piątek, 4 kwietnia 2025

Kawiarniane dramaty, czyli jak czas literatury zjada własny ogon






Jest pewne rytualne piękno w tym, jak środowiska literackie od wieków konsekwentnie się kanibalizują. Oto kawiarniane spory, nagłe exodusy z redakcji, zaszyfrowane aluzje, które zmuszają wszystkich do radosnego zgadywania: Co tam się właściwie stało? Domysły, plotki i subtelne akty wykluczenia, to przecież nieodłączna część tej zabawy. W końcu literatura nie byłaby sobą, gdyby nie miała wewnętrznych dramatów o stawkach większych niż życie.

Już starożytni Grecy wiedzieli, że literatura, to gra dla wybranych. Sofokles miał więcej znajomości niż Eurypides, a Safona, choć jej twórczość przetrwała tylko w szczątkach, nie miała na równi z mężczyznami szansy na pełne uznanie. Arystofanes drwił z filozofów, a Christine de Pizan, choć była jedną z pierwszych feministek w historii literatury, musiała zmagać się z marginalizowaniem jej głosu. W renesansie to mecenasi decydowali, kto zostanie poetą, a kto będzie tym, który prawie. Romantyzm? Proszę bardzo: Mickiewicz nie znosił Słowackiego, a Virginia Woolf, choć uchodzi za ikonę literatury, przez wiele lat była ignorowana przez mężczyzn w literackich elitach. Norwid musiał umrzeć, żeby ktoś uznał go za geniusza, podobnie jak Emily Dickinson, której twórczość stała się doceniana dopiero po jej śmierci.

W XX wieku te same mechanizmy uległy finezyjnemu rozdrobnieniu. Grupy literackie, manifesty, akademickie kliki – w których kobiety, choć niejednokrotnie bardziej twórcze i inteligentne, rzadko miały głos równy mężczyznom. Dzisiaj nie trzeba już krzyczeć: Nie pasujesz do nas! Wystarczy subtelny uśmieszek na spotkaniu autorskim.

Dziś literatura znalazła nowe sposoby na eliminację niepożądanych jednostek. Wystarczy nie podać powodów – ludzie odchodzą, ale nie mówią dlaczego, tworząc narracyjne napięcie godne najlepszej prozy kryminalnej. Można ironizować bez wyjaśniania – subtelne kpiny, które niby są żartem, ale jednak wiadomo, że nie są. Albo po prostu udawać, że się nie widzi – to najpiękniejsza forma literackiego wykluczenia. Elegancko i bez zbędnych słów.

To wszystko nie jest problemem. Wręcz przeciwnie – jest częścią wielkiego rytuału. Literatura to świat, w którym hierarchie są niezmienne, choć co dekadę udają, że się zmieniają. Na końcu i tak zostaje ten sam mechanizm: ktoś jest wykluczony, ktoś śmieje się cicho, a ktoś inny zastanawia się, co właściwie się stało. I tak trwa niekończący się spektakl, który nie zmieni się nigdy. Bo czy literatura może istnieć bez własnych dramatów? Oczywiście, że nie. Bez nich zostałoby tylko pisanie.

czwartek, 3 kwietnia 2025

Migotanie

 




Otworzyła okno, a wiatr wszedł do środka,
jak ktoś, kto od dawna miał klucz,
przesunął zasłony, poruszył papier na stole,
przestawił dom w inną porę roku.

Powietrze miało smak wczesnej wiosny,
mówiła, że można je czytać,
wers za wersem z wyblakłej gazety,
gdzie każde słowo zdaje się ostrzeżeniem,
choć nie wiesz jeszcze przed czym.

Ustawiam się w tle –
twarz w szybie, ręce w kieszeni,
ramiona zbyt blisko ciała,
jakby dotyk był ryzykiem.

To tylko zmiana światła,
ale czuję skórę, zaczyna mówić –
pęka cisza na granicy oddechu.

Przechodzę przez park,
przez ostatnie ciepłe godziny dnia,
złoto światła układa się na dłoniach,
chce zostać dłużej.

wtorek, 1 kwietnia 2025

Wykluczający wykluczeni

 




Osoby autorskie wykluczają. W imię idei, w imię czystości, w imię literatury, w imię stylu, w imię osobowości, w imię nowych granic i w imię ich zacierania. Od zawsze. Niektóre z wrażliwością aniołów, inne z precyzją kata, większość z kokieteryjnym zdumieniem, gdy to one same staną po drugiej stronie linii.

A przecież linia ta jest ruchoma, mieni się jak atrament na skraju papieru, który nigdy nie wyschnie, bo ręce, co go zapisują, są zawsze wilgotne od zawiści i niepokoju.

W środowiskach literackich ekskomunika, to rytuał równie stary jak samo pióro. Dziś jednak odbywa się publicznie, z komentarzami na marginesach i obwoźnymi trybunałami sądu językowego. Osoby autorskie, tak pełne potrzeby zrozumienia, nie rozumieją niczego, gdy nagle im coś odebrano. Dostęp, głos, uznanie, znajomości. Własną legendę. Prawo do bycia 'w punkcie'.

Ach, w punkt! Obrzydzono Ci to określenie, zbrukano je jak białe płótno, na które ktoś chlapnął tuszem z taniego długopisu i ogłosił to manifestem. Bo literatura dziś jest w punkt, komentarze są w punkt, każde zdanie musi być w punkt, jakby istniało jedno miejsce na kartce, do którego wszyscy mierzą, a kto chybi – ten poza nawiasem.

Ale przecież literatura nigdy nie była w punkt. Była rozlana, przelewająca się przez brzegi, chybiona, dygresyjna, ślepa na zamysł i oślepiająca w improwizacji. Tęgość frazy i kruchość jej rozbicia, oddech między słowami, który mówi więcej niż słowo – to było i jest rdzeniem pisania. A teraz?

