poniedziałek, 26 stycznia 2026

Membrana

 





Siedem lat temu, w lutym, namówiłam córkę w ostatnich tygodniach ciąży by zapozowała w krajobrazie, który za każdym razem mnie zaskakuje. Niedaleko domu Constance Markievicz, tej samej, która wiedziała, że historia nie wydarza się w salonach, przyjaciółka Yeatsa. Widzicie przed sobą Zatokę Drumcliff, rozchwianą, w czasie wycofanej wody, która zawsze wraca, by sprawdzić, gdzie przebiega linia lądu. To miejsce jest ruchome. Wydmy przesuwają się powoli, plaże zapadają się i odsłaniają, przyroda robi swoje. Znam ten rytm. Wracam tam, gdy wszystko inne zaczyna mówić za dużo. Ustawienie córki w tym pejzażu było oczywiste, bywamy tam często, wystarczy przeczekać deszcz. Reszta dzieje się sama: światło, wiatr, napięcie.

Akurat dzisiaj dławi mnie język. Znowu. Wracają najsmutniejsze myśli. Zastanawiam się, co mnie uformowało: zapach gnijących wodorostów, chłód, który nie pozwala się rozleniwić, czy wiatr, który prostuje kręgosłup brutalniej niż jakakolwiek rozmowa. Z czego jestem zrobiona?! Widzę siebie przez to sito: sól, piasek, ślady cudzych kroków, które i tak znikną. Język zrobił się miękki, nadmiernie bezpieczny. Poezja została wypchnięta na margines, jak coś niepraktycznego. Za dużo tupetu, za mało ryzyka. Narcystyczne spojrzenia, ckliwość udająca głębię. Gdy tylko próbuję podejść bliżej ludzi, coś się we mnie zamyka. Nie mam w ciele zgody na ten rodzaj bliskości. Wracam. Do wydm, oceanu, fal niosących więcej i więcej. Tam nie trzeba się tłumaczyć. Język odpada jak zbędna warstwa. Zostaje tylko to, co trzyma się gleby.
















i jedno zdjęcie - z lata, widok z Lissadell House




niedziela, 25 stycznia 2026

Black mesh

 



Niedziela, rozkłada się w czasie jak fuksjowy koc, który wczoraj uszyłam z kaszmirowego wielkiego poncho, od kilku lat leżał na półce, a teraz jest lekko wilgotny od porannej mgły. Chyba lubię takie dni, kiedy wszystko dzieje się obok głównego nurtu świata. Kiedy mogę bez poczucia winy przeglądać strony z ubraniami, nie po to, żeby coś natychmiast kupić, ale żeby sprawdzić, czy moje ciało, to obecne, ukształtowane powoli, bez przemocy inaczej układa materię. Szukam sukienki na ramiączkach. Prostej. Najlepiej z merino, bo merino ma w sobie coś z ciszy: grzeje, ale nie krzyczy. Ma być tłem. Drugim planem. Czymś, co przyjmie na siebie czarną sukienkę, tę bardziej skomplikowaną, z górą z bawełnianego tiulu, lekko przeźroczystą, i z odcięciem, cienką bawełnę układaną cierpliwie, warstwa po warstwie. Kiedyś kupiłam ją w Rundholz. Spontanicznie. Bez planu, zgody rozumu. Taki zakup, który przez pierwsze miesiące wisi w szafie jak wyrzut sumienia albo obietnica bez daty. Pomyślałam wtedy: może kiedyś. I to kiedyś nie miało w sobie ani konkretu, ani presji. Po prostu zostało odłożone, jak książka, na którą nie ma jeszcze odpowiedniego czasu.

Minęło pół roku. Chodzenia na siłownię. Bez heroizmu. Bez narracji o walce. Raczej o regularności. O tym, że ciało lubi powtarzalność. Mięśnie uczą się sensu, jeśli się im go nie odbiera. I nagle, zupełnie mimochodem, wszystko na mnie zaczęło się układać. Nie w znaczeniu ideału. Raczej w znaczeniu zgody. Dlatego teraz szukam tej bazowej, na ramiączkach, pozwoli czerni wybrzmieć, ale sama pozostanie niemal niewidzialna. Lubię takie ubrania. Nie są pierwszym zdaniem. Czytając Białość Jona Fossego, mam wrażenie, że on pisze właśnie o takich warstwach. O tym, co jest pod spodem. O istnieniu, które nie domaga się interpretacji, tylko obecności. Jego zdania są jak kroki stawiane w śniegu: krótkie, powtarzalne, prowadzące donikąd i wszędzie jednocześnie. Białość nie jest kolorem. Jest stanem. Przestrzenią, w której można się rozpuścić albo zniknąć, bez dramatycznego gestu. Dzisiejsza niedziela też jest biała. Choć na zewnątrz wciąż mgła albo drobny deszcz, dzień jest dłuższy, światło robi się ostrzejsze. Białość jest we mnie. W sposobie, w jaki nie chcę dziś niczego domykać. W tym, że pozwalam rzeczom być niedokończonymi.

