niedziela, 4 października 2026
piątek, 2 października 2026
Ściepa
Są tacy ludzie, którzy przed laty przeciorali mnie przez hejt, szczucie i publiczny lincz. I żyją sobie świetnie. Mało tego, wokół nich zbierają się kolejni. Jedni lubią szczuć, inni lubią patrzeć, jeszcze inni lubią stać obok właściwych ludzi i mieć z tego swój mały poblask. Do tego dochodzą znajomi, którzy najwyraźniej nie widzą problemu, bo przecież wszyscy się znamy, to tylko czytanie wierszy, nie można rozdrapywać przeszłości. Otóż można. I czasem trzeba. Mnie zatrzymuje coś, co dla innych najwyraźniej nie ma żadnego znaczenia, pamięć i zasady. Nie potrafię być blisko ludzi, którzy wielbią moich oprawców. Nie potrafię udawać, że nic się nie stało, tylko dlatego, że dziś dobrze jest być po właściwej stronie towarzyskiego stolika. Nie potrafię klaskać ludziom, którzy kiedyś szczuli na mnie, a dziś są obudowani zachwytem, znajomościami, wystawami i kolejnymi osobami gotowymi robić im za publiczność. I nie, nie chodzi o to, że oczekuję od kogokolwiek wojny w moim imieniu. Nie oczekuję deklaracji lojalności. Każdy dorosły człowiek wybiera sobie ludzi, z którymi chce przebywać, pić kawę, robić interesy czy wymieniać uprzejmości. Ale ja również wybieram. I jeżeli ktoś świadomie wchodzi blisko ludzi, którzy mnie skrzywdzili, to ja mam prawo zrobić krok w tył. Bez awantury, tłumaczenia się. Bez obowiązku dalszej bliskości. Bo nie, przecież to tylko spotkanie albo to tylko wernisaż, nie jest dla mnie argumentem. Spotkanie na scenie nie unieważnia charakteru człowieka. Wspólny występ nie robi z oprawcy przyzwoitego człowieka, a ze mnie nie robi przewrażliwionej idiotki. Można oczywiście zrobić zrzutkę, komuś pomóc, coś ufundować, pojawić się przy szczytnym celu, mieć zdjęcie z dobrym uczynkiem. I bardzo dobrze, dobroczynność sama w sobie jest dobrem. Tylko nie rozumiem, dlaczego ma być automatycznym wybielaczem charakteru. Można komuś pomagać i jednocześnie być człowiekiem, który krzywdzi innych. Jedno nie kasuje drugiego. Dobry uczynek nie jest środkiem piorącym sumienia. Nie mam też potrzeby przekonywania nikogo, że powinien widzieć tych ludzi tak jak ja. Niech widzi ich, jak chce. Niech się z nimi wystawia. Niech ich podziwia. Niech idzie za nimi. Idziesz z nimi, idź. Mnie tam nie będzie. I nie miej w sobie poczucia, że Ci mnie brakuje. I że przez to wypadnę z jakiegoś obiegu. Być może mnie skreślisz, odsuniesz, uznasz, że jestem trudna, pamiętliwa albo nie umiem odpuścić. Trudno. Mam większy problem z tym, żeby sprzedać własne zasady za święty spokój i miejsce przy cudzym stole. Nie umiem. Nie chcę. I już.
