Mąż pociął papier. Maluje się, nooo dobrze, ja maluję i eksperymentuję z nowymi kolorami. A później idę po bieżni i odkrywam na paznokciach kropki z tuszu. Słucham Zmory. Czarna Toń, akcja rozgrywa się w Toruniu. Nie wiem czy mi się podoba. Wciąż mam wrażenie, że już gdzieś z czymś takim się zetknęłam. W Irlandii wieje. Właściwie to wieje już od kilku dni z przerwami na taki dzień jak wczoraj, więc trudno mówić o jakimś szczególnym początku. Jesień przesuwa granice, zawsze tak jest, kiedy zbliża się Halloween. Przestawiłam doniczkę, bo znowu się przewróciła. Zebrałam liście z podjazdu, wyjrzałam za kilka godzin, liście wróciły. Pogoda nie tyle się zmienia, ile przypomina o obecności, mniej lub bardziej. I w tych codziennych czynnościach, czuć w powietrzu chłód. Wciska się pod ubranie, i nawet krótki spacer wymaga ode mnie całkiem rozsądnej logistyki, by było przyjemnie. No i w końcu przycięłam róże, ostro. Ale też piwonie i inne kwiaty, które zaczęły wyglądać nieciekawie. Kupiłam też cudny płaszcz przeciwdeszczowy. Długi, wygodny, dobrze się w nim czuję, taka osadzona. Nie wiem, czy to kwestia kroju, ciężaru materiału, czy może zwyczajnej przyjemności posiadania czegoś, co odpowiada na konkretną potrzebę. A poza tym proza życia. Ludzie fajni i niefajni. Spotykamy się, rozmawiamy, czasem coś z tego wynika, a czasem nic. Mijamy się, uśmiechamy do siebie. W centrum pojawiła się kolejna kawiarnia i siłownia. Zawsze cieszą mnie nowe miejsca. Co do kawy, jestem wybredna. Albo po prostu wiem, czego nie chcę. To niekoniecznie to samo, chociaż z zewnątrz może wyglądać podobnie. Tydzień ułożył się z takich właśnie drobiazgów. Malowanie, bieżnia, książki, zakupy, kawa i kawa, kilka wiadomości, sprawy, które trzeba załatwić, i te, które można jeszcze przesunąć napoweekendzie. W domu zawsze jest coś do zrobienia. Na zewnątrz również. Nie wiem, czy potrzebuję w tej chwili czegoś więcej niż własnej obecności. Jesień sprzyja porządkowaniu spraw, choć niekoniecznie dlatego, że jest szczególnie piękna. Jest przecież mokra, wietrzna i jednostajna. Trawa pozostaje zielona, może mniej intensywna i chociaż spodziewam się już bardziej zdecydowanych zmian, to drzewa nie zawsze zachowują się zgodnie z wyobrażeniami przywiezionymi z Polski. Nie ma tu takiego samego kalendarza jesieni. Są za to kolejne dni, podobne do siebie na tyle, że łatwo przestać zwracać na nie uwagę. Może właśnie dlatego dobrze jest czasem zauważyć kropki tuszu na paznokciach. Nowy płaszcz, w którym dobrze się wędruje w tym deszczowym krajobrazie. Albo fakt, że ktoś jutro będzie spacerował ulicami Torunia, które mam w pamięci. To niewiele, ale nie wszystko musi być wielkie, żeby było warte odnotowania. Jutro możliwe, że będzie dalej wiało. Prawdopodobnie wypiję kawę, zrobię naleśniki, może gofry, posłucham kolejnego fragmentu książki. Mamy długi weekend, więc może wybierzemy się gdzieś dalej. Tydzień będzie się toczył i toczył, złożony z rzeczy koniecznych i tych zupełnie niepotrzebnych. A tusz pewnie wejdzie pod paznokcie. I tak, nie zamierzam się tym specjalnie przejmować. Są rzeczy, których nie da się doczyścić, i takie, których może wcale nie trzeba usuwać.



