deklarowanej wrażliwości do zwyczajnej podłości. Nie trzeba przecież być potworem z podręcznika historii. Wystarczy codzienna gotowość do upokarzania, podważania czyjejś wartości, rozsiewania niechęci i pilnowania, żeby komuś przypadkiem nie zrobiło się zbyt dobrze. Wszystko można uzasadnić. Charakterem, zasadami, troską o jakość, wolnością wypowiedzi, a nawet dobrem wspólnym. Człowiek ma ogromne możliwości, kiedy potrzebuje usprawiedliwić własną nieprzyzwoitość. Ileż można mówić o empatii, a następnie urządzić komuś małe piekło. Bez wyrzutów sumienia, najlepiej z cytatem z książki w opisie profilu na Google. Myślę o kryzysie mieszkaniowym, o ludziach bez dachu nad głową, o kolejnych statystykach, które po pewnym czasie przestają robić na kimkolwiek wrażenie. Przywykliśmy do tego. Tak samo do tego, że Garda nie przyjeżdża na wezwania, kiedy grupa nastolatków ostrzeliwuje petardami strażaków w ich samochodzie. Bo przecież można takie wiadomości przeczytać przy śniadaniu, przewinąć dalej i wrócić do głaskania kota na parapecie. Nie mam pretensji do kotów. Zastanawiam się tylko, kiedy nauczyliśmy się tak sprawnie oddzielać własny komfort od rzeczywistości innych ludzi. Może właśnie to jest najbardziej niepokojące: nie brak informacji, ale zdolność do ich neutralizowania. Wiemy coraz więcej, a jednocześnie potrafimy coraz mniej z tym zrobić. Albo nie chcemy. Przechodzimy od wojny do przepisu na ciasto, od ludzkiej tragedii do zdjęcia nowej książki, od czyjegoś upokorzenia do opowieści o wdzięczności. Wszystko mieści się w jednym telefonie, czasem nawet na jednym ekranie. Nie mam dzisiaj ochoty na pocieszające sentencje. Nie zamierzam też wyciągać z półki Fossego w nadziei, że kilka stron przywróci mi wiarę w ludzi. Myślę sobie, że czytanie książek nie jest certyfikatem przyzwoitości, przytulanie kotów nie stanowi dowodu empatii, a świetne życie nie musi oznaczać, że jest się dobrym człowiekiem. Listopad może sobie być listopadem. Nie będę go obarczać odpowiedzialnością za wszystko. Nie on pisze wiadomości, nie on urządza innym życie, nie on wymyśla kolejne sposoby na bycie podłym. Zastanawiam się tylko, ilu jeszcze ludzi trzeba przeczytać, żeby zrozumieć, że nie należy gnębić innych. I czy rzeczywiście jest to aż tak skomplikowane. 

czwartek, 5 listopada 2026

Kręgi

 



Mówimy do siebie po staremu,
ale w moich słowach nie ma już gwoździ, tylko rdzawy pył.
Gdzieś pomiędzy czarnym bzem a różą,
pomiędzy skórą peonii a bluszczem wpełzającym w szczeliny,
jest to miejsce, powidok dłoni, którego
nigdy nie dotknęły, a jednak pozostawiły ślad.

Czas nie rośnie liniowo,
jest rozwarstwionym torfem pod nogami, zaklęciem,
wymaga poświęcenia, ale w połowie drogi traci oddech
i osuwa się w czeluść, gdzie wszystko pozostaje półwyraźne.

Nie chodzi o utratę,
chociaż wszystkie twoje fikcje wgryzają się w moje kolana.
Przysiągłbyś, że to krew, ale to tylko czerwień paproci,
blask rozproszony jak szept w ciemnym lesie.

Ominęłam ludzi, jak omija się drzewa spalone przez piorun.
Nie dlatego, że się boję, ale dlatego, że w tych zgliszczach
drży echo, krzyk czegoś większego, co chowa się w popiele.
Jestem coraz dalej, a mimo to czułość chwyta mnie za gardło,
jak gdyby trzymała klucz.

Pachną róże, pachnie peonia,
ale po co nam kwiaty, jeśli nie potrafimy ich nazwać?
Pismo zawsze zaczynało się od brudu pod paznokciami.
Rytmem kamienia na skale, krwawe linie ryte w kości,
świadectwo: jesteśmy tu, choćby na chwilę.

Nie ma żadnego końca.
Jest narracja pełna szelestów i wyłuskanych perełek,
które skupiają namiętność tak, jakbyśmy byli czymś innym,
bardziej. Czarny bez rośnie w górę, naturalnie.
Myśli wiją się jak spirale, piszą się od dawna, wciąż na nowo.

Bądźmy dla siebie.

Nie jak róże, które znikają bez śladu, ale jak bluszcz,
który pamięta każdy kamień, najdrobniejszą jamę,
podmuch wiatru wieczny w swojej pokornej sile.


2020

środa, 4 listopada 2026

Tymczasem na prowincji...

