Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 lipca 2025

Las, rzeka i nieposłuszeństwo

 



Minęły lata. Lata, które przyniosły wiele zmian. Moi rodzice kupili działkę pod budowę domu, niedaleko lasu, niedaleko tej samej drogi, którą kiedyś samotnie szłam z malinami w emaliowanym kubku, ze łzami złości i dumy przyklejonymi do policzków. Miejsce to miało być nowym początkiem. I może było. Ale w jego ziemi tliła się tamta historia. Działka była nieduża, ale pachniała prawdziwie: żywicą, mokrą ziemią, latem. I jakimś rodzajem czułej grozy. Niepokojem i wspomnieniami. Czasami myślałam, że to nie przypadek, że trafiliśmy właśnie tam. Któregoś dnia, gdy stałam przy ogrodzeniu, zobaczyłam ich. Tę samą parę, która wtedy, tamtego dnia, spotkała mnie przy rozstaju leśnych dróg. Byli starsi, ale natychmiast ich poznałam. Ich oczy miały ten sam wyraz troski, ten sam rodzaj zmartwionej łagodności. Ujrzeli mnie i ich twarze zmieniły się, rozpoznałam moment, w którym odżyło wspomnienie. Podeszli do płotu. Opowiedzieli mi i mamie, że nie raz wracali myślami do tamtego spotkania. Mówili, że kiedy mnie zobaczyli, była we mnie jakaś siła i zarazem delikatność, która ich poruszyła. Nie wiedzieli, kim jestem. Czuli, że powinni byli mnie odprowadzić. Ale nie zrobili tego od razu. Cofnęli się po paru minutach, z wyrzutami sumienia. Wtedy już mnie nie było. I do dziś pamiętali to uczucie niepokoju. Jakąś ranę otwartą w pytaniu: co, jeśli się coś stało? Stałam wtedy w ogrodzie z rękami opartymi o deski płotu, i czułam, że ciało ma pamięć. Jakby las za plecami, droga pod stopami i ich głosy skleiły się w całość. Jakby to miejsce nie było przypadkiem, ale kołem, które musiało się zamknąć. Ich obecność była potwierdzeniem tego, że historia dzieje się nie tylko raz.

Tamten dzień, kiedy przeszłam sama przez las, zaczął się przecież od malin. Malin i gniewu. Dumy. Od kubka, który był mój. Emaliowany, z odpryskami, jasny jak mleko z błękitnym rantem.

Miałam może sześć lat, tyle co Sophia, może trochę więcej. Jeszcze nie chodziłam do szkoły, więc lato było przede wszystkim całym światem, ciepłym, pachnącym, niebezpiecznym i wolnym. Pamiętam dokładnie tamten dzień, kiedy przyjechał brat mojego taty z Gdańska, taki gość z innego świata, pełen opowieści i powagi, której wtedy nie rozumiałam. Pojechaliśmy razem zbierać maliny, które rosły wzdłuż rzeki Gwdy, wzdłuż jej przybrzeżnych lasów, gęstych i wilgotnych, gdzie ziemia była miękka od liści, a powietrze ciężkie od wilgoci i zapachu żywicy.