W kuchni pachnie czekoladą. Sophia stała rano na zebrze (stołek), w fartuchu osłaniającym kolana. Pomagała mi robić ciasto. A właściwie: była procesem. Dosypywała mąkę. Najpierw za szybko. Łyżeczka po łyżeczce, jakby czas był czymś, co można przyspieszyć samą intencją. Tłumaczyłam jej spokojnie, że musi poczekać, aż mąka zniknie z powierzchni ciasta. Że nie chodzi o tempo, tylko o moment, w którym masa znowu staje się jednolita. Sophie słuchała. Patrzyła uważnie. I robiła pauzę za pauzą. To był jeden z tych momentów; myślałam, że wszystko, co ważne, da się sprowadzić do kuchni. Do miski. Drewnianej łyżki. Cierpliwości. Sophia uczy się, że nie wszystko dzieje się natychmiast. Ja uczę się, że tłumaczenie może być czułe.

Ciasto wyszło wilgotne. Czekoladowe. Zmodyfikowałam przepis i znowu intuicja mnie nie zawiodła, tym razem zapisałam czynności, by udało się całość powtórzyć. Wszyscy są zadowoleni. To zdanie jest banalne, ale ma w sobie odpowiedni ciężar. Myślę o ciele. O tym, jak długo potrafi być terenem nieporozumień. Jak często traktujemy je, jak projekt do poprawienia, a nie jak miejsce zamieszkania. Te pół roku nie było o rzeźbie. Było o tym, że ciało zaczęło mi ufać. Przestało się bronić, wreszcie mogę włożyć sukienkę i nie myśleć o niej co pięć minut. Sukienki są dla mnie zawsze czymś więcej niż ubraniem. Są decyzją o tym jak chcę być widziana albo, jak bardzo chcę się ukryć. Ta czarna z tiulem ma w sobie coś ceremonialnego. Ale potrzebuje tła. Potrzebuje tej merinociszy pod spodem. Jak tekst potrzebuje pauz. Fosse pisze o znikaniu. O tym, że można wyjść w białość i nie wrócić. Dzisiaj myślę raczej o pozostawaniu. O byciu tu, w niedzielnej kuchni, w moim ciele. Melancholia nie jest smutkiem. Jest zgodą na to, że nie wszystko musi być ostre, a kontury mogą się rozmywać. Pamięć nie zawsze układa się w narrację. Czasem jest tylko nastrojem. Przeglądam kolejne strony. Lniane. Wełniane. Za cienkie. Za grube. Zbyt dekoracyjne. Zbyt dosłowne. Szukam czegoś, co będzie niemal nieobecne. Jak czerń w malarstwie, nigdy nie jest tylko czarna.

Niedziela powoli się przesuwa. Światło zmienia kąt. Sophia biega po domu, niosąc ze sobą zapach kakao i mąki. Myślę, że to wszystko jest wystarczające. Nie muszę niczego przyspieszać. Ani w cieście, ani w życiu. Jest we mnie spokój, który nie wynika z odpowiedzi, tylko z braku pytań. I jeśli coś z tej niedzieli miałoby zostać, to właśnie to uczucie: że mogę być tłem dla samej siebie. Białość nie jest pustką. Jest przestrzenią, w której rzeczy wreszcie mogą oddychać, mimo że są czarne.



PS

Sukienka, ta na wierzchu. Zdjęcie ze strony sklepu. 

Blink-Baby Shark Sophia



Montaż: Margo Poludniak
W roli Baby Shark: Sophia
Tytuł piosenki: The Ripe & Ruin
Wykonawca: alt-J

Sardynki w pomarańczy

kliknij w zdjęcie

 


sobota, 24 stycznia 2026

Pięćdziesiąt wejść w siebie

 



To tyle, ile razy można przewrócić miasto
na lewą stronę, zajrzeć w szwy,
wyciągnąć spomiędzy ich nitki
kłębki głosów.

