Nie słucham audiobooków. To zdanie przez długi czas było dla mnie czymś więcej niż deklaracją przyzwyczajenia, było formą obrony, kiedy ktoś mnie pytał czy słucham. Jakby słuchanie cudzego głosu, narzuconego rytmu zdań i intonacji, groziło naruszeniem mojego wewnętrznego tempa, tej kruchej, prywatnej metryki, według której porządkuję sens. Zawsze miałam poczucie, że słuch wciąga mnie za głęboko, zamiast podążać za narracją, zapadałam się w siebie, w miejsca, gdzie opowieść przestawała być opowieścią, a stawała się zaledwie szmerem, tłem dla myśli, które nie chcą służyć żadnej fabule. Głos, nawet piękny, wyćwiczony, bywał dla mnie intruzem. Zbyt cielesnym, drażniąco obecnym. Jakby ktoś stawał zbyt blisko, wchodził w mój osobisty dystans, zanim zdążyłam się na to zgodzić. Próbowałam kilka razy i za każdym kończyło się tak samo: fabuła uciekała, rozpadała się na strzępy, a ja zostawałam z samym brzmieniem, ze specyficznym sykiem, z rozciągniętymi samogłoskami, nadmiarem emocji albo przeciwnie, z ich demonstracyjnym brakiem. Byłam kiepską słuchaczką. Może zbyt uważną. Zbyt wyczuloną na detale, które nie miały nic wspólnego z sensem, a wszystko z fizjologią mowy. Słuchanie wymaga zgody na cudzą obecność, a ja przez długi czas nie miałam na to przestrzeni. Zmiana we mnie przyszła nie jako olśnienie, raczej jako zmęczenie. Muzyka przestała wystarczać, powtarzalność dźwięków zaczęła mnie drażnić, jakby świat kręcił się w kółko zbyt ciasnym ruchem. Wtedy pojawiła się opowieść The Lord of the Rings, która nie próbowała mnie uwieść, nie domagała się uwagi, tylko pozwoliła mi wejść we własnym tempie. Głos Andy Serkis'a, okazał się nośnikiem, nie bohaterem. Kanałem, a nie treścią. I nagle odkryłam, że słuchanie może być formą współtworzenia, że nie polega na biernym przyjmowaniu, lecz na subtelnym negocjowaniu granic między tym, co podane, a tym, co dopowiedziane. To doświadczenie było dla mnie zaskakująco cielesne. Chodziłam i oddychałam w rytmie zdań, które nie pchały się na pierwszy plan. Postaci nie domagały się spektakularnych emocji, istniały obok mnie, jakby miały świadomość, że nie muszą niczego udowadniać. Zrozumiałam wtedy, że opowieść może funkcjonować jak krajobraz: nie atakuje, nie narzuca się, ale zmienia sposób, w jaki stawia się stopę, w jaki rozkłada się ciężar ciała. To było doświadczenie niemal topograficzne, związane z ruchem, z przestrzenią i drogą.