Rzeka szumiała cicho, jakby rozmawiała sama ze sobą, jej spokojne fale odbijały światło słońca, które przeciskało się przez liście drzew. Szum wody mieszał się z szelestem liści, a powietrze drgało od oddechu lasu, głęboko, miękko i naturalnie. Gdzieniegdzie na brzegach pojawiały się kępy traw, które poruszały się lekko na wietrze, a ziemia pod stopami była chłodna i wilgotna od porannej rosy. Tam było coś pierwotnego, żywego, ale zarazem cichego i bezpiecznego, jeśli się umiało słuchać. Miałam przecież swój emaliowany kubek, blady, z drobnymi odpryskami. Właśnie do niego zrywałam maliny, czerwone, słodkie i soczyste, pełne leśnego słońca. Zrywałam je i bezwstydnie wyjadałam, ciesząc się ich smakiem. Maliny były słodsze niż cokolwiek innego, co znałam, a ich zapach wypełniał mój oddech. Czułam, jak słodycz rozpuszcza się na języku, jak owoce przyklejają się do palców, wnętrza kubka, do mojej skóry. Zbiór malin był zadaniem, ale dla mnie to była przygoda. Tata jednak widział to inaczej. Dla niego było to jednak zadanie do wykonania, powaga męskiego przedsięwzięcia. Maliny miały trafić do wiadra, nie do mojego żołądka. Jego głos był ostry, szybki, zniecierpliwiony. Każde upomnienie wbijało się we mnie jak drzazga. Ale ja miałam w sobie śmiałość, dziecięcą zuchwałość, a ona rosła z każdym zakazem. To było jak wezwanie do buntu. Mój bunt nie był dramatyczny, ale konsekwentny: kilka malin do kubka, kilka do ust. Patrzyłam ojcu prosto w oczy, z uśmiechem, który był wyzwaniem. Ale tato miał inny plan. On patrzył na las inaczej, bardziej ostrożnie, z troską, która dla mnie była wtedy tylko kolejnym nakazem do zniesienia. Co chwilę mnie upominał, abym malin nie wyjadała z kubka, tylko zbierała i wysypywała do większego wiadra, które ze sobą przywiózł. Nie rób sobie brudnych rąk, mówił, zbieraj porządnie, bo inaczej się zmarnują. Nie rozumiałam, dlaczego nie mogę po prostu jeść malin, skoro były słodkie i dostępne, i skoro kubek był mój.

Zaczęłam robić to, co dzieci często robią, gdy nie chcą słuchać. Kombinować. Robić po swojemu, a jednocześnie trochę na przekór. Zrywałam maliny, zrywałam je jak mogłam, potem trochę wyjadałam, trochę przesypałam do wiadra, a potem znowu wyjadałam. I znowu. I znowu. Doprowadzałam tatę do czerwoności. Co chwilę się odwracał, krzyczał, upominał, ja zaś zadziornie odwracałam się z uśmiechem na ustach, który wyrażał wszystko: Nie będę cię słuchała. Miałam wtedy w sobie nieustępliwość, dumę i przebojowość, które wtedy wydawały mi się siłą, siłą, którą nikt, nawet mój tata, nie miał prawa złamać. Jeśli się nie podporządkujesz, wrócisz do domu na piechotę!, usłyszałam raz, drugi, trzeci. Jego głos był nagle groźny, ostry jak nóż. Krzyczał, jakby chciał, żebym go usłyszała i zrozumiała, że nie zadziorność, tylko posłuszeństwo ma wtedy znaczenie. Aż w końcu powiedział: To idź sama do domu, skoro nie potrafisz słuchać. Powiedział to z wściekłością, z nieustępliwością w głosie, który musi mieć rację. A ja potraktowałam go dosłownie.

Nazbierałam cały kubek malin. Wystawiłam je na słońce lasu. A potem, bez słowa, oddaliłam się w stronę domu. Szłam przez las, cicho, jakby świat zamarł, tylko mój oddech był głośny, pulsował w uszach. Drzewa szumiały nad głową, ich liście były mokre od rosy, która lśniła na nich jak drobne szkiełka. Pod stopami miałam miękką ziemię, podchodzącą do piasku, który wypełniał trakt. Szłam powoli, ale z każdym krokiem czułam, że rośnie we mnie coś nowego, poczucie niezależności i dumy, że podjęłam decyzję sama. Woda rzeki odbijała błękit nieba, który z wolna gasł i się oddalał, bo lato było już coraz bliżej zmierzchu. Cisza lasu była pełna szeptów, tych niewypowiedzianych historii drzewa, ziemi i wiatru. Miasto gdzieś tam dalej, za lasem, mówiło innym głosem, głosem asfaltu, samochodów, świateł, które nie miały zapachu, ani koloru prawdziwego lasu. Miasto było twarde, nieprzystępne i nie miało dla mnie miejsca, ale las, Gwda i ten kubek malin były moim światem, miejscem, gdzie mogłam być sobą, gdzie mój strach mógł się rozpuścić w szeptach wiatru.

