poniedziałek, 12 stycznia 2026

Marka

 


Nie wiem, w którym momencie życie zaczęło domagać się ode mnie podpisu pod własnym zdjęciem, jakby bez podpisu nie istniało, jakby to było zdanie bez zasięgu, tylko szeptem pod wodą, ładnym, lecz nieprzydatnym. No i jednak nie podpisuję swoich zdjęć. Z różnych powodów jest to daremny zabieg. Piszę w przestrzeni, która nie ma ścian, a mimo to potrafi być klaustrofobiczna, gdzie obecność liczy się podwójnie, raz jako dowód istnienia, drugi raz jako podejrzenie winy: że za mało, za cicho, bez błysku. Poezja ma tu temperaturę ciała, nie nadaje się do transportu masowego, psuje się w hałasie, a jednak ktoś wciąż pyta, dlaczego nie stoi w witrynie, nie mruga, nie mówi: hej, jestem łatwa do polubienia. Czytam świat jak organizm w stanie przewlekłego rozproszenia: uwaga rozszczepiona na kolory, emocje krojone w cienkie plastry, sens pakowany próżniowo. W tym wszystkim wiersz jest jak owoc z drzewa, którego nikt nie oznaczył hashtagiem, spada, gnije, fermentuje, ale gdy ktoś go jednak podniesie, pamięta ten smak długo, czasem do końca. Bywam sama w tej pracy, bez recenzji, rytualnych potwierdzeń, bez wydawczego ramienia na ramieniu, i ta samotność bywa jak pusty peron: nie dramatyczna, tylko chłodna, pełna oddechu i pyłu. Alienacja nie boli jak rana, raczej jak brak listu, którego nikt nie obiecał wysłać. A jednak piszę. Nie dlatego, że to się opłaca, ani dlatego, że daje przewagę, lecz dlatego, że istnienie bez zapisu wydaje mi się formą zaniku. Blog, strona, zdanie wrzucone w noc, to nie targ, raczej próba postawienia krzesła na środku pola i powiedzenia: o tu na chwilę usiądę, jeśli ktoś chce, może dosiąść się i posiedzieć ze mną w ciszy. Ironia świata polega na tym, że domaga się widoczności, a gardzi skupieniem. Kocha wpływ, ale boi się zmiany. Chce autorów przejrzystych jak opakowanie, podczas gdy prawdziwe pisanie jest zawsze mętne, pełne sprzecznych nurtów, niegotowe do eksportu. Więc pozwalam sobie na luksus: nie bycia marką, maskotką własnego dorobku, nie udaję spójności tam, gdzie życie jest pęknięciem. Jeśli ktoś mnie czyta, czyta w całości: z ironią, drzazgą pod skórą, z czułością, która nie prosi o brawa, z kolorem, który nie chce się sprzedać, bo został wymyślony tylko raz, na użytek jednego spojrzenia. I to musi wystarczyć.

niedziela, 11 stycznia 2026

Mak

 


Minęły święta i nagle czas stał się miękki jak ciasto pozostawione na noc pod lnianym ręcznikiem. Oddychało i pracowało w ciszy, a my celebrowaliśmy bardziej dla siebie niż dla kalendarza, jakby Szczodre Gody były tylko pretekstem, żeby sprawdzić, czy jeszcze potrafimy siedzieć blisko, bez pośpiechu, ekranów, z rękami ubrudzonymi mąką i pamięcią. Gotowałam dla dzieci ich ulubione potrawy, w mojej kuchni jest coś z alchemii, coś z teatru Jelinek odwróconego na stronę czułości: pierogi z kaszą jaglaną, twarogiem i cebulą duszoną tak długo, aż traci argumenty. Strudel z makiem, orzechami, daktylami i skórką pomarańczy, jakby słodycz musiała przejść przez gorycz, żeby w ogóle mieć prawo istnieć. Niestety niebieski mak zdominował mój zamiar, zawsze ktoś musi mówić głośniej, włoskie orzechy próbowały się przebić, ale świat, jak zwykle, nie słuchał tych, którzy dawali z siebie więcej. Myślę już o lutym, chociaż jeszcze w grudniu mówiłam na głos: za miesiąc będzie jedenasty stycznia, i to zdanie miało wagę obietnicy, jakby czas był czymś, co można umówić, jak spotkanie z samą sobą w kawiarni, do której pewnie i tak nie dotrę. W brzuchu noszę ciężar, coś we mnie dojrzewa bez pytania o zgodę. Ból głowy pulsuje rytmem świata, który domaga się reakcji, komentarza, obecności, a ja coraz mniej wierzę w sens tego nawoływania. Media społecznościowe przypominają mi teraz targ rybny, tuż przed zamknięciem. Krzyk, zapach, nadmiar, i to uczucie, że wszystko, co naprawdę żywe, zostało już dawno sprzedane albo uciekło do oceanu. Piszę więc tutaj, bo pamiętnik jest jedynym miejscem, które jeszcze nie udaje, że wie lepiej. Nie poprawia mnie, przyjmuje bezsens, jak dziecko przyjmuje gorączkę, bez diagnoz, ironii. Chociaż ta i tak czai się w kącie, ostra, gotowa przypomnieć, że życie to dziwna konstrukcja: z jednej strony lepimy je z maku, kaszy i dat, z drugiej, rozpada się pod palcami, jakby od początku było ćwiczeniem z utraty. A jednak jesteśmy razem, i to razem ma kolor przygaszonej magenty, nie krzyczy, nie błyszczy, ale trwa. Rozmawiamy, w pętli, czasami nawet jeśli nie znamy sensu niektórych słów. Strudel niedługo powtórzę, ale raczej bez niebieskiego maku, chyba że uda mi się gdzieś w pobliżu kupić biały.


