sobota, 29 listopada 2025

Maciej Krajewski poeta i pielęgniarz.




Pierwszy raz widziałam Macieja na żywo w lutym, robił zdjęcia w Łazędze podczas spotkania autorskiego. Nie poznaliśmy się wtedy, nie było ku temu przestrzeni, a ja z natury nie wchodzę ludziom w kadr ani przed oczy. Nie mam w sobie tej śmiałości. Sama Łazęga jest jednak miejscem o atmosferze, którą bardzo lubię, bliską naszym, moim i męża, pasjom i małym obsesjom. Dlatego, kiedy zaproszono mnie na wieczór autorski w to niezwykłe miejsce, namówiłam męża, aby mi towarzyszył. Są tacy ludzie, którym podajesz rękę i od razu wiesz, że należą do tej niewielkiej grupy właściwych, rzadko spotykanych. Tak było.

Gdy powiedziałam mężowi, że powstał film o Maćku, od razu przerwał to, co robił, i usiadł obok mnie przy biurku, żeby obejrzeć i posłuchać. Oboje jesteśmy poruszeni i po prostu zachwyceni. Macieju, życzymy Ci dobrych chwil, dobrych ujęć, dobrego światła.

piątek, 28 listopada 2025

Mix biesiadny

 



Może to ten listopad, nie wiem, ale słowo biesiada działa na mnie jak zimny impuls nerwowy. Nie mam w pamięci żadnych biesiad, stołów uginających się pod ciężarem prosiaków, żadnych okrzyków, które miałyby mnie kaleczyć. A jednak to słowo wstrząsa, jakby niosło w sobie coś obcego, niechcianego, narzuconego. Może dlatego, że biesiada w naszej kulturze oznacza nie tyle spotkanie, co przestawienie człowieka na tryb zbiorowy: głośniej, mocniej, bez oglądania się na wrażliwość, z przesytem i przaśnie. Nie ma w tym spotkaniu przestrzeni na półcienie, na ciszę, niechęć do rubasznych żartów. Biesiada zawsze kojarzy mi się jako rytuał przerostu, który nie zna subtelności. Dożynki w Bieszczadach z młodości, kiedy wędrowałam w tamtym czasie, mogłyby uchodzić za biesiadę, ale miały zupełnie inną temperaturę: nazwijmy to naturalną korektą ludzkiego hałasu. Góry rozpraszały krzyk, zjadały teatralność. Ale słowo biesiada w swoim słownikowym rdzeniu ciągle niesie polską potrzebę gromadzenia się w nadmiarze, w atmosferze, od której trzymam się odruchowo z daleka. I może to właśnie mój wewnętrzny sprzeciw wobec zbiorowych uniesień nadaje temu słowu ton pejoratywny. Bo w nim kryje się oczekiwanie, że jednostka ma się rozpuścić w masie.

Nie zgadzam się na to rozpuszczanie.

I nie chodzi o wyniosłość; chodzi o wybór. O prawo do osobnego tonu, do cichej głębi, do własnego światła pod skórą.

PS

W nocy przyśniły mi się dłonie, od wewnętrznej strony porośnięte czymś pomiędzy włosami a piórami. Kolorowymi, lekkimi, jakby wyrastał ze mnie mały, fantastyczny ptak. W tym śnie kupuję kapelusz, piękny, pewnie za duży, a te pióro-włosy i tak próbują spod niego wyjść, unieść się, odsłonić. Jakby mówiły: to, co we mnie wyrasta, nie jest do schowania. Nawet jeśli świat woli biesiady, mam własną, cichszą, bardziej nieposłuszną formę świętowania.

czwartek, 27 listopada 2025

Strach dziedziczony

 


środa, 26 listopada 2025

Lajwy srajwy

 


