wtorek, 30 grudnia 2025

O smutku

 



O smutku nie potrafię mówić krótko, bo on nigdy nie przychodzi w jednym kształcie; raczej rozlewa się jak woda po nierównej podłodze. Bywa przestrzenią, czymś przejściowym, a przecież życie, zatrzymuje w zagłębieniach, wtedy smutek znika na chwilę, by wrócić inną drogą, zawsze wtedy, gdy wydaje mi się, że nauczyłam się już chodzić brzegiem oceanu suchą stopą.

Smutek śnił mi się wczoraj jako winda: kabina bez okien albo przeciwnie, przezroczysta aż do wstydu, zawieszona w szybie, który nie należał do żadnego budynku, jadąca bezgłośnie, bez pięter, bez instrukcji obsługi, z tym charakterystycznym uczuciem w żołądku, gdy nie wiadomo, czy ruch oznacza wzlot, czy osiadanie w czymś, co nie ma dna. W tym śnie nie było paniki, raczej zdziwienie, że można tak długo być w drodze, nie zmieniając pozycji. Smutek nie był tam przeciwieństwem radości, tak jak noc nie jest zaprzeczeniem dnia, lecz jego przedłużeniem, miejscem, w którym to, co niewidoczne, zaczyna oddychać własnym rytmem. Czułam, że ma w sobie ciężar starego płaszcza, noszonego przez kilka sezonów, przesiąkniętego cudzymi historiami, potem, strachem przed zimą, która zawsze nadchodzi zbyt wcześnie. Życie w pewnym momencie zaczyna przypominać galerię, w której obrazy wiszą zbyt blisko siebie, ramy niemal się stykają, a przecież wiem, że nie wolno ich dotknąć, choć wszystko we mnie domaga się sprawdzenia faktury, czy to jeszcze farba, czy już wyschnięta skóra czasu. Przechodzę obok powoli, niektóre prace omijam, inne zatrzymują na dłużej, nie dlatego, że są piękne, lecz dlatego, że patrzą w taki sposób, jakby wiedziały coś o moim końcu. W tym śnie nie ma światła ani ciemności, jest tylko półcień, idealny do rzeczy, które nie chcą być rozpoznane.

Bywa we mnie smutek, który przychodzi po stracie, ale jest też ten mniej oczywisty, smutek po czymś, co się nie wydarzyło, po życiu, które mogło się rozwinąć w inną stronę, po zdaniach, których nigdy nie dopowiedziałam, bo zabrakło mi czasu, odwagi albo światła. Ten smutek jest cichy, niemal uprzejmy, siedzi w kącie jak gość, który nie chce przeszkadzać, a jednak zmienia temperaturę całego pomieszczenia i często marzną mi stopy, palce, czoło. Z wiekiem smutek zmienił barwę. Przestał być gwałtowny, przestał krzyczeć. Stał się bardziej podobny do mgły niż do burzy. Nie rani już tak ostro, ale za to dłużej tkwi we mnie, przylega do skóry. Osiada na rzeczach codziennych: na kubku z herbatą, który wystygł, zanim zdążyłam ją wypić; na książkach odkładanych na później, które powoli zaczynają rozumieć, że to później nie zawsze nadchodzi; na twarzach ludzi napotkanych przelotnie, z którymi dzielę tylko moment, ale nie ciężar. A jednak smutek ma w sobie coś z nauczyciela, który nie podnosi głosu. To on przypomina o kruchości, o tym, że wszystko, co żywe, jest chwilowe, a wszystko, co chwilowe, domaga się uważności. To on sprawia, że zaczynam widzieć powtarzalność świata nie jako klątwę, lecz jako dowód trwania, cykl, który nie obiecuje szczęścia, ale oferuje sens.

Są chwile, kiedy smutek wydaje się brakiem światła, lecz bywa też odwrotnie: to światło okazuje się zbyt ostre, zbyt bezlitosne, obnażające rzeczy, na które nie byłam gotowa. Wtedy smutek działa jak filtr, jak cienka zasłona, dzięki której mogę jeszcze patrzeć, nie odwracając wzroku. Życie, jeśli spojrzeć na nie wystarczająco długo, okazuje się nie tyle drogą, co ruchem wahadła. Od przywiązania do utraty. Od nadziei do rezygnacji. Od ciszy do jeszcze głębszej ciszy. I nie ma w tym porażki. Jest tylko zmiana formy, jak w przyrodzie, która nie zna pojęcia koniec, zna tylko rozpad i ponowne układanie się materii w coś, co na chwilę znów będzie miało sens. Smutek uczy, że nie wszystko trzeba naprawiać. Że nie każdą pustkę należy wypełniać. Czasem wystarczy pozwolić jej być, jak przerwa pomiędzy dwoma oddechami, jak pauza w muzyce, bez której melodia straciłaby głębię.