Teraz wykluczający, zdumieni, że wykluczono ich samych, budują nowe ołtarze, podpalają stare książki, wzywają do świeżego początku. Jakby historia literatury nie była jednym długim ciągiem wzajemnych eksmisji. Jakby to oni pierwsi odkryli, że język żyje, ale też gnije, i że z tego gnicia rodzi się następny sezon poezji.

A skoro sami wykluczyli się z wydawnictw, skoro nikt nie docenił ich wielkości, skoro redaktorzy są niedouczeni, wydawcy zbyt komercyjni, graficy profani – to wydają sobie książki sami. Tworzą własne światy, gdzie każda fraza jest nietykalna, każde słowo święte, każda okładka dokładnie taka, jaką sobie wymarzyli. I tam, w samodzielnie wzniesionych świątyniach, klęczą nad stertą egzemplarzy, które kupią tylko inni wykluczeni.

Więc nie będzie już w punkt. Będzie obok. Będzie w przerwach, w pęknięciach, w pominięciach. Bo prawdziwa literatura zawsze istnieje tam, gdzie nic nie zostało nazwane.


sobota, 29 marca 2025

Mullaghmore – królestwo fal i wiatru

 












Dla mnie to miejsce jest czymś więcej niż snem, 
w którym rozbieram się z ciemnych błękitów, w doskonałości 
z wyrzeczeń przechodzę do żywego. Nad torfowiskiem 
dostrajam sierpniowe good morning do materii. 
Łagodnieję nad brwiami. Roje robaków polują jak dawniej. 

Czy możemy tak trwać? W ich życiu przechadzać się, wahać. 
Nasze ciała mogłyby leżeć pod drzewami. Jednak wstajemy 
i bez lęku dodajemy kolorytu pagórkom, toniemy w oceanie, 
wypływamy, nabieramy ostrości. Ta sama siła, która zgina konary 
w locie. Ścigani przez umysł, porywani przez nurt, nikt nas nie chce 

w raju owadów. Tak się zestarzejmy, wchłaniając zapach, 
fragmenty rond, kwartałów, mury ogrodów. 
Nawet sprzedawca precli spokojnie wyrabia ciasto, a ty 
brzęczysz nad uchem, rozpalasz siatkówkę w oku. 

Aż w końcu spadnie deszcz. Wyłowią nas razem, 
z żabami, wonnymi kwiatami, ze stawów. Nie zmarnowaliśmy 
swojej szansy. 


Mullaghmore – królestwo fal i wiatru. Na zdjęciu rozciąga się widok na Trawalua Beach – dziką, szeroką plażę na obrzeżach Mullaghmore, gdzie ocean spotyka się z surowym irlandzkim krajobrazem. Złocisty piasek, rozciągający się szeroko, przechodzi w zielone łąki i dramatyczne wysokie wydmy, a w oddali, niczym strażnik tego miejsca, góruje zamek Classiebawn.

Classiebawn, wzniesiony w XIX wieku dla wicehrabiego Palmerstona, to samotna, neogotycka forteca, której kamienne mury pamiętają zarówno historie arystokratów, jak i tragiczne wydarzenia XX wieku. Dziś, poza tajemniczą aurą, zamek zyskał nową sławę dzięki serialowi The Crown, przyciągając kinomanów i turystów pragnących zobaczyć na własne oczy jego majestat.

Mullaghmore to miejsce surowe, piękne i dzikie – jedno z najpiękniejszych w Europie do surfowania na wielkich falach, a jednocześnie teren pełen legend. Oceaniczne wichry szepczą tu o przeszłości, o statkach, które nigdy nie wróciły do portu, o duchach, które ponoć błąkają się po wrzosowiskach. To Irlandia w najczystszej postaci – tajemnicza, poruszająca, niezapomniana.

W zachwycie nad tym miejscem napisałam książkę poetycką Mullaghmore, która ukazała się w 2016 roku. Słowa ułożone na kartach tej książki, to ślady stóp na mokrym piasku – czasem nikną, czasem zostają na dłużej, zawsze jednak należą do tej ziemi. Każdy wers pulsuje wiatrem i deszczem, każdym oddechem chłonie sól oceanu.

I choć lata mijają, Mullaghmore wciąż szepcze, przywołuje, otula. Jakby wiedziało, że nigdy nie przestanie być domem dla moich słów.


Mullaghmore

For me this place is more than a dream,
in which I slip out of dark shades of blue, in perfection
of sacrifice I move over to the living. Above the peat bog
I adjust the August good morning to the matter.
I mellow above my eyebrows. Swarms of bugs hunt as before.

Can we go on like this? Walk around in their lives, hesitate.
Our bodies could lie under the trees. Still, we get up
and, without fear, we lend colour to the hills, we sink in the ocean,
come up, get sharp. The same force that bends the branches
in flight. Pursued by the mind, abducted by the current,
no one wants us

in the insect paradise. That's how we'll grow old, absorbing the smell,
fragments of roundabouts, blocks, garden walls.
Even the pretzel seller calmly kneads the dough, and you
buzz over my ear, setting the retina in my eye on fire.

Until it finally rains. They will fish us out together
from the ponds, with frogs, fragrant flowers. We will not have wasted
our chance.


Translated by Małgorzata Południak and Anna Blasiak



Mullaghmore – Kingdom of Waves and Wind

In the photograph, a view unfolds of Trawalua Beach – a wild, expansive stretch of sand on the fringes of Mullaghmore, where the ocean meets the rugged Irish landscape. The golden sands extend wide, blending into green meadows and dramatic high dunes, while in the distance, like a guardian of this place, stands Classiebawn Castle.

Classiebawn, built in the 19th century for Viscount Palmerston, is a solitary neo-Gothic fortress, its stone walls bearing witness to the lives of aristocrats and the tragedies of the 20th century. Today, beyond its mysterious aura, the castle has gained renewed fame through The Crown series, drawing film lovers and travelers eager to witness its majesty firsthand.

Mullaghmore is raw, beautiful, and untamed – one of the most stunning places in Europe for surfing giant waves, yet also a land steeped in legend. The ocean winds whisper of the past, of ships that never returned to port, of ghosts said to wander the heathlands. This is Ireland in its purest form – mysterious, stirring, unforgettable.