wtorek, 29 września 2026
Artyści
No to oglądam Lalkę i Dżentelmenów. I to są dla mnie dwie zupełnie różne przyjemności. Lalka podoba mi się bardzo, każda persona, piórko, perła, koronka, rękawiczka, bruk i brud. Jest w tym wszystkim coś, co mnie wciąga, ta cała materia epoki, jej przesada, elegancja i cały ten syf. Lubię patrzeć na ludzi, którzy są ubrani jak z obrazów, a jednocześnie chodzą po błocie. Natomiast Dżentelmeni odjeżdżają kompletnie, przez Guya Ritchiego, więc trudno abym oczekiwała umiaru. U niego wszystko jest podkręcone, gangsterka, pieniądze, arystokracja, przemoc, dowcip, kobiety, mężczyźni, ubrania, samochody, psy, trupy i angielska posiadłość, która najwyraźniej może być jednocześnie pałacem, meliną i przedsiębiorstwem narkotykowym. Skrajność nad skrajnościami. I dlatego to działa na mnie jako rozrywka. Bo właśnie tak traktuję oglądanie filmów i seriali. To nie musi być wielkie dzieło. Ma mnie jedynie na chwilę wyłączyć z mojego własnego mózgu. Książki są oczywiście najważniejsze, z nimi pracuję, czytam, wracam, grzebię. Film czy serial jest czymś innym. Resetują mnie. Mogę sobie usiąść i patrzeć, jak ktoś inny ma problemy, najlepiej w pięknych wnętrzach i z dobrze zrobioną scenografią. Tym bardziej że nigdy nie byłam wielką fanką książki Prusa. Prus mnie nie uwiódł na tyle, abym chciała do niego wracać z nabożnością. Więc alternatywna wersja bardzo mi odpowiada. Znam historię, znam bohaterów, ale mogę wejść w to od innej strony, przez kostiumy, twarze, wnętrza, gesty, światło. I nagle Wokulski nie musi być Wokulskim z mojej szkolnej pamięci. Może sobie po prostu być facetem w świetnie skrojonym garniturze, który patrzy na Izabelę jak na nieszczęście, którego pragnie. A ostatnio towarzyszy mi jeszcze pizdeczka, w sumie pizda, ale wolę zdrobnienie. To jest znakomite słowo i jak przepięknie się odmienia: pizdeczka, pizdeczki, pizdeczce, pizdeczką, pizdeczko. Można z nim przejść przez całą składnię bez żadnego wysiłku, szczególnie w czasie kierowania autem w mieście. Jest małe, miękkie, a jednocześnie ma w sobie pewną bezczelność. Idealne w czasie oglądania seriali, w których jedni noszą perły, drudzy strzelają do ludzi, a ja siedzę sobie z pizdeczką i mam święty spokój. No i Jakub Jarno, jak Mróz, no temu panu odjechał peron. Marionetka ten Jarno. I jeszcze... Benjamin Clementine, najpierw epizod w Diunie, a teraz w serialu, miód i orzeszki. Jarno pizdeczka, Benjamin artysta. Tak już jest.
PS
Wpadłam na przerwę śniadaniową do Was. I nie, no nie byłam w kinie i nie pójdę. Przez Kondrata. Bo jak można grać w Lalce, tyle że w wersji kinowej, a jednocześnie opowiadać takie kocopoły o serialu? No co za luj. Wszystko mi zepsuł. A mogło być tak miło. Bo przecież już sama reklama mnie złapała. Jest tam scena ulewy, Łęcka stoi w deszczu i od razu mam skojarzenie z Dumą i uprzedzeniem, z Keirą Knightley i sceną, w której filmowy pan Darcy się oświadcza. I osobiście uważam, że zaraz po zakończeniu, jest to jedna z najbardziej romantycznych scen w całym filmie. Ten deszcz, napięcie, mokre ubrania, emocje pod samą skórą. Niby nic, a jednak wszystko. Więc kiedy reżyserzy zaczynają mi tak pokazywać miłość, to ja już jestem gotowa. Proszę bardzo. Może być grubo. Może być melodramatycznie. Mokro, nerwowo i z wielkim uczuciem. Albo może oczywiście nie być nic z tego ale wtedy po co mi ta ulewa? I już byłam trochę ciekawa tej kinowej Lalki. A teraz Kondrat wyskoczył ze swoimi kocopołami i mi odczarował. No luj pizdeczka. A mogło być tak pięknie.
„Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość”
Labels:
artyści,
dżentelmeni,
Gay Ritchie,
lalka,
Prus
poniedziałek, 28 września 2026
Klucz
Patrz na zdjęcie od dołu. Najpierw był hałas, chaos i myślałam, że zaraz na nas spadnie stado kaczek. Jak w bajce Migration. Ale w końcu kaczki się ogarnęły. Uformowały klucz i odleciały.