I może właśnie dlatego, mimo całego ciężaru, jaki ze sobą niesie, smutek nie jest wrogiem życia. Jest jego cichym archiwistą. Przechowuje to, co minęło, nie po to, by mnie zatrzymać, ale by przypomnieć, że byłam, i że to uczucie, choć nietrwałe, jest prawdziwe.

niedziela, 28 grudnia 2025

2025

 




To był rok pracy cichej, ale gęstej. Rok, w którym niewiele rzeczy chciało się domknąć, za to wiele domagało się pozostania w ruchu.

Kolejny rok pisałam w cyklach, jakby pojedynczy wiersz nie był już wystarczającą jednostką sensu. Długo do tego dojrzewałam i jak kiedyś powiedział do mnie Mirek Antoniewicz, zaprzyjaźniony artysta: bądź odważna, więc zaczęłam być bardziej. Lekcje świata i Zabawy w koniec i początek (dla córki mojej córki) rosły równolegle, jak dwa nurty tej samej rzeki: jeden bardziej obserwacyjny, drugi rozchwiany, sprawdzający, co jeszcze da się ocalić w języku, kiedy koniec przestaje być metaforą, a początek nie chce się zadeklarować. To nie były wiersze o odpowiedziach, raczej o testowaniu pojemności; słów, obrazów, ciała w świecie.

W lutym odwiedziłam Tadeusza Baranowskiego i jego żonę Annę, artystów i wspaniałych ludzi. Wracałam z tej wizyty z pięknym obrazem, zostawiając od siebie drobnostki. To było dla mnie dobre i ważne spotkanie, jedno z tych, które coś domykają i jednocześnie otwierają.

We wrześniu ukazało się Emiterium, książka, która wyszła w świat bez gwarancji odzewu. Tom został rozesłany do czasopism i krytyków, ale cisza okazała się jednym z możliwych scenariuszy. Ryzyko pisania bywa właśnie takie: nad wierszami pochylają się przede wszystkim ci, którzy są blisko. Od lat przyjmuję tę lekceważącą postawę świata i jest jak jest. Jestem sobie a muzom. To także forma istnienia.

Wysłałam wiersze do „Twórczości”, również bez odpowiedzi. W którymś momencie trzeba to nazwać po imieniu: nie ma sensu dalej brnąć w samo wysyłanie, jeśli odpowiedzią konsekwentnie pozostaje milczenie. To nie jest gest rezygnacji, raczej przesunięcie energii gdzie indziej; tam, gdzie krążenie jeszcze działa.

W tym samym czasie rozwijałam Mały słownik zmyśleń projekt graniczny, pół-prywatny, pół-teoretyczny, w którym definicja nie służy porządkowaniu, lecz delikatnemu sabotażowi znaczeń. TSAN, harcerskie wspomnienia, dzieciństwo filtrowane przez ironię i czułość, wszystko to układało się w alternatywną encyklopedię przetrwania, pisaną z miejsca, które zna mechanizmy obronne, ale nie chce już udawać, że one nie kosztują. Coraz wyraźniej widziałam sztukę nie jako własność ani egzamin, lecz jako przepływ coś, co się puszcza dalej, nie grodząc płotami.

Wracałam w notatkach do czytania cudzych tekstów w sposób egzystencjalny, szczególnie w analizie twórczości Szymona Kontorskiego, bez podpórek, bez kanonicznych protez, z próbą postawienia poezji w relacji z życiem, a nie z bibliografią. To był ważny gest: czytać nie po to, by przypisać, ale by sprawdzić, co zostaje w ciele po lekturze. Rozgościłam się także w twórczości Romana Chojnackiego, Urszuli Honek, Agi Zano, czytając powoli, uważnie, z pozwoleniem na to, by coś nie chciało się od razu nazywać.

Ten rok miał wyraźny wymiar pamięci i strat. Zmarła Magda Harmon, na początku roku, pisanie o niej nie było ani domykaniem, ani hołdem w klasycznym sensie, raczej próbą zachowania rytmu rozmowy, która trwa mimo braku fizycznego spotkania. Zmarła Małgorzata Zakrzewska. Zmarł Marcin Wicha, grafik i świetny pisarz. Zmarł David Lynch a wraz z nim jakaś osobna zgoda na niespójność i mrok. Te odejścia nie układały się w narrację, raczej w tło, które zmienia ciśnienie. O chorowaniu w tym podsumowaniu celowo nie piszę, nie z wyparcia, lecz z niezgody na afirmowanie stanu, który nie chce być znaczeniem.