sobota, 10 stycznia 2026

[VIII] miasta jako ślady po ciele

 




W tym mieście każda ulica
to żyła.
Każdy most to zerwany nerw.

Idę, ale moje stopy
nigdy nie dotykają ziemi.
Cegły drżą jak przełyk
przed wypowiedzeniem żalu.

Okna patrzą.
Szyby mają zaparowany wzrok,
jak gdyby wciąż chciały pamiętać
dzień, kiedy umilkło echo.

Pod ścianami gromadzą się
kolory starej garderoby Magdy:
śnieg bez oddechu,
granat pomiędzy snem a migreną,
szarość, która ma smak:
popiołu i cytryny.

Miasto uczy zapominania –
właśnie tak, jak uczysz dziecko
nazwy liści, które i tak opadną.
I jak uczysz:
nie każdy wraca, kto znika.

Z okien spada światło
jak stare zdjęcie.
Jeszcze widać twarz.
Jeszcze dom.
Ale wszystko już się marszczy,
jak palce po godzinie w wodzie.

W tym mieście nie ma cienia,
który byłby tylko cieniem.
Są tylko resztki światła,
które nie zdążyły o kimś zapomnieć.


z emiterium


wtorek, 6 stycznia 2026

O relacjach, które żywią się sobą nawzajem

 



Kiedy próbuję opisać relacje między ludźmi, zwłaszcza te, które rodzą się w przestrzeniach deklaratywnie wspólnotowych, mam poczucie poruszania się po gruncie już wielokrotnie opisanym, a jednocześnie dziwnie nieprzepracowanym. Nie dlatego, że brakuje diagnoz, lecz dlatego, że większość z nich działa jak gotowe formuły: uspokajają, porządkują, pozwalają szybko rozpoznać winnych i niewinnych. Tymczasem mnie interesuje coś innego: moment, w którym relacja przestaje być spotkaniem, a zaczyna być procedurą.

Piszę z pozycji osoby uwikłanej. Obserwuję, uczestniczę, czasem wycofuję się o krok, by zobaczyć, jak łatwo wchodzimy w role, które same się nam podsuwają. Role ironicznych komentatorów, wytrawnych demaskatorów, tych, którzy już wiedzą. Znam ten gest także u siebie, dlatego nie interesuje mnie oskarżenie, raczej sam mechanizm. Sposób, w jaki język relacji przechodzi od ciekawości do kontroli. Coraz częściej relacje odbywają się dziś poprzez skrót. Anonimowy profil, mem, ironiczna riposta, formy szybkie, spontaniczne, pozornie lekkie. Mają piętnować, punktować, ujawniać. W praktyce jednak rzadko coś otwierają. Memizacja relacji nie tyle obnaża przemoc, ile ją replikuje, tyle że w bardziej estetycznej formie. Śmiech staje się narzędziem separacji: my, którzy rozumiemy żart, i oni, którzy są jego przedmiotem. Granica przebiega gładko, bez konieczności rozmowy. I zamiast wskazywać i uwypuklać w rzeczywistości produkuje tylko kolejne figury gorszości. Nie chodzi nawet o to, że memy są okrutne, chodzi o to, że są wtórne. Powtarzają ten sam gest wykluczenia, który rzekomo demaskują. Zauważam, że ten mechanizm szczególnie dobrze funkcjonuje tam, gdzie wspólnota oparta jest na deklaracjach wrażliwości. W środowiskach literackich, artystycznych, krytycznych, tam, gdzie język powinien być narzędziem komplikowania świata, często służy jego redukcji. Jedni nie są nasi, inni nie pasują, jeszcze inni jeszcze nie teraz. Wykluczenie nie ma charakteru jawnego, działa raczej przez obieg nazwisk, przez powtarzalność zaproszeń, przez milczenie, które z czasem zaczyna uchodzić za neutralne.

