Strony
niedziela, 12 kwietnia 2026
Ferrumoria
piątek, 10 kwietnia 2026
Świętujemy siódme urodziny
dzisiaj kończysz siedem lat, czyli dokładnie tyle,
ile potrzeba, żeby świat zaczął się lekko wyginać
w stronę magii.
Wpis do słownika zmyśleń:
SOPHIA (rzeczownik, zjawisko, czasownik jednocześnie)
Osoba, która potrafi rozmawiać z kotami bez użycia słów, ale za to z użyciem bardzo poważnych spojrzeń.
Mała lekarka od wielkich spraw, która przykłada plasterek tam, gdzie boli nawet przyszłość.
Wynalazczyni nowych słów, kiedy stare się zużyją od nadmiaru świata.
Dziewczynka, która buduje domy z klocków, a później mieszka w nich razem z lisem i sekretem.
Siedem, liczba, która oznacza:
już wiem więcej, ale jeszcze wszystko przede mną.
MAGENTA (przymiotnik sophiczny)
kolor przytulenia, które świeci w środku.
URODZINY (zdarzenie cykliczne, bardzo ważne)
dzień, w którym świat mówi:
dobrze, że jesteś dokładnie taka, jak jesteś,
ani mniej, ani więcej, ani trochę inaczej.
Życzę Ci, Sophio,
żeby każdy dzień miał w sobie choć jeden mały cud
(do znalezienia pod stołem, w kieszeni albo między słowami),
żeby lisy zawsze wiedziały, gdzie Cię szukać,
a wszystkie rośliny lekko się do Ciebie nachylały.
I żebyś nigdy nie przestała wymyślać świata
po swojemu.
Przytulam Cię najmagentowo
czwartek, 9 kwietnia 2026
Przesunięte do środka
Coś mnie dopadło. To coś... nie od razu nazwane, raczej rozlane, jakby przyszło od środka, ale bez konkretnego miejsca. To taki niepokój, który nie ma jednego źródła, bardziej stan niż punkt, jakby środek mnie zapomniał, gdzie zaczyna się oddech, a gdzie kończy myśl. Czuję, jakbym przemieszczała się we własnym ciele, z jednego organu w drugi, i nic do końca ze sobą nie współgrało. Jakby wszystkie te wewnętrzne rytmy nagle się rozminęły. Boli mnie głowa, ale to nie jest znajomy ból, który można zamknąć w słowie ból. Bardziej coś na granicy. Napięcie, które nie daje się uchwycić. Mrużę oczy i łzy pojawiają się same, bez wyraźnego powodu. I są inne niż zwykle, bardziej słone, jakby zagęszczone. Podrażniają skórę przy kącikach powieki, ranią przy wyjściu i pozostawiają cienkie pęknięcia, ślad, który jeszcze przez chwilę pulsuje. Jest też we mnie coś związanego ze sprawami, na które nie mam wpływu. Jestem w nich, ale nie znam ich języka, ani nie mam narzędzi, by je rozpracować. I może właśnie to najbardziej męczy, ta niewiadoma, nieumiejętność, która powoli wsiąka, rozchodzi się po ciele i myślach. Trudno określić, co właściwie powinnam czuć. Wszystko jest trochę obok, za wcześnie, albo za późno. Zostaję więc w tym stanie, bez próby szybkiego porządkowania. Obserwuję. Może to też jest jakaś forma bycia, niepewna, chociaż prawdziwa.
wtorek, 7 kwietnia 2026
O spokoju
coś jak ślad po palcu na ekranie, który reaguje, ale już nie odpowiada.
W i ę c zaczynam od tego. Pewnego dnia przestałam potrzebować wyjaśnień
i to nie było olśnienie, raczej drobna awaria systemu
jakby ktoś wyłączył funkcję sens bez komunikatu
i wszystko działa dalej, tylko ciszej, bardziej wypłaszczone.
Ktoś kiedyś powiedział, nazwij to, a uratujesz.
I przez lata nazywałam rzeczy, ludzi, siebie w różnych wersjach,
nakładałam znaczenia jak warstwy farby, aż obraz przestał oddychać.
Teraz patrzę
i nie poprawiam.
To jest ten moment, w którym ręce nadal pamiętają gest
ale już nie mają powodu, żeby go wykonać.
Drżą nie z braku siły a z nadmiaru trzymania.
Był czas, kiedy wszystko było głośne,
uczucia miały objętość, zajmowały miejsce,
trzeba było się z nimi liczyć jak z ciężkimi meblami,
przesuwać, ustawiać, potykać się o nie,
aż w końcu można było powiedzieć: ż y j ę.
Teraz życie nie potrzebuje dowodu,
odbywa się bez świadków,
jak rozmowa, której nikt nie zapisuje.