In my deep admiration for this place, I wrote a poetry collection, Mullaghmore, published in 2016. The words set upon its pages are like footprints on wet sand – sometimes fading, sometimes lingering, yet always belonging to this land. Each verse pulses with wind and rain, each breath drinks in the salt of the ocean.

And though the years pass, Mullaghmore still whispers, calls, embraces. As if it knows it will always be home to my words.


czwartek, 27 marca 2025

Pamięć wody




Szymon Kantorski (poeta, dziennikarz, krytyk literacki) przysłał mi wiersze Macieja Krajewskiego (Łazęga poznańska) i Romana Chojnackiego (poeta, redaktor, krytyk literacki). Przeczytałam. Pomyślałam: Oj, nie potrafię pisać. A potem jak zwykle, zrobiłam to wszystko, co za każdym razem i po wszystkim mówię, że to już koniec.

Poznań. Miasto ułożone jak bruk – równo, schludnie, bez odstępów. Tu historia chowa się w wodzie i korzeniach drzew, ale nie znika. Rusałka – mitologiczna, ale osadzona w tej konkretnej topografii – wciągnięta w politykę, wojnę, w powojenne porządki. Tafla jeziora gładka, aż za bardzo. Ale jeśli spojrzysz dłużej, zobaczysz kształty pod powierzchnią.

Nie mogłam nie odpowiedzieć. Bo nie sposób przejść obok, kiedy tu, w tym mieście, raz po raz próbuje się coś wytrzeć, zetrzeć, zasypać. Kiedy wciąż żyją ci, którzy myślą, że można wybudować nowe osiedle na dawnych kościach i nazwać to postępem. Że można biegać wokół Rusałki, robić grilla i nie zadawać pytań. Przecież nikt już nie pamięta.

Ale Rusałka pamięta. I literatura też pamięta. Springer pisał o Miedziance, ale mógłby pisać o Poznaniu. O tym, jak znikają całe światy, jak woda ma przykryć wszystko. Posnania – niby miasto, a jednak fantazmat. I to fantazmat, który chętnie zapomina, ale na własnych warunkach.

Więc napisałam. Bo woda nie zapomina, nawet jeśli miasto udaje, że tak.

Pamięć wody to koncepcja na granicy nauki, metafizyki i literatury. W sensie popularnym mówi się o niej w kontekście homeopatii – teoria, że woda zapamiętuje substancje, z którymi miała kontakt, choć nie ma na to naukowych dowodów. Ale pamięć wody to także coś bardziej namacalnego: zdolność rzek, jezior i mórz do przechowywania śladów historii, w sposób dosłowny i symboliczny.

Woda przenosi ciała i odpady, eroduje miasta, ale i konserwuje: w bagnach odnajduje się szczątki sprzed wieków, zatopione ruiny opowiadają historię cywilizacji. Woda jest nieprzewidywalna – spokojna na powierzchni, ale gotowa wyrzucić na brzeg to, co miało zostać pogrzebane.

W literaturze i kulturze motyw pamięci wody pojawia się często. Claude Lanzmann w Shoah pokazuje rzeki, które wiedzą o tym, co się w nich wydarzyło. Olga Tokarczuk w Biegunach opisuje wodę jako medium nieustannego przepływu i gromadzenia. A w Poznaniu – Rusałka, jezioro zbudowane na szczątkach i macewach, gdzie tafla wody jest lustrem niewygodnej pamięci.

Czy woda naprawdę pamięta? Może nie w sensie chemicznym. Ale w sensie historii i symboli – tak, i to bardziej niż ludzie, którzy tak chętnie zapominają.


Pamięć wody

Rusałka nie pieści, wabi,
bo gdzieś w dole jest dno
pokryte błotem, które wciąga
twoje imię, śmierć na rozkaz.
Nie śpiewa się do księżyca.
Woda pamięta więcej
niż wasze wypłowiałe sumienia.

Na dnie nie spoczywa spokój –
historia jak martwy muł.
Najpierw był las, potem ciała,
ziemia na komendę, plująca dymem.
Las gnijący w milczeniu, lecz teraz
robisz tu grilla nad jamą po egzekucji,
sikasz w spokój tego, co nigdy nie odchodzi,
pijesz wino na cmentarzu zbudowanym
z żydowskiej krwi, pożółkłych gazet.

A ona patrzy.
Jej włosy – jak wodorosty, nocne zjawy,
oczy – studnie bez dna,
śliska jak zapomniana przeszłość,
naga w świetle latarni,
wśród spopielonych drzew przetacza się,
płynnie jak śmierć w przyspieszonym czasie,
wykręca biodra, gałęzie w wichurze,
śmiech pęka, jak zniszczona skóra.

Jej piękno nie jest dla ciebie.
Wilgotne i złe, szarpie cię,
zanim zatnie gardło,
łaskocze kostki, gdy wracasz pijany,
ciągnie cię w otchłań gdy masz
zbyt ciężkie sumienie.

Jezioro milczy, zna wasze pieśni,
wie, jak przez was płynęła historia.
Faceci w garniturach zbudowali miasto,
kamieniami brukowali drogę do rzeźni,
a dziewczyny w krótkich spódnicach
szły nocą i już nie wracały.

Poznań udaje, że nie widzi.
Rusałka to tylko kawałki ścieżki
obok ciemnej wody
dla tych, co biegają w milczeniu.

Ale ona pamięta.
Zna wasze grzechy,
płynie przez rzeki, w sny, w bramy
Starego Rynku, czeka, aż wrócicie,
bo wrócicie.

Myślicie, że zmyjecie to wodą,
że na dnie wszystko się zatopi,
że Rusałka to tylko staw,
ale ona wie, pamięta, z głębin
po kawałku wynurza się prawda.

Myślicie, że to wszystko zatopiliście
na dnie, że historia zapomniała.
Ale ona pamięta –
jak spaliliście synagogę,
jak wybijaliście szyby na Garbarach,
jak nie został tu nikt,
ale wciąż wrzeszczycie o własnych,
nie własnych krzywdach.