Zaczęłam nagrywać wiersze, jako krótką kronikę zapatrzenia, próbę uchwycenia głosu zanim się rozproszy. Jednak zabrakło mi motywacji. Może do tego wrócę, a może nie. Nie wszystko musi mieć ciąg dalszy, żeby było prawdziwe. Ten rok nauczył mnie także, że mrok nie jest przeciwieństwem światła, lecz jego fermentacją, barwy dojrzewają w ciemności.

W tle była codzienność, która nie chciała być tylko tłem: ogród zbyt szybko przekwitający, kawa nad Shannon, słońce i wystawianie twarzy jak argument za dalszym byciem. Były chwile, które nie chciały stać się tekstami, a mimo to domagały się uwagi, drobne gesty, rozmowy, cisza, która działała bez interpretacji.

Dwa wyjazdy do Polski przyniosły spotkania ze świetnymi ludźmi i odnowienie relacji, jak widać czekały na odpowiedni moment (Beata, ty wiesz). Spotkanie autorskie w moim rodzinnym mieście było prześwietne, organizatorzy przesympatyczni, atmosfera lekka i uważna. Fajnie tak wpaść na kawę do ludzi, posiedzieć chwilę i poczuć zwykłą, niespektakularną życzliwość. To zostaje na długo.

W październiku rezydowałam w Polsce. Warsztaty i spotkania w placówkach edukacyjnych. To było coś naprawdę istotnego. Intensywne, żywe, zostające w ciele i myśleniu.

Wciąż malowałam, robiłam książki, jak to opowiada Soso napotkanym ludziom. Zajmowałam się notowaniem słów, drobnymi przesunięciami sensu. Wymyśliłam kilka sosów, które z przyjemnością chwalą moi bliscy, i to także było ważne: materialna, cielesna forma troski, powrót ręki do myślenia. Dom rozjaśniały urodziny córki i wnuczki. Sophia pozostawała osobnym kosmosem językowym, z którego wyrastał kolejny cykl. Czuły, awangardowy, pełen neologizmów i podróży, które są jednocześnie zabawą i poważną lekcją wyobraźni.

To był rok, w którym coraz wyraźniej wiedziałam, czego nie chcę: powtórzeń, zwlekania z wydaniem książki, działanie z rozmysłem, by nie wyrywać tekstów z ich naturalnego cyklu. Formalnie był to rok konsekwentny: długie frazy, subtelna rytmika, obrazy kruchości i rozproszenia znaczeń, język, który nie deklaruje, tylko oscyluje. Estetycznie, blisko natury, ale bez sentymentalizmu; blisko czułości, ale bez miękkości. Raczej uważność niż afirmacja.

Jeśli miałabym nazwać ten rok jednym zdaniem, brzmiałoby ono tak:

to był rok sprawdzania, jak długo można pozostać w procesie, 
nawet wtedy, gdy odpowiedź świata przychodzi w formie ciszy.



sobota, 27 grudnia 2025

Słowo roku 2025

 



Słowo badziewie ma w sobie coś podejrzanie pojemnego. Dla jednych oznacza tandetę wizualną, dla innych, treściowy banał, dla jeszcze innych po prostu coś, co nie siadło. W obiegu międzynarodowym funkcjonuje pod różnymi nazwami: junk, trash, low effort content, content filler. Zawsze jednak chodzi o to samo: o wytwór, który udaje sens, jakość lub komunikację, a w rzeczywistości jest jedynie jej atrapą. Badziewie nie rodzi się z braku środków. Ono rodzi się z braku myśli. Badziewie nie jest kategorią obiektywną. Wiem to aż za dobrze. Dla jednych to kwestia gustu, dla innych jakości wykonania, dla jeszcze innych po prostu coś, co nie trafiło w moment. Dla mnie badziewie zaczyna się tam, gdzie ktoś przestaje się zastanawiać, a mimo to decyduje się mówić, pokazywać, publikować. Widzę to wszędzie. W okładkach, które krzyczą kolorami, ale nie mają nic do powiedzenia. W audycjach radiowych, które wypełniają czas, a nie przestrzeń. W tekstach pisanych nie dlatego, że coś się wydarzyło, tylko dlatego, że trzeba coś wrzucić. Publikowanie by publikować, to chyba najczystsza forma współczesnego badziewia. Ostatnio zobaczyłam kartkę z redaktorami jednego z radia. Przerobioną przez AI. Tak nieudolnie, że nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy odwrócić wzrok. Twarze rozjechane, proporcje przypadkowe, całość jakby ktoś bardzo chciał być na czasie, ale nie bardzo wiedział po co. Nie mam pretensji do sztucznej inteligencji. Ona robi dokładnie to, co jej się daje. Jeśli materiał wejściowy jest kiepski, efekt końcowy też będzie kiepski, tylko szybciej i na większą skalę.

I to mnie uderza. Nie oburza. Uderza.

