poniedziałek, 2 lutego 2026

Gęsie jajo

 


Kończy się mój długi weekend. O świcie była siłownia, później sporo się działo, w wolne dni potrafi być intensywniej. Rano pomyślałam, no cóż, już początek tygodnia. Dopiero wieczorem znalazłam moment, żeby usiąść przed trzecim odcinkiem Rycerza Siedmiu Królestw, kilka stron książki na czytniku, herbata w kubku z Bolesławca. Ten drobny, niekontrolowany skurcz w kąciku ust pojawia się zawsze, gdy czytam o granicach autorstwa, o redaktorce nadużywającej AI, która gubi się w odpowiedzi na pytanie, czy jestem autorką, czy tylko operatorką narzędzi, chyba, to żadna odpowiedź. W międzyczasie udoskonaliłam murzynka. Stary przepis, wyciągnięty z szuflady pamięci, dostosowany do oczekiwań mojej rodziny, zainspirowana przez Natthimlen. To zresztą działa podobnie jak z kawą: parzymy ją w domu coraz bardziej wymyślnie, więc będąc w kawiarni mój mąż patrzy na filiżankę z wyraźnym rozczarowaniem. Myślę czasem, że gdybym gorzej gotowała, piekła i nie wymyślała własnych receptur, w restauracjach bylibyśmy wzorowymi, wdzięcznymi gośćmi. A tak, cóż. Straszne, mówię wam. Ten weekend kończy się więc gdzieś pomiędzy komfortem a lekkim niepokojem, w domowym cieple z pytaniem o to, co jeszcze jest nasze, a co już tylko powtórzeniem, poprawką, adaptacją. I chyba właśnie w tym zawieszeniu, pomiędzy zmierzchem a świtem, czuję się dziś najbardziej u siebie.


piątek, 30 stycznia 2026

Niewystarczalność

 


Jest taki moment, kiedy język przestaje być narzędziem, a zaczyna być świadkiem. Patrzę na litery innych ludzi i widzę, że są głodne. Nie dlatego, że krótkie i nieporadne, lecz dlatego, że nikt ich nie karmił ciszą, lekturą, wstydem, czekaniem. Piszą, bo muszą się odezwać, nie dlatego, że mają coś do powiedzenia. Stoję obok z całym zapasem słów, które nauczyły się milczeć i to boli bardziej niż brak. Upadek hurtowni książek jest tylko znakiem. Nie katastrofą. Objawem. Jak wysypka na skórze świata: źle zarządzany organizm, który nie wie już, co jest pożywieniem, a co zapychaczem. Książki nie umierają od braku czytelników. Umierają od braku odpowiedzialności za sens. Tak jak ludzie. I wtedy pojawia się to poczucie: nieudacznica. Bo nie potrafię o siebie walczyć. Nie zakładam zrzutek na własne zmęczenie. Nie potrafię sprzedać kruchości w paczkach po 29,99. I wmawiam sobie, że to nie porażka. Jedynie koszt bycia kimś, kto nie upraszcza bólu, żeby dało się nim handlować. Strach nie dotyczy braku sensu. Dotyczy tego, że sens przestaje być potrzebny. Świat radzi sobie bez głębi, długiego zdania, ciemnego przypisu na końcu strony. Wystarcza krzyk, skrót, emotka. Gorycz bierze się stąd, że widzę to wcześniej. Ból, że nie potrafię oślepnąć razem z innymi. Jestem jak dzika trawa z tekstu Lu Xuna, nie dlatego, że płytka, lecz dlatego, że nie daję się udomowić. Korzenie sięgają tam, gdzie nikt nie zagląda: w pamięć, wstyd, w czytanie rzeczy, które nie obiecują ulgi. To, co łatwe do stratowania, bywa pierwsze, co chłonie wodę po pożarze. Czuję jak dotykam dna, bo jestem blisko ziemi. A ziemia zawsze przyjmuje więcej, niż pokazuje. Nie jestem nieudacznicą. Jestem kimś, kto nie zgodził się na język zastępczy. Na życie w skrócie. Sens podany bez czucia. I tak, to samotne. I czasem wygląda jak przegrana. Jeśli dziś jest ciemno, nie uciekam z tego miejsca. To nie zmierzch. To ta godzina, w której jeszcze nie wiadomo, czy coś się rozpuści, czy przetrwa. A nawet jeśli miałoby się rozpuścić, to tylko to, co było zbędne.