Na jednym ze skrzyżowań, między drogą leśną a drogą prowadzącą do miasta, spotkałam starszą parę. Jechali na rowerach, powolni, spokojni, z twarzami, które znały czas i milczenie. Zatrzymali się, zapytali dokąd idę. Pokazali mi drogę, prostą, choć długą, przez miasto. Ich głosy były ciepłe, bezpieczne, jak gdyby chcieli powiedzieć: Jesteś na dobrej ścieżce, nie bój się. Szłam więc dalej i dalej. Doszłam do miasta. W sukience w kwiaty, bez rękawów, z białym kołnierzykiem i kieszeniami, w sandałach, z pustym kubkiem w ręku, umorusana. Każdy krok po bruku, asfaltowej ulicy, podjazdach i chodnikach był inny, twardy, obcy. Ruchliwe przecinające się drogi, przejścia, dźwięki. Czułam, jak to miejsce, choć obce i obciążone, mówi do mnie, ale inaczej niż las. Miasto mówiło szybko, głośno, z presją i wymagało ode mnie innej postawy, ostrożności, uwagi i podporządkowania. Las mówił wolniej, ciszej, ale mocniej, dawał mi siłę i poczucie własnej wartości.

Dotarłam do domu zmęczona, z wielkim żalem i dumą wymalowanymi na twarzy. Opowiedziałam mamie, co się stało. Była przerażona, niemal zszokowana, że przeszłam sama miasto, że tato dopuścił do takiej sytuacji. Schowałam się w szafie, czekając w ciszy. Mama próbowała mnie chronić, powiedziała, że mnie nie ma, gdy tata i wujek wrócili. Zaczęli się sprzeczać, i to tak głośno, jak nigdy wcześniej. Mama krzyczała, a w jej głosie było coś więcej niż tylko złość, była w niej rozpacz i troska, która aż paliła w piersi. Jak mogłeś? Jak można było tak zostawić sześcioletnie dziecko samo w lesie, a potem przegonić je do domu?! — powtarzała bez końca, a każde słowo brzmiało jak wyrok na ojca. To nie była żadna nauczka! To była czysta nieodpowiedzialność, groźba, która mogła się skończyć tragicznie. Co jeśli coś by się stało? Co, gdyby się zgubiła, potknęła, albo spotkała kogoś złego?! Jej oczy błyszczały łzami, ale wcale nie dlatego, że była słaba, przeciwnie, ta złość miała w sobie moc, której nie potrafiłam wtedy jeszcze pojąć. Tato stał nieruchomo, jakby słowa mamy uderzały w niego niczym ciosy. Widać było, że pierwszy raz naprawdę się przestraszył, tego, co mogło się stać, i tego, co właśnie powiedziała mama. Jego dumna, często nieustępliwa twarz nagle straciła pewność. Zaczął mówić cicho, przepraszając, tłumacząc się, że chciał mnie nauczyć samodzielności, że chciał abym zrozumiała, że trzeba słuchać i mieć szacunek do zasad. Ale mama nie chciała słuchać tłumaczeń. To była przemoc, nie nauka! — krzyczała. To była lekcja strachu, a nie odpowiedzialności.

Zaczęli się kłócić, powtarzając sobie nawzajem swoje racje, każda ze stron tkwiąca w swoim bólu i strachu. W tym ich sporze usiadłam w kącie wielkiej szafy, którą tak bardzo lubiłam, tam, gdzie świat był cichy, ciemny i bezpieczny. Zwinęłam się w kłębek, z kubkiem po malinach, i pozwoliłam sobie zasnąć, z ciężkim sercem, pełnym sprzecznych emocji, ale też z poczuciem, że ta chwila to już koniec czegoś starego. W szafie czułam się chroniona, tam nie docierały słowa i gniew dorosłych. Tam było moje miejsce, gdzie mogłam choć na chwilę zapomnieć o wszystkich burzach.

