środa, 28 października 2026

Przepowiednia

 




Dzisiaj przyszedł do mnie Wróż Wileusz. Nawet edytor trzy razy zmienił mi to imię. Mam w sobie trudny czas. Nic mnie nie rozwesela, raczej szoruję po dnie. Rozglądam się i schodzę w coraz mroczniejszą siebie. I nagle Wileusz. No facet jest cudny. Wysłuchałam tylko jednej wróżby. Nie chcę by algorytm mnie na IG zalał przepowiedniami, tarotem i laniem wosku. Poza tym… nic.


Torfowiskowy
Z punktu widzenia fotosyntezy, 
gdy słońce nie dochodzi do wszystkiego

w głębi torfu uczymy się cicho, jakby każde światło było kłamstwem
i trzeba je filtrować przez ból korzeni.

nie płaczemy. wilgoć zrobi to za nas.
nie oddychamy. tylko fermentujemy wspomnienia.
słońce dociera tu jak cud, nie jak prawo.

zamiast liści, języki mchów, zamiast nieba, trwoga.
a mimo to robimy światło z ciemności,
jakby nie miało już dla nas znaczenia, skąd pochodzi.

czym jest życie, jeśli nie trudem rozkładu,
który rodzi inne istnienia?
czy nie jesteśmy jak matki ślepych larw,
zielone bez dumy, ciepłe tylko od środka?

w torfie każde jutro pachnie gniciem,
ale i nadzieją, że coś się jeszcze wznieci.
choćby trawa.
choćby krótka zgoda na szept.



wtorek, 27 października 2026

Zamilczanie II

 



nie będzie dziś nauki biologii, tylko ostre światło
przez przezierne powieki i rozmowy z wnętrzem liścia.
zapomniałam, czym kończy się fotosynteza,
ale pamiętam, jak boli zapach śniegu, który nie spadł.

mówili: nie zbliżaj się do mchu, kiedy rośnie w tobie córka.
ale co, jeśli mech to jedyna rzecz, która pamięta
nasze prawdziwe imiona?

dziś uczę Sophie nazwy dla określenia drżenia,
które przychodzi o szóstej rano, zanim obudzi ciało.
ona mówi: to jest żur-buzek, a ja milknę.
tak zaczyna się alfabet odejścia.

czasem chciałabym, żeby drzewa miały ręce,
i mogły mi pokazać, jak owad buduje światło, a później
wisi na pajęczynie pomiędzy moim żalem a twoją nieobecnością.

milczę, bo wszystko już zostało nazwane.
bo warkocz mojej babki był też kiedyś pajęczyną,
a ręce ojca nauczyły mnie mierzyć świat
odległością pomiędzy krzykiem a skórą.

czy mogę cię poprosić, abyś oddychał
ciszej? świat się jeszcze nie ułożył w sensowne warstwy,
a już zżerają nas kolory.

przysięgam, gdy ziemia po raz kolejny
zdecyduje się nas pochłonąć, przytrzymam twoją dłoń
i będziemy razem. Osypani pyłem,
nie gotowi do końca.


poniedziałek, 26 października 2026

Sophia czyta

 


Sophia bierze udział w wyzwaniu czytelniczym i zbiera datki na chorych, którym pomaga jej szkoła. Siędzielenie i pomaganie jest fajne. Chyba nie muszę pisać, jak ważne jest takie działanie.

Może ktoś z Was zechce Sophię wesprzeć, zachęcam 



niedziela, 25 października 2026

Kropki

 