Ogólnie lubię ludzi. Serio. Mimo że jestem introwertyczką, potrafię się uśmiechnąć, czasem nawet odbębnić krótką pogawędkę, jeśli ktoś mnie zaczepi. Noszę to w sobie jak normalną część dnia. Ale dziś druga z rzędu konfrontacja z tą samą osobą na siłowni wywołała we mnie czysty, krystaliczny brak sympatii. I irytację, która nie prosi o miejsce, po prostu wchodzi. Traktuję siłownię poważnie. Mam plan, rytm, cel. Nie przyszłam tam pobawić się aktywnością ani zabić czas, tylko wykroiłam dla siebie poranek, kiedy jest najmniej ludzi. A mimo to pojawia się ona: statywowa królowa fitnessu. Nagrywa, streamuje, strzepuje włosy, a ja w tle, jak nieproszona dekoracja scenograficzna. I nie dość, że mnie wciąga w swoje ujęcia, to jeszcze okupuje kilka maszyn naraz, bo przecież jej telefon też musi ćwiczyć. Dziś zapytałam, czy naprawdę musi zająć drugie urządzenie, skoro tylko stoi tam jej statyw. Odpowiedziała, że ma „jeszcze dwie serie” i nie przerwała transmisji. Oczywiście mogłam pójść gdzie indziej. Jasne. Zawsze mogę ustąpić. Zawsze mogę zejść z drogi młodym, którzy robią z siłowni dekorację do autopromocji, a samo ćwiczenie jest dla nich dodatkiem, żeby tylko te srebrne nitki we włosach błyszczały w kadrze jak należy.

Córka powiedziała, abym to zgłosiła. Ale ja, szczerze, po tym miesiącu raczej zrezygnuję. Nie chce mi się patrzeć na kolejne live’y i kolejnych samozwańczych performerów. Ta jedna nie jest przecież wyjątkiem, tylko częścią nowej dyscypliny: streaming na maszynach siłowych. Gdybym chciała być statystką w czyimś filmie, to bym się zgłosiła do agencji. I pobierała za to wynagrodzenie. A nie robiła to gratis, między jedną serią a drugą.

wtorek, 25 listopada 2025

Skąd się wzięła Sosa

 



Dziadao i dółeń
(z notatnika podróży, która jeszcze się nie zaczęła)

Dziadao mówi:
Zamknij oczy, Soso,
bo świat trzeba czasem widzieć
od środka.


Wtedy zaczyna się lampanie.
To nie światło, to nie cień.
To moment, w którym drewno oddycha
i klocki rosną w pagody,
śmieją się jak ty
na widok słonia z nosorożcem
tańczących walca.

Dziadao wie, jak zrobić z patyka świątynię,
z krzesła – łódź,
a z soli – przeprz.

Bo sól to nie tylko do zupy.
To też:
• ziarenko na czole wschodu
• ślad po łzie, której się nie wstydzimy
• droga, którą trzeba liznąć, zanim się przejdzie.

Zbudujemy dółeń, mówi,
a ty już wiesz –
to nie dół,
to nie pełnia,
to coś, co mieści się między nimi,
miękkie jak twoja myśl tuż przed snem.

Dziadao wkłada ci do kieszeni okruch drewna.
To mapa, mówi. Pokaż ją komuś w Japonii,
a zrobi ci herbatę. Pokaż ją komuś w Indiach,
a zatańczy wokół niej sari. Ale najpierw – pokaż ją sobie.

Śmiejecie się, aż gubią się słowa i zostaje tylko szuszu,
czyli szept, który przytula, gdy już nie da się mówić.

Potem Dziadao znika za parawanem z firanki,
ale ty wiesz, to nie zniknięcie.
To podróż w bok, tam gdzie robi się kolejne klocki
i uczy nowy kolor dla purple-ish.

A w nocy, kiedy już jesteś pod kocem,
Dziadao stoi w kącie snu, w dłoni trzyma sól,
w drugiej przeprz, a między nimi: śmiech,
co nie zna końca.