Bo jako słuchaczka czuję, że ktoś uznał, że wystarczy. Że nie trzeba się przyłożyć, bo i tak przejdzie. Jako badaczka widzę, jak łatwo rozmywa się granica między eksperymentem a bylejakością. A jako poszukiwaczka, mam wrażenie, że coraz częściej dostaję atrapy sensu, opakowane w modne narzędzia. Badziewie ma dziś dobrą prasę. Jest szybkie, lekkie, bez zobowiązań. Nie wymaga skupienia ani od twórcy, ani od odbiorcy. Przelatuje przez oczy i uszy, zostawiając po sobie coś w rodzaju osadu. Nie myśl, nie pytaj, nie zatrzymuj się, to chyba jego jedyny komunikat. Najdziwniejsze jest to, że badziewie często występuje pod szyldem dostępności. Jakby myślenie było czymś ekskluzywnym, a staranność zbędnym luksusem. A ja nie potrzebuję rzeczy wzniosłych. Potrzebuję rzeczy, które ktoś zrobił z uwagą. Z decyzją. Z minimalnym szacunkiem dla tego, że po drugiej stronie jest ktoś żywy. Nie chcę świata bez niedoskonałości. Chcę świata bez udawania, że byle jak to nowa jakość.

I chyba dlatego badziewie mnie męczy. Nie dlatego, że jest brzydkie czy głupie. Tylko dlatego, że coraz częściej mówi mi: nie jesteś warta więcej. Badziewie nie jest estetycznym problemem. Jest problemem relacji. Relacje, nawet te medialne, zawsze zaczynają się od pytania: czy ktoś naprawdę pomyślał, zanim coś wypuścił w świat. A na to, nawet ironicznie, nie mam już ochoty się zgadzać.


PS

zdjęcie z dzisiejszego spaceru, kicz nie musi być badziewiem

czwartek, 25 grudnia 2025

O słuchaniu

 


Daria Danuta Lisiecka czyta wiersze w swojej audycji w radiozkultura, i w Babińcu Literackim wierszem w środek tygodnia. W tym podcaście zebrała swoje zachwyty: różne poetyki, tempa, muzyczne oddechy. Bez hierarchii, bez zadęcia, raczej z uważności czytania i słuchania. Lubię to miejsce, bo z głosem Darii wiersz po prostu wybrzmiewa tak jak lubię, radiowa barwa głosu, świetna dykcja i spokój. Zachęcam do wysłuchania.

PS

Należy kliknąć w podcast, poniżej zdjęcia z Darią https://radiozkultura.pl/podcasty/czytalo-sie-sluchalo/ Czytało się, słuchało.

Zdjęcie nawiązuje do wyboru Darii.


wtorek, 23 grudnia 2025

za podsumowanie

 






O przejściu przez ciemność

mówię wtedy, gdy noc nie chce już być nocą, a światło
jeszcze nie potrafi się przyznać, że wraca. Stoi w drzwiach
jak dziecko z prowincji, w za dużym płaszczu zszywanym z symboli.
Utkane złotem, mirrą i komunikatem prasowym.

Moje serce nauczyło się spokoju nie z mądrości,
ale z wyczerpania, jest jak pole po bitwie,
na którym ktoś zapomniał zebrać flagi, a wiatr je teraz składa
w jedną, nieczytelną opowieść o sensie.

Był czas, gdy wierzyłam w ogień: odrodzenia, nagłe zwroty akcji,
w młodość, która istnieje gdzieś poza mną, jak zapasowy kontynent.
Dziś wiem, że młodość jest ruchem, nie wiekiem, że potrafi
przejść na drugą stronę ciała i zamieszkać w dłoniach.
Drżą, ale nadal niosą.

W Betlejem zawsze rodzi się coś małego w cieniu wielkich narracji.
Wojny przechodzą obok, przebrane za konie i kamery,
a propaganda kładzie się spać w żłobie
jak zwierzę, które nie zna wstydu.
A jednak, światło uparcie wybiera najgorsze miejsce,
żeby się zacząć.

Celtowie wiedzieli, że słońce trzeba czasem przywołać szeptem,
nie aklamacją. Cykl nie potrzebuje wiary, tylko zgody.
Dlatego palili ogień nie po to, by zwyciężyć ciemność,
ale by jej dotrzymać towarzystwa, aż sama odejdzie.

Nadzieja nie jest obietnicą, jest narzędziem tymczasowym.
Mostem z gałęzi nad rzeką strat. Rozpacz też nie jest prawdą.
Obie zużywają się szybciej niż ciało. To, co zostaje,
to rytm: oddech, który wie, kiedy skrócić dzień,
a kiedy go wydłużyć o milimetr światła.

O przejściu mówię cicho, jakby to była czynność domowa:
przejść przez wiek, przez mit, kolejną zimę, nie gubiąc resztek
czułości, które wbrew wszystkiemu
okazują się najbardziej trwałym tworzywem świata.


niedziela, 21 grudnia 2025

Dlaczego warto kupić „Emiterium”?