czwartek, 29 stycznia 2026

o hortensjach (po zachodniej części ogrodu)

 




dla tych do nie lubią hortensji



Nie wiem, czy to był sen, czy instrukcja obsługi
ciała po kolizji z rzeczywistością.
zapisałam sobie:
Nie pić z tego samego kubka, co pamięć.
Nie mówić zbyt cicho, bo wtedy wszystko się zagnieżdża.

Hortensje stały równo, jak dzieci ustawione w kolejce
do szczepienia przeciwko przyszłości.
Biała ściana. Numerki. Bransoletki z plastiku.
Ktoś mówił: nie płacz, to tylko na wszelki wypadek.
A przecież już wtedy pękały nam kręgosłupy
na samą myśl o tym, że kiedyś będziemy rodzicami.

Na zewnątrz był park. W parku liście z aluminium,
drzewa z tendencją do roztapiania się w świetle.
Lubiłam tam chodzić, gdy jeszcze mogłam wybierać, co czuję.
Mówię lubiłam, ale przecież do dzisiaj pamiętam,
jak brzmi zgrzyt podeszwy na szarym chodniku,
zrobionym z czyichś myśli.

Może przegapiłam moment, kiedy świat
zmienił kształt i to już nie sfera,
tylko lęk zamknięty w torbie foliowej.
Dzieci uczą się alfabetu od końca.
Z jak znikam.
P jak przemysł.
A jak a co, jeśli to już ostatnia wiosna?

Hortensje, mówiłaś, to takie kwiaty,
które udają, że wszystko będzie dobrze.
ale one też więdną, gdy słyszą wiadomości.
Czasem czuję, że moje stopy nie należą już do mnie.
Idą gdzieś same. Ciągną za sobą cień.

Wszystko rozpisane w notatkach:
czyli jak oddychać w systemie.
Uśmiechać się przez zęby do pani w urzędzie,
która trzyma moje dane jakby to były
okruchy po czyimś śniadaniu.

Na końcach drucików noszę nie hortensje,
tylko małe szkiełka, kiedyś były oczami
tych, którzy nie zdążyli zbudować sobie dachu z metafory.

Przechodzę przez ulicę.
nie chcę, żeby ktokolwiek mnie zatrzymał.
Mam w sobie zbyt dużo
nieodpowiedzi.


z Emiterium (92-93)

środa, 28 stycznia 2026

No jak nic...

 



Nie lubię gratulacji pod wierszem. Coś w tym słowie jest dla mnie fałszywie gładkie, jakby ktoś próbował przykryć nim niezrozumienie wrażliwości. Wiersz nie jest osiągnięciem, nie jest celem, do którego się dochodzi, ani stopniem, który się zalicza. Jeśli już, jest zdarzeniem warunkowym: mógł się nie wydarzyć, rozpaść po drodze, mógł mnie zostawić w połowie zdania. I często tak właśnie robi. Wiersz mnie porzuca przy blacie kuchennym, przy myciu zębów, w drodze na siłownię, albo kiedy wracam i zwyczajnie nie mam już czego dokończyć, kiedy siadam przy biurku. Ale niech cię to nie zwiedzie, traktuję wiersz poważnie. Nie jako sukces, tylko jako byt, chwiejny, niepewny, wystawiony na przeciąg. Pisanie nie daje mi punktów ani medali, tylko ryzyko: że coś się odsłoni, że coś pęknie, że zostanę z ciszą, która nie chce się domknąć. Dlatego nie bardzo wiem, z czego miałabym być gratulowana. Z tego, że weszłam w pole bez obietnicy powrotu? Gratulacje brzmią jak skrót myślowy, jak gest wykonany z rozpędu. Często nie jest odpowiedzią na tekst, tylko na sam fakt jego istnienia. A mnie interesuje tylko to pierwsze. Czy coś się poruszyło, czy ktoś został na chwilę, czy wiersz komuś przeszkodził, zachwiał, zatrzymał oddech. Jeśli nie, trudno, nie szkodzi. Wiersz nie ma obowiązku się podobać. Ma prawo być jak trawa: bujać się, łamać, odrastać krzywo, reagować na każdy podmuch. Moja nieufność nie bierze się z pychy, tylko z uważności. Wiersza się nie nagradza. Wiersz się przyjmuje, albo omija. Cała reszta jest uprzejmością, która niewiele mnie obchodzi. I chętnie z radością gratulacje zwykle składam nowożeńcom, rodzicom z okazji narodzin ich dziecka, z okazji jubileuszy, wygranych, nagród, osiągnięć mierzalnych, wydania ksiażki, zaliczenia etapu... możecie dopisać własne.