Labels:
idzie zima,
kaczki,
klucz,
migracja
niedziela, 27 września 2026
O śmierci
Ktoś mnie zapytał o wiersze, które nie weszły do książki powyżej. Ten wiersz nie pasował do cyklu. Moim zdaniem oczywiście. Wciąż mu się przyglądam i pewnie znajdzie miejsce w innej książce.
z trzewi, na zawsze
To było późne popołudnie, ciepłe, ale wietrzne.
Dłonie trochę wilgotne od trzymania się za ręce.
Szłyśmy razem, bez pośpiechu ulicą Cedarwood,
zna nas na pamięć.
Sophie miała dwa dobierane warkocze,
zaplotłam jej świat w symetrię. Czarne,
jednobarwne spodnie, pasiastą bluzkę,
ładny blur, mówi, bo biały z czarnym robi szary,
a szary to nasz kolor, babciu,
najlepszy ze wszystkich, pomiędzy wszystkim.
Na nogach różowe trampki, akcent, ślad, znak rozpoznawczy.
Na bluzce odrobinę wytarta nalepka Good job.
Szłyśmy bez plecaka, tylko z butelką wody.
I wtedy zapytała: Babciu, a ty jesteś średnio młoda czy stara?
Światło przeszło przez jej rzęsy i widziałam tylko drżenie.
Przeszył mnie wiatr, jakby sam chciał usłyszeć odpowiedź.
Odpowiedziałam, że jestem już dojrzała,
ale jeszcze nie stara.
Zatrzymała się. Spojrzała w górę,
prosto w moje oczy, jakby nic poza tym nie istniało.
I powiedziała: Jak umrzesz, to będziesz w moim sercu.
Zawsze. Bo jesteś najważniejsza.
I będę płakała. Długo, babciu, bardzo długo.
I wtedy to przyszło, fala, której nie sposób zatrzymać.
Uklękłam obok niej. Objęłyśmy się mocno, jakby świat
był czymś, co można objąć ramionami.
I powiedziałam, że to wszystko prawda,
i że zostanę w niej.
W tej chwili, w tym blasku,
w naklejce, mimo że odkleja się na rogu,
w cieniu naszych ulubionych kolorów.
W domu kawa na kuchennym blacie, ostygła,
a połówka jabłka brązowiała powoli,
jakby wiedziała, że dziś nie potrzebuję słodyczy.
Czerwiec 2025
środa, 23 września 2026
niedziela, 20 września 2026
Podsumowanie
Zdjęcia powyżej zrobił Paweł Dąbrowski.
9. września Księgarnia Hiszpańska i piękna księgarka Ewa. Cudowna istota, jeżeli tak można napisać o pięknych kobietach. Co za miejsce. Hiszpania w moim sercu. Spotkanie poprowadził Jakub Skurtys. Właściwie spotkaliśmy się pierwszy raz, a rozmowa od początku popłynęła naturalnie, jakbyśmy znali się od dawna. Jakub niezwykle merytoryczny, przyjazny, uważny. No, lubię człowieka. Dzielił nas stolik z lampką i może dobrze, bo trochę mnie nosiło. Publiczność ulubiona, bo się nie nudziła. Reagowała, śmiała się, była obecna. A ja bardzo potrzebowałam takiego kontaktu. Momentu, kiedy człowiek coś mówi, a po drugiej stronie nie ma grzecznego milczenia, tylko śmiech, zdziwienie, pytania, komentarze. Te ubawione i radosne reakcje na moje wypowiadane czary-mary. Wcześniej spotkałam się z Mirkiem Antoniewiczem. Zaopiekowana dotarłam na czas do księgarni. I chyba w tym wszystkim właśnie o tę atmosferę pobytu chodzi. No a księgarnia wiadomo, to nie tylko półki z książkami. Można wejść, kupić, zapłacić i wyjść. Ale można też wejść i poczuć, że chce się zostać, porozmawiać. I widać było, że książki są tam czymś więcej niż towarem ustawionym grzbietami do człowieka. Atmosfera miejsca ma znaczenie. Dla autora, czytelnika, rozmowy i dla tego, czy ktoś wróci w to miejsce.
Na kilka chwil spotkałam się z kuzynką kuzyna. Nie jesteśmy rodziną, ale czujemy więź. Uwielbiam ją.