Redaktorzy pism, kuratorzy obiegów, osoby decyzyjne rzadko wychodzą poza swoją strefę komfortu nie dlatego, że nie chcą, lecz dlatego, że komfort bywa mylony z bezpieczeństem, a bezpieczeństwo uznano za wartość samą w sobie. Ryzyko estetyczne i relacyjne bywa mylone z chaosem, a chaos z brakiem jakości. W efekcie wszystko się zgadza, ale nic nie zostaje poruszone. Relacje zamykają się w obiegu wzajemnych potwierdzeń. To, co mnie w tym najbardziej niepokoi, to stopień, w jakim nauczyliśmy się ignorować bez poczucia straty. Ignorowanie nie boli, nie wymaga argumentu, nie zostawia śladu. Jest czyste, funkcjonalne. A jednak to właśnie ono, bardziej niż otwarty konflikt, niszczy możliwość relacji. Konflikt zakłada bowiem, że druga strona istnieje. Ignorowanie unieważnia ją całkowicie. Nie piszę tego z nostalgią za jakąś mityczną wspólnotą sprzed lat. Raczej z przekonaniem, że relacja wymaga dziś ponownego namysłu nad językiem, którym się posługujemy. Językiem, który nie służy wyłącznie rozpoznawaniu swoich, ale potrafi wytrzymać niepewność spotkania. Bo relacje nie rozpadają się dlatego, że ludzie się nie lubią. Rozpadają się wtedy, gdy przestają być dla siebie pytaniem. Trzeba w nim zaryzykować niezgrabność, niezrozumienie, zmianę zdania. Trzeba dopuścić możliwość, że ktoś, kogo nie lubimy, albo kogo nauczyliśmy się nie lubić, mówi coś, co nas dotyczy.

Być może najtrudniejsze jest dziś pozwolić sobie na język, który nie wie z góry, co ma powiedzieć. Na relację, która nie daje się łatwo zamknąć w formie, ani memu, ani gestu dezaprobaty, ani uprzejmego przemilczenia. To nie jest propozycja pojednania ani apel o empatię. Raczej próba odzyskania przestrzeni, w której relacja nie jest jeszcze rozstrzygnięta. I w której, mimo wszystko, coś może się wydarzyć.

Dla Oka (i nie tylko). Czasem słyszę / czytam, że opisując te mechanizmy, obracam się w podłym środowisku, że powinnam je po prostu ominąć, nie przyglądać się, nie wikłać. Nie potrafię i nie chcę przechodzić obojętnie obok zjawisk, które mają realne konsekwencje dla ludzi i relacji. Pisanie o nich nie jest dla mnie formą fascynacji ani usprawiedliwienia, lecz sposobem zaznaczenia granicy: między uczestnictwem a bezrefleksyjną zgodą. Jeśli coś punktuję, to nie dlatego, że czuję się od tego lepsza, lecz dlatego, że jestem w to włączona i biorę odpowiedzialność za to, co widzę i czego doświadczam. Milczenie byłoby tu wygodniejsze, ale też bardziej obojętne. A na obojętność nie mam zgody.


poniedziałek, 5 stycznia 2026

O człowieku

 



O człowieku mówię zawsze z pewnym opóźnieniem,
jakby sens musiał najpierw przejść przez magazyn strat,
przez halę, w której sortuje się gesty na nadające się do użytku
i te, które od razu pachną spalonym plastikiem, bo człowiek
jest konstrukcją tymczasową, złożoną z ambicji. Miały być wieczne.
I z ciała, od początku wie, że pracuje na zwolnionych obrotach,
jak fabryka uruchomiona tylko po to, by udowodnić,
że jeszcze potrafi hałasować.

O człowieku myślę jak o istocie, która nauczyła się wzruszenia
tak samo, jak nauczyła się liczenia pieniędzy i martwych godzin,
mechanicznie, z niewielką domieszką wstydu, bo empatia bywa
dziś walutą obiegową: nosi się ją w kieszeni razem z kluczami,
czasem wypada na chodnik, czasem ktoś ją podnosi i oddaje,
ale najczęściej nikt nie zauważa, że coś się stłukło.

Jest w człowieku ta osobliwa zdolność do budowania sensu
z materiałów niskiej jakości: z resztek dzieciństwa, obietnic
składanych w biegu, z miłości, która miała być schronieniem,
a okazała się instrukcją ewakuacji bez wyjść awaryjnych.
I mimo to człowiek wciąż mówi: to jeszcze nie wszystko,
jak aktorka, która po pożarze scenografii wraca na scenę,
poprawia fryzurę i gra dalej na tle czarnej ściany.

Czułość w człowieku nie jest delikatna,
jest ciężka, lepka, czasem nie do uniesienia, jak mokry dywan
wyciągnięty z zalanej piwnicy, i właśnie dlatego tak często udajemy,
że jej nie ma, to tylko przeciąg, reakcja chemiczna, błąd
w odczycie emocji. Ironia pomaga przetrwać:
pozwala nazwać rozpacz zmęczeniem,
a strach realistycznym podejściem do przyszłości.

O człowieku nie da się mówić bez odrobiny okrucieństwa,
bo życie samo w sobie jest niegrzeczne: wchodzi bez zapowiedzi,
przestawia meble, zostawia po sobie kurz i pytania,
na które nikt nie planował odpowiadać na głos. A jednak
w tej niechcianej bliskości, pomiędzy jednym rozczarowaniem
a następnym, pojawia się coś upartego, impuls, by nadal patrzeć,
reagować, próbować nazwać to, co wymyka się językowi.