I teraz, po latach, gdy patrzę na tę samą drogę, widzę dziewczynkę, która nie dała się złamać. Która wybrała siebie. I widzę też ojca, który nie rozumiał, że dzieci nie są małymi żołnierzami. Że bunt dziecka nie jest zagrożeniem, tylko formą wzrostu.

Las to rozumie. Słucha i nie krzyczy. Las jest drogą. Miasto żąda. Ocenia.

Ale największe drogi prowadziły przez tamten kubek. I przez tamto dziecko, które nie pozwoliło się zatrzymać.

środa, 23 lipca 2025

chleb z Restauracji „Folklor”



 

Moje wakacje z wnuczką w Polsce powoli dobiegają końca, zostało nam zaledwie kilka dni, i choć cieszę się każdą chwilą, to już czuję to znajome ukłucie żalu, że czas tak szybko mija. Po wielu rozczarowaniach pieczywem, zbyt suchym, zbyt kwaśnym, sztucznie nadmuchanym, doszłam wreszcie do Restauracji Folklor w Jastrowiu. Kilka lat temu to miejsce przeszło kulinarną i estetyczną przemianę pod okiem Magdy Gessler. Wiedziałam, że wypiekają tam na miejscu chleb nie tylko do podawania w restauracji, ale również do sprzedaży. Kupiłam dwa bochny: jeden pszenny, drugi przenno‑żytni. I jestem nimi absolutnie oczarowana. Już sam zapach chleba, który unosi się natychmiast po rozpakowaniu, jest zachwycający, głęboki, lekko słodkawy, niosący skojarzenia z domową piekarnią, ale wyczuwalnie bardziej dopracowany. Skórka, złocista, cienka, a jednocześnie przyjemnie chrupiąca, nie osypuje się, nie twardnieje, tylko harmonijnie dopełnia miękkiego wnętrza. Środek jest sprężysty i równomierny, bez zbędnych dziur czy zbitych miejsc, które często trapią domowe wypieki. Chleb doskonale się kroi, a jeszcze lepiej je. Smak to osobna opowieść, wielowarstwowy, głęboki, ale nienachalny. Delikatna słodycz przeplata się z orzechową nutą i subtelną kwaskowością, która nie dominuje, tylko uwypukla naturalność składników. Idealnie dobrana sól – nie za dużo, nie za mało – czyni każdy kęs kompletnym. To chleb, który nie potrzebuje dodatków. Można go jeść samodzielnie, kawałek po kawałku, z takim samym zachwytem, z jakim słucha się ulubionej melodii. Porównując go do mojego własnego chleba, pieczonego z zaangażowaniem i sercem muszę przyznać: ten z Folkloru jest mistrzowski. Nieprzesadzony, nienadęty, po prostu doskonały w całej swojej okazałości i formie. Każdy detal – od faktury po smak – świadczy o kunszcie i szacunku dla rzemiosła. To miejsce mogę polecić bez zająknięcia. Dla chleba, który naprawdę smakuje jak chleb. I choć tak mało czasu nam zostało, jestem niemal pewna, że jeszcze przed wylotem do domu pobiegnę tam po bochenek, na kanapki na drogę, na zapas, ku pamięci.


piątek, 20 czerwca 2025

Gorset

 