O tym, co przygniata i pachnie jak metal


 



O hortensjach, które miały urosnąć tylko trochę.
Jak włosy dziecka w żałobie. Jak skrzela w słoiku.
Nie mieściły się w oknie. Nie chciały znać proporcji.

Noszę ich kształt w płucach. Kwitną, gdy śpię głęboko,
z twarzą odwróconą do ściany. Mam wyrosłą w środku
watę – zatrzymuje głos. Matka mówiła: nie bój się wody.
Ale woda przyszła w nocy, nie pytała o grunt.

Ziemia wtedy wygięła się jak łuk z mokrego rysunku.
Od tamtej pory nikt nie potrafił wrócić.

Zostawiam notatki, ale one parują. Zostaje tłuszcz,
szczelina, ostatni zapach drzwi. Nie uczę Sophii wszystkiego.
Oszczędzam jej imiona ptaków, które spadają w milczeniu.

Kiedy boli – głaszczę powietrze. Kiedy nic nie ma –
zasłaniam się hortensją. Jakby to był jedyny sposób,
by przeżyć światło.

z Emiterium (88)

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Membrana

 





Siedem lat temu, w lutym, namówiłam córkę w ostatnich tygodniach ciąży by zapozowała w krajobrazie, który za każdym razem mnie zaskakuje. Niedaleko domu Constance Markievicz, tej samej, która wiedziała, że historia nie wydarza się w salonach, przyjaciółka Yeatsa. Widzicie przed sobą Zatokę Drumcliff, rozchwianą, w czasie wycofanej wody, która zawsze wraca, by sprawdzić, gdzie przebiega linia lądu. To miejsce jest ruchome. Wydmy przesuwają się powoli, plaże zapadają się i odsłaniają, przyroda robi swoje. Znam ten rytm. Wracam tam, gdy wszystko inne zaczyna mówić za dużo. Ustawienie córki w tym pejzażu było oczywiste, bywamy tam często, wystarczy przeczekać deszcz. Reszta dzieje się sama: światło, wiatr, napięcie.

Akurat dzisiaj dławi mnie język. Znowu. Wracają najsmutniejsze myśli. Zastanawiam się, co mnie uformowało: zapach gnijących wodorostów, chłód, który nie pozwala się rozleniwić, czy wiatr, który prostuje kręgosłup brutalniej niż jakakolwiek rozmowa. Z czego jestem zrobiona?! Widzę siebie przez to sito: sól, piasek, ślady cudzych kroków, które i tak znikną. Język zrobił się miękki, nadmiernie bezpieczny. Poezja została wypchnięta na margines, jak coś niepraktycznego. Za dużo tupetu, za mało ryzyka. Narcystyczne spojrzenia, ckliwość udająca głębię. Gdy tylko próbuję podejść bliżej ludzi, coś się we mnie zamyka. Nie mam w ciele zgody na ten rodzaj bliskości. Wracam. Do wydm, oceanu, fal niosących więcej i więcej. Tam nie trzeba się tłumaczyć. Język odpada jak zbędna warstwa. Zostaje tylko to, co trzyma się gleby.
















i jedno zdjęcie - z lata, widok z Lissadell House




niedziela, 25 stycznia 2026

Black mesh

 