 










W poniedziałek napisała do mnie bliska znajoma z Dublina z pytaniem, czy nie wybrałabym się z nią nad ocean. Nie zastanawiałam się długo. Szybko pozmieniałam plany i odpisałam, że zawsze chętnie. Przygotowałam kawę do termosu, dwie filiżanki, coś dobrego do przegryzienia i poduszki do siedzenia na skałach. Zanim się obejrzałam, uściskałyśmy się i już po godzinie spacerowałyśmy po plaży i po płaskowyżu Burren. W drodze powrotnej wybrałyśmy trasę widokową przez Corkscrew Hill. Nie czekałyśmy na zachód słońca. Każda z nas miała inne plany na pozostałą część dnia. Fajnie tak sobie pogawędzić o tym, co się u nas działo od poprzedniej wizyty, czyli prawie rok. 


wtorek, 3 listopada 2026

O zwierzętach światła

 



Nikt już nie liczy, ile razy najciemniejsze miejsce
w człowieku przecieka przez nos, kiedy przystajemy
nad wąwozem, by udawać, że wciąż chodzi o florę,
(i nie o bakteryjną). Że uczymy dzieci odróżniać
ciepło matki od temperatury zbliżającego się płomienia.
Nie wyjaśniamy, jak gasnąć ze zrozumieniem.

Zwijam swoje wnętrze jak śpiwór po oblężeniu.
Nie jestem ranną, jestem strukturą. Zapisaną
w miękkiej tkance trzustki, gdzie każda komórka
zna swoje przeznaczenie, nawet jeśli kończy
jak nagłówek w gazecie: Rozpoznano za późno.

Mówisz: wszystko to fale,
więc unoszę choroby w kieliszkach po komunii.
Wyparzam język, by nie przyznał, że wierzę.
Trzymam się za ogon lisa, by zasnąć w domu bez okien.

Pod ścianą leżą rzeczy, które miały być potrzebne:
zawieszone modlitwy, glony ze święconej wody,
bransoletka z błędem genetycznym.
Nie znajdziesz ich w instrukcji do życia.
Są jak ostatni dźwięk z wyłączanego pianina.

Nie boję się znikania, bo ćwiczyłam je od dziecka,
w kolejce po odpuszczenie win
i przy kuchennym stole, gdy pytano
co znowu popsułam.

Światło wchodzi przez pory.
Moja wnuczka rozumie, że bólu nie da się przeoczyć.
Gdy rysuje drzewo, korzenie biegną do góry.
Kiedy płacze, śmieje się mój cień.

A jeśli wszystko jest tylko pamięcią chemiczną?
Jeśli śmierć to forma oddychania?
Przysięgam, przepiszę nasze istnienie w sen,
zatrzymam twoje imię w najciemniejszym bursztynie,
zanim przyszłość zacznie mnie szukać po zapachu.

Nie jestem ranną, jestem strukturą
światło wchodzi przez pory
przysięgam, przepiszę nasze istnienie w sen

wrzesień 2023

poniedziałek, 2 listopada 2026

O wysyłaniu

 


Znajomy pisarz w jednym z listów napisał, że powinnam wysyłać teksty do czasopism literackich. Odpowiedziałam jak moje dzieci po długich tyradach, że tak, tak, masz rację, wyślę by uciąć to gawędzenie. Wiem, że to bardzo wygodna odpowiedź z mojej strony, zwłaszcza kiedy nie mam ochoty po raz kolejny wyjaśniać, dlaczego czegoś nie zrobię. Mam zresztą kilka powodów. Pierwszy jest dość prozaiczny, nie znoszę, kiedy ktoś nie odpowiada na wiadomości. Nie chodzi nawet o odmowę. Chociaż jej nie lubię, ale przynajmniej jest jakimś komunikatem. Znacznie gorzej oceniam redakcyjne milczenie, tę szczególną formę kontaktu z człowiekiem, w której jedna strona wysyła tekst, a druga najwyraźniej traci zdolność używania poczty elektronicznej. Zaczynam wtedy odczuwać niechęć do konkretnych osób, a niektóre nazwiska coraz częściej rozpatruję pod kątem usunięcia ze znajomych na wiadomych platformach. Nie mam obowiązku utrzymywać kontaktów towarzyskich z ludźmi, których zawodowy sposób postępowania uważam za zwyczajnie niegrzeczny. Po drugie, nie lubię, kiedy mi odmawiają/zbywają, proszę odezwać się za rok. Wiem, brzmi to mało szlachetnie, ale nie zamierzam udawać, że mam w sobie szczególnie rozwiniętą potrzebę kolekcjonowania odmów. Nie mam. Wystarczająco dużo rzeczy w życiu robię bez pytania kogokolwiek o pozwolenie. Po trzecie, publikuję w eleWatorze, prowadzę poczytny blog i czytam reakcje bezpośrednie na moje teksty. Blog ma zresztą większą publiczność niż niejeden periodyk literacki, co nie jest ani szczególnym osiągnięciem, ani powodem do wyciągania wniosków o kondycji czasopism literackich. Jest jedynie faktem, i czy rzeczywiście powinnam koniecznie zabiegać o miejsce w cudzym spisie treści. Oczywiście, mogłabym wychodzić poza własną bańkę. Rozumiem argument, znam jego zalety, nie potrzebuję jednak kolejnego wykładu o tym, że autor powinien być aktywny, widoczny, obecny i gotowy do nawiązywania kontaktów. Wiem również, że literatura nie kończy się na tym, co czytam na co dzień. A czytam czasopisma. Niektóre od deski do deski, inne wybiórczo, zależnie od zawartości i cierpliwości, którą akurat mam w sobie. Także ten. Miłego poniedziałku.