Wróciłam do słuchania historii osadzonych bliżej mojego świata, zanurzonych w archiwach, w fałszerstwach, pęknięciach oficjalnych narracji, uderzyło mnie coś jeszcze. Że słuchanie nie jest tylko kwestią estetyczną czy techniczną, ale etyczną. Że wymaga gotowości na to, co nieładne, przesadne, czasem nieznośnie przegadane. Opowieści, podobnie jak ludzie, mają swoje tiki, nadmiary, ślepe plamy. I że można się na nie zżymać, a jednocześnie uznać je za część większej całości. Ironia nie musi wykluczać empatii. Może być jej ostrzejszą formą. Jechałyśmy z córką daleko od domu i wybralyśmy powieść Sobowtór Macieja Siembiedy z głosem Mariusza Bonaszewskiego, co za intryga, raju, co za wielki głos o panie. Powieść o fałszowaniu historii, z wątkami kryminalnymi osadzona w różnych stuleciach, przebiegających po wojnach i współcześnie. Opowieść retrospekcyjna, z ogromem detali, i momentami rozciągnięta, z niepotrzebnym wydziwianiem w dialogach z kobietami, ale rozumiem, że tak była zarysowana postać, chociaż w całym moim życiu nie spotkałam tak rozmawiających ze sobą ludzi, a wydawało mi się, że już dużo mnie spotkało. To było dość zabawne, bo tupeciarstwo miało charakteryzować postawę pobocznej bohaterki, i przez to, ta postać najmniej mnie przekonała. Gdy wróciłyśmy do domu, córka poszła w swoje sprawy, a ja nakreśliłam mężowi fabułę i słuchaliśmy dalej. Ta wspólnota ciszy była jednym z najbardziej intensywnych doświadczeń ostatnich lat. Cisza, która nie oznaczała braku reakcji, lecz skupienie. Każde z nas słuchało inaczej, każde wychwytywało inne wątki, napięcia, inne niekonsekwencje. A potem, kiedy głos milkł, zaczynał się drugi etap opowieści, rozmowa, wymiana, uzupełnianie luk. To było jak wspólne rekonstruowanie sensu, jakby historia nie była zamkniętym bytem, lecz procesem, który wydarza się pomiędzy. Skończyliśmy Sobowtóra. Świetna powieść, serio, ktoś kto lubi malarstwo i wątki zaginionych obrazów, fałszerzy artystów, nazistów, kolaboracji w czasie wojny będzie zachwycony. Ale ja chciałam więcej.
Rozchorowałam się i stwierdziłam, że idę za ciosem. Włączyłam Gołoborze z głosem Mariusza Bonaszewskiego, to jest właściwy dla mnie głos. Bożetymój, co to za książka, aż na nią zagłosowałam w jakimś rankingu do nagrody, nawet nie wiem jakiej. Czułam w niej (opowieści) własna rodzinną historię z Beskidu. Bieg wątków osadzony w Górach Świętokrzyskich i słynne scyzoryki, moja babcia mi o nich opowiadała ale to były żywcem podobne historie dziejące się we wsi z której pochodziła moja matka, która urodziła się we dworze, o którym się nie mówiło, co wciąż jest dla mnie wielka zagadką i nikt nie potrafi mi tego opowiedzieć, wyjaśnić, bo Ci co mogliby juz nie żyją. Najgorsze, że nikt nigdy mi tego dworu nie pokazał, nie zaprowadził mnie tam, jakby wszyscy kazali mi się trzymać z dala od tego miejsca. Dlatego powieść Siembiedy dotknęła mnie znacznie głębiej, bo sięgnęła w miejsca, których nikt mi wcześniej nie pomógł nazwać. Historie rodzinne, przekazywane fragmentarycznie, pełne białych plam, niedopowiedzeń, zakazanych punktów na mapie. Miejsca, do których nie wyruszyłam. Kobiety, które dźwigały pamięć tak długo, aż stała się ona częścią ich postawy, milczenia, sposobu bycia w świecie. Słuchanie tej historii było jak powolne odsłanianie mięśnia po mięśniu. Bolało. Ale był to ból porządkujący, nadający kształt temu, co wcześniej istniało tylko jako niepokój. Uderzyło mnie, jak bardzo język potrafi być jednocześnie schronieniem i ograniczeniem. Jak łatwo opowieść może zamknąć się w swoich własnych narzędziach, zacząć mówić głównie o sobie, swojej formie, pochodzeniu. A jednak, kiedy trafia na odpowiednie ucho, kiedy spotyka się z gotowością do słuchania, potrafi przekroczyć te granice. Może stać się ruchem. Przemieszczeniem. Przejściem z jednego porządku w inny.
Nie chodzi więc o to, czy słucham audiobooków, czy nie. Chodzi o to, czy potrafię słuchać w ogóle. Czy jestem w stanie przyjąć opowieść nie jako produkt, lecz jako relację. Czy zgadzam się na to, że sens nie jest czymś stałym, powstającym w napięciu między głosem a ciszą, tym, co wspólne, a tym, co radykalnie osobiste. Życie nie opowiada się linearnie. Jest pełne dygresji, powrotów, niepotrzebnych detali i nagłych skrótów. Dobra opowieść nie upraszcza tego chaosu, lecz pozwala mu wybrzmieć. I Maciej Siembieda dał mi to wszystko, ale nie zrecenzuję wam tej książki, to niemożliwe, bo musiałabym zdradzić zbyt wiele, a jest we mnie jeszcze żar z emocji tych ludzi, jakaś diabelska siła. Dzisiaj na słowni, szło mi się równo i energicznie. Podnoszenie ciężarów, było jakieś takie mocno satysfakcjonujące. Skończyłam słuchać. Gołoborze. Świetna powieść! Niezwykłe jak cudzy głos poprowadził mnie przez obszary, do których sama nie odważyłabym się wejść. Nie po to, by mnie przekonać. Po to, by mi towarzyszyć.