I mylę ten spokój z czymś, co brzmi lepiej,
dojrzałość, równowaga, akceptacja,
wygodne słowa, miękkie krzesła
na których można siedzieć i nie czuć, że coś uwiera.
Jednak prawda wynika z techniki,
i jest mniej literacka, do pokazania:
to moment, w którym świat przestaje oferować wersję roboczą
i zostawia cię z tym, co jest
bez opcji edytuj,
i można jeszcze zaparzyć kawę, odpowiedzieć na wiadomość,
wyjść na spacer, gdzie nic nie woła po imieniu.
Nawet nie chodzi o pustkę, pustka była kiedyś wydarzeniem,
teraz jest narzędziem,
czymś, co pozwala funkcjonować bez przeciążenia.
W i ę c siedzę w tym,
jak w przestrzeni, która nie wymaga interpretacji
i myślę, że może tak właśnie wygląda koniec pewnej narracji,
bez puenty, dramatycznego światła,
raczej jak zdanie, które nagle traci czasownik.
I zostaje
już tylko coś
co trwa
bez potrzeby,
żeby znaczyć.
sobota, 4 kwietnia 2026
czwartek, 2 kwietnia 2026
O zmierzchu
Wszystko mówi ciszej, ale znaczenia stają się cięższe,
jakby dzień, zanim zgaśnie, oddawał swoje resztki do depozytu ciała.
Stoję po kolana w tej substancji przejścia, niepewna, czy to jeszcze światło,
czy już jego wspomnienie przesiąknięte kurzem i rozmowami,
których nie dokończyłam.
O zmierzchu człowiek zaczyna przypominać miejsce po czymś ważnym:
po domu, obietnicy, miłości. Miała własny zapach
i teraz wraca jedynie jako ślad na skórze,
niemożliwy do zmycia, ale też niemożliwy do nazwania bez ironii.
Bo jak mówić serio o sensie, kiedy sens tak chętnie zmienia stronę ulicy?
Jest we mnie zgoda na rozkład, choć nie taka, która wzrusza ramionami,
raczej zgoda robocza, tymczasowa, jak umowa podpisana w półmroku,
gdzie litery drżą, a ręka pamięta jeszcze inny język.
Życie nie gnije tu spektakularnie, ono fermentuje, wydziela ciepło,
jakby chciało udowodnić, że nawet rozpad może być procesem twórczym.
O zmierzchu widzę wyraźniej, jak bardzo byłam materiałem:
do deptania, wzruszeń, projekcji cudzych pragnień. Jak łatwo
było mnie wziąć za krajobraz, po którym można przejść, nie pytając
o pozwolenie. A jednak coś we mnie zostało, nie korzeń,
raczej uparta wilgoć, zdolność chłonięcia tego, co nie chce być czyste:
krwi, potu, resztek cudzych snów.
Ironia przychodzi wtedy naturalnie, jak odruch śmiechu na pogrzebie,
nie po to, by obrazić śmierć, ale by przypomnieć jej,
że nie ma monopolu na powagę. Bo jeśli wszystko ma się skończyć,
to dlaczego nie pozwolić sobie na odrobinę bezczelnej radości istnienia
tuż przed zgaśnięciem?
O zmierzchu świat wygląda jak niedokończone zdanie: pełne zawieszeń,
przecinków, fałszywych puent. I może właśnie dlatego nadal w nim jestem,
nie po to, by coś ocalić, lecz by uczestniczyć w tym drżeniu,
w tej chwili, gdy sens jeszcze się waha,
a życie, mimo wszystko, nie zostało odwołane.
środa, 1 kwietnia 2026
O materiałach, bylejakości i takich tam
wtorek, 31 marca 2026
O przekraczaniu (notatka z czasu, który zwalnia)
piątek, 27 marca 2026
Pracownia Thomasa
Niczego nie chcieliśmy obgadywać. To się stało
ledwie widoczną smugą na ścianie. Odwracanie wzroku,
rozstrojenie w zestrojeniu. Nie śmieję się – błahe słowa
wykruszają każde poruszenie. Właściwie niepotrzebnie
otwieram torebkę i waham się. Ciału już nie wystarcza kołysanie
z drzewami, pod nimi. Unikam gromów, jasnego nieba, tańców,
smukłych kobiet, topornych płaszczy.
Nie wiem, dlaczego wciąż przegryzam
łodygi barwnych kwiatów.
Na marginesie.
Czego nie lubisz? Tych porozrzucanych wydruków z pracy dyplomowej,
błędów w drugich wersach, brakujących liter, pikseli tak drobnych,
że drażnią. Mrużysz oczy, wstajesz pod jakimś pretekstem,
by przyglądać się zaciekom na szybie, sieciom drobnych pająków.