Raz mi powiedzieli: pisz z puentą,
więc niosłam jedną w kieszeni,
a drugą porzuciłam nad Shannon,
bo może słowa lepiej znają drogę,
kiedy plączą się pomiędzy znakami stopu
a ciszą sklepowych półek.

Nie ma łagodności, są tylko zderzenia.
Melancholia przepycha się z ironią,
jakbyśmy wszyscy siedzieli
przy jednym stoliku,
ale kawa nigdy się nie kończy,
a łyżeczki stukają w naczynia,
jak w dzwony.

Czy to wszystko waży coś więcej
niż lekkość pustych fraz?
Pławik drży, kręgi się rozszerzają,
a rzeka niesie nas przez wodę,
która zna smak każdej rozmowy.

Może to jest klucz:
stać na rogu ulicy i słuchać,
jak miasta mówią do siebie,
wciągają nas do swoich dzielnic,
gdzie nic się nie da zmierzyć,
ale wszystko można poczuć.


z archiwum

piątek, 23 stycznia 2026

Bliskość nie potrzebuje pośredników




Coraz częściej czuję zmęczenie. Nie tylko kolejnymi grafikami, muzyką czy tekstami generowanymi przez AI, które trafiają do mnie w prywatnych wiadomościach, ale szerzej, zmęczenie kulturą zamienników. Zamienników rozmowy, obecności, relacji. Z mężem rozmawiamy siedząc blisko. Komunikatory służą nam wtedy, gdy jesteśmy daleko od siebie, albo kiedy trzeba przekazać prostą informację: co kupić, gdzie jesteś, czy pamiętasz. Nie komentujemy sobie wpisów w sieci, nie reagujemy lajkami na własne życie. Mąż czyta wszystko, co napisałam i rozmawiamy o tym. Ale poza internetem. Bo tam, gdzie jest możliwość rozmowy twarzą w twarz, nie potrzebujemy jej substytutów. Od jakiegoś czasu przyglądam się jednak z rosnącym zdziwieniem zjawisku, jak wiele par i małżeństw przenosi swoją czułość do sieci. Siedzą obok siebie, a jednocześnie komunikują się przez komentarze, publiczne dopiski, reakcje innych. Jakby doświadczenie nie było do końca realne, dopóki nie zostanie pokazane. Jakby bliskość wymagała świadków. To już nie jest dzielenie się, raczej emocjonalny ekshibicjonizm, w którym prywatność staje się czymś podejrzanym. Zastanawia mnie ten paradoks: skoro można coś powiedzieć komuś siedząc naprzeciwko, po co pisać to publicznie? Po co zapośredniczać czułość, skoro ciało, głos, milczenie są na wyciągnięcie ręki? Może chodzi o kontrolę. Może o bezpieczny dystans. A może o potrzebę potwierdzenia, nie od tej jednej osoby, tylko od całego chóru. Widzę w tym kolejne przesunięcie (uwielbiam to określenie): relacja przestaje dziać się pomiędzy, a zaczyna dziać na zewnątrz. Związek staje się narracją, którą trzeba podtrzymywać, aktualizować, komentować. To, co niewidoczne, jakby traciło wagę. Cisza przestaje istnieć. Intymność bez publiczności przestaje być oczywista. Nie twierdzę, że to zawsze oznaka pustki. Ale mam poczucie, że coś się tu gubi. Może to, co w bliskości najcenniejsze: fakt, że nie musi być oglądana, że może wydarzać się bez zapisu, reakcji i potwierdzenia. A przecież można być razem, nie będąc jednocześnie widzem własnego życia. I chyba właśnie to mnie dziś najbardziej porusza (jeszcze nie irytuje) i męczy. Coraz częściej pojawiają się pary, które przeżywają siebie tak, jakby stale patrzyli na siebie z zewnątrz. Jakby bardziej relacjonowali niż byli.

czwartek, 22 stycznia 2026

Te dni

 