Wyciągnęłam go wczoraj. Nie jak rzecz, ale jak ślad. Wiadomość, którą ktoś zostawił między dniami. Leżał w pudełku owinięty delikatnym papierem. Milczał. Czekał, nie na mnie, tylko na czyjąś obecność. Czarny welur, matowy, miękki, w świetle łapie odcień nocy – nie tej głębokiej, tylko tej tuż przed świtem, kiedy jeszcze nie wiadomo, czy się zacznie dzień, czy skończy pamięć. Na nim – haft. Drobny, a jednak stanowczy. Nici jak źdźbła, sarnie rzęsy, kolory z łąki zapomnianej przez ogrodnika. Nie kwiaty z rabat, tylko te, które rosną same, z uporem i czułością. Haft nie ozdabia. Opowiada. Wzór, opowieść przenoszona w cieniu rąk, z pokolenia na pokolenie – motyw Lachów Sądeckich. Nieznaczny, a głęboko osadzony. Powściągliwy i czuły. Zapisany nie w nutach, ale w ściegach. Tak wyszywano w dolinie między Popradem a Dunajcem, tam gdzie ziemia rodziła twardo, a ludzie nosili milczenie jak korale. Nie z pychy – z przekonania, że to, co ważne, zostaje niewypowiedziane.

Gorset należał do mojej prababci Karoliny, matki babci Marysi. To ona, jeszcze jako dziecko, nosiła w nim obraz Matki Boskiej podczas uroczystości odpustowych, z powagą większą niż jej wzrost. Wtedy tkanina jeszcze była świeża, ale pamięć już zaczynała się w nią wszywać. Później nosiła go moja babcia, a później mama, a potem ja. A jeszcze później – moja córka. Choć to nie dziedziczenie rzeczy, ale obecności – pulsujących pod skórą kobiet. Gorset wędrował, był wypożyczany na śluby, odpusty, uroczystości kościelne i państwowe – zakładany jak zbroja ze wspomnień i powagi. Wszystko wskazuje na to, że pochodzi z końca XIX wieku.

Rozmiar, już nie mój, ale jakby dla mnie. Jakby szyty na przynależność. Koraliki nie błyszczą – one świadczą, że ktoś tu był, że ktoś tu oddychał. Nie ma w nim rodowej koronki. Ale szwy ją znają. Pamięć jest zapisana w czerwonej wstędze, której już nie mam. W braku, tym, który boli bardziej niż obecność. Został mi tylko gorset i czerwone korale. I babcia, oprawiona w czerń i kwiaty. Rozpoznawalna dotykiem. Czasem nocą śni mi się, że trzymam ją za łokieć, a ona mówi, że wszystko jeszcze wróci. Z ciotkami nie rozmawiamy. Zawziętość ich jest starsza niż moja córka, głębsza niż krew. Chciałyśmy może za dużo – nie rzeczy, tylko obecności. Tego się nie wybacza. Dostałam więc gorset. I wspomnienia, które są jak cienie pod haftem. Szczyrzyc. Odpusty. Upał, który kleił spódnice do ud. Niebieska figura Matki Boskiej, za lekka, by była z gipsu, za obecna, by ją zignorować. Cystersi. Pustelnik, któremu babcia niosła zioła. Jakby była z innego porządku. Jakby była szeptuchą między kantykami. Przeciwieństwa nie kłóciły się, rosły razem, jak pokrzywy i macierzanka. Nie noszę go. Nie pasuje do mojego ciała. Ale czasem przykładam go do żeber – przylega do mnie jak wspomnienie, które nie odchodzi. Jakby miał rozpoznać moją temperaturę. Pachnie drewnem i ziołami, tym błękitem, który nazywałyśmy modrym cisem, i czerwienią, która przypomina wnętrze szkatułki. Trzymam tam swoje notatki, słowa na później, na gdyby.

Kiedy go dotykam, słyszę dzwonki leśne. Czasem dzwony ze Szczyrzyca – sierpniowe, rozlegające się po polach jak myśli: rozgłaszane, ale nie zapisane. Pod podszewką ktoś zostawił ślad – kolor mchu z dna studni i herbaty z nutą róży i tytoniu. Tak pachniały nasze listy: niebieskim wieczorem i żółcią utkaną z zapomnienia. Czasem patrzę w lustro i widzę – nie siebie, ale ramę. Obraz, który niesie inne twarze. I wiem, że jestem córką mojej matki. I wnuczką tej, która uzdrawiała dotykiem. Wnuczką tej, która już nie istnieje – poza tą tkaniną. Która wciąż oddycha.