Przesuwam punkty kontrolne w Illustratorze, by powtarzać ruchy.
Odrzucam ludzi, jak leci – całe kolumny pustki, raz po razie.
2019
z książki Pierwszy Milion Nocy
czwartek, 26 marca 2026
O Bagnie i kierowczyniach
wtorek, 24 marca 2026
Lekcja osmozy
Lotność to przecież właściwość nieba, nie boi się opadania,
jak dziecko, które zapomina o ciężarze,
zanim nauczy się upadać z wdziękiem.
W domu z torfu i wosku, wyjmuję palcami z powietrza kolory,
żeby je przypiąć na ścianie pamięci, zanim przyjdzie kolejny front.
Sophia pyta, czy sarny mają sny i dlaczego liście odpadają z drzew,
kiedy w środku są jeszcze zielone.
Odpowiadam: to nie drzewa się starzeją,
tylko świat potrzebuje miejsca dla nowej historii.
Rdzewiejące pręty w ogrodzeniu trzymają w ryzach niebo,
ale przecieka przez nie śmiech, niesiony językiem,
wymyślonym przez dzieci dla kotów i planet.
Sophia śni, że zjada ogień, potem mówi, że nie boi się
topnienia lodowców, bo potrafi oddychać pod wodą.
Zbieram w słoiki wszystkie resztki czułości,
krople po kawie, mgły z torfowisk, przyciskany policzek,
gdy słowo babciu znowu zawiśnie nad stołem jak niezjedzony owoc.
Niech przyroda nas bierze w płuca, kłącza, w kory.
Niech nas rozkłada na składniki pierwsze i ostatnie.
Zgoda.
Ale jeszcze uczę dzieci jak mówić do deszczu,
żeby nie padał za mocno, jak szeptać do ciemności,
żeby nie zapomniała, że jest tylko przerwą w świetle.
sierpień 2025
niedziela, 22 marca 2026
Trzy dziewczyny i kuc
sobota, 21 marca 2026
O pragnieniu
raczej jak pusta filiżanka, kiedy sprzątam po śniadaniu,
a ty wyszedłeś bez słowa i nawet nie trzasnąłeś drzwiami,
tylko zostawiłeś uchylone, abym sama sobie dopowiedziała przeciąg.
O twojej obecności w drobiazgach,
które udają niewinność, w niedopitych łykach kawy,
w krzywo odstawionym krześle,
w zdaniach, które nie kończą się kropką,
bo nauczyłeś mnie mówić bez pewności,
jakby każda myśl była tylko wersją roboczą życia.
Chciałam rozciągnąć codzienność pomiędzy nami
jak cienką tkaninę, prześwitującą, trochę zużytą,
ale własną, i zszywać ją gestami, które nic nie znaczą dla świata,
a dla mnie są architekturą przetrwania:
że coś podam, zatrzymam, będę pamiętać,
jak odwracasz głowę, kiedy nie chcesz widzieć mojego zachwytu.
Bo widzisz, zachwycam się źle, za wolno albo za bardzo,
nie tam, gdzie trzeba,
nie wtedy, kiedy wypada klaskać.
I oni odchodzą. Znikają jak światło z pokoju,
kiedy nikt nie pamięta, kto zgasił.
Zostaję z tym swoim nadmiarem,
jakby ktoś pomylił proporcje i zamiast jednej osoby
wsypał we mnie garść sprzecznych wersji:
tej, która chce być blisko,
i tej, która już się uczy nie prosić.
To znaczy czasem milczeć,
bo każde słowo jest podejrzane, każde zostań brzmi jak umowa,
której nikt nie podpisał.
Więc uczę się ironii, ostrej jak szkło z rozbitej butelki.
Mówię: nic się nie stało, a potem zbieram siebie z podłogi,
fragment po fragmencie, żeby nikt nie zobaczył,
jak bardzo to jednak było wszystko.
I jeszcze te kolory, magenta w miejscach, gdzie powinno być neutralnie,
jakby ktoś celowo podkręcił nasycenie
w scenie, która miała być realistyczna.
Może o to chodzi, że ja nie umiem być realistyczna,
że każdą relację zapisuję,
jak powieść, której nikt nie chce czytać do końca,
bo za dużo w niej czułości, a za mało instrukcji obsługi.
To także wiedzieć, że mogę zostać sama z całym tym językiem,
który nikogo już nie obchodzi, i mimo to
układać zdania tak, jakby ktoś jednak miał wrócić
i przeczytać je szeptem, z tą swoją niedbałą uwagą,
która kiedyś była dla mnie całym powodem,
żeby oddychać.



