Niedziela, rozkłada się w czasie jak fuksjowy koc, który wczoraj uszyłam z kaszmirowego wielkiego poncho, od kilku lat leżał na półce, a teraz jest lekko wilgotny od porannej mgły. Chyba lubię takie dni, kiedy wszystko dzieje się obok głównego nurtu świata. Kiedy mogę bez poczucia winy przeglądać strony z ubraniami, nie po to, żeby coś natychmiast kupić, ale żeby sprawdzić, czy moje ciało, to obecne, ukształtowane powoli, bez przemocy inaczej układa materię. Szukam sukienki na ramiączkach. Prostej. Najlepiej z merino, bo merino ma w sobie coś z ciszy: grzeje, ale nie krzyczy. Ma być tłem. Drugim planem. Czymś, co przyjmie na siebie czarną sukienkę, tę bardziej skomplikowaną, z górą z bawełnianego tiulu, lekko przeźroczystą, i z odcięciem, cienką bawełnę układaną cierpliwie, warstwa po warstwie. Kiedyś kupiłam ją w Rundholz. Spontanicznie. Bez planu, zgody rozumu. Taki zakup, który przez pierwsze miesiące wisi w szafie jak wyrzut sumienia albo obietnica bez daty. Pomyślałam wtedy: może kiedyś. I to kiedyś nie miało w sobie ani konkretu, ani presji. Po prostu zostało odłożone, jak książka, na którą nie ma jeszcze odpowiedniego czasu.

Minęło pół roku. Chodzenia na siłownię. Bez heroizmu. Bez narracji o walce. Raczej o regularności. O tym, że ciało lubi powtarzalność. Mięśnie uczą się sensu, jeśli się im go nie odbiera. I nagle, zupełnie mimochodem, wszystko na mnie zaczęło się układać. Nie w znaczeniu ideału. Raczej w znaczeniu zgody. Dlatego teraz szukam tej bazowej, na ramiączkach, pozwoli czerni wybrzmieć, ale sama pozostanie niemal niewidzialna. Lubię takie ubrania. Nie są pierwszym zdaniem. Czytając Białość Jona Fossego, mam wrażenie, że on pisze właśnie o takich warstwach. O tym, co jest pod spodem. O istnieniu, które nie domaga się interpretacji, tylko obecności. Jego zdania są jak kroki stawiane w śniegu: krótkie, powtarzalne, prowadzące donikąd i wszędzie jednocześnie. Białość nie jest kolorem. Jest stanem. Przestrzenią, w której można się rozpuścić albo zniknąć, bez dramatycznego gestu. Dzisiejsza niedziela też jest biała. Choć na zewnątrz wciąż mgła albo drobny deszcz, dzień jest dłuższy, światło robi się ostrzejsze. Białość jest we mnie. W sposobie, w jaki nie chcę dziś niczego domykać. W tym, że pozwalam rzeczom być niedokończonymi.

W kuchni pachnie czekoladą. Sophia stała rano na zebrze (stołek), w fartuchu osłaniającym kolana. Pomagała mi robić ciasto. A właściwie: była procesem. Dosypywała mąkę. Najpierw za szybko. Łyżeczka po łyżeczce, jakby czas był czymś, co można przyspieszyć samą intencją. Tłumaczyłam jej spokojnie, że musi poczekać, aż mąka zniknie z powierzchni ciasta. Że nie chodzi o tempo, tylko o moment, w którym masa znowu staje się jednolita. Sophie słuchała. Patrzyła uważnie. I robiła pauzę za pauzą. To był jeden z tych momentów; myślałam, że wszystko, co ważne, da się sprowadzić do kuchni. Do miski. Drewnianej łyżki. Cierpliwości. Sophia uczy się, że nie wszystko dzieje się natychmiast. Ja uczę się, że tłumaczenie może być czułe.