W Warszawie nie było inaczej. W miniony piątek spotkałam się z Anną Matysiak, moją wydawczynią z CONVIVO. Anię poznałam wirtualnie czternaście lat temu. Doliczyłyśmy się tego nad strąkami edamame, bo najwyraźniej są sprawy, które najlepiej liczyć przy jedzeniu. Zdjęcia zrobiła nam Alex. Czas zrobił swoje, więc aby dalej rozmawiać, przeszłyśmy do Księgarni Czarnego. Piękna księgarnia. Pyszna kawa. Profeska. I przychodzili znajomi. Co chwilę: Cześć! Miło cię widzieć! Uściski, uściski. Lubię takie spotkania, kiedy człowiek przychodzi rozmawiać o książce, a kończy na nadrabianiu zaległości, chociaż to jest niemożliwe, w tak krótkim czasie. Poczytałam, porozmawiałam z Anią o Dla córki mojej córki. Kto był, ten wie. Podpisałam mnóstwo książek. Sophie dostała prezenty, moje niedługo pokażę. Wszystko zapakowałam do pięknej torby Czarnego. I powiem wam jedno: kupiłabym tam ogrom książek. Ogrom. Bo są miejsca, w których chce się być czytelnikiem. I to też jest część książki. Nie tylko tekst, ilustracje, autor, wydawca i okładka. Także człowiek, który podaje ci książkę do podpisania, kawa, rozmowa, światło, sposób, w jaki ktoś cię wita. Niby drobiazgi, a jednak właśnie z nich składa się doświadczenie czytania. Mam ogromne szczęście do ludzi i miejsc. I bardzo to sobie cenię.
zdjęcia poniżej zrobiła Aleksandra Kaczkowska
A autorką zdjęć poniżej jest przyjaciółka mojej bratowej i moja - Beti.
poniedziałek, 14 września 2026
Księgarnia Czarnego, młodzież, Pani dłońka!
Pani Dłońka
Imię własne: Mimitsuki
Zamieszkanie: pod skórką światła w pokoju Sophie
Zdolność specjalna: rejestruje dotyki nieintencjonalne
i gubi te zbyt ciężkie
Mimitsuki: zapiski z palca wskazującego
Mieszkałam kiedyś w kieszeni chirurga,
ale było tam za zimno.
Teraz noszę się w fałdach dziecięcej piżamy,
pomiędzy guzikiem a snem.
Znam alfabet skóry,
każdy znak: glazee, wuship, mizumiał,
czyli uścisk z wody, dotyk kota z mgły,
spojrzenie palca po japońsku.
W nocy dotykam rzeczy,
które Sophia kocha przez sen,
przemiękłych brzegów koca, uszka od misia,
wewnętrznego światła lalek.
Zbieram to wszystko w dotykownik,
tam zapisuję rzeczy, które ktoś mógłby zapomnieć,
– że światło może mieć zapach
– że rąbek sukienki może wiedzieć więcej niż Google
– że puchczość to prawdziwa jednostka czułości.
Jestem też tłumaczką między dłońmi,
gdy ręka babci drży, a ręka wnuczki śpi.
Przekładam drżenie na zrozumienie
i milczenie na coś, co koi.
Mówią, że jestem stworzona z miękocienia
i z odgłosu och w zderzeniu z aksamitnym.
Nie przeczę.
ale mam też pazurki,
gdy ktoś zostawia dotyk, który boli,
potrafię go unieważnić.
PS
W jednej ze szkół dzieci i młodzież czytają na lekcjach 'Dla córki mojej córki', dostałam zdjęcia listów i rysunków, oryginały trafią do mnie na spotkaniu w Poznaniu, bo to jest jedynie wyimek. Wymyślamy już Sophie scenariusze, by odpowiedzieć na każdy list.
W piątek jadę do Warszawy, w księgarni Czarnego spotkam się na pogawędkę z Anną Matysiak. Przyjdziecie.
W piątek jadę do Warszawy, w księgarni Czarnego spotkam się na pogawędkę z Anną Matysiak. Przyjdziecie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