Myślicie, że zmyliście to wodą,
ale woda nie zapomina.
Rusałka już nie czeka.
Nie będzie waszym wybawieniem.

wtorek, 25 marca 2025

Poeci, czyli niewidzialni






Dyskusja o wynagrodzeniach dla pisarzy przetacza się przez polski internet jak fala przypływu – nagła, intensywna, ale czy zostawi coś poza smugą wilgoci na piasku? Wciąż pojawia się ten sam argument: że pisarz to zawód, więc powinien być wynagradzany, ale poetka/poeta? Poetka/poeta to ktoś, kto ma żywić się wiatrem, pisać dla idei i rozdawać swoje książki tym, którzy nigdy ich nie kupią.

To nie jest tylko kwestia rynku, który nie widzi poezji. To również kwestia odbiorców – tych, którzy domagają się egzemplarzy recenzenckich, ale nie zamierzają pisać recenzji. Tych, którzy oczekują darmowego dostępu do wierszy, bo przecież to tylko kilka linijek tekstu. Poezja, choć najstarsza z literackich form, jest dziś traktowana jak sztuka luksusowa, którą twórca powinien uprawiać po godzinach, dla własnej satysfakcji, a najlepiej – dla świętego spokoju.

Pisarze jak Joanna Kuciel-Frydryszak, autorka Chłopek, pokazują, że nawet literatura popularna nie gwarantuje adekwatych zarobków – jeśli bestseller nie zapewnia twórcy stabilności finansowej, to co mówić o poezji? Jacek Dehnel porównał pisarzy do chłopów pańszczyźnianych: dostarczają plony, ale kto inny czerpie z nich zyski. Wydawnictwa, dystrybutorzy, księgarnie – wszyscy dostają swoją część. A poeta? Może dostać zaproszenie na festiwal (bez zwrotu kosztów podróży), może liczyć na uścisk dłoni i entuzjastyczne świetnie piszesz, uwielbiam twoje wiersze od kogoś, kto nigdy nie kupił jego książki.

Tak było zawsze. Norwid żył w nędzy, Przerwa-Tetmajer umierał zapomniany, Schulz, choć geniusz, uczył w szkole, by mieć za co żyć. Historia nie jest łaskawa dla tych, którzy próbują utrzymać się z literatury, ale teraz – w epoce wolnego rynku – jest w tym coś szczególnie brutalnego. Kiedyś był mecenat, był system, były nawet naciski ideologiczne, ale ktoś wciąż uznawał literaturę za wartość. Dziś poeta musi radzić sobie sam.

Nie ma wzajemności. Nie ma rynku dla poezji, bo ci, którzy ją piszą, rzadko kupują książki innych poetów. Nie ma środowiska, bo przetrwają tylko ci, którzy należą do właściwych kręgów, obracają się we właściwych redakcjach, mają dostęp do właściwych funduszy. Reszta pozostaje na marginesie – jak zawsze. Jak Norwid, jak Przerwa-Tetmajer, jak Schulz. Jak ja teraz.

Nie ma wzajemności. Jest pustka i chłód.







poniedziałek, 24 marca 2025

Linoryt

 




Twoje dłonie wciąż pachną farbą,
a ja nie wiem, czy to drukuje światło,
czy tylko cień.

Patrzysz na mnie tak, jak patrzy się
na szkic, który miał być czymś więcej,
ale został tylko próbą.

Twoja córka rysuje słońce
okręgami nierównych linii.
Mówię jej – piękne.
Ty poprawiasz kształt,
jakby precyzja mogła ocalić świat
przed rozmazanym dniem.

Masz w oczach siatkę prowadzących linii,
układasz rzeczy w osiach,
zostawiasz miejsce na marginesie
dla słów, które nigdy się nie zmieszczą.

A ja tylko chciałam powiedzieć:
nie trzeba wszystkiego wyrównywać.
Czasem piękno rodzi się w pęknięciach,
czasem milczenie jest najczystszą barwą.



czwartek, 20 marca 2025

Powroty

 



Kiedy oddycham, słyszę ocean.
Ty też go słyszysz. Różnica polega na tym,
że ja myślę wtedy o jego rytmie –
o tym, jak przypływ znosi nasze ślady,
a potem odchodzi, jakby nigdy nas tu nie było.
Ty patrzysz na fale, a ja liczę, ile jeszcze zostało
do kolejnego kaszlu, kolejnej ciszy, kolejnej zimy.
Chodzę na spacery, ty też chodzisz.
Czasem idziemy razem, ale ty mówisz,
że wiatr jest za zimny. Ja mówię, że wiatr
jest tylko przypomnieniem, że jesteśmy.
Ty mówisz, że nie trzeba przypominać –
mamy kalendarze, terminy, i te minuty,
które mijają szybciej niż nasze kroki.
Używamy słów. Ty używasz ich, żeby mówić,
ja, żeby zapomnieć. No bo wiersze są takie kruche.
A życie jest takie śliskie. Bo każda myśl
ucieka szybciej niż się rodzi. A ten moment,
kiedy jesteśmy sami w mrozie,
jest jak oddech przed zanurzeniem.
Mamy nastroje. Ty mówisz, że czasami,
ja – że zawsze. Trochę bardziej. Ciągle.
Żyjemy. Oboje jesteśmy,
ale ty nie wiesz, że te fale, ten wiatr,
te chusteczki i ten spacer –
to wszystko ma sens tylko wtedy,
kiedy oddychamy razem.

Typografia, obwoluty książek, grafika, treści, od których nie mogę się oderwać






Tekst o typografii, projektowaniu i tym, co wokół, napisałam w styczniu – w chwili, gdy odszedł Wicha. Znów mnie to uderzyło, jak wtedy, gdy zmarł Weingart. Wysłałam tekst do Notatnika Literackiego, ale nawet nie odpowiedzieli: Nie jesteśmy zainteresowani. Myślę, że nie muszę już dłużej czekać. Bo takim osiołkom jak ja się nie odpisuje. Maniery, maniery. 