Ciasto wyszło wilgotne. Czekoladowe. Zmodyfikowałam przepis i znowu intuicja mnie nie zawiodła, tym razem zapisałam czynności, by udało się całość powtórzyć. Wszyscy są zadowoleni. To zdanie jest banalne, ale ma w sobie odpowiedni ciężar. Myślę o ciele. O tym, jak długo potrafi być terenem nieporozumień. Jak często traktujemy je, jak projekt do poprawienia, a nie jak miejsce zamieszkania. Te pół roku nie było o rzeźbie. Było o tym, że ciało zaczęło mi ufać. Przestało się bronić, wreszcie mogę włożyć sukienkę i nie myśleć o niej co pięć minut. Sukienki są dla mnie zawsze czymś więcej niż ubraniem. Są decyzją o tym jak chcę być widziana albo, jak bardzo chcę się ukryć. Ta czarna z tiulem ma w sobie coś ceremonialnego. Ale potrzebuje tła. Potrzebuje tej merinociszy pod spodem. Jak tekst potrzebuje pauz. Fosse pisze o znikaniu. O tym, że można wyjść w białość i nie wrócić. Dzisiaj myślę raczej o pozostawaniu. O byciu tu, w niedzielnej kuchni, w moim ciele. Melancholia nie jest smutkiem. Jest zgodą na to, że nie wszystko musi być ostre, a kontury mogą się rozmywać. Pamięć nie zawsze układa się w narrację. Czasem jest tylko nastrojem. Przeglądam kolejne strony. Lniane. Wełniane. Za cienkie. Za grube. Zbyt dekoracyjne. Zbyt dosłowne. Szukam czegoś, co będzie niemal nieobecne. Jak czerń w malarstwie, nigdy nie jest tylko czarna.

Niedziela powoli się przesuwa. Światło zmienia kąt. Sophia biega po domu, niosąc ze sobą zapach kakao i mąki. Myślę, że to wszystko jest wystarczające. Nie muszę niczego przyspieszać. Ani w cieście, ani w życiu. Jest we mnie spokój, który nie wynika z odpowiedzi, tylko z braku pytań. I jeśli coś z tej niedzieli miałoby zostać, to właśnie to uczucie: że mogę być tłem dla samej siebie. Białość nie jest pustką. Jest przestrzenią, w której rzeczy wreszcie mogą oddychać, mimo że są czarne.



PS

Sukienka, ta na wierzchu. Zdjęcie ze strony sklepu. 

Blink-Baby Shark Sophia



Montaż: Margo Poludniak
W roli Baby Shark: Sophia
Tytuł piosenki: The Ripe & Ruin
Wykonawca: alt-J

Sardynki w pomarańczy

kliknij w zdjęcie

 


sobota, 24 stycznia 2026

Pięćdziesiąt wejść w siebie

 



To tyle, ile razy można przewrócić miasto
na lewą stronę, zajrzeć w szwy,
wyciągnąć spomiędzy ich nitki
kłębki głosów.

Raz mi powiedzieli: pisz z puentą,
więc niosłam jedną w kieszeni,
a drugą porzuciłam nad Shannon,
bo może słowa lepiej znają drogę,
kiedy plączą się pomiędzy znakami stopu
a ciszą sklepowych półek.

Nie ma łagodności, są tylko zderzenia.
Melancholia przepycha się z ironią,
jakbyśmy wszyscy siedzieli
przy jednym stoliku,
ale kawa nigdy się nie kończy,
a łyżeczki stukają w naczynia,
jak w dzwony.

Czy to wszystko waży coś więcej
niż lekkość pustych fraz?
Pławik drży, kręgi się rozszerzają,
a rzeka niesie nas przez wodę,
która zna smak każdej rozmowy.

Może to jest klucz:
stać na rogu ulicy i słuchać,
jak miasta mówią do siebie,
wciągają nas do swoich dzielnic,
gdzie nic się nie da zmierzyć,
ale wszystko można poczuć.