 


sobota, 20 grudnia 2025

O ciszy - wybór własny

 





Cisza wchodzi tylnym wejściem

Nie musisz mnie otwierać. Cisza i tak znajdzie drogę.
Przejdzie przez wnętrze pomarańczy,
zwinie się w sardynce, zamieszka między znakami
interpunkcyjnymi, których jeszcze nie wymyślono.

Przez chwilę myślałam, że to ty – cień przemykający
pod lampą, ale to był tylko węzeł powietrza,
przesunięcie znaczenia.

Noc czasem upada na kolana w kuchni,
gdzie mleko się kończy, a światło z lodówki
jest jedyną latarnią dla tych, którzy wracają
z niczym.

Cisza nie zna kierunków. Jak sardynka albo białe koty,
które drżą w momencie, gdy pęka sen.

Być może jesteśmy tylko śladami –
nieoczywistymi, jak znaki na zaparowanej szybie.
Pojawiam się tam, gdzie coś przestało być głośne.
Między ostatnim szelestem a pierwszym kim jesteś?

Mów mi ciszo, jeśli nie możesz inaczej.
Zostawię dla ciebie światło w pomarańczy.
I kartkę pełną marginesów.




Cisza sardynki

Nie powiedziała nic. Położyła się w puszce,
zwinęła myśli w sreberko, i przez moment pachniała
oceanem – śniła o niebie.

Cisza nie potrzebuje konserwantów.
Wystarczy jej czas –
zamyka się w sobie. W gardle dziecka,
które nie nauczyło się jeszcze płakać.

Ktoś mówił o niej, że to przeoczenie.
Ale ja wiem – to wybór.
To sardynka. Woli nie wiedzieć,
czy ktoś ją otworzy.




Cisza pomarańczy

Nie da się jej obrać. Cisza nie daje się rozdzielić na części –
jest cała i lepka, przykleja się do skóry, jak niedopowiedzenie.

Leżała długo na parapecie, aż zgubiła gorycz.
Wyschła w sobie jak list napisany do kogoś,
kto nigdy go nie przeczyta.

Sok zapomniał, jak się płynie.
Zamiast tego – napięcie.
Między paznokciem a skórką,
między światłem a cieniem,
kiedy nikt nie pyta.




Cisza światła

Wchodzi zawsze bokiem. Zza zasłony, spod drzwi,
albo z odbicia w lustrze, zapomniała, kogo udaje.

Nie krzyczy. Ale wszystko przy niej milknie.
Jakby świat w końcu oddał głos temu,
co nie zostało powiedziane.

Była tam – pomiędzy dwiema sekundami,
w chwili, gdy zapominasz, czy to świt, czy zmierzch.

Cisza światła nie świeci. Ona trwa.
W twoim spojrzeniu, które nic nie mówi,
ale wszystko pamięta.




Czym jest cisza

Cisza nie jest brakiem dźwięku.
Jest dźwiękiem, który zrezygnował z bycia zrozumianym.

Bywa trzymana w dłoni, drży lekko jak pomarańcza,
jeszcze nie wie, czy ktoś ją otworzy,
czy zostanie zapomniana na parapecie
na tyle długo, by stracić soczystość i zyskać znaczenie.

Cisza nie jest symbolem. Nie da się jej uprościć.
Nie mówi nic, ale słyszy wszystko –
zwłaszcza te rozmowy, których nie odbyliśmy,
żeby nie zburzyć nastroju.

W środku ocean, dla rzeczy małych i przestraszonych,
zasypiają przy jej brzuchu, jak sardynka przy pomarańczy.

Czasem ktoś ją stawia na krawędzi krzesła,
wstawia do lodówki, albo zostawia pomiędzy frazami –
jakby była przystankiem, a nie drogą.

Z czasem wysycha, zwija się w sobie,
aż wreszcie zaczyna rozumieć,
czym naprawdę jest czekanie:
to trwanie bez gwarancji powrotu.
To skurcz światła w słoiku po herbacie.
To niedokończony projekt. Przechowywany
nie z obowiązku, ale z potrzeby zachowania oddechu.

I tylko wtedy, gdy ktoś przypadkiem dotknie cię znowu –
głosem, spojrzeniem, pytaniem – rozlewasz się
kroplą na nadgarstku.

Nie wiadomo, czy to radość.
Czy rana. Ale jesteś.



Cisza w pomarańczy
(wariacja na temat sardynki)



Cisza nie puka do drzwi, wchodzi, gdy sięgasz po pomarańczę
i nagle przypominasz sobie, że dziś miałaś do kogoś zadzwonić.