środa, 18 czerwca 2025

Wąwóz milczewii w kolorze szaropłomyku

 






(– milczewia to wymyślone słowo, które brzmi jak roślina albo miejsce, gdzie milczenie się zagnieżdża, rozkwita; – szaropłomyk to kolor miękki jak poranna mgła na popiele ognia – niebiesko-szary z ciepłym błyskiem głębi, bardzo zmysłowy, a zarazem subtelny, cichy.)

W tamtym czasie nie znałam słowa odwaga. Była jak nieoswojona roślina, której nazwy nie zna się jeszcze, ale już dotyka codziennie, dłońmi, łokciem, spojrzeniem. Beskid Wyspowy otulał nas nie górą, tylko kształtem samotności, każda wieś jak wyspa, każde podwórko jak zatoka, z której nie wypływa się bez powodu. Babcia siedziała na niskim zydelku przy oknie, w rytmie własnego świtu. Ruchy miała powolne, jakby nie podlegały żadnemu zegarowi poza biciem krwi. Zaplatała warkocz, długi, popielaty, w którym odbijał się cały jej dzień i wszystkie poprzednie. Dwa razy oplatała nim głowę, ciasno, uważnie, jakby to była jej korona z ciszy.

Nosiła spódnicę w kolorze nocnego jagodylu, odcień między indygo a snem o niebieskim kamieniu. Albo niebo tuż po zmierzchu, zanim zrobi się zupełnie ciemno. Koszula była luźna, z rękawami, które kończyły się, jak opowieść w połowie słowa, koloru porannej bieli z domieszką popołudnia i myśli nieskończonych. Patrzyłam na nią z kąta izby, jak wpatruje się w drzewo, które już dawno zakorzeniło się we wszystkim. Babcia nie potrzebowała wiele, żeby być. Sieczkarnia stała przy drzwiach do komórki, stara, zardzewiała, ale jej rytm był czysty, jakby zawsze trafiała w ten sam punkt dnia. Cięła pokrzywy na karmę mocnym gestem, jakby to były obawy, które trzeba rozdrobnić, zanim zamienią się w strach. Zapach tej zieleni – ostry, żywy, pokrzywogłębny – wdzierał się we mnie jak światło przez szpary w deskach. I został. Wraca, ilekroć rozcieram liście, ilekroć ziemia oddycha po deszczu.

Za domem był wąwóz. Dla mnie: szaropłomykowy trakt, dla babci: pastwisko kur. Uwielbiałam patrzeć, jak schodziły między trawy. Nie tyle chodziły, co znikały. Znikały jak myśli, które jeszcze nie wiedzą, że chcą zostać wypowiedziane. Kury znosiły jajka pod krzakami, a one, jakby same chciały być odnalezione, turlały się w dół, zatrzymując na kępach miękkiej trawy o odcieniu zielisza płochliwego. Pamiętam to odkrycie, pobiegłam do babci z wieścią z innego świata. Dała mi koszyk. W tym geście było coś więcej niż zgoda. Było zaufanie, że potrafię słuchać.

Zrywałam się o świcie, zanim dzień ułożył się w obowiązki. Biegłam wąwozem, śledząc tropy kur, nie za jajkami, ale za tą chwilą, w której coś zostaje podarowane przez świat, a nie wyproszone. To było moje. Moja misja, mój rytuał. Dziś, kiedy widzę jaja na plastikowych wytłaczankach w supermarketach, robi mi się ciasno między żebrami. Tęsknię za tamtym porankiem, za uważnością, która nie potrzebowała nazwy.

Nie wszystkie relacje były lekkie. Indor, wielki, z piórami jak rozpostarty parasol gniewu, nosił do mnie urazę. Nie wiem, za co. Może za to, że patrzyłam mu prosto w oczy. Przeganiał mnie z pola, jakby pilnował granicy, której nie wolno przekraczać. Wzywałam babcię, ciocię, kogo się dało. W końcu wzięłam kij. To nie była agresja, tylko akt samoobrony, jakby kij miał moc ochrony, jakby z kawałka drewna można było zrobić coś na kształt bezpieczeństwa.