z archiwum

piątek, 23 stycznia 2026

Bliskość nie potrzebuje pośredników




Coraz częściej czuję zmęczenie. Nie tylko kolejnymi grafikami, muzyką czy tekstami generowanymi przez AI, które trafiają do mnie w prywatnych wiadomościach, ale szerzej, zmęczenie kulturą zamienników. Zamienników rozmowy, obecności, relacji. Z mężem rozmawiamy siedząc blisko. Komunikatory służą nam wtedy, gdy jesteśmy daleko od siebie, albo kiedy trzeba przekazać prostą informację: co kupić, gdzie jesteś, czy pamiętasz. Nie komentujemy sobie wpisów w sieci, nie reagujemy lajkami na własne życie. Mąż czyta wszystko, co napisałam i rozmawiamy o tym. Ale poza internetem. Bo tam, gdzie jest możliwość rozmowy twarzą w twarz, nie potrzebujemy jej substytutów. Od jakiegoś czasu przyglądam się jednak z rosnącym zdziwieniem zjawisku, jak wiele par i małżeństw przenosi swoją czułość do sieci. Siedzą obok siebie, a jednocześnie komunikują się przez komentarze, publiczne dopiski, reakcje innych. Jakby doświadczenie nie było do końca realne, dopóki nie zostanie pokazane. Jakby bliskość wymagała świadków. To już nie jest dzielenie się, raczej emocjonalny ekshibicjonizm, w którym prywatność staje się czymś podejrzanym. Zastanawia mnie ten paradoks: skoro można coś powiedzieć komuś siedząc naprzeciwko, po co pisać to publicznie? Po co zapośredniczać czułość, skoro ciało, głos, milczenie są na wyciągnięcie ręki? Może chodzi o kontrolę. Może o bezpieczny dystans. A może o potrzebę potwierdzenia, nie od tej jednej osoby, tylko od całego chóru. Widzę w tym kolejne przesunięcie (uwielbiam to określenie): relacja przestaje dziać się pomiędzy, a zaczyna dziać na zewnątrz. Związek staje się narracją, którą trzeba podtrzymywać, aktualizować, komentować. To, co niewidoczne, jakby traciło wagę. Cisza przestaje istnieć. Intymność bez publiczności przestaje być oczywista. Nie twierdzę, że to zawsze oznaka pustki. Ale mam poczucie, że coś się tu gubi. Może to, co w bliskości najcenniejsze: fakt, że nie musi być oglądana, że może wydarzać się bez zapisu, reakcji i potwierdzenia. A przecież można być razem, nie będąc jednocześnie widzem własnego życia. I chyba właśnie to mnie dziś najbardziej porusza (jeszcze nie irytuje) i męczy. Coraz częściej pojawiają się pary, które przeżywają siebie tak, jakby stale patrzyli na siebie z zewnątrz. Jakby bardziej relacjonowali niż byli.

czwartek, 22 stycznia 2026

Te dni

 