PeS

Sosa wzięła się z dziecięcej fonetyki, z tej miękkiej szczeliny pomiędzy językami, w której Sophia układa własne brzmienia. To jej wymyślony, polski zapis imienia Zosia, prywatny neologizm, coś pomiędzy zabawą a autotranslacją. Napisana przez nią Sosa jest jak echo jej wyobraźni: lekko przekręcona, własna, pełna czułości. I kiedy mówię do niej; Soso, podejdź do mnie! Mówi do mnie: Tak mogłoby brzmieć moje imię po japonisku. 



sobota, 22 listopada 2025

O pewnym rodzaju pisania, które prowadzi donikąd ( z rozmowy u Teatralnej)


 


piątek, 21 listopada 2025

To coś

 



Mróz od kilku dni ścina poranki, a gęsta wilgoć osiada na wszystkim jak cienki, srebrny puch. Czujemy to w kościach, w oddechu, który zwalnia, jakby chciał przyjąć na siebie trochę tego szronu. Marta kupiła Sophie piękny komin, idealnie dobrany do kurtki, miękki, praktyczny, taki, który powinien cieszyć. Ale Sophie nawet na niego nie zerknęła. Spojrzała na nas poważnie, z tą swoją sześciolatkową stanowczością, i powiedziała:
– Ale ja chcę na szyję to coś dziergane na drutach.
Marta uniosła brwi, trochę zaskoczona, trochę rozbawiona.
 Masz na myśli szalik? A kto ci go wydzierga?
– Babcia.
Powiedziała to z taką stanowczością, i miną, że od razu wyciągnęłam z szafy torby z włóczkami, druty, te wszystkie dawno uśpione kolory. I do trzeciej w nocy, przy japońskim serialu wydziergałam szalik. I ten moment rano, gdy zakomunikowałam Sophie przymiarkę. Owinęła nim szyję, dotknęła palcami oczek, uśmiechnęła się tak szeroko, jakby nagle zrobiło się wiosennie. Bezcenna chwila. Nie chciała go już zdjąć. Wcale się jej nie dziwię.


poniedziałek, 17 listopada 2025

Gdy wszystko już ucichło

 



dla M.

Matka układa kwiaty w martwej doniczce,
przypina kokardę do słońca, które nie wschodzi.
Mówię: mamo, ono od dawna jest zepsute,
a ona, jak zawsze, poprawia moje błędy:
to nie słońce, tylko obłok, dziurawy, ale nasz.

Sąsiad z naprzeciwka
rozlewa czerwone wino na wydeptany śnieg,
mówi, że po tamtej stronie ulicy zawsze był raj,
ale nigdy go nie zauważyliśmy.
W jego dłoniach jabłka z zeszłego roku
przemieniają się w złoto.
Nie trzeba być żywym, by rozumieć ogień – dodaje.

W pokoju stoją książki, których nikt nie otworzy,
a jednak zapisuję marginesy – dla siebie,
dla nikogo, dla martwych owadów.
Tylko one wiedzą, jak smakuje pustka.

Przychodzą ptaki.
Ich skrzydła pachną czarnym chlebem
i zimą, która wciąż nie przyszła.
Gdzieś daleko padają pierwsze słowa:
witajcie, jesteście, czujecie.
Ktoś zamyka okno,
a my zbieramy ślady po obecności,
jakbyśmy szukali drogi w labiryncie –
nie ma wyjścia.

Pod koniec wieczoru
matka rozwiesza firanki,
cieknie po nich śnieg, który psy już zjadły.
Jesteśmy bezpieczni – mówi,
a ja po raz pierwszy jej wierzę.


Grudzień 2024


niedziela, 16 listopada 2025

Kiedy przemoc udaje niewinność



Kilka lat temu byłam w relacji towarzyskiej, która z czasem okazała się niszcząca, choć długo nie miałam odwagi nazwać jej po imieniu. Kiedy w końcu odmówiłam udziału w kolejnym festiwalu i postawiłam granicę, reakcja była gwałtowna i nieadekwatna, pełna pomówień, ataków i publicznego upokarzania. Z dnia na dzień stałam się bohaterką cudzej historii, napisanej po to, by mnie unieważnić. Najboleśniejsze było patrzenie, jak osoby, które uważałam za bliskie, odwracały się ode mnie, jak łatwo przyjmowały narrację kogoś charyzmatycznego i przekonującego. Przez lata poddawana manipulacji, nagle zostałam wymazana, tak, jakby wystarczyło jedno zdanie, by skasować całą historię relacji, rozmów, obecności. Później przyszła wiadomość, że osoba, która mnie oczerniała, jest chora, leczy się i powinnam jej wybaczyć. Jakby choroba mogła unieważnić przemoc. Jakby to było oczywiste, że sprawczyni należy się natychmiastowa troska, a ofiara ma zachować milczenie i zrozumienie, bo przecież powinna być silna, wyrozumiała, ponad to. Coraz częściej widzę, jak łatwo usprawiedliwia się zachowania raniące, byle tylko nie naruszyć pozycji osoby uważanej za autorytet, twórczyni czy twórcy, „wrażliwca”. Jak często oczekuje się od tych skrzywdzonych cichości i dobrego tonu. To właśnie z takich małych przyzwyczajeń, z pobłażania, z omijania prawdy, rodzi się większe zło. Piszę o tym, bo wiem, że milczenie nie chroni nikogo oprócz sprawcy. Piszę, bo chcę odzyskać przestrzeń, z której mnie wypchnięto. I piszę, bo każda opowiedziana historia przywraca światu odrobinę równowagi, odkleja od niego choć jedną warstwę normalizowanej przemocy.