Ale nie dzwonisz. Przekrawasz owoc jakby to była rozmowa –
Cząstka po cząstce, oddech po oddechu, z ciszą zawiniętą w błonki,
pękają bez dźwięku.

W środku sardynka. Mała, przesolona, wspomnienie zdania,
którego nie powiedziałaś w porę. Przytula się do wnętrza jak do snu,
który nie zna języka.

Są rzeczy – istnieją tylko raz – skurcz soku na nadgarstku,
cienie dwóch palców na obrusie, wzór – zostawia gorycz
na końcu języka.

A potem zostaje tylko miękka skórka z wyschniętym środkiem.
cisza, usiadła na parapecie
i czeka.

Nie na słowo.
na to, że zrozumiesz bez niego.



Świt na języku
(wariacja ciszy z wnętrza liścia)



Cisza weszła boso. Zanim ją zobaczyłam, usiadła w rynnie –
udając liść, który nie zdążył opaść.

Nie robiła hałasu. Była dźwiękiem pozostawionym w garnku
po zupie, ciepłym jeszcze, ale już nie do powrotu.

Powiedziała:
dziecko uczy się świata nie przez nazwy,
lecz przez nagłe znikanie.


Dotknęła ściany. Na jej powierzchni wykwitł kształt –
niepodpisany, ale znajomy jak rana na krawędzi filiżanki.

Pamiętasz ten świt, gdy mleko się zagotowało,
a nikt go nie zauważył?

Byliśmy tam. Zbierając z podłogi oddechy,
zanim nauczyliśmy się mówić kocham bez pytania.

Widziałam, jak sosna zaczyna się bać.
Nie przed siekierą – przed dzieckiem, które pierwszy raz zapytało:
czy drzewo czuje ból?

A my nie umieliśmy odpowiedzieć ani ciszą, ani krzykiem.

Włożyłam list w środek pomarańczy. Nie po to, by go znaleźć –
tylko po to, by był tam, gdy kiedyś świat pęknie na pół
i ktoś zapragnie wyczytać z miąższu sens.

Cisza nie wyjaśnia. Pojawia się w chwili, gdy odwracasz wzrok
od tego, co zbyt proste.

Być może wszystko zaczęło się od oddechu w skórce mandarynki,
albo od łzy, która nie znała powodu – tylko datę.

Jeśli wrócimy tu kiedyś, niech to będzie w języku glonów.
Niech nas uczą te, które nie pytają o przyszłość –
mech, pająki, dzieci śpiące w nieznanym.

Nie zapalaj światła. Nie czytaj listu.
Tylko połknij świt, zanim wystygnie.

z Emiterium



O ciszy

I wtedy powiedziałam, że wszystko już jasne,
ale nie było. Było wręcz niejasne,
jak noc na przełomie, kiedy ktoś zdmuchuje
resztki światła z ust, a ono się nie daje.
I zostaje w powietrzu sztuczny ślad oddechu, migotanie.

Celtycka wiosna, tylko że nie. Coś żarzyło się pod skórą,
Wszystkie gesty obnażone, słowa jak kartki,
zbyt lekkie, by coś ważyć, zbyt ciężkie,
by ich nie rzucić. Taki węzeł, co pęka zanim go ktoś zawiąże.

Nie, no wiesz, to się nie klei, powiedział, a ja,
wbrew logice, widziałam wszystko w ciągłym ruchu.
Sznury, węzły, nitki jakbyś wędrował po śladach,
które nigdy nie były twoje. Zawsze gdzieś obok,
zawsze na marginesie. Pamiętasz margines?
Ten biały cień co zostawia papier, kiedy światło się nie patrzy?

To wszystko nie było o nim, nie było o mnie.
Nie było o węzłach, co je przecinał, bo nie umiał wiązać.
Było o słońcu, co wbija się w szyby, jak niewybaczalne
na zawsze. Było o zwykłości, stawia mur,
niewidzialny i taki solidny, jakby nigdy nie istniał.

Siedzę teraz na krze, ona płynie gdzieś tam,
może do ciebie. Może do nikogo.
I może się roztopi zanim znajdzie brzeg.
Może to lepiej. Może to było wszystko, co mogłam obiecać.

A kiedy słowa płynęły przez powietrze z ust,
już nikt nie słuchał, pozostałości światła
rozpraszały się na zakurzonej podłodze,
I coś się niosło, czego nie rozumiał nikt,
na pewno nie on, ani ja.

Rzucane petardy w podwórkach,
a potem tylko cisza, bo ktoś zdmuchnął światło,
bo ktoś powiedział, że to już czas.

I matka, miała w torbie wszystko, co najgorsze:
zasmarkane chusteczki, wspomnienia,
pośpieszne oddechy dzieci,
co strzelały w poezję jak w tarcze,
nie wiedząc, że ranią.