To było wtedy, gdy czas nie miał jeszcze własnego alfabetu i mówił do mnie przez rzeczy; zamek w drzwiach, mleko podnosi się w garnku jak pamięć, której nikt nie uznał za źródło. Wtedy właśnie babcia stawiała granice świata na skraju lasu, jakby dalej była już tylko korekta losu, biała plama w druku, miejsce na cud albo na błąd. To było wtedy, na styku pól i zdarzeń, o których mówiło się szeptem, pokrzywy rosły szybciej niż dzieci, a sny miały ciężar cudzych dłoni. Zawsze za dużych, zawsze nie do końca naszych, jak język, który obiecuje dom, a daje instrukcję obsługi lęku. Nosiłam kalosze po kimś, kto wyszedł do miasta i rozpłynął się w nim jak zdanie bez podmiotu. Lato drżało pod skórą, migotało jak powieka tuż przed płaczem, a benzyna układała się na wodzie w spektakularne barwy, tak piękne, że aż podejrzane, jakby natura też miała swoje strategie perswazji, czułą wersję kłamstwa. Dziadek nie opowiadał o wojnie, on ją nosił. W plecach, które znały ciężar bez narracji, w milczeniu tak gęstym, że można było się o nie potknąć. Kiedy kładł dłoń na mojej głowie, nie było w tym Boga ani historii, była tylko fizyka przetrwania: ciepło, nacisk, chwila bez pytania dlaczego. Kapliczka pod sosną traciła twarz warstwa po warstwie, deszcz prowadził z nią długą rozmowę o zapomnieniu. Nie wiedziałam wtedy, komu ją postawiono, może komuś zbyt delikatnemu na spisy ludności, zbyt cichym na archiwa, jakby cisza też mogła być formą wykreślenia. Pszczoły czuły więcej. Zawsze czują. Krążyły nad nami jak ruchome znaki zapytania, tańczyły alfabet, którego nie uczą w szkołach, pisany skrzydłami, pyłkiem, czasem końca, czasem początku bo te dwa słowa od dawna mają wspólny rdzeń. Kiedy uczyłam się pisać, nie znałam jeszcze wielkich pojęć, ale czułam je w stopach: w zimnym linoleum, w bułce z mortadelą, w spojrzeniach kobiet, które miały dłonie zamiast głosu, i wiedziały, że sens kosztuje, a nie każdemu wystarcza pieniędzy. Teraz mówię wnuczce, że liść nie spada z obowiązku, tylko z dojrzałości chwili, a ona patrzy na mnie uważnie i pyta, czy ja też kiedyś będę musiała spaść. I nagle całe moje wykształcenie, lektury, ironie kurczą się do jednego miejsca w gardle, którego nie da się zapisać żadnym znakiem. Są poranki, kiedy dziadek wraca do mnie w zapachu popiołu, a książki milczą, jak ludzie w kolejce do chwili zniknięcia, wszyscy wiedzą, że to systemowe, ale nikt nie chce być pierwszy, kto nazwie to po imieniu. Myślę wtedy, że świat jest czymś, co próbujemy nosić w dłoniach, jak za duży płaszcz po kimś bliskim: ciągle zsuwa się z ramion, przecieka przez szwy, a mimo to, wciąż daje odrobinę ciepła, na tyle, żeby jeszcze zostać.


wtorek, 20 stycznia 2026

un-liked

 


Lubię ludzi. Ale nie wszystkich, tak jak nie wszystkie materiały nadają się do pracy. Nie z każdego drewna da się zrobić stół, który uniesie ciężar milczenia. Nie każdy metal wytrzyma zimę bez pęknięcia. Są tacy, którzy myślą, że nie widzę. Skoro nie pytam, nie naciskam, pozwalam zdaniu wisieć w powietrzu jak niedokończony sweter, to znaczy, że można mnie przesunąć o milimetr. A potem o kolejny. I jeszcze jeden. Nie wiedzą, że pracuję w milimetrach. Widzę drgnięcie powieki, zanim zdąży się wymówić. Uniesiona brew to dla mnie całe zdanie, a nerwowy ruch głową, przypis dolny do kłamstwa. Nie przeszkadza mi cisza. Cisza jest uczciwa. Ma kształt, temperaturę, ciężar. Ale oszustwo jest jak plastik udający porcelanę. Brzmi ładnie tylko do pierwszego stuknięcia. Dawno temu wyzbyłam się zazdrości. Zrozumiałam, że różnice są naturalne jak pory roku, że nie wszystko musi kwitnąć jednocześnie, że nie każdy narcyz widzi innego narcyza, nawet jeśli stoją obok. I to jest w porządku. Nie w porządku jest udawać, że się nie depcze cudzych korzeni. Wybieram ludzi, przy których mózg mi zaskakuje. Takich, po których rozmowie chce mi się zaszyć w pracowni, bo coś się przestawiło, kliknęło i domaga się formy. Reszta, nawet sympatyczna, odpada. Bez dramatu, wojny, narracji o zdradzie. Niektórzy mówią: ludzie są słabi. Tak. Są. Ale słabość nie musi kłamać. Słabość może usiąść obok i powiedzieć: nie wiem, boję się, pogubiłam się w wersjach siebie. Kłamstwo to już nie słabość. To decyzja. Estetycznie marna. Nie darowuję oszustwa i tych odruchowych, cofniętych polubień nie dlatego, że jestem twarda. Tylko dlatego, że nie chcę twardnieć. Bo każda zgoda na drobne fałszerstwo, to kolejna warstwa lodu na wrażliwości. A ja wolę zimę, która skrzypi pod butem, niż plastikową odwilż. Widzę ludzi. Naprawdę ich widzę. I to czasem bardziej ich przeraża, niż boli.