W projektowaniu graficznym zaczynam od ciszy. Nie tej absolutnej, lecz tej przepełnionej brzmieniem rzeczy niedopowiedzianych – jakby szeptów przestrzeni, z których rodzi się forma. Każda linia, każdy znak, każda barwa muszą wynikać z dialogu, jaki toczę z materią i ideą. Wolfgang Weingart mawiał, że typografia powinna być jak rozmowa – intensywna, czasem urywana, czasem pełna pauz. To właśnie te pauzy stanowią istotę projektowania. 

Projektowanie, wbrew pozorom, nie jest jedynie aktem twórczym. Jest przypominaniem, że świat już istnieje, zanim postawimy pierwszą kreskę. Weingart badał semantykę typografii – nie po to, by uczynić ją bardziej czytelną, lecz by zmusić odbiorcę do uwagi. Bo co z tego, że litera jest czytelna, jeśli nie potrafi wstrzymać oddechu odbiorcy, jeśli nie potrafi zakłócić jego codziennego rytmu myśli? Gdy myślę o moim podejściu do grafiki, widzę las. Każdy projekt to nowe drzewo, rosnące na fundamencie gleby, którą jest historia, kultura, ludzka potrzeba wyrazu. Drzewo nie powstaje w izolacji. Jego korzenie splatają się z innymi, jego gałęzie wchodzą w relacje z otaczającym światem. Tak samo projektowanie graficzne – nie istnieje w oderwaniu od ludzi, dla których powstaje, ani od kontekstu, w którym funkcjonuje. W tym właśnie tkwi moja fascynacja – w splocie relacji między formą a znaczeniem, między przeszłością a teraźniejszością. Z jednej strony mam świadomość, że projektowanie jest ulotne – jak ślady na piasku, które znikną wraz z przypływem. Z drugiej, wierzę, że każdy projekt może stać się częścią większej opowieści, w której ludzie odnajdują swoje własne znaczenia. To przypomina rozmowę: nie muszę znać odpowiedzi, ale mogę zadawać pytania, które sprowokują refleksję. To właśnie ta empatia – może czasem zbyt naiwna – każe mi badać, pytać, wątpić. Projekty, jakie tworzę, nie są odpowiedzią, lecz raczej zaproszeniem do rozmowy. Staram się, by każdy z nich pulsował rytmem, który może zaskoczyć – jak złamany wers w poezji, jak niespodziewany akord w muzyce. Przyglądam się literom jak ludziom. Mają swoje historie, nastroje, wspomnienia. Niektóre krzyczą, inne są ciche, niemal niewidzialne. Typografia to sztuka wydobywania ich osobowości. Weingart rozumiał to doskonale – jego prace były jak wielowarstwowe opowieści, w których każdy szczegół miał znaczenie. 

Długość frazy, rytm przerw, kontrast form – wszystko to budowało narrację. Tego właśnie nieustająco szukam, narracji. W tym, co projektuję, chcę, by ludzie znaleźli swoje odbicie. Nie zależy mi na podziwie dla formy – chcę wzruszenia, chwili refleksji. Chcę, by odbiorca zatrzymał się na moment, spojrzał na moje prace i zadał sobie pytanie: co to dla mnie znaczy? Projektowanie jest rzemiosłem, ale też poezją. Każdy wybór – czcionka, linia, układ – to słowo w zdaniu, nuta w melodii. Nie ma w tym przypadkowości. Proces twórczy przypomina intensywną rozmowę, czasem kłótnię z samą sobą. Weingart pisał o nocach wypełnionych szkicami i notatkami. Ja też noszę swoje pomysły, czasem miesiącami, zanim znajdą swoje miejsce na papierze czy ekranie. 

Design to przestrzeń pomiędzy – pomiędzy myślą a materią, pomiędzy twórcą a odbiorcą. To poszukiwanie sensu w chaosie. Nie chodzi o to, by wszystko uporządkować – chaos też ma swoją wartość. Chodzi o to, by znaleźć w nim momenty, które mogą stać się punktem zaczepienia, początkiem nowej opowieści.W tym wszystkim kryje się paradoks. Projektowanie graficzne to sztuka planowania, a jednocześnie sztuka pozwalania na przypadek. Właśnie w tym napięciu tkwi jego siła. Typografia, układ graficzny – to wszystko powinno oddychać, żyć własnym życiem, ale jednocześnie zachowywać strukturę. Jak las – pozornie chaotyczny, lecz w rzeczywistości podlegający surowym prawom natury. Patrzę na świat liter i form jak na świat ludzi. Każdy projekt jest spotkaniem – nie zawsze łatwym, często pełnym napięcia, ale zawsze otwartym na nowe możliwości. I właśnie to spotkanie, ten dialog, jest dla mnie istotą projektowania. Bo design to nie tylko tworzenie rzeczy. To tworzenie przestrzeni, w której można się zatrzymać, pomyśleć, być. 