Koło moich rodziców też ktoś rzucał petardy.
Leciały też słowa. Głupie, takie, co zostawiają znaki
w powietrzu, w każdej fałdzie podłogi
w samym sercu dnia, tam, gdzie czas
przestaje mieć znaczenie.




piątek, 19 grudnia 2025

O ludziach, których spotkałam

 


czwartek, 18 grudnia 2025

III. Matka mówi do gleby

 






Nie jestem już potrzebna jako ciało. Zamieniam się w miejsce.
W przechowalnię wilgoci. W cichą spiżarnię dla głosów,
których nie wypowiedziano, bo były za miękkie
jak pisklęta pod śniegiem.

Czasem słyszę: mamo, co robi ziemia w lodówce?
a przecież to nie ziemia. To oddech twojej przyszłości,
ślad po jabłku, które jeszcze nie spadło.

Nie chcę, żebyś umierała na sucho.
Chcę, żeby twoje myśli miały gdzie wsiąknąć.

Wiem, że boisz się swoich snów, ale tam jestem, jako cień
o cieple znanym tylko pępkom i dłoniom na długo
przed pierwszym lękiem.

Twoje imię zakopane w korzeniach przesyła mi czasem wiadomości
w języku dla mnie niezrozumiałym, ale wiem, że to znaczy
nie bój się lub już nie wrócę, ale jestem.
 
Nocą układam do snu przyszłe rośliny. Nazywam je
według twoich grymasów, żeby mieć, gdzie klęknąć,
kiedy światło będzie za ostre, a śmierć – zbyt błyszcząca.

Jeśli przyjdziesz i znajdziesz słoik z ziemią
i nie będziesz już pamiętać – wsyp ją do wody.
Nie dla mnie. Dla ciebie. Dla tej, która będzie tobą,
gdy nie będziesz już sobą.




V. Kamień mówi z ziemi

Nie czekam. Jestem tym, co zostało,
gdy matka przestała mówić do roślin,
a dziecko odeszło w sen bez tła.

Leżę płytko. Pamiętam ciepło stóp i ciężar łez.
Nie pytam, do kogo należały.

Byłaś tu kiedyś, szukałaś znaku,
ale moje pismo nie zna alfabetu.
Zostawiam ci tylko kształt –
okrągły jak pytanie. Ciężki jak dom.

W nocy rozmawiam z korzeniami.
One wiedzą, że nikt nie wraca taki sam.

Nie chcę, żebyś mnie zabrała.
Chcę, żebyś mnie zapamiętała
na wypadek, gdybyś znów szukała
czegoś trwałego, czegoś, co nie rośnie
i nie znika.

z emiterium



wtorek, 16 grudnia 2025

O intensywności

 




O intensywności mówię wtedy, gdy wracam i dom
nie pyta mnie o imię, tylko oddycha ciężarem, jakby wiedział,
że bycie to czasownik zwrotny, i że można się w nim pomylić

o całe życie.

O intensywności. Gdy światło na framudze jest zbyt wąskie,
by coś obiecać, a jednak wystarcza, żeby pamięć
zaczęła się rozmnażać, jak pleśń na pomarańczy,
jak sens, który nigdy nie był planowany, a mimo to wraca,
cykliczny, uparty, jak ciało do oddechu.

Jestem intensywna, kiedy stoję pomiędzy:
między tym, co zostało nazwane, a tym, co jeszcze nie wie, że istnieje.
Między czułością a jej brakiem, też bywa formą bliskości,
jeśli odpowiednio długo się go dotyka.

Życie nie rozwija się liniowo, ono raczej łuszczy się, odpada
warstwami jak farba na balustradzie, odsłaniając inne wersje mnie,
które kiedyś uważałam za błędy drukarskie.
Teraz wiem: to były przypisy.

Intensywność ma smak rzeczy niedopowiedzianych: herbaty
zapomnianej na noc, rękawa, który nasiąkł cudzym ramieniem,
ciszy, która nie jest przerwą, tylko osobnym bytem
o własnej temperaturze.

Czasem myślę, że przemijanie to nie strata,
lecz zmiana gęstości. Że to, co odchodzi,
nie znika, tylko staje się trudniejsze do uchwycenia,
jak zapach po kimś, kto wyszedł bez pożegnania,
ale zostawił otwarte okno.

O intensywności mówię też wtedy, gdy ironia przestaje być tarczą
i zaczyna być sposobem oddychania. Krótkim, poszarpanym,
ale wciąż skutecznym. Bo empatia nie zawsze jest miękka;
czasem ma krawędzie, którymi można się skaleczyć,
jeśli zbliżysz się za szybko.

Widzę cykle tam, gdzie inni widzą koniec: w liściach,
które uczą się upadku, w słowach, które po latach
nagle odzyskują puls, w ciałach, które pamiętają
więcej niż chciałyby przyznać.