To było wtedy, gdy czas nie miał jeszcze własnego alfabetu i mówił do mnie przez rzeczy; zamek w drzwiach, mleko podnosi się w garnku jak pamięć, której nikt nie uznał za źródło. Wtedy właśnie babcia stawiała granice świata na skraju lasu, jakby dalej była już tylko korekta losu, biała plama w druku, miejsce na cud albo na błąd. To było wtedy, na styku pól i zdarzeń, o których mówiło się szeptem, pokrzywy rosły szybciej niż dzieci, a sny miały ciężar cudzych dłoni. Zawsze za dużych, zawsze nie do końca naszych, jak język, który obiecuje dom, a daje instrukcję obsługi lęku. Nosiłam kalosze po kimś, kto wyszedł do miasta i rozpłynął się w nim jak zdanie bez podmiotu. Lato drżało pod skórą, migotało jak powieka tuż przed płaczem, a benzyna układała się na wodzie w spektakularne barwy, tak piękne, że aż podejrzane, jakby natura też miała swoje strategie perswazji, czułą wersję kłamstwa. Dziadek nie opowiadał o wojnie, on ją nosił. W plecach, które znały ciężar bez narracji, w milczeniu tak gęstym, że można było się o nie potknąć. Kiedy kładł dłoń na mojej głowie, nie było w tym Boga ani historii, była tylko fizyka przetrwania: ciepło, nacisk, chwila bez pytania dlaczego. Kapliczka pod sosną traciła twarz warstwa po warstwie, deszcz prowadził z nią długą rozmowę o zapomnieniu. Nie wiedziałam wtedy, komu ją postawiono, może komuś zbyt delikatnemu na spisy ludności, zbyt cichym na archiwa, jakby cisza też mogła być formą wykreślenia. Pszczoły czuły więcej. Zawsze czują. Krążyły nad nami jak ruchome znaki zapytania, tańczyły alfabet, którego nie uczą w szkołach, pisany skrzydłami, pyłkiem, czasem końca, czasem początku bo te dwa słowa od dawna mają wspólny rdzeń. Kiedy uczyłam się pisać, nie znałam jeszcze wielkich pojęć, ale czułam je w stopach: w zimnym linoleum, w bułce z mortadelą, w spojrzeniach kobiet, które miały dłonie zamiast głosu, i wiedziały, że sens kosztuje, a nie każdemu wystarcza pieniędzy. Teraz mówię wnuczce, że liść nie spada z obowiązku, tylko z dojrzałości chwili, a ona patrzy na mnie uważnie i pyta, czy ja też kiedyś będę musiała spaść. I nagle całe moje wykształcenie, lektury, ironie kurczą się do jednego miejsca w gardle, którego nie da się zapisać żadnym znakiem. Są poranki, kiedy dziadek wraca do mnie w zapachu popiołu, a książki milczą, jak ludzie w kolejce do chwili zniknięcia, wszyscy wiedzą, że to systemowe, ale nikt nie chce być pierwszy, kto nazwie to po imieniu. Myślę wtedy, że świat jest czymś, co próbujemy nosić w dłoniach, jak za duży płaszcz po kimś bliskim: ciągle zsuwa się z ramion, przecieka przez szwy, a mimo to, wciąż daje odrobinę ciepła, na tyle, żeby jeszcze zostać.


wtorek, 20 stycznia 2026

un-liked

 


Lubię ludzi. Ale nie wszystkich, tak jak nie wszystkie materiały nadają się do pracy. Nie z każdego drewna da się zrobić stół, który uniesie ciężar milczenia. Nie każdy metal wytrzyma zimę bez pęknięcia. Są tacy, którzy myślą, że nie widzę. Skoro nie pytam, nie naciskam, pozwalam zdaniu wisieć w powietrzu jak niedokończony sweter, to znaczy, że można mnie przesunąć o milimetr. A potem o kolejny. I jeszcze jeden. Nie wiedzą, że pracuję w milimetrach. Widzę drgnięcie powieki, zanim zdąży się wymówić. Uniesiona brew to dla mnie całe zdanie, a nerwowy ruch głową, przypis dolny do kłamstwa. Nie przeszkadza mi cisza. Cisza jest uczciwa. Ma kształt, temperaturę, ciężar. Ale oszustwo jest jak plastik udający porcelanę. Brzmi ładnie tylko do pierwszego stuknięcia. Dawno temu wyzbyłam się zazdrości. Zrozumiałam, że różnice są naturalne jak pory roku, że nie wszystko musi kwitnąć jednocześnie, że nie każdy narcyz widzi innego narcyza, nawet jeśli stoją obok. I to jest w porządku. Nie w porządku jest udawać, że się nie depcze cudzych korzeni. Wybieram ludzi, przy których mózg mi zaskakuje. Takich, po których rozmowie chce mi się zaszyć w pracowni, bo coś się przestawiło, kliknęło i domaga się formy. Reszta, nawet sympatyczna, odpada. Bez dramatu, wojny, narracji o zdradzie. Niektórzy mówią: ludzie są słabi. Tak. Są. Ale słabość nie musi kłamać. Słabość może usiąść obok i powiedzieć: nie wiem, boję się, pogubiłam się w wersjach siebie. Kłamstwo to już nie słabość. To decyzja. Estetycznie marna. Nie darowuję oszustwa i tych odruchowych, cofniętych polubień nie dlatego, że jestem twarda. Tylko dlatego, że nie chcę twardnieć. Bo każda zgoda na drobne fałszerstwo, to kolejna warstwa lodu na wrażliwości. A ja wolę zimę, która skrzypi pod butem, niż plastikową odwilż. Widzę ludzi. Naprawdę ich widzę. I to czasem bardziej ich przeraża, niż boli.


