Poczytałam dzisiaj mój spam w bloggerze. Nie polecam. Zajrzałam tam przez przypadek i zbyt późno wyszłam. Mąż próbował mnie pocieszyć, powiedział kilka rozsądnych zdań, nawet takich, które w normalnych okolicznościach powinny zadziałać. Niestety, coś mnie w środku złamało. Nie wiem, czy to listopad, czy suma wiadomości, których od pewnego czasu jest więcej, niż jestem w stanie przyjąć. W każdym razie zrobiło mi się niedobrze. Tak po prostu. Myślę sobie, że szczególnie interesujący jest pewien rodzaj ludzi. Czytają Fossego, przytulają koty, fotografują swoje kawy w kubkach, piszą o swoim świetnym życiu, zachwycają się światłem wpadającym przez okno. Mają starannie dobrane książki, płyty, poglądy, czasem nawet odpowiednio wyrafinowane słownictwo. A potem zabierają się za gnębienie innych. Z uporem, konsekwencją i zaangażowaniem, którego można by im pozazdrościć, gdyby nie przedmiot tych starań. Zastanawiam się, czy jedno wyklucza drugie. Najwyraźniej nie. Można czytać o samotności, cierpieniu i przemijaniu, a następnie z pełną świadomością uprzykrzać komuś życie. Można rozpoznawać subtelności u Fossego i nie rozpoznawać najprostszych granic w kontaktach z drugim człowiekiem. Można mieć świetne życie, pod warunkiem, że ktoś inny będzie miał trochę gorsze.
Natomiast nie chciałabym sprowadzać tego wyłącznie do kilku osób i ich osobliwych upodobań. Myślę sobie, że żyjemy w czasie, w którym przemoc ma wiele dobrze zaprojektowanych opakowań. W Ukrainie kolejna zima oznacza dla ludzi ryzyko utraty prądu, ogrzewania i bezpieczeństwa. Rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną nie są przecież abstrakcyjnym elementem wojennej strategii. To konkretne mieszkania, szpitale, szkoły i ludzie próbujący przeżyć kolejny dzień. W Polsce patrzę na niekończący się spór o instytucje państwa, na polityczne oskarżenia, demonstracje siły i coraz bardziej rozchwiany język debaty publicznej. W Stanach Zjednoczonych obserwuję politykę, która potrafi zamienić strach, resentyment i niechęć do drugiego człowieka w całkiem skuteczne narzędzia zdobywania poparcia. I zastanawiam się, ile razy jeszcze będziemy oglądać ten sam mechanizm, zanim przestaniemy udawać, że nie wiemy, dokąd prowadzi. Historia współczesna nie pozostawia zbyt wiele miejsca na niewiedzę. Mamy za sobą XX wiek, jego obozy, ludobójstwa, czystki, propagandę i ludzi, którzy wykonywali rozkazy, bo przecież takie były okoliczności i to udawanie, że nie mieli wyjścia. Są archiwa, świadectwa, fotografie, pomniki, rocznice. Ogrom muzeów i miejsc pamięci. A mimo to wciąż potrafimy bez większego wysiłku urządzać sobie małe prywatne systemy represji. W pracy, w środowiskach twórczych, w internecie, w relacjach, które z zewnątrz wyglądają zupełnie przyzwoicie.
I mimo wszystko, najbardziej zastanawia mnie ta łatwość przechodzenia od deklarowanej wrażliwości do zwyczajnej podłości. Nie trzeba przecież być potworem z podręcznika historii. Wystarczy codzienna gotowość do upokarzania, podważania czyjejś wartości, rozsiewania niechęci i pilnowania, żeby komuś przypadkiem nie zrobiło się zbyt dobrze. Wszystko można uzasadnić. Charakterem, zasadami, troską o jakość, wolnością wypowiedzi, a nawet dobrem wspólnym. Człowiek ma ogromne możliwości, kiedy potrzebuje usprawiedliwić własną nieprzyzwoitość. Ileż można mówić o empatii, a następnie urządzić komuś małe piekło. Bez wyrzutów sumienia, najlepiej z cytatem z książki w opisie profilu na Google. Myślę o kryzysie mieszkaniowym, o ludziach bez dachu nad głową, o kolejnych statystykach, które po pewnym czasie przestają robić na kimkolwiek wrażenie. Przywykliśmy do tego. Tak samo do tego, że Garda nie przyjeżdża na wezwania, kiedy grupa nastolatków ostrzeliwuje petardami strażaków w ich samochodzie. Bo przecież można takie wiadomości przeczytać przy śniadaniu, przewinąć dalej i wrócić do głaskania kota na parapecie. Nie mam pretensji do kotów. Zastanawiam się tylko, kiedy nauczyliśmy się tak sprawnie oddzielać własny komfort od rzeczywistości innych ludzi. Może właśnie to jest najbardziej niepokojące: nie brak informacji, ale zdolność do ich neutralizowania. Wiemy coraz więcej, a jednocześnie potrafimy coraz mniej z tym zrobić. Albo nie chcemy. Przechodzimy od wojny do przepisu na ciasto, od ludzkiej tragedii do zdjęcia nowej książki, od czyjegoś upokorzenia do opowieści o wdzięczności. Wszystko mieści się w jednym telefonie, czasem nawet na jednym ekranie. Nie mam dzisiaj ochoty na pocieszające sentencje. Nie zamierzam też wyciągać z półki Fossego w nadziei, że kilka stron przywróci mi wiarę w ludzi. Myślę sobie, że czytanie książek nie jest certyfikatem przyzwoitości, przytulanie kotów nie stanowi dowodu empatii, a świetne życie nie musi oznaczać, że jest się dobrym człowiekiem. Listopad może sobie być listopadem. Nie będę go obarczać odpowiedzialnością za wszystko. Nie on pisze wiadomości, nie on urządza innym życie, nie on wymyśla kolejne sposoby na bycie podłym. Zastanawiam się tylko, ilu jeszcze ludzi trzeba przeczytać, żeby zrozumieć, że nie należy gnębić innych. I czy rzeczywiście jest to aż tak skomplikowane.