Człowiek jest więc procesem, nie figurą: ciągłym stawaniem się wbrew
dowodom, że to przedsięwzięcie jest nierentowne. I może właśnie
w tym tkwi jego osobliwa godność, w tym, że wie o swojej prowizoryczności,
a mimo to codziennie rano wkłada ciało, pamięć i ironię,
jak roboczy kombinezon i wychodzi sprawdzić, czy sens jeszcze dziś działa.



PS

miejcie piękny rok 2026

PS II

jeszcze nie przywykłam do tej daty


sobota, 3 stycznia 2026

Pięćdziesiąty raz tłumaczę, prywatność, szacunek

 


Na początku roku wracam do tematu praw autorskich, bo od tego wszystko się zaczyna i do tego wraca: w minionym roku kilkukrotnie złamano moje prawa autorskie. Zrobiono to lekko, bez zawahania, z gestem ręki, który miał zamknąć sprawę. Zlekceważono moje prawo autorskie, bo uznano, że jak jestem koleżanką, to można. Problem polega na tym, że koleżanką nie jestem. A nawet gdybym była, to nie jest argument. Moje koleżanki, te prawdziwe, za każdym razem pytają mnie o zgodę: na zdjęcie, grafikę, wiersz czy inny tekst. Czasem pytają dwa razy. Czasem rezygnują, jeśli nie odpowiadam od razu. Na tym właśnie polega różnica między relacją a zawłaszczeniem. Prywatność nie jest abstrakcją, a prawa autorskie nie są dekoracją przypinaną do cudzej pracy jak broszka pożyczona bez pytania. Piszę to z miejsca, gdzie obraz, fotografia, słowo mają jeszcze temperaturę ciała, a nie status pliku do swobodnego obrotu. I właśnie stąd widać najlepiej, jak łatwo dziś przechodzi się nad cudzą granicą, z uśmiechem, lekkością, z tym nieznośnie luźnym tonem, który ma wszystko rozbroić: przecież nic się nie stało, przecież to tylko, przecież…

To jest osobna bajka naszych czasów. Bajka bez morału, bo morał jak zwykle zostanie uznany za przemocowy. Bajka, w której wilk nie musi już przebierać się za babcię, wystarczy, że powie: udostępniłam, bo było ładne. W tej opowieści jako fotografka nie jestem autorką, tylko zasobem. Moje prace nie mają ciężaru decyzji, doświadczenia, lat patrzenia i niepatrzenia, tylko funkcję użytkową: nadaje się, więc się bierze. A jeśli ktoś, kto ma trochę pojęcia o prawie autorskim, zapyta czy osoba ma zgodę na przerabianie i używanie moich prac, zawsze odpowiada zdziwieniem. Ono działa dziś jak amulet. Zdziwienie, że w ogóle ktoś śmiała pomyśleć, że to coś autorskiego. Problem nie jest lokalny, choć lubi zaczynać się w kuchni, w wiadomości prywatnej, w komentarzu pod postem. To jest globalna amnezja, wygodna, powszechna, demokratyczna. Internet nauczył nas, że wszystko jest dostępne, a dostępność zastępuje relację. Że skoro można kliknąć, to znaczy, że wolno. A jeśli wolno wszystkim, to najbardziej wolno tym, którzy czują się uprzywilejowani: głośniejsi, bardziej osadzeni, pewni swojej pozycji. Oni zawsze mogą więcej. Nawet nie muszą tego artykułować. To się po prostu wie. Prawa autorskie w tej narracji są anachronizmem, czymś z epoki minionej, podobnie jak intymność. Prywatność traktuje się jak nadwrażliwość, a sprzeciw jak brak poczucia humoru. Bo przecież nie chodziło o kradzież, tylko o inspirację. Nie o naruszenie, tylko o gest. Słowa się rozmywają, znaczenia tracą kontury. Zostaje mgła, w której wszystko można, bo nikt nie chce być tą osobą, która psuje atmosferę, przypominając o granicach. A jednak granice istnieją. Są cienkie, ale realne. Przebiegają między można a wypada, między dostępem a zgodą, między relacją a zawłaszczeniem. I nie znikają tylko dlatego, że ktoś postanowił ich nie zauważać. Udawanie, że problem nie dotyczy nas, tylko innych, jest jednym z najtrwalszych mechanizmów tej kultury. Inni mają prawa, my mamy potrzeby. Inni mają prywatność, my mamy zasięgi. Inni się czepiają, my działamy. W tle tego wszystkiego czai się jeszcze jedno przekonanie: że twórczość jest czymś naturalnym, niemal biologicznym, jak oddychanie. Skoro więc oddychasz, to czemu miałabym nie korzystać z powietrza, które wydychasz? Tyle że twórczość nie jest powietrzem. Jest pracą, wyborem, odpowiedzialnością. I jest czyjaś, nawet jeśli bardzo chcielibyśmy wierzyć, że w epoce wspólnego feedu to słowo straciło sens. Nie chodzi tu o zakazy ani o stawianie murów. Chodzi o elementarną uważność. O zgodę zapytaną zanim coś stanie się materiałem. O świadomość, że relacja nie uprawnia do wszystkiego, a domniemana bliskość nie kasuje autorstwa. I że niektóre gesty, nawet jeśli są powszechne, pozostają po prostu nie do obrony. Można oczywiście dalej opowiadać bajkę, w której ogórek śpiewa, a cytryna nie dojrzewa. Można udawać, że to niewinne, że takie czasy, że wszyscy tak robią. Ale są momenty, w których, mając już wiedzę, mając już język, mając już dostęp do refleksji, pewnych rzeczy robić po prostu nie wypada. Nawet jeśli wydaje się, że można.


Fundacja Duży Format, Kwadra i Wybór pism na temat życia z punktu widzenia śmierci

 



W ostatnim roku czytałam różne książki, nie tylko poetyckie, ale dzisiaj chcę was zatrzymać właśnie przy poezji. O prozie pisze się dużo, o wierszach znacznie rzadziej. W sierpniu napisałam tekst o najnowszej książce Romana Chojnackiego, w grudniu wróciłam do Kwadry Szymona Kantorskiego. Piszę głównie własne rzeczy, to zajmuje czas i głowę, ale czytanie cudzych wierszy jest osobnym trybem bycia, potrzebnym i wyjątkowym. Ci dwaj panowie piszą bardzo dobre wiersze. Myślę, że gdybyśmy częściej czytali poezję, świat byłby mniej oczywisty, a może nawet trochę lepszy. Poniżej linki do recenzji.








wtorek, 30 grudnia 2025

O smutku

 



O smutku nie potrafię mówić krótko, bo on nigdy nie przychodzi w jednym kształcie; raczej rozlewa się jak woda po nierównej podłodze. Bywa przestrzenią, czymś przejściowym, a przecież życie, zatrzymuje w zagłębieniach, wtedy smutek znika na chwilę, by wrócić inną drogą, zawsze wtedy, gdy wydaje mi się, że nauczyłam się już chodzić brzegiem oceanu suchą stopą.

Smutek śnił mi się wczoraj jako winda: kabina bez okien albo przeciwnie, przezroczysta aż do wstydu, zawieszona w szybie, który nie należał do żadnego budynku, jadąca bezgłośnie, bez pięter, bez instrukcji obsługi, z tym charakterystycznym uczuciem w żołądku, gdy nie wiadomo, czy ruch oznacza wzlot, czy osiadanie w czymś, co nie ma dna. W tym śnie nie było paniki, raczej zdziwienie, że można tak długo być w drodze, nie zmieniając pozycji. Smutek nie był tam przeciwieństwem radości, tak jak noc nie jest zaprzeczeniem dnia, lecz jego przedłużeniem, miejscem, w którym to, co niewidoczne, zaczyna oddychać własnym rytmem. Czułam, że ma w sobie ciężar starego płaszcza, noszonego przez kilka sezonów, przesiąkniętego cudzymi historiami, potem, strachem przed zimą, która zawsze nadchodzi zbyt wcześnie. Życie w pewnym momencie zaczyna przypominać galerię, w której obrazy wiszą zbyt blisko siebie, ramy niemal się stykają, a przecież wiem, że nie wolno ich dotknąć, choć wszystko we mnie domaga się sprawdzenia faktury, czy to jeszcze farba, czy już wyschnięta skóra czasu. Przechodzę obok powoli, niektóre prace omijam, inne zatrzymują na dłużej, nie dlatego, że są piękne, lecz dlatego, że patrzą w taki sposób, jakby wiedziały coś o moim końcu. W tym śnie nie ma światła ani ciemności, jest tylko półcień, idealny do rzeczy, które nie chcą być rozpoznane.

Bywa we mnie smutek, który przychodzi po stracie, ale jest też ten mniej oczywisty, smutek po czymś, co się nie wydarzyło, po życiu, które mogło się rozwinąć w inną stronę, po zdaniach, których nigdy nie dopowiedziałam, bo zabrakło mi czasu, odwagi albo światła. Ten smutek jest cichy, niemal uprzejmy, siedzi w kącie jak gość, który nie chce przeszkadzać, a jednak zmienia temperaturę całego pomieszczenia i często marzną mi stopy, palce, czoło. Z wiekiem smutek zmienił barwę. Przestał być gwałtowny, przestał krzyczeć. Stał się bardziej podobny do mgły niż do burzy. Nie rani już tak ostro, ale za to dłużej tkwi we mnie, przylega do skóry. Osiada na rzeczach codziennych: na kubku z herbatą, który wystygł, zanim zdążyłam ją wypić; na książkach odkładanych na później, które powoli zaczynają rozumieć, że to później nie zawsze nadchodzi; na twarzach ludzi napotkanych przelotnie, z którymi dzielę tylko moment, ale nie ciężar. A jednak smutek ma w sobie coś z nauczyciela, który nie podnosi głosu. To on przypomina o kruchości, o tym, że wszystko, co żywe, jest chwilowe, a wszystko, co chwilowe, domaga się uważności. To on sprawia, że zaczynam widzieć powtarzalność świata nie jako klątwę, lecz jako dowód trwania, cykl, który nie obiecuje szczęścia, ale oferuje sens.

Są chwile, kiedy smutek wydaje się brakiem światła, lecz bywa też odwrotnie: to światło okazuje się zbyt ostre, zbyt bezlitosne, obnażające rzeczy, na które nie byłam gotowa. Wtedy smutek działa jak filtr, jak cienka zasłona, dzięki której mogę jeszcze patrzeć, nie odwracając wzroku. Życie, jeśli spojrzeć na nie wystarczająco długo, okazuje się nie tyle drogą, co ruchem wahadła. Od przywiązania do utraty. Od nadziei do rezygnacji. Od ciszy do jeszcze głębszej ciszy. I nie ma w tym porażki. Jest tylko zmiana formy, jak w przyrodzie, która nie zna pojęcia koniec, zna tylko rozpad i ponowne układanie się materii w coś, co na chwilę znów będzie miało sens. Smutek uczy, że nie wszystko trzeba naprawiać. Że nie każdą pustkę należy wypełniać. Czasem wystarczy pozwolić jej być, jak przerwa pomiędzy dwoma oddechami, jak pauza w muzyce, bez której melodia straciłaby głębię.

I może właśnie dlatego, mimo całego ciężaru, jaki ze sobą niesie, smutek nie jest wrogiem życia. Jest jego cichym archiwistą. Przechowuje to, co minęło, nie po to, by mnie zatrzymać, ale by przypomnieć, że byłam, i że to uczucie, choć nietrwałe, jest prawdziwe.

niedziela, 28 grudnia 2025

2025

 




To był rok pracy cichej, ale gęstej. Rok, w którym niewiele rzeczy chciało się domknąć, za to wiele domagało się pozostania w ruchu.

Kolejny rok pisałam w cyklach, jakby pojedynczy wiersz nie był już wystarczającą jednostką sensu. Długo do tego dojrzewałam i jak kiedyś powiedział do mnie Mirek Antoniewicz, zaprzyjaźniony artysta: bądź odważna, więc zaczęłam być bardziej. Lekcje świata i Zabawy w koniec i początek (dla córki mojej córki) rosły równolegle, jak dwa nurty tej samej rzeki: jeden bardziej obserwacyjny, drugi rozchwiany, sprawdzający, co jeszcze da się ocalić w języku, kiedy koniec przestaje być metaforą, a początek nie chce się zadeklarować. To nie były wiersze o odpowiedziach, raczej o testowaniu pojemności; słów, obrazów, ciała w świecie.

W lutym odwiedziłam Tadeusza Baranowskiego i jego żonę Annę, artystów i wspaniałych ludzi. Wracałam z tej wizyty z pięknym obrazem, zostawiając od siebie drobnostki. To było dla mnie dobre i ważne spotkanie, jedno z tych, które coś domykają i jednocześnie otwierają.

We wrześniu ukazało się Emiterium, książka, która wyszła w świat bez gwarancji odzewu. Tom został rozesłany do czasopism i krytyków, ale cisza okazała się jednym z możliwych scenariuszy. Ryzyko pisania bywa właśnie takie: nad wierszami pochylają się przede wszystkim ci, którzy są blisko. Od lat przyjmuję tę lekceważącą postawę świata i jest jak jest. Jestem sobie a muzom. To także forma istnienia.

Wysłałam wiersze do „Twórczości”, również bez odpowiedzi. W którymś momencie trzeba to nazwać po imieniu: nie ma sensu dalej brnąć w samo wysyłanie, jeśli odpowiedzią konsekwentnie pozostaje milczenie. To nie jest gest rezygnacji, raczej przesunięcie energii gdzie indziej; tam, gdzie krążenie jeszcze działa.

W tym samym czasie rozwijałam Mały słownik zmyśleń projekt graniczny, pół-prywatny, pół-teoretyczny, w którym definicja nie służy porządkowaniu, lecz delikatnemu sabotażowi znaczeń. TSAN, harcerskie wspomnienia, dzieciństwo filtrowane przez ironię i czułość, wszystko to układało się w alternatywną encyklopedię przetrwania, pisaną z miejsca, które zna mechanizmy obronne, ale nie chce już udawać, że one nie kosztują. Coraz wyraźniej widziałam sztukę nie jako własność ani egzamin, lecz jako przepływ coś, co się puszcza dalej, nie grodząc płotami.

Wracałam w notatkach do czytania cudzych tekstów w sposób egzystencjalny, szczególnie w analizie twórczości Szymona Kontorskiego, bez podpórek, bez kanonicznych protez, z próbą postawienia poezji w relacji z życiem, a nie z bibliografią. To był ważny gest: czytać nie po to, by przypisać, ale by sprawdzić, co zostaje w ciele po lekturze. Rozgościłam się także w twórczości Romana Chojnackiego, Urszuli Honek, Agi Zano, czytając powoli, uważnie, z pozwoleniem na to, by coś nie chciało się od razu nazywać.

Ten rok miał wyraźny wymiar pamięci i strat. Zmarła Magda Harmon, na początku roku, pisanie o niej nie było ani domykaniem, ani hołdem w klasycznym sensie, raczej próbą zachowania rytmu rozmowy, która trwa mimo braku fizycznego spotkania. Zmarła Małgorzata Zakrzewska. Zmarł Marcin Wicha, grafik i świetny pisarz. Zmarł David Lynch a wraz z nim jakaś osobna zgoda na niespójność i mrok. Te odejścia nie układały się w narrację, raczej w tło, które zmienia ciśnienie. O chorowaniu w tym podsumowaniu celowo nie piszę, nie z wyparcia, lecz z niezgody na afirmowanie stanu, który nie chce być znaczeniem.

Zaczęłam nagrywać wiersze, jako krótką kronikę zapatrzenia, próbę uchwycenia głosu zanim się rozproszy. Jednak zabrakło mi motywacji. Może do tego wrócę, a może nie. Nie wszystko musi mieć ciąg dalszy, żeby było prawdziwe. Ten rok nauczył mnie także, że mrok nie jest przeciwieństwem światła, lecz jego fermentacją, barwy dojrzewają w ciemności.

W tle była codzienność, która nie chciała być tylko tłem: ogród zbyt szybko przekwitający, kawa nad Shannon, słońce i wystawianie twarzy jak argument za dalszym byciem. Były chwile, które nie chciały stać się tekstami, a mimo to domagały się uwagi, drobne gesty, rozmowy, cisza, która działała bez interpretacji.

Dwa wyjazdy do Polski przyniosły spotkania ze świetnymi ludźmi i odnowienie relacji, jak widać czekały na odpowiedni moment (Beata, ty wiesz). Spotkanie autorskie w moim rodzinnym mieście było prześwietne, organizatorzy przesympatyczni, atmosfera lekka i uważna. Fajnie tak wpaść na kawę do ludzi, posiedzieć chwilę i poczuć zwykłą, niespektakularną życzliwość. To zostaje na długo.

W październiku rezydowałam w Polsce. Warsztaty i spotkania w placówkach edukacyjnych. To było coś naprawdę istotnego. Intensywne, żywe, zostające w ciele i myśleniu.

Wciąż malowałam, robiłam książki, jak to opowiada Soso napotkanym ludziom. Zajmowałam się notowaniem słów, drobnymi przesunięciami sensu. Wymyśliłam kilka sosów, które z przyjemnością chwalą moi bliscy, i to także było ważne: materialna, cielesna forma troski, powrót ręki do myślenia. Dom rozjaśniały urodziny córki i wnuczki. Sophia pozostawała osobnym kosmosem językowym, z którego wyrastał kolejny cykl. Czuły, awangardowy, pełen neologizmów i podróży, które są jednocześnie zabawą i poważną lekcją wyobraźni.

To był rok, w którym coraz wyraźniej wiedziałam, czego nie chcę: powtórzeń, zwlekania z wydaniem książki, działanie z rozmysłem, by nie wyrywać tekstów z ich naturalnego cyklu. Formalnie był to rok konsekwentny: długie frazy, subtelna rytmika, obrazy kruchości i rozproszenia znaczeń, język, który nie deklaruje, tylko oscyluje. Estetycznie, blisko natury, ale bez sentymentalizmu; blisko czułości, ale bez miękkości. Raczej uważność niż afirmacja.

Jeśli miałabym nazwać ten rok jednym zdaniem, brzmiałoby ono tak:

to był rok sprawdzania, jak długo można pozostać w procesie, 
nawet wtedy, gdy odpowiedź świata przychodzi w formie ciszy.



sobota, 27 grudnia 2025

Słowo roku 2025

 



Słowo badziewie ma w sobie coś podejrzanie pojemnego. Dla jednych oznacza tandetę wizualną, dla innych, treściowy banał, dla jeszcze innych po prostu coś, co nie siadło. W obiegu międzynarodowym funkcjonuje pod różnymi nazwami: junk, trash, low effort content, content filler. Zawsze jednak chodzi o to samo: o wytwór, który udaje sens, jakość lub komunikację, a w rzeczywistości jest jedynie jej atrapą. Badziewie nie rodzi się z braku środków. Ono rodzi się z braku myśli. Badziewie nie jest kategorią obiektywną. Wiem to aż za dobrze. Dla jednych to kwestia gustu, dla innych jakości wykonania, dla jeszcze innych po prostu coś, co nie trafiło w moment. Dla mnie badziewie zaczyna się tam, gdzie ktoś przestaje się zastanawiać, a mimo to decyduje się mówić, pokazywać, publikować. Widzę to wszędzie. W okładkach, które krzyczą kolorami, ale nie mają nic do powiedzenia. W audycjach radiowych, które wypełniają czas, a nie przestrzeń. W tekstach pisanych nie dlatego, że coś się wydarzyło, tylko dlatego, że trzeba coś wrzucić. Publikowanie by publikować, to chyba najczystsza forma współczesnego badziewia. Ostatnio zobaczyłam kartkę z redaktorami jednego z radia. Przerobioną przez AI. Tak nieudolnie, że nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy odwrócić wzrok. Twarze rozjechane, proporcje przypadkowe, całość jakby ktoś bardzo chciał być na czasie, ale nie bardzo wiedział po co. Nie mam pretensji do sztucznej inteligencji. Ona robi dokładnie to, co jej się daje. Jeśli materiał wejściowy jest kiepski, efekt końcowy też będzie kiepski, tylko szybciej i na większą skalę.