Dom babci był niebieski. Nie modry, nie pastelowy. Taki jak filiżanka, z której dzisiaj piję kawę, barwa niebołusku, miękka, ale zdecydowana. Kolor, który nie chciał być niczyim tłem. W nim pachniało zawsze czymś żywym, sianem, mlekiem, ziemniakami z parownika, które parzyły palce, ale nie było w tym złości. Liturgia zaczynała się wcześniej niż msza, zaczynała się w ruchach babci, w szuraniu jej stóp, w tym, jak odmawiała poranne modlitwy, patrząc przez okno, nie na niebo, ale na drzewa, które znały ją lepiej niż ktokolwiek. Nie potrzebowała odpowiedzi, tylko ciągłości, żeby dzień nie urwał się nagle, tylko szedł, jak strużka wody w rynnie.

Byłam dzieckiem, ale w tamtym czasie to oznaczało coś więcej niż brak dorosłości. Znaczyło bycie po stronie życia, które jeszcze nie zostało okaleczone powtarzalnością. Słuchałam ludzi, nie co mówili, ale co chowali między słowami. Ich język był twardy, jakby nosił glinę i oddech pola w jednym zdaniu. Kobiety mówiły przez zęby, mężczyźni zamilknięci, ale wszystko miało ciężar prawdziwego. Nikt nie udawał. Wtedy nie wiedziałam, że to wszystko kiedyś zniknie, że babcia odejdzie, że dom zsinieje od czasu, że pokrzywa przestanie pachnieć tak mocno. Ale teraz wiem. I dlatego trzymam te obrazy w sobie, jak jaja w koszyku. Delikatnie, z drżeniem. Z pokornistością. Bo to był mój wąwóz, mój trakt. Mój świat utkany z ciszy i czuwania. I moja pierwsza odwaga, żeby być tam, gdzie coś się zaczyna, zanim ktoś to nazwie.


Słownik


milczewia (rzeczownik) Miejsce, w którym osiada milczenie. Może być rośliną, może być geograficznym załamaniem, ale zawsze rośnie tam, gdzie cisza staje się formą istnienia. Krzew o czułych liściach przemilczeń.

szaropłomyk (rzeczownik/kolor) Kolor mgły nad popiołem, niebiesko-szary z ciepłą smugą światła. Barwa zmierzchu dotykającego poranka, bardzo cicha, jak zapamiętany szept.

jagodylek / jagodyl (rzeczownik/kolor) Barwa między indygo a snem. Ciemny, głęboki odcień jagody śnionej tuż po zmierzchu, kiedy jeszcze nie wiadomo, czy to niebo czy wspomnienie.

pokrzywogłębny (przymiotnik) O zapachu lub odczuciu – głęboko zielony, ostry, wnikający w zmysły jak pokrzywa w dłoń. Głębnia pokrzywowego istnienia, która wraca przez dotyk, zapach, pamięć.

zielisz płochliwy (nazwa roślinna/kolor) Trawa albo zieleń, która pojawia się tylko na chwilę. Kolor miękkiej nieśmiałości roślin. Drży na wietrze i znika, zanim się ją nazwie.

niebołusk (rzeczownik/kolor) Kolor nieba w filiżance. Jasny błękit, który nie chce być tylko tłem. Barwa codzienności widzianej z perspektywy uważnej pamięci. Miękki jak wzrok osoby modlącej się bez słów.

pokornistość (rzeczownik, abstrakt) Stan uważnej czułości połączonej z pokorą. Nie jest to pokora narzucona, ale wewnętrzna zgoda na kruchość świata. Trzymanie delikatnych rzeczy z drżeniem i szacunkiem.

