I
Wychodzimy z cienia w ubraniach z czarnej wełny.
Zamek drażni brodę. Zbyt długi rękaw, by podać komuś rękę.
Na ulicy pachnie mokrym betonem, a może asfaltem
i czymś słodkim, czego nie potrafię nazwać.
Może tak będzie pachnieć planeta po człowieku?
A jeśli przyniosę zapach, nie kwiaty, tylko rękaw płaszcza,
w którym ktoś umarł zanim zdążył zmienić zdanie?
Płaszcz, opada ciężko aż do ziemi.
Patrzę długo.
W szafie znalazłam jeszcze wetiwer, kurz i coś gorzkiego,
jakby skórka pomarańczy przegryzła się przez podszewkę.
Nieobecność w rozmiarze czterdzieści osiem,
nie oddycha, ale zajmuje miejsce. Otwieram okno.
Przeciąg wyrywa słowa, których nie powiedziałam na czas,
i rozrzuca je po parkingu jak ulotki nieistniejącej partii.
Jedna przykleja się do mokrej opony.
Nikt nie musi jej czytać.
Tylko dlaczego stoję przy szybie i czekam, aż samochód ruszy?
Wreszcie rozumiem,
że całe życie chciałam mieć właśnie tę rzecz.
Plecy bez historii.





