niedziela, 25 października 2026

Kropki

 


Mąż pociął papier. Maluje się, nooo dobrze, ja maluję i eksperymentuję z nowymi kolorami. A później idę po bieżni i odkrywam na paznokciach kropki z tuszu. Słucham Zmory. Czarna Toń, akcja rozgrywa się w Toruniu. Nie wiem czy mi się podoba. Wciąż mam wrażenie, że już gdzieś z czymś takim się zetknęłam. W Irlandii wieje. Właściwie to wieje już od kilku dni z przerwami na taki dzień jak wczoraj, więc trudno mówić o jakimś szczególnym początku. Jesień przesuwa granice, zawsze tak jest, kiedy zbliża się Halloween. Przestawiłam doniczkę, bo znowu się przewróciła. Zebrałam liście z podjazdu, wyjrzałam za kilka godzin, liście wróciły. Pogoda nie tyle się zmienia, ile przypomina o obecności, mniej lub bardziej. I w tych codziennych czynnościach, czuć w powietrzu chłód. Wciska się pod ubranie, i nawet krótki spacer wymaga ode mnie całkiem rozsądnej logistyki, by było przyjemnie. No i w końcu przycięłam róże, ostro. Ale też piwonie i inne kwiaty, które zaczęły wyglądać nieciekawie. Kupiłam też cudny płaszcz przeciwdeszczowy. Długi, wygodny, dobrze się w nim czuję, taka osadzona. Nie wiem, czy to kwestia kroju, ciężaru materiału, czy może zwyczajnej przyjemności posiadania czegoś, co odpowiada na konkretną potrzebę. A poza tym proza życia. Ludzie fajni i niefajni. Spotykamy się, rozmawiamy, czasem coś z tego wynika, a czasem nic. Mijamy się, uśmiechamy do siebie. W centrum pojawiła się kolejna kawiarnia i siłownia. Zawsze cieszą mnie nowe miejsca. Co do kawy, jestem wybredna. Albo po prostu wiem, czego nie chcę. To niekoniecznie to samo, chociaż z zewnątrz może wyglądać podobnie. Tydzień ułożył się z takich właśnie drobiazgów. Malowanie, bieżnia, książki, zakupy, kawa i kawa, kilka wiadomości, sprawy, które trzeba załatwić, i te, które można jeszcze przesunąć napoweekendzie. W domu zawsze jest coś do zrobienia. Na zewnątrz również. Nie wiem, czy potrzebuję w tej chwili czegoś więcej niż własnej obecności. Jesień sprzyja porządkowaniu spraw, choć niekoniecznie dlatego, że jest szczególnie piękna. Jest przecież mokra, wietrzna i jednostajna. Trawa pozostaje zielona, może mniej intensywna i chociaż spodziewam się już bardziej zdecydowanych zmian, to drzewa nie zawsze zachowują się zgodnie z wyobrażeniami przywiezionymi z Polski. Nie ma tu takiego samego kalendarza jesieni. Są za to kolejne dni, podobne do siebie na tyle, że łatwo przestać zwracać na nie uwagę. Może właśnie dlatego dobrze jest czasem zauważyć kropki tuszu na paznokciach. Nowy płaszcz, w którym dobrze się wędruje w tym deszczowym krajobrazie. Albo fakt, że ktoś jutro będzie spacerował ulicami Torunia, które mam w pamięci. To niewiele, ale nie wszystko musi być wielkie, żeby było warte odnotowania. Jutro możliwe, że będzie dalej wiało. Prawdopodobnie wypiję kawę, zrobię naleśniki, może gofry, posłucham kolejnego fragmentu książki. Mamy długi weekend, więc może wybierzemy się gdzieś dalej. Tydzień będzie się toczył i toczył, złożony z rzeczy koniecznych i tych zupełnie niepotrzebnych. A tusz pewnie wejdzie pod paznokcie. I tak, nie zamierzam się tym specjalnie przejmować. Są rzeczy, których nie da się doczyścić, i takie, których może wcale nie trzeba usuwać.

czwartek, 22 października 2026

W ukryciu

 


Nic z wami nie muszę,
a jednak wychylam się, gdy zakręcasz.
Delikatnie, jak wiatr dotyka kurzu na starych ikonach.
Wiersze leżą odłogiem, wytarte chodniki,
ich sylaby to kamienie, znoszą ciężar kroku.
Na palec zwijam żyłkę. Po chwili jest już morszczynem,
potem grzbietem wieloryba, na końcu cieniem,
który zostaje na dłoni po zdjęciu obrączki z deszczu.