PS

Zachwycają mnie możliwości nowego telefonu, na zdjęciu fragment Slieve Bloom Mountains.


piątek, 14 listopada 2025

O przeskoku, który widać od razu




Ostatnio coraz częściej trafiam na okładki, które wyglądają niby znajomo, niby w estetyce danego projektanta, a jednak coś w nich nie styka. Ten rodzaj gładkości, plastikowego światła, jakby zbyt łatwej harmonii, która nie wynika z wyczucia, tylko z algorytmu. Taki typowy AI-glow: perfekcyjny gradient bez struktury. I nagle, choć nazwiska te same, styl niby ten sam, to jednak gdzieś po drodze pojawia się ten charakterystyczny przeskok jakościowy, taki, który widać od razu, jeśli zna się ręczną pracę twórcy. Nie chodzi mi wcale o nieuczciwość. Wiem, że wielu grafików korzysta z AI jako szkicu, dopalacza, szybkiego elementu do dalszej obróbki. Wmawiają mi, że to im usprawnia pracę, że bywa narzędziem, nie substytutem wizji. Usprawiedliwiają to również tym, że to teraz częsta praktyka hybrydowa: trochę pomysłu, trochę modelu, trochę Photoshopa. Ale kiedy patrzę na okładkę i widzę różnicę, nie subtelność, tylko raptowną, połyskującą zmianę, to trudno mi ją zignorować. I przyznam, że ostatnio zostawiłam jedną książkę na półce właśnie z tego powodu, mimo że przełożyła ją moja ulubiona tłumaczka. No i nie kupiłam z powodu, że projekt został zrobiony źle, tylko dlatego, że został zrobiony inaczej. Zbyt inaczej. W sposób, który odbiera mi przyjemność obcowania z czyjąś ręką, niedoskonałością, decyzją. Być może to tylko etap. Być może z czasem oko się przyzwyczai. Ale póki co, no nie.


PS

Zdjęcie z ostatniej soboty, taki poranek w kierunku Kilkenny


środa, 12 listopada 2025

Życie


 


Są ludzie, o których myślę z czułością, nie dlatego, że wciąż są blisko, ale dlatego, że coś we mnie zostawili. Czasem drobny gest, książkę, zapach kawy, sposób, w jaki milczeli. I są też tacy, którzy zniknęli zupełnie, jakby nigdy ich nie było. Wytarli się z pamięci naturalnie, bez żalu i dramatów. Może tak właśnie działa czas, zaciera kontury, zostawia tylko to, co naprawdę miało znaczenie. 


Biało-czerwona sukienka


 