I to mnie uderza. Nie oburza. Uderza.

Bo jako słuchaczka czuję, że ktoś uznał, że wystarczy. Że nie trzeba się przyłożyć, bo i tak przejdzie. Jako badaczka widzę, jak łatwo rozmywa się granica między eksperymentem a bylejakością. A jako poszukiwaczka, mam wrażenie, że coraz częściej dostaję atrapy sensu, opakowane w modne narzędzia. Badziewie ma dziś dobrą prasę. Jest szybkie, lekkie, bez zobowiązań. Nie wymaga skupienia ani od twórcy, ani od odbiorcy. Przelatuje przez oczy i uszy, zostawiając po sobie coś w rodzaju osadu. Nie myśl, nie pytaj, nie zatrzymuj się, to chyba jego jedyny komunikat. Najdziwniejsze jest to, że badziewie często występuje pod szyldem dostępności. Jakby myślenie było czymś ekskluzywnym, a staranność zbędnym luksusem. A ja nie potrzebuję rzeczy wzniosłych. Potrzebuję rzeczy, które ktoś zrobił z uwagą. Z decyzją. Z minimalnym szacunkiem dla tego, że po drugiej stronie jest ktoś żywy. Nie chcę świata bez niedoskonałości. Chcę świata bez udawania, że byle jak to nowa jakość.

I chyba dlatego badziewie mnie męczy. Nie dlatego, że jest brzydkie czy głupie. Tylko dlatego, że coraz częściej mówi mi: nie jesteś warta więcej. Badziewie nie jest estetycznym problemem. Jest problemem relacji. Relacje, nawet te medialne, zawsze zaczynają się od pytania: czy ktoś naprawdę pomyślał, zanim coś wypuścił w świat. A na to, nawet ironicznie, nie mam już ochoty się zgadzać.


PS

zdjęcie z dzisiejszego spaceru, kicz nie musi być badziewiem

czwartek, 25 grudnia 2025

O słuchaniu

 


Daria Danuta Lisiecka czyta wiersze w swojej audycji w radiozkultura, i w Babińcu Literackim wierszem w środek tygodnia. W tym podcaście zebrała swoje zachwyty: różne poetyki, tempa, muzyczne oddechy. Bez hierarchii, bez zadęcia, raczej z uważności czytania i słuchania. Lubię to miejsce, bo z głosem Darii wiersz po prostu wybrzmiewa tak jak lubię, radiowa barwa głosu, świetna dykcja i spokój. Zachęcam do wysłuchania.

PS

Należy kliknąć w podcast, poniżej zdjęcia z Darią https://radiozkultura.pl/podcasty/czytalo-sie-sluchalo/ Czytało się, słuchało.

Zdjęcie nawiązuje do wyboru Darii.


wtorek, 23 grudnia 2025

za podsumowanie

 






O przejściu przez ciemność

mówię wtedy, gdy noc nie chce już być nocą, a światło
jeszcze nie potrafi się przyznać, że wraca. Stoi w drzwiach
jak dziecko z prowincji, w za dużym płaszczu zszywanym z symboli.
Utkane złotem, mirrą i komunikatem prasowym.

Moje serce nauczyło się spokoju nie z mądrości,
ale z wyczerpania, jest jak pole po bitwie,
na którym ktoś zapomniał zebrać flagi, a wiatr je teraz składa
w jedną, nieczytelną opowieść o sensie.

Był czas, gdy wierzyłam w ogień: odrodzenia, nagłe zwroty akcji,
w młodość, która istnieje gdzieś poza mną, jak zapasowy kontynent.
Dziś wiem, że młodość jest ruchem, nie wiekiem, że potrafi
przejść na drugą stronę ciała i zamieszkać w dłoniach.
Drżą, ale nadal niosą.

W Betlejem zawsze rodzi się coś małego w cieniu wielkich narracji.
Wojny przechodzą obok, przebrane za konie i kamery,
a propaganda kładzie się spać w żłobie
jak zwierzę, które nie zna wstydu.
A jednak, światło uparcie wybiera najgorsze miejsce,
żeby się zacząć.

Celtowie wiedzieli, że słońce trzeba czasem przywołać szeptem,
nie aklamacją. Cykl nie potrzebuje wiary, tylko zgody.
Dlatego palili ogień nie po to, by zwyciężyć ciemność,
ale by jej dotrzymać towarzystwa, aż sama odejdzie.

Nadzieja nie jest obietnicą, jest narzędziem tymczasowym.
Mostem z gałęzi nad rzeką strat. Rozpacz też nie jest prawdą.
Obie zużywają się szybciej niż ciało. To, co zostaje,
to rytm: oddech, który wie, kiedy skrócić dzień,
a kiedy go wydłużyć o milimetr światła.

O przejściu mówię cicho, jakby to była czynność domowa:
przejść przez wiek, przez mit, kolejną zimę, nie gubiąc resztek
czułości, które wbrew wszystkiemu
okazują się najbardziej trwałym tworzywem świata.


niedziela, 21 grudnia 2025

Dlaczego warto kupić „Emiterium”?