poniedziałek, 19 stycznia 2026

Ziemia wspólna

 



W przestrzeni między miastem a wsią, gdzie linie murków
rozmywają się w powietrzu, rośnie coś, co nie ma nazwy.

Cień jabłoni pada na asfalt, od którego odbija się dźwięk
łopat. Ludzie rozmawiają, ich słowa, jak krople soku
spływają po szyjkach butelek, ślizgają się po rękach.

Ktoś mówi: to tylko przeszłość. Ktoś inny: właśnie o to chodzi.
Mówią o plonach na dachu, fasoli,
wślizguje się między palce, jakby chciała wrócić
do ziemi. Dynie, pomarańczowe księżyce,
spoczywają na kompoście.

Na południu, tam gdzie słońce jest bliżej skóry,
życie ma więcej pracy w dłoniach niż w biurkach.
Nie budujemy miasta, wyciągamy je z ziemi.

Pęknięcia w betonie zasypują nasiona.
W przestrzeniach pomiędzy domami, dzieci grzebią
w resztkach plonów, w kieszeniach kurtek
znajdują okruchy chleba, pestki, ślady po dawnych rynkach.

Na chwilę zapada cisza, odbija się od ścian.
Czy to cynizm, czy nadzieja? Czy miasto pamięta,
że jego początki leżały w cieple glinianych naczyń
i w popękanych palcach? Niech mówi ziemia,
ona zawsze wie, gdzie wrócić.


z archiwum

niedziela, 18 stycznia 2026

Głód

 




Noc nie nadchodzi, tylko odkleja się od skóry,
przesącza w naczyniach niechciane światło.
Czuję jak ziemia oddycha pod spodem,
niewidoczna, a jednak dłonie chciałyby coś trzymać:
pióro, korę drzewa, pustkę.

Czy istnieje mapa tak dokładna, że mogłaby przejąć ciepło ciała,
poruszać się pod słowami, które są teraz, jak wiatr?
Ale wiatr niczego nie mówi, tylko obraca stronę,
której nie zdążyłam przeczytać.

Pragnę być zakorzeniona, jak cień, zawsze wie,
gdzie jest słońce. Nieuchronność przyciąga czułość:
gładka linia między słowami, między brzegiem rzeki
a moimi stopami, gdzie każde kamienne ziarenko
może być początkiem pamięci.

Czasami zapominam, że ruch to nie tylko ucieczka.
Że otwieram dłoń nie po to, by oddać,
ale by nauczyć się trzymać inaczej.

Jeśli coś ocaleje, to może ten kawałek powietrza,
co zakleszczył się w kropli rosy, pomiędzy palcami,
tam, gdzie kończy się język, a zaczyna terytorium.

Mam w sobie zimne pióro ptaka. Trzymam je, bo boję się,
że zapomnę, jak zapisać wiatr.

sobota, 17 stycznia 2026

prace graficzne

 




