No to oglądam Lalkę i Dżentelmenów. I to są dla mnie dwie zupełnie różne przyjemności. Lalka podoba mi się bardzo, każda persona, piórko, perła, koronka, rękawiczka, bruk i brud. Jest w tym wszystkim coś, co mnie wciąga, ta cała materia epoki, jej przesada, elegancja i cały ten syf. Lubię patrzeć na ludzi, którzy są ubrani jak z obrazów, a jednocześnie chodzą po błocie. Natomiast Dżentelmeni odjeżdżają kompletnie, przez Guya Ritchiego, więc trudno abym oczekiwała umiaru. U niego wszystko jest podkręcone, gangsterka, pieniądze, arystokracja, przemoc, dowcip, kobiety, mężczyźni, ubrania, samochody, psy, trupy i angielska posiadłość, która najwyraźniej może być jednocześnie pałacem, meliną i przedsiębiorstwem narkotykowym. Skrajność nad skrajnościami. I dlatego to działa na mnie jako rozrywka. Bo właśnie tak traktuję oglądanie filmów i seriali. To nie musi być wielkie dzieło. Ma mnie jedynie na chwilę wyłączyć z mojego własnego mózgu. Książki są oczywiście najważniejsze, z nimi pracuję, czytam, wracam, grzebię. Film czy serial jest czymś innym. Resetują mnie. Mogę sobie usiąść i patrzeć, jak ktoś inny ma problemy, najlepiej w pięknych wnętrzach i z dobrze zrobioną scenografią. Tym bardziej że nigdy nie byłam wielką fanką książki Prusa. Prus mnie nie uwiódł na tyle, abym chciała do niego wracać z nabożnością. Więc alternatywna wersja bardzo mi odpowiada. Znam historię, znam bohaterów, ale mogę wejść w to od innej strony, przez kostiumy, twarze, wnętrza, gesty, światło. I nagle Wokulski nie musi być Wokulskim z mojej szkolnej pamięci. Może sobie po prostu być facetem w świetnie skrojonym garniturze, który patrzy na Izabelę jak na nieszczęście, którego pragnie. A ostatnio towarzyszy mi jeszcze pizdeczka, w sumie pizda, ale wolę zdrobnienie. To jest znakomite słowo i jak przepięknie się odmienia: pizdeczka, pizdeczki, pizdeczce, pizdeczką, pizdeczko. Można z nim przejść przez całą składnię bez żadnego wysiłku, szczególnie w czasie kierowania autem w mieście. Jest małe, miękkie, a jednocześnie ma w sobie pewną bezczelność. Idealne w czasie oglądania seriali, w których jedni noszą perły, drudzy strzelają do ludzi, a ja siedzę sobie z pizdeczką i mam święty spokój. No i Jakub Jarno, jak Mróz, no temu panu odjechał peron. Marionetka ten Jarno. I jeszcze... Benjamin Clementine, najpierw epizod w Diunie, a teraz w serialu, miód i orzeszki. Jarno pizdeczka, Benjamin artysta. Tak już jest.
PS
Wpadłam na przerwę śniadaniową do Was. I nie, no nie byłam w kinie i nie pójdę. Przez Konrada. Bo jak można grać w Lalce, tyle że w wersji kinowej, a jednocześnie opowiadać takie kocopoły o serialu? No co za luj. Wszystko mi zepsuł. A mogło być tak miło. Bo przecież już sama reklama mnie złapała. Jest tam scena ulewy, Łęcka stoi w deszczu i od razu mam skojarzenie z Dumą i uprzedzeniem, z Keirą Knightley i sceną, w której filmowy pan Darcy się oświadcza. I osobiście uważam, że zaraz po zakończeniu, jest to jedna z najbardziej romantycznych scen w całym filmie. Ten deszcz, napięcie, mokre ubrania, emocje pod samą skórą. Niby nic, a jednak wszystko. Więc kiedy reżyserzy zaczynają mi tak pokazywać miłość, to ja już jestem gotowa. Proszę bardzo. Może być grubo. Może być melodramatycznie. Mokro, nerwowo i z wielkim uczuciem. Albo może oczywiście nie być nic z tego ale wtedy po co mi ta ulewa? I już byłam trochę ciekawa tej kinowej Lalki. A teraz Konrad wyskoczył ze swoimi kocopołami i mi odczarował. No luj pizdeczka. A mogło być tak pięknie.
„Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość”







