I kończąc odniosę się do Marcina Wichy, spotkaliśmy się jedynie w słowie i w grafice, ale już w zupełnie nowym kontekście. Muszę przyznać, że grafika, typografia, to przestrzenie, w których każdy element jest wymierzony, poddany drobiazgowej kalkulacji, ale i wybuchowi nieoczekiwanych emocji. Nie jest to tylko kwestia estetyki, lecz również ukrytej w strukturach komunikacji interakcji. Każdy znak, każda linia, każdy margines może, niczym mikroskopijny oddech, wpłynąć na odbiorcę. Zaczynajmy więc od końca. Zaczynajmy od tych, które – pozornie – wydają się pozostałościami. Od błędów, które w naszej pracy graficznej mogą stać się momentami najistotniejszymi, bo to w nich kryje się prawda o tym, co chce się powiedzieć. Typografia jest jak muzyka. Każdy znak ma swój rytm, swoją długość, tempo, które nadaje całości puls. Często zapominamy o tym, że projektowanie to nie tylko wyważenie przestrzeni na ekranie czy kartce. To budowanie emocjonalnych więzi z odbiorcą. Jak w dobrej muzyce – każdy akord, każda pauza jest znacząca. Kiedy Wicha mówi o tym, by zacząć od rozpoznania strat, zapomina nieco, że sama typografia to swoista strata, ale zarazem zysk. To dodanie emocji; nie zawsze widać na pierwszy rzut oka, ale odczuwa się pod skórą. Emocje w typografii mogą być równie wyraziste, jak w literaturze. Tylko, że tutaj każda czcionka, kształt, odstęp między słowami, to subtelna próba opowiedzenia historii. Czasem nie trzeba słów, wystarczy zrozumienie, co chce przekazać projektant. Dobrze dobrana czcionka nie potrzebuje wielkich słów, nie potrzebuje skomplikowanych metafor. Czasem wystarczy tylko jedno słowo; osadzone w przestrzeni w taki sposób, by niosło całą emocjonalną wagę przekazu. Podobnie jak Weinagrt, który nie unikał cynizmu, ale zawsze równocześnie dawał nam przestrzeń do refleksji, typografia jest grą emocji. Czasami zbyt agresywna, czasem delikatna, niemal intymna. To subtelna ironia i karykatura, to układ liter i ich krzywe, które tworzą nieoczywiste konteksty. 

Moje podejście do grafiki i typografii jest takie samo, jak podejście do tekstu: czysto, ale z potencjałem do wyłamania się z utartych schematów. Grafika to język, który łączy ludzi, choć nie zawsze w sposób dosłowny. Mistrzowie ciętej typografii, również nauczyli mnie, jak wykorzystywać przestrzeń, by opowiadać historie. Niestety odeszli, a ich prace były eksperymentami, które pozwalały na ucieczkę od utartych reguł i tworzyły nową, niezwykłą rytmikę, w której nie chodziło tylko o estetykę, ale o wywołanie reakcji emocjonalnych. Typografia, to sztuka dostrzegania rzeczy ukrytych, niewypowiedzianych. Tak, jak Wicha mówi o śladach, które zostawiamy w życiu innych, tak w typografii zostawiamy ślady w przestrzeni. Znaki, które mogą dotknąć, poruszyć, czasem wywrócić do góry nogami całą percepcję. Czcionka, jak pióro, ma moc wywoływania uczucia. Ale nie chodzi tu tylko o ładne litery. Chodzi o sposób, w jaki te litery się poruszają. O to, co mówią między wierszami, o przerwy, które tworzą przestrzeń na refleksję. Grafika, jak każde dobre opowiadanie, musi skupić się na tym, czego nie mówi w przestrzeniach ciszy, które mimo braku słów, są pełne znaczenia. Wicha dołączył do Weingarta, cóż za ogromna strata.


wtorek, 18 marca 2025

Schronienie, przestrzeń dla myśli i emocji


 



Anna Musiał w Oversharing tworzy poezję, która jest jak rozproszone światło – ostre, delikatne, ale przede wszystkim intensywnie obecne. To tom, który nie daje się ominąć, nie pozwala się przemilczeć. Każdy wiersz wydaje się migawką z prywatnych archiwów, fragmentem zapisu, który rani, ale jednocześnie daje ukojenie.

Między prywatnym a uniwersalnym

Musiał oscyluje na granicy tego, co osobiste i tego, co wspólne. W jej poezji można odnaleźć ślady poetek wyznaniowych, takich jak Anne Sexton czy Sylvia Plath, jednak jej głos nie powiela ich narracji – idzie dalej, rozdziera maski, unika pułapki patosu. Podobnie jak u Plath, cielesność staje się polem doświadczenia traumy, ale i przestrzenią emancypacji. Wiersze takie jak wszystkie małe śmierci czy bakteriemia ujawniają napięcie między chorobą, fizycznością i egzystencjalnym osamotnieniem. Musiał łączy refleksyjność z intensywnym doświadczeniem – jej poezja oscyluje między świadectwem a spowiedzią, między konfesyjnym tonem a filozoficznym zamyśleniem.

Poezja jako ciało

W Oversharing słowo staje się cielesne, namacalne, niemal bolesne w swoim przekazie. Musiał pisze o kobiecym doświadczeniu w sposób bezkompromisowy, ujawniając nie tylko zranienia, ale też sposoby przetrwania. Wiersze takie jak zanikanie czy implikacje wprowadzają w przestrzenie, gdzie codzienność zderza się z koniecznością redefinicji tożsamości.

Somnium – wiersze snu i cienia

Książkę dopełnia Somnium, rodzaj lirycznego aneksu, w którym Musiał eksploruje pogranicza jawy i snu. Motyw snu, obecny choćby u Bolesława Leśmiana, u Musiał nabiera innego znaczenia – to nie tyle kraina wyobraźni, co przestrzeń konfrontacji z lękiem, utratą, pragnieniem. Sen piąty ze swoimi martwymi rybami i przeświecającymi się błonkami to obraz, który pozostaje w pamięci długo po przeczytaniu.

Język – brutalny i czuły zarazem

Wielką siłą Musiał jest język – precyzyjny, ostry, czasem brutalny, ale nigdy pozbawiony czułości. Przypomina w tym aspekcie poetkę, jaką jest Sharon Olds, która potrafiła konfrontować się z traumą, nie tracąc przy tym literackiej delikatności. Musiał nie stroni od mocnych słów, ale nie są one efektem szoku – to naturalny element narracji, dowód na to, że rzeczywistość wymaga czasem dosadności.

Poezja, która pozostawia ślady

Oversharing to nie jest książka do szybkiej lektury – poezja, która zostawia ślady, wchodzi pod skórę, czasem boli. Zmienia perspektywę patrzenia na wiersz – pokazuje go jako narzędzie przetrwania, jako formę zapisu tego, czego inaczej nie da się wypowiedzieć.