Mąż pociął papier. Maluje się, nooo dobrze, ja maluję i eksperymentuję z nowymi kolorami. A później idę po bieżni i odkrywam na paznokciach kropki z tuszu. Słucham Zmory. Czarna Toń, akcja rozgrywa się w Toruniu. Nie wiem czy mi się podoba. Wciąż mam wrażenie, że już gdzieś z czymś takim się zetknęłam. W Irlandii wieje. Właściwie to wieje już od kilku dni z przerwami na taki dzień jak wczoraj, więc trudno mówić o jakimś szczególnym początku. Jesień przesuwa granice, zawsze tak jest, kiedy zbliża się Halloween. Przestawiłam doniczkę, bo znowu się przewróciła. Zebrałam liście z podjazdu, wyjrzałam za kilka godzin, liście wróciły. Pogoda nie tyle się zmienia, ile przypomina o obecności, mniej lub bardziej. I w tych codziennych czynnościach, czuć w powietrzu chłód. Wciska się pod ubranie, i nawet krótki spacer wymaga ode mnie całkiem rozsądnej logistyki, by było przyjemnie. No i w końcu przycięłam róże, ostro. Ale też piwonie i inne kwiaty, które zaczęły wyglądać nieciekawie. Kupiłam też cudny płaszcz przeciwdeszczowy. Długi, wygodny, dobrze się w nim czuję, taka osadzona. Nie wiem, czy to kwestia kroju, ciężaru materiału, czy może zwyczajnej przyjemności posiadania czegoś, co odpowiada na konkretną potrzebę. A poza tym proza życia. Ludzie fajni i niefajni. Spotykamy się, rozmawiamy, czasem coś z tego wynika, a czasem nic. Mijamy się, uśmiechamy do siebie. W centrum pojawiła się kolejna kawiarnia i siłownia. Zawsze cieszą mnie nowe miejsca. Co do kawy, jestem wybredna. Albo po prostu wiem, czego nie chcę. To niekoniecznie to samo, chociaż z zewnątrz może wyglądać podobnie. Tydzień ułożył się z takich właśnie drobiazgów. Malowanie, bieżnia, książki, zakupy, kawa i kawa, kilka wiadomości, sprawy, które trzeba załatwić, i te, które można jeszcze przesunąć napoweekendzie. W domu zawsze jest coś do zrobienia. Na zewnątrz również. Nie wiem, czy potrzebuję w tej chwili czegoś więcej niż własnej obecności. Jesień sprzyja porządkowaniu spraw, choć niekoniecznie dlatego, że jest szczególnie piękna. Jest przecież mokra, wietrzna i jednostajna. Trawa pozostaje zielona, może mniej intensywna i chociaż spodziewam się już bardziej zdecydowanych zmian, to drzewa nie zawsze zachowują się zgodnie z wyobrażeniami przywiezionymi z Polski. Nie ma tu takiego samego kalendarza jesieni. Są za to kolejne dni, podobne do siebie na tyle, że łatwo przestać zwracać na nie uwagę. Może właśnie dlatego dobrze jest czasem zauważyć kropki tuszu na paznokciach. Nowy płaszcz, w którym dobrze się wędruje w tym deszczowym krajobrazie. Albo fakt, że ktoś jutro będzie spacerował ulicami Torunia, które mam w pamięci. To niewiele, ale nie wszystko musi być wielkie, żeby było warte odnotowania. Jutro możliwe, że będzie dalej wiało. Prawdopodobnie wypiję kawę, zrobię naleśniki, może gofry, posłucham kolejnego fragmentu książki. Mamy długi weekend, więc może wybierzemy się gdzieś dalej. Tydzień będzie się toczył i toczył, złożony z rzeczy koniecznych i tych zupełnie niepotrzebnych. A tusz pewnie wejdzie pod paznokcie. I tak, nie zamierzam się tym specjalnie przejmować. Są rzeczy, których nie da się doczyścić, i takie, których może wcale nie trzeba usuwać.

czwartek, 22 października 2026

W ukryciu

 


Nic z wami nie muszę,
a jednak wychylam się, gdy zakręcasz.
Delikatnie, jak wiatr dotyka kurzu na starych ikonach.
Wiersze leżą odłogiem, wytarte chodniki,
ich sylaby to kamienie, znoszą ciężar kroku.
Na palec zwijam żyłkę. Po chwili jest już morszczynem,
potem grzbietem wieloryba, na końcu cieniem,
który zostaje na dłoni po zdjęciu obrączki z deszczu.

Przewijam sny na podglądzie. Prześwity tkanin, nitki rozpięte jak
pajęczyny pomiędzy powiekami. Leżymy w trawie. Merynosy
przesuwają chmury powoli, jakby biel była odmianą cierpliwości,
nie koloru.

Najwięcej hałasu robi fala, kiedy niczego nie zabiera.
Przesuwa tylko bursztyn, pióro mewy,
muszlę z różowym wnętrzem, jak świeżo zagojony język.
Rybę, która dawno przestała oddychać,
lub słowo. Nie zdążyło wybrzmieć?
Oglądam dłonie. Każde przecięcie
ma odcień dojrzałej jarzębiny, której tutaj prawie nie ma,
więc krew udaje owoc, żeby nie przestraszyć piasku.
Liczysz naparstnice. Ich fiolet
zawsze zachowuje się ostrożniej od ludzi.
Zbieram to, czego nie nazwałyśmy:
zapach mokrego porostu, ciemną zieleń,
pojawia się tylko wtedy, kiedy ktoś odchodzi
bez trzaskania gałęziami.

Wracamy osobno, ale droga jeszcze długo
niesie nas obie, jak korzeń cisu ukryty pod torfem,
który nie wybiera kierunku, tylko uważnie
omija kamienie.

2017