W 2019 roku przygotowałam serię ilustracji wykonanych techniką suchej igły, odbitych w prasie dwoma kolorami: czarnym tuszem i w delikatnej pastelowej szarości na kremowym, bawełnianym papierze o gramaturze 320 gsm. Mam jeszcze komplet pierwszych odbitek (są na sprzedaż oczywiście), drugie odbitki i trzecie sprzedałam. Ilustracje powstały z myślą o książce Podróżowanie w Przestrzeni. W 2020 roku projekt książki został nominowany do nagrody w konkursie na Autorską Książkę Literacką w Świdnicy, a w 2021 roku ukazał się nakładem wydawnictwa FORMA. Do dziś pozostaje w obiegu, kilka egzemplarzy wciąż czeka na swoich czytelników. Walorem tej książki jest droga ułożona ze słów. Typograficzny szlak staje się tu przestrzenią wędrówki, intrygującą o tyle, że wykorzystałam w nim także inne ilustracje, powstałe w tym samym procesie twórczym, wcześniej niewykorzystane w żadnym projekcie. Są jak ślady poboczne, obrazy odnalezione na marginesach drogi, które dopiero tutaj znalazły swoje miejsce.




























czwartek, 15 stycznia 2026

Słowa po północy

 


Foto powyżej: Łucja Dudzińska. Kilka kwiatków z książki, bez zdradzania całości.


Książka została wydrukowana na papierze o barwie kości słoniowej, lekko prześwitującym. To kompromis pomiędzy moją osobistą skłonnością do wyraźnej transparentności papieru, którą lubię za jej cielesność i niepokój, a decyzją autorki, która preferowała bardziej powściągliwy efekt. Subtelne prześwitywanie pracuje tu jednak na rzecz wierszy: pozwala tekstom delikatnie na siebie nachodzić, budując wrażenie ciągłości i pulsowania materii książki. Warstwę ilustracyjną oparłam na jednym rysunku ust, który stał się jedynym, konsekwentnie eksploatowanym motywem wizualnym całej publikacji. Na jego bazie stworzyłam wszystkie ilustracje, poprzez multiplikacje, przesunięcia, kadrowania i zmiany relacji z typografią. Ten jeden element, powracający w różnych konfiguracjach, porządkuje narrację wizualną książki i nadaje jej rytm. Typografia stanowi równorzędny element konstrukcyjny, nie jest tłem dla wierszy, lecz narzędziem ich organizowania w przestrzeni strony. Projekt opiera się na napięciu między powtarzalnością a drobnymi przesunięciami, zarówno w obrazie, jak i w tekście. Okładka została wzbogacona o lakierowane elementy, które intensyfikują kolor i wydobywają motyw ust z płaszczyzny. Lakier nie tylko wzmacnia kontrast, ale też podkreśla dwuznaczność rysunku. Usta funkcjonują tu jako znak wieloznaczny, cielesny, językowy, emocjonalny. Ich potencjalne znaczenia pozostają otwarte: to, co potrafią usta, zostaje oddane czytelnikowi do samodzielnego odkrycia. Pracowałam nad projektem chwilę przed świętami, w intensywnym, zamkniętym czasowo procesie i istnieje jako spójny obiekt, w którym decyzje materiałowe, ilustracyjne i typograficzne pracują wspólnie na rzecz poetyckiej treści. Tekst na okładkę powstał na zaproszenie autorki i wyrósł bezpośrednio z pracy nad książką, z długiego poruszania się pomiędzy wierszami, jako naturalne przedłużenie procesu projektowego, a nie osobny komentarz. Słowa po północy Łucji Dudzińskiej nie są książką o ciele, choć ciało stale tu wraca: jako napięcie, powierzchnia zapisu, miejsce, przez które przechodzą zdarzenia. Nie jest to również tom o miłości rozumianej jako bezpieczna narracja. Te wiersze operują innym rejestrem, badają bliskość jak zjawisko fizyczne, podlegające tarciu, przesunięciom i chwilowym zwarciom. Łucja pracuje na materii codzienności, ale konsekwentnie ją rozszczelnia. Dotyk traktuje jak język, którego trzeba się nauczyć na nowo; pamięć, jak siłę zdolną jednocześnie destabilizować i podtrzymywać. W jej poezji uczucie nie pełni funkcji dekoracyjnej: jest mechanizmem sprawczym, uruchamiającym ruch, zmianę, czasem opór. To książka o testowaniu form bliskości, o próbach zamieszkania w drugim człowieku i w sobie / w momencie, gdy zmienia się powietrze, podnosi się woda, a noc przestaje być neutralnym tłem. Słowa po północy prowadzą czytelnika w obszar migotania: intymny, ale nie wygładzony; cielesny, lecz nie dosłowny; czuły, choć podszyty niepokojem. Zostawiają w miejscu, w którym kończy się sen, a zaczyna to, co zwykle pozostaje niewypowiedziane.