Wszystkie kobiety, które nauczyły mnie czytać i kobiety, które nauczyły mnie pisać, to te same kobiety, które nauczyły mnie, jak pod makijażem ukrywać zmęczenie – pisze Musiał. Jej wiersze, to także nauka – o słowie, życiu, pamięci. To książka, która nie daje się zapomnieć – nie tylko przez mocny przekaz, ale i przez to, jak otwiera przestrzeń do wspólnego odczuwania i wspólnego milczenia. To książka, która się nie podoba. Ona wstrząsa.

Współtworzyłam tę książkę – od projektu okładki, przez skład, po ilustracje – i wiem, że trzymasz w dłoniach coś więcej niż książkę poetycką. To zaproszenie do podróży przez miękkie, ale niepokojące pejzaże, w których ślady znikają i pojawiają się na nowo.

I ponawiam apel. Jeśli szukasz czegoś wyjątkowego, co wykracza poza ramy masowej produkcji, zainteresuj się książkami, które robię. Kupując je, wspierasz małe, niekomercyjne wydawnictwo, które stawia na pasję i autentyczność.

Zamówienia można składać pod adresem: fundacja.font@gmail.com









poniedziałek, 17 marca 2025

„Dojrzewanie” – w pułapce ciszy i kłamstwa, "Adolescence" – Trapped in Silence and Lies

 





Od piątku Dojrzewanie tkwi we mnie obrazami i ciszą, jest cięższa od krzyku. Przerywana półsłówkami, niedopowiedzeniami, spojrzeniami, które próbują wyciągnąć prawdę z twarzy trzynastolatka. To film o traumach, które nie mają jednego źródła – przenikają przez pokolenia, osadzają się w rodzinach, zakorzeniają się w spojrzeniach ojców i ich synów. To historia, w której zło nigdy nie przychodzi z hukiem, lecz sączy się w codzienność, banalizowane, oswajane, traktowane jak gra, jak dowcip, jak test siły.

Owen Cooper w roli Jamiego jest hipnotyzujący – nie dlatego, że dramatyzuje, ale dlatego, że milczy. Jego twarz to mur. Każde pytanie, każda próba dotarcia do prawdy odbija się od niego jak krople deszczu od szyby. Przerażające jest nie to, że nie mówi – lecz to, że kiedy w końcu mówi, nie odczuwamy ulgi, tylko chłód. Erin Doherty jako psycholożka staje się lustrem, w którym odbija się ta pęknięta psychika.

I jest jeszcze Stephen Graham jako Eddie – ojciec, który nie może, nie chce zobaczyć prawdy. Jego rozpacz jest nie do zniesienia, jego upór w zaprzeczaniu sprawia, że widz traci cierpliwość, ale czy można go winić? Bo co ma zrobić ojciec, który patrzy na swoje dziecko i widzi w nim kogoś obcego? Co, jeśli miłość nie wystarczy, by wydobyć z niego to, co jeszcze zostało dobrego?

Najbardziej porażająca jest tu banalność zła – jak szybko dzieci oswajają przemoc, jak szybko śmierć koleżanki staje się tylko wiadomością dnia, czymś, co można skomentować, wyśmiać, odłożyć na bok. W szkole Katie nikt nie płacze, nikt nie krzyczy. Jest może jedno czy dwa szepnięcia, jakieś nerwowe śmiechy, ale świat nie staje w miejscu. Życie toczy się dalej, jakby to wszystko było tylko filmem, który zaraz się skończy.

Thorne pokazuje, że nastolatki żyją w świecie, gdzie emocje są przytłumione, gdzie smartfon jest tarczą i narzędziem broni jednocześnie. Pokazuje, jak kłamstwo staje się instynktem obronnym, jak agresja przenosi się z pokolenia na pokolenie, jak łatwo przejąć gniew, który nigdy nie należał do nas.

A rodzice? Są tu bezbronni. Ich krzyki i łzy nie mają znaczenia, ich pytania odbijają się od obojętności. W tej historii dorośli przegrywają, nie dlatego, że nie walczą, ale dlatego, że walczą za późno.




"Adolescence" – Trapped in Silence and Lies


Since Friday, Adolescence has stayed with me in images and silence—it weighs heavier than screams. It’s broken only by half-spoken words, unfinished sentences, glances trying to pull the truth from a thirteen-year-old’s face. This is a film about trauma—not a single, sudden wound, but something that seeps through generations, embedding itself in families, passed down through fathers’ eyes to their sons. It’s a story where evil never arrives with a bang but seeps into the everyday—normalized, trivialized, treated like a game, a joke, a test of strength.

Owen Cooper’s performance as Jamie is hypnotic—not because he dramatizes but because he doesn’t. His face is a wall. Every question, every attempt to reach him bounces off, like raindrops against glass. The terrifying part is not that he won’t speak—but that when he finally does, there’s no relief, only coldness. Erin Doherty, as the psychologist, becomes a mirror reflecting the fractures in his psyche.

And then there’s Stephen Graham as Eddie—the father who can’t, won’t, see the truth. His despair is unbearable, his stubborn refusal exhausting, but can we blame him? Because what does a father do when he looks at his child and sees a stranger? What if love isn’t enough to bring back whatever good is left?

What’s most disturbing here is the banality of evil—how quickly children absorb violence, how effortlessly the murder of a classmate becomes just another news item, something to comment on, laugh about, push aside. In Katie’s school, no one cries, no one screams. There are whispers, a few nervous jokes, but life moves on, as if this were just another movie, already nearing its end.

Thorne captures how teenagers live in a world where emotions are muted, where a smartphone is both a shield and a weapon. He shows how lying becomes a survival instinct, how aggression is inherited, how easily a young boy can adopt a rage that was never his to begin with.

And the parents? They are powerless. Their shouts and tears mean nothing, their questions ricochet off indifference. In this story, the adults lose—not because they don’t fight, but because they fight too late.

Świętujemy i nie

 



Ostrożnie, bo Sophie przyniosła szkarlatynę ze szkoły. Stres ściska mi gardło. Gorączka trzyma ją w swoich szponach, nie odpuszcza ani na chwilę. Chłodzimy ją pod prysznicem, ale ulga trwa ledwie moment, a leki wydają się niemal bezsilne.