Byłam małą dziewczynką, która w listopadowe słońce zakładała biało-czerwoną sukienkę. Pamiętam materiał: lekko drżący, jakby w nim była pamięć o dłoniach, które ją szyły; pamiętam, że ktoś uśmiechnął się wtedy z troską i z obawą, jakby samemu narodowi też przychodziło się bać. Od trzynastu lat mieszkam gdzie indziej. Emigracja uczy cierpliwości wobec języka: inaczej mówisz o domu, inaczej go przyzywasz. To nie wyparcie, to noszenie go pod skórą, cienką i trwałą jednocześnie. Język polski przychodzi czasem jak zapomniany rytuał: siadam przy nim i rozcieram go ostrożnie, żeby znów stał się czuły. 11 listopada, dzień, który w kraju jest głośny albo milczący, zależnie od ulicy, dla mnie ma wiele głosów. Jest radość i rozczarowanie; jest hymn i szept poetek, które bronią swojej przestrzeni. Jest pamięć o ofiarach i pamięć ciała, rąk, które sypały ziemię na groby, i pamięć oczu, uczyły się czytać mapy z atlasów. Kiedy myślę o kobietach, widzę warstwy. Prababki, odmawiały głośno czułości, bo w głośności była zdrada; przetrwały w cichych rytuałach. Sprzątanie, pieczenie chleba, szycie flag. Widzę ich dłonie: zwapniałe od pracy, miękkie od śpiewu. Widzę te, które pisały listy w świetle lamp, i te, które stały przy łóżkach rannych, te, które w nocy rozmawiały o polityce, jakby każde słowo było granatem, którego rozbuchanie miało szansę zmienić rzeczywistość. Historia kobiet nie jest linearna. To plątanina: emancypacja i powroty do milczenia, prawa na papierze i gorsety codzienności. W tej plątaninie kobiety wymyślały sobie przestrzenie: salony, kawiarnie, stowarzyszenia, szkoły, strychy, zakazane biblioteki. Wymyślały języki, by mówić o miłości i o zdradzie narodu, macierzyństwie i o tym, jak nosić w sobie pamięć bez ołtarza. Polska potrafi być czuła, choć często obok tej czułości stoi zbyt surowe spojrzenie. Potrafi tulić i jednocześnie kąsać; potrafi budować ołtarze z marmuru i niszczyć ogrody. To nie jest sprzeczność do wykluczenia, to jest forma miłości, którą znam i której się boję. Kocham to, co przychodzi z gleby: zapach sosen, brzeg jeziora, lessowe skarpy, od których uczysz się, że ziemia może trzymać pamięć dłużej niż pamięć ludzka. Nie chcę być triumfalna ani czarno-biała. Chcę być w tym wszystkim. W miłości do ziemi i w odruchu odrzucenia, kiedy zaczynają liczyć się tylko kolory i emblematy. Chcę, żeby moje dzieci i wnuczka znały to, co najlepsze: że ojczyzna to nie tylko barwa flagi, ale i opieka, ciepło herbaty, wełniany koc, i prawo do mówienia bez wstydu o bólu. W moich wierszach i tekstach zawsze wraca motyw ściółki: stóp, deptań, liści, tych maleńkich cichych działań, które toczyły życie. Tam jest prawda: nie w wielkich pomnikach, lecz w rękach, które podlewały, w dłoniach, które uczyły alfabetu, w kobietach, które potrafiły przedłużać linie pamięci, nie prosząc o medale. Dzisiaj, jeśli zapytasz mnie o 11-go listopada, odpowiem: to dzień, który zaprosił mnie do bycia podwójnie: córką tej ziemi i obcą na obczyźnie; kobietą, która pamięta sukienkę i jednocześnie uczy się nosić flagę, jak rzecz delikatną, wymagającą opieki, a nie zbroi. To dzień, który każe nam pytać: kogo pamiętamy, komu dajemy słowo, kto ma prawo do historii? A w odpowiedzi będę szeptać: pamiętajmy o dłoniach, które nigdy nie stanęły na mównicy, a mimo to zbudowały dom. Na koniec, małe wyznanie czułości: gdy wracam myślami do Polski, pozwalam jej być i ostrą, i miękką równocześnie. Nie muszę przecież wybaczać jej wszystkiego. Mogę po prostu trzymać swoją miłość tak, jak trzyma się filiżankę gorącej kawy przy zimnym oknie: uważnie, bez teatralności, z czułością i z humorem, który chroni. Ty też tak możesz, jeśli tylko zapragniesz.


niedziela, 9 listopada 2025

Niewszędziebycie

 



Z czasem człowiek dojrzewa do tego, by jego teksty nie walały się bez potrzeby tu i tam. Lubię mieć swoje miejsca, Suburbię Krzyśka Śliwki i e-eleWator. 

Tu można zajrzeć do Suburbii: