Strony
- Fotograficznie/Graficznie
- Strona główna
- Kup "Podróżowanie w przestrzeni"
- Kup "Pierwszy milion nocy"
- Gniazdo - Tadeusz Baranowski
- Portfolio
- Bob
- Travelling in space
- Kup mi kawę, proszę :)
- krótka kronika zapatrzenia
- o autorce
- Mały słownik zmyśleń – niezna mowa snu
- ArtPubKultura
- Kup książkę - Emiterium
- Banery
sobota, 29 listopada 2025
Maciej Krajewski poeta i pielęgniarz.
piątek, 28 listopada 2025
Mix biesiadny
czwartek, 27 listopada 2025
Strach dziedziczony
podzielne, zdatne do użycia jak linijka,
a kobiety je wyolbrzymiają tylko dlatego,
że w środku mają za dużo miejsca,
gdzie noc zostaje na zawsze.
Mówił, że przesadzam, gdy wspominam
o nerwach rwących się jak suche gałązki,
o językach, które krążą wokół nas jak ćmy,
wylatując z ust tych, którzy nigdy nie zmarzli
na przystanku o piątej rano.
Nie wiedział, że strach ma konsystencję śluzu
i potrafi przejść przez każdą szczelinę,
nawet tę między snem a oddechem dziecka,
gdy uczyło się słów: uważność, odwaga,
nie bój się własnego głosu.
Powtarzał, że kobieca złość to pudrowany grymas,
że bunt pachnie kremem do rąk,
którym smarujemy sobie nadgarstki,
żeby nie pękały od zimy i od cudzych spojrzeń.
Nie znał tego trzasku w kościach,
gdy ciało przypomina, że pamięć jest cyklem,
a nie linią prostą, że wraca jak wiosna pod skórę,
nawet jeśli liście jeszcze milczą.
Kiedy mówiłam o przemocy,
uderzał w stół jak w martwy pień,
sprawdzał, czy nie przesadzam z drżeniem.
Słowa odbijały się od niego,
jak od skorupki jajka, które nigdy nie pękło.
A ja w środku miałam całe stado głosów,
wylęgały się z byle dotyku,
z obcych spojrzeń, z własnych wspomnień.
Śpiewały, nawet gdy były zakurzone.
Pisanie o ranach, mówił, to ekshibicjonizm.
A ja wiedziałam, że to jedyny sposób,
żeby nie zgnić od środka.
Bo rany są jak geografia:
trzeba je narysować, żeby wreszcie wiedzieć,
gdzie kończę się ja,
a zaczyna cudze terytorium.
Kiedy odklejam bandaż,
skóra błyszczy nowym alfabetycznym wątrobieniem,
jakby chciała coś powiedzieć światu.
Dlatego zapisuję jej drgania.
Słowa są miękkie jak mech na popękanym głazie,
ale wchodzą w ciało,
jak pył z pożarów, osiada w płucach
i przypomina, że natura też ma swój gniew.
Uczę dziecko, że nie wolno bać się kolorów,
ale trzeba słuchać, co mówią kamienie.
Że siła nie jest po to, by łamać,
jest po to, by trzymać ciepło,
gdy świat pęka w zupełnie innym miejscu,
niż się spodziewałyśmy.
Ktoś przekonywał mnie, że przesadzam.
A ja tylko próbuję oddychać
tak, jakby powietrze nie zostało wymyślone
przeciwko mnie.
środa, 26 listopada 2025
Lajwy srajwy
wtorek, 25 listopada 2025
Skąd się wzięła Sosa
(z notatnika podróży, która jeszcze się nie zaczęła)
Dziadao mówi:
Zamknij oczy, Soso,
bo świat trzeba czasem widzieć
od środka.
Wtedy zaczyna się lampanie.
To nie światło, to nie cień.
To moment, w którym drewno oddycha
i klocki rosną w pagody,
śmieją się jak ty
na widok słonia z nosorożcem
tańczących walca.
Dziadao wie, jak zrobić z patyka świątynię,
z krzesła – łódź,
a z soli – przeprz.
Bo sól to nie tylko do zupy.
To też:
• ziarenko na czole wschodu
• ślad po łzie, której się nie wstydzimy
• droga, którą trzeba liznąć, zanim się przejdzie.
Zbudujemy dółeń, mówi,
a ty już wiesz –
to nie dół,
to nie pełnia,
to coś, co mieści się między nimi,
miękkie jak twoja myśl tuż przed snem.
Dziadao wkłada ci do kieszeni okruch drewna.
To mapa, mówi. Pokaż ją komuś w Japonii,
a zrobi ci herbatę. Pokaż ją komuś w Indiach,
a zatańczy wokół niej sari. Ale najpierw – pokaż ją sobie.
Śmiejecie się, aż gubią się słowa i zostaje tylko szuszu,
czyli szept, który przytula, gdy już nie da się mówić.
Potem Dziadao znika za parawanem z firanki,
ale ty wiesz, to nie zniknięcie.
To podróż w bok, tam gdzie robi się kolejne klocki
i uczy nowy kolor dla purple-ish.
A w nocy, kiedy już jesteś pod kocem,
Dziadao stoi w kącie snu, w dłoni trzyma sól,
w drugiej przeprz, a między nimi: śmiech,
co nie zna końca.
PeS
sobota, 22 listopada 2025
O pewnym rodzaju pisania, które prowadzi donikąd ( z rozmowy u Teatralnej)
piątek, 21 listopada 2025
To coś
poniedziałek, 17 listopada 2025
Gdy wszystko już ucichło
dla M.
Matka układa kwiaty w martwej doniczce,
przypina kokardę do słońca, które nie wschodzi.
Mówię: mamo, ono od dawna jest zepsute,
a ona, jak zawsze, poprawia moje błędy:
to nie słońce, tylko obłok, dziurawy, ale nasz.
Sąsiad z naprzeciwka
rozlewa czerwone wino na wydeptany śnieg,
mówi, że po tamtej stronie ulicy zawsze był raj,
ale nigdy go nie zauważyliśmy.
W jego dłoniach jabłka z zeszłego roku
przemieniają się w złoto.
Nie trzeba być żywym, by rozumieć ogień – dodaje.
W pokoju stoją książki, których nikt nie otworzy,
a jednak zapisuję marginesy – dla siebie,
dla nikogo, dla martwych owadów.
Tylko one wiedzą, jak smakuje pustka.
Przychodzą ptaki.
Ich skrzydła pachną czarnym chlebem
i zimą, która wciąż nie przyszła.
Gdzieś daleko padają pierwsze słowa:
witajcie, jesteście, czujecie.
Ktoś zamyka okno,
a my zbieramy ślady po obecności,
jakbyśmy szukali drogi w labiryncie –
nie ma wyjścia.
Pod koniec wieczoru
matka rozwiesza firanki,
cieknie po nich śnieg, który psy już zjadły.
Jesteśmy bezpieczni – mówi,
a ja po raz pierwszy jej wierzę.
Grudzień 2024
niedziela, 16 listopada 2025
Kiedy przemoc udaje niewinność
PS
piątek, 14 listopada 2025
O przeskoku, który widać od razu
środa, 12 listopada 2025
Życie
Biało-czerwona sukienka
niedziela, 9 listopada 2025
Niewszędziebycie