– Babciu, kurczę się w środku.

Jej głos jest cichy jak zwinięte w sobie pisklę.



niedziela, 16 marca 2025

Przeszłość zgarnia swoje piękne dzieci

 



Recenzja Rafała Wawrzyńczyka dotycząca najnowszej książki Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego w 'Dwutygodniku' (specjalnine jej nie linkuję) pozostawiała mnie przez chwilę w ogromie zdziwienia i smutku. Nie wiem, ale nie czuję w niej rzetelnych argumentów, lecz zbiór subiektywnych impresji, które momentami zdają się wręcz wypaczać intencje autora i podsuwać czytelnikom mylne interpretacje.

Już na wstępie recenzji mamy do czynienia z niefortunnym wprowadzeniem, które sugeruje, że Dycki 'znowu' powtarza siebie, jakby jego konsekwentnie rozwijana poetyka była dowodem twórczej stagnacji, a nie świadomym wyborem artystycznym. Pominięcie kontekstu, w którym poeta od lat operuje, sprawia, że odbiorczyni lub odbiorca może odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jałowym autotematyzmem, co jest zwyczajnym nieporozumieniem.

Kolejną kwestią są pojawiające się w recenzji sugestie, jakoby Dycki wpadał w manieryzm i przewidywalność. To niezwykle powierzchowna obserwacja, pomijająca fakt, że jego poezja – osadzona w powracających motywach i językowych repetycjach – działa niczym palimpsest, na którym wciąż pojawiają się nowe odcienie i znaczenia. To, co dla nieuważnego czytelnika może wyglądać na powtarzalność, w rzeczywistości jest precyzyjną grą pamięci i zapisu, której siła tkwi właśnie w wariantywności i delikatnych przesunięciach sensów.

Wawrzyńczyk ignoruje również sposób, w jaki Dycki operuje kompozycją książki. Ramki, powtarzalność fraz, delikatna niestabilność rytmu – wszystko to służy budowaniu wewnętrznej spójności tomu. W recenzji jednak ani razu nie pada refleksja nad tym, w jaki sposób te elementy działają w całej strukturze tekstu. W efekcie mamy do czynienia z oceną, która nie dostrzega integralności i głębi tej poezji.

Najbardziej krzywdzące są jednak subtelne insynuacje zawarte w tekście, jakoby Dycki jedynie 'dbał o swój mit' i od lat pisał 'o tym samym'. To uproszczenie nie tylko pomija istotne przesunięcia tematyczne w jego kolejnych książkach, ale również lekceważy istotę jego poetyki – tkanej z pamięci, zapisu, przemijania i rozproszenia. To właśnie w tej nieustannej pracy nad językiem i formą objawia się mistrzostwo Dyckiego, a nie w ciągłym poszukiwaniu 'nowości' dla samej nowości.

Nie sposób nie zauważyć też pewnego protekcjonalnego tonu, który wyziera z recenzji. Wawrzyńczyk sprawia wrażenie, jakby znał klucz do poezji Dyckiego lepiej niż sam poeta, a jednocześnie redukuje jego twórczość do kilku uproszczonych schematów interpretacyjnych. Taka postawa odbiera tej poezji należną jej wieloznaczność i bogactwo.

Dodatkowo, recenzja posługuje się kilkoma metaforami, które w subtelny sposób umniejszają rangę tej twórczości. Natrętne porównanie do rzemieślnika ram sugeruje mechaniczność i powtarzalność, a przecież wiersze Dyckiego dalekie są od manufakturalnej rutyny – przeciwnie, są nieustannym przekształcaniem, organicznym ruchem znaczeń. Podobnie zestawienie jego poezji z dmuchawcem w ramce brzmi jak ironiczna kpina – jakby poeta z wielką powagą konstruował coś ulotnego i nieznaczącego, a potem zamykał to w złoconej oprawie, by nadać wartość. Tymczasem twórczość Dyckiego to nie pusty gest estetyczny, lecz głęboka, egzystencjalna konieczność zapisu.

Podobne wątpliwości budzi odniesienie do Monsiela i 'schizofrenicznego fraktala'. To znów metafora zamknięcia i obsesyjnej powtarzalności, która może sugerować, że poezja Dyckiego nie jest świadomym wyborem artystycznym, lecz raczej rodzajem patologicznej kompulsji. Czy nie jest to przypadkiem zakamuflowana wersja protekcjonalizmu? Sugerowanie, że geniusz Dyckiego wyrasta z jakiegoś 'obłędu' a nie z wnikliwej pracy nad językiem, to niebezpieczna narracja, która bagatelizuje jego warsztat.

Nie można pominąć też wzmianki o 'czytelniczkach' w kontekście emocjonalnej książki. W polskiej krytyce to subtelna gra – sugerowanie, że coś, co dociera do kobiet, jest bardziej sentymentalne, mniej intelektualne. A skoro Przeszłość różni się od Ciało wiersza, to czy jest mniej wartościowa? Czyżby mężczyźni nie mogli odnaleźć w niej niczego dla siebie? To podskórna deprecjacja, oparta na nieuzasadnionych kategoriach.

Na koniec mamy jeszcze uwagę o braku 'bitnikowskich sensacji', jakby poezja Dyckiego miała w ogóle cokolwiek wspólnego z takimi oczekiwaniami. To sztucznie postawiona teza, której celem jest jedynie rozbrojenie książki, pozbawienie jej impaktu. Zestawienie tych wszystkich subtelnych sugestii składa się na tekst, który pod pretekstem refleksji wbija drobne szpilki w tę poezję, nie pozwalając jej wybrzmieć na własnych warunkach.

Piszę to nie dlatego, żeby się oburzać, lecz by podkreślić, że są czytelnicy, którzy dostrzegają te strategie i nie dadzą sobie wmówić, że poezja Dyckiego to 'tylko ramka', 'tylko obsesja', 'tylko ulotny dmuchawiec'. Bo jest czymś znacznie większym. I na pewno nie da się jej zamknąć w tak krótkowzrocznych schematach.