I myślę wtedy, że sens nie jest celem, tylko ruchem,
jak chodzenie po kamieniach w rzece, gdzie każdy krok
jest negocjacją między równowagą a ryzykiem,
między wodą a powietrzem.

O intensywności piszę, bo nie umiem jej przeżyć do końca.
Bo życie, jeśli jest czułe, musi też być nieporadne.
Bo wszystko, co naprawdę trwa, robi to tylko na chwilę,
a ta chwila, jeśli dobrze ją usłyszeć, wystarcza,
żeby oddychać dalej.


wtorek, 9 grudnia 2025

Zapraszam



 

O zawiści, doniesieniach i innych małych pożarach w poezji

 



Od kilku tygodni przyglądam się z bliska historii, którą znam aż za dobrze, tej, w której ktoś naprawdę utalentowany nagle staje się celem drobnych, ale bolesnych ataków. Poetka, którą bardzo cenię, osoba pisząca czule i precyzyjnie, znalazła się w oku burzy wywołanej przez kilka pań, dla których konkursy poetyckie stały się czymś więcej niż miejscem twórczej ekspresji. Raczej, areną walki, gdzie każdy drobiazg może zostać użyty jako broń. No i jest donos. Ot, jeden wiersz z calego zestawu konkursowego został opublikowany kilka dni wcześniej przed ogłoszeniem werdyktu konkursowego, w czasopiśmie internetowym, sytuacja, którą zwykły człowiek załatwiłby rozmową, uśmiechem. Przecież decyzji o wygranej organizatorzy nie podejmują kilka dni przed ogłoszeniem laureata. A mimo to grupka naciska, tropi, węszy, jakby nie chodziło o literaturę, ale o jakieś osobiste zwycięstwo nad kimś, kto zwyczajnie lepiej pisze. I myślę sobie, że cała ta historia nie jest o poezji. Ona jest o ludzkich emocjach, o tej ciemniejszej stronie zazdrości, która zamienia się w małą gorączkę nienawiści. O tym, że gdy pojawia się w środowisku osoba utalentowana, świeża, podziwiana, natychmiast znajdą się tacy, którzy spróbują ją ściągnąć w dół, by nie odstawała za bardzo od średniej. To nie trend literacki. To raczej współczesna, przyspieszona wersja dawnego mechanizmu: zamiast rozmowy pojawia się donos, zamiast wsparcia, sekująca grupa, zamiast radości z czyjegoś sukcesu, niepokój, że sukces cudzy odbiera cokolwiek nam. I tak właśnie w środowisku, które powinno być najbliżej wrażliwości i empatii, pojawia się ta niepokojąca odmiana poetyckiej gorliwości, w której każdy chce być sędzią i strażnikiem regulaminów. Tymczasem dobra poezja nie powstaje z hejtu. Nie rośnie na resentymentach. Nie karmi się donosami. Dobra poezja powstaje z uważności, samotności, zachwytu, małych i większych olśnień, z ciszy. I dlatego wiem, że moja zaprzyjaźniona poetka, ta, którą naprawdę warto czytać, wyjdzie z tego silniejsza. Bo jej słowa są większe niż te małe, podszyte drobną zawiścią głosy, które próbują je zagłuszyć. I może to w tym wszystkim jest najważniejsze: nie mylić głośności z wartością. Nie mylić donosów z troską o literaturę. I nie mylić zawiści z prawdą o świecie. W poezji, na szczęście, dalej decyduje to, co naprawdę zostaje z człowiekiem po zamknięciu książki. A nie to, co wcześniej krążyło w kuluarach konkursów. 


poniedziałek, 8 grudnia 2025

Rozczarowanie wpełza mi do kości

 


Słuchałam dzisiaj różnych takich, od relacji, paneli, dyskusji co gadają jakby byli po kursie jak powierzchownie ocierać się o świat i nie zauważyć nawet własnego oddechu i znowu poczułam, że mam coś inaczej w głowie, jakbym miała w środku kieszeń na głębię a oni mi wrzucają tam pestki po jabłkach i każą udawać, że to uczta. coraz częściej czuję, że moje odsunięcie, ten bezpiecznik, co miał mnie ratować, sprawia, że nie potrafię się nasycić, nie potrafię poczuć zachwytu tak do końca, jakby ktoś wymazał mi smak z podniebienia. Więc wracam do muzyki, bo muzyka przynajmniej nie kłamie, nie udaje, że ma odpowiedzi, nie udaje, że wszystko jest fajne, i że wystarczy, tyle tego, że można się w tym ukryć, ale gdzieś pod spodem krąży to samo zwierzę: rozczarowanie ludźmi, i to mnie powoli pokonuje, jakby podchodziło od tyłu i szeptało mi w kark, że znowu uwierzyłam, że będzie inaczej.