Rozchorowałam się i stwierdziłam, że idę za ciosem. Włączyłam Gołoborze z głosem Mariusza Bonaszewskiego, to jest właściwy dla mnie głos. Bożetymój, co to za książka, aż na nią zagłosowałam w jakimś rankingu do nagrody, nawet nie wiem jakiej. Czułam w niej (opowieści) własna rodzinną historię z Beskidu. Bieg wątków osadzony w Górach Świętokrzyskich i słynne scyzoryki, moja babcia mi o nich opowiadała ale to były żywcem podobne historie dziejące się we wsi z której pochodziła moja matka, która urodziła się we dworze, o którym się nie mówiło, co wciąż jest dla mnie wielka zagadką i nikt nie potrafi mi tego opowiedzieć, wyjaśnić, bo Ci co mogliby juz nie żyją. Najgorsze, że nikt nigdy mi tego dworu nie pokazał, nie zaprowadził mnie tam, jakby wszyscy kazali mi się trzymać z dala od tego miejsca. Dlatego powieść Siembiedy dotknęła mnie znacznie głębiej, bo sięgnęła w miejsca, których nikt mi wcześniej nie pomógł nazwać. Historie rodzinne, przekazywane fragmentarycznie, pełne białych plam, niedopowiedzeń, zakazanych punktów na mapie. Miejsca, do których nie wyruszyłam. Kobiety, które dźwigały pamięć tak długo, aż stała się ona częścią ich postawy, milczenia, sposobu bycia w świecie. Słuchanie tej historii było jak powolne odsłanianie mięśnia po mięśniu. Bolało. Ale był to ból porządkujący, nadający kształt temu, co wcześniej istniało tylko jako niepokój. Uderzyło mnie, jak bardzo język potrafi być jednocześnie schronieniem i ograniczeniem. Jak łatwo opowieść może zamknąć się w swoich własnych narzędziach, zacząć mówić głównie o sobie, swojej formie, pochodzeniu. A jednak, kiedy trafia na odpowiednie ucho, kiedy spotyka się z gotowością do słuchania, potrafi przekroczyć te granice. Może stać się ruchem. Przemieszczeniem. Przejściem z jednego porządku w inny.
Nie chodzi więc o to, czy słucham audiobooków, czy nie. Chodzi o to, czy potrafię słuchać w ogóle. Czy jestem w stanie przyjąć opowieść nie jako produkt, lecz jako relację. Czy zgadzam się na to, że sens nie jest czymś stałym, powstającym w napięciu między głosem a ciszą, tym, co wspólne, a tym, co radykalnie osobiste. Życie nie opowiada się linearnie. Jest pełne dygresji, powrotów, niepotrzebnych detali i nagłych skrótów. Dobra opowieść nie upraszcza tego chaosu, lecz pozwala mu wybrzmieć. I Maciej Siembieda dał mi to wszystko, ale nie zrecenzuję wam tej książki, to niemożliwe, bo musiałabym zdradzić zbyt wiele, a jest we mnie jeszcze żar z emocji tych ludzi, jakaś diabelska siła. Dzisiaj na słowni, szło mi się równo i energicznie. Podnoszenie ciężarów, było jakieś takie mocno satysfakcjonujące. Skończyłam słuchać. Gołoborze. Świetna powieść! Niezwykłe jak cudzy głos poprowadził mnie przez obszary, do których sama nie odważyłabym się wejść. Nie po to, by mnie przekonać. Po to, by mi towarzyszyć.













.jpg)




.jpg)