Przewijam sny na podglądzie. Prześwity tkanin, nitki rozpięte jak
pajęczyny pomiędzy powiekami. Leżymy w trawie. Merynosy
przesuwają chmury powoli, jakby biel była odmianą cierpliwości,
nie koloru.

Najwięcej hałasu robi fala, kiedy niczego nie zabiera.
Przesuwa tylko bursztyn, pióro mewy,
muszlę z różowym wnętrzem, jak świeżo zagojony język.
Rybę, która dawno przestała oddychać,
lub słowo. Nie zdążyło wybrzmieć?
Oglądam dłonie. Każde przecięcie
ma odcień dojrzałej jarzębiny, której tutaj prawie nie ma,
więc krew udaje owoc, żeby nie przestraszyć piasku.
Liczysz naparstnice. Ich fiolet
zawsze zachowuje się ostrożniej od ludzi.
Zbieram to, czego nie nazwałyśmy:
zapach mokrego porostu, ciemną zieleń,
pojawia się tylko wtedy, kiedy ktoś odchodzi
bez trzaskania gałęziami.

Wracamy osobno, ale droga jeszcze długo
niesie nas obie, jak korzeń cisu ukryty pod torfem,
który nie wybiera kierunku, tylko uważnie
omija kamienie.

2017

wtorek, 20 października 2026

Urodzinowo

 



Tak wyszło, że mam dzisiaj urodziny. Z tej okazji chciałabym napisać coś o sobie, ale bez podsumowań, deklaracji i postanowień. Z wiekiem coraz mniej interesuje mnie to, co wypada, a coraz bardziej to, co jest prawdziwe. Wiem, że nie wszystko należy zatrzymywać, nie każdą znajomość podtrzymywać i nie na każde pytanie odpowiadać. Czas robi swoje, ludzie się zmieniają, odchodzą, inni zostają dłużej. Ja również się zmieniam. Nie mam już potrzeby tłumaczenia się ze wszystkiego ani przekonywania kogokolwiek do moich racji. Wciąż jestem ciekawa świata, ludzi i słów. I nadal zależy mi na tym, żeby nie przeżyć życia wbrew sobie. Dziękuję za życzenia, wiadomości, pamięć i dobre myśli. Za każde słowo, które ktoś zechciał dzisiaj skierować właśnie do mnie. Nie traktuję tego jako oczywistości. Wiem, że pamięć o drugim człowieku też wymaga uwagi, a czas, który sobie nawzajem dajemy, nie jest czymś bez znaczenia. Dzisiaj po prostu jestem. O rok starsza i wciąż zachęcam Was do zakupienia mojej ostatniej książki „dla córki mojej córki”. Taki drobny prezent urodzinowy i przyjemny gest.

https://business.allegro.pl/oferta/malgorzata-poludniak-dla-corki-mojej-corki-18874566867


poniedziałek, 19 października 2026

I dalej, wychodzimy z cienia

 




VII. Po wyjściu

Wychodzimy z cienia. To wszystko. Żadnej muzyki.
Żadnego objawienia. Na schodach ktoś rozlał mleko.

Przechodzę nad nim ostrożnie.

Za drzwiami poranek w kolorze starego srebra.
Miasto pachnie dymem, kawą i mokrą sierścią.

Czuję ulgę. Przez siedem sekund.

Potem widzę w szybie odbicie twarzy.
Jest spokojna. Chociaż to mnie niepokoi. Podchodzę bliżej.
Szyba jest zimna. Po drugiej stronie ktoś stoi.
Nie rusza się. Ja też nie.

I dopiero wtedy rozumiem, że cień,
z którego wyszłam, nie był mój.