środa, 14 maja 2025

Dłoń w dłoni

 




Wszystko pachniało inaczej, żywiej, mocniej, z tajemniczym połyskiem niedopowiedzenia. Miałam sześć lat, no może siedem, i byłam u dziadków w Beskidzie, gdzie czas gubił się między sosnami, a światło było inne, bardziej stare,  jakby pamiętało więcej niż ktokolwiek z nas. Chodziłam z dziadkiem Adamem pod Śnieżnicę. Nie mówił wiele, nigdy nie mówił wiele, był raczej ciszą wśród słów innych ludzi. Czasami myślę, że w tej ciszy mieściło się wszystko, czego nie wypowiadało się w domu, we wsi, w kraju. Ale jego dłoń była zawsze blisko, otwarta jak schronienie. Wsuwałam swoją niewielką w jego szorstką, pewną, i wszystko wracało na miejsce, nawet kiedy wiatr zrywał się nagle i trawa zaczynała mówić niezrozumiałym szeptem. Znajomi dziadka mieli tam ule, wielkie, drewniane skrzynie jak ciche domy. Pamiętam smak miodu, lejącego, jasnego, słonecznego. Dostałam butelkę do ręki, a miód był jeszcze ciepły od dnia. Jadłam palcami, ustami lepkimi od słońca, biegając pomiędzy owcami i dziećmi, których imion już nie pamiętam, ale pamiętam ich śmiech i łąki, które falowały pod nami jak morze. Wysoka trawa zasłaniała świat dorosłych, a ja byłam ukryta w kwiatowych chmurach, w ostrych liściach, w szczelinach tego lata, które nie chciało się skończyć. Czas był płynny i dziki jak pszczoły, które tańczyły swoje wzory nad głowami.

Na rozwidleniu dróg, tam gdzie kończył się skrót przez łąkę, stała mała kaplica, bielona, z drewna, w której Maryjka miała twarz dziewczynki. Jej policzki były różowe, a oczy zawsze smutne, jakby widziała coś, o czym nie wolno mówić. Zawsze paliły się tam świeczki, a zapach wosku wżerał się w skórę. Ktoś zostawiał tam polne kwiaty, jarzębiny, czasem różaniec z wypłowiałych paciorków. Pachniało snem, nie dało się go opowiedzieć. Światło, wpadające przez wąskie okienko, drżało na figurze, jakby ktoś od środka chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Czasem dziadek prowadził mnie do lasu, gdzie był cmentarz. Taki, którego nikt nie odwiedzał. Zardzewiałe krzyże, ziemia porośnięta bluszczem, tabliczki z zatartymi imionami. Mówił, że tu pochowano tych, co zginęli pod Śnieżnicą, ale nie mówił jak. Zamilknięcie było jak mur, a w lesie cicho, aż za cicho. Nawet ptaki tam nie śpiewały, jakby pamiętały zbyt wiele. Czasem leżał tam kamień, który wyglądał, jak skręcone ciało. Bałam się go dotknąć. Dziadek zawsze wtedy stawał obok, jakby czekał, aż sama zdecyduję, czy patrzeć, czy odejść. Były w tym dzieciństwie rzeczy niedopowiedziane, kobiety, przestawały mówić na nasz widok, a mężczyźni znikali. Skrzypiące schody, światło gubiące się pod stołem, zapach suszonych grzybów i milczenie, które rosło między jednym a drugim łykiem herbaty. Ale był też dziadek, jego dłonie, plecy, nos czerwony od słońca i twarz zmęczona, ale obecna. I to mi zostało najmocniej, ten lęk, że kiedyś nie zdążę włożyć dłoni w jego dłoń, gdy znowu zerwie się wiatr.

Zima. Padało aż po szyby, ferie zaczynały się od wyprawy na stację. Śnieg sięgał wyżej niż ja, wyżej niż ogrodzenia, był jak miękka ściana czasu. Dziadek wtedy brał mnie na barana i szliśmy do pociągu, który zabierał nas do Chabówki. Miał ciepłą czapkę z wystrzępionym brzegiem i rękawice, pachniały dymem z pieca. Nie pytał, czy jest mi zimno. Wiedział. A ja wtulałam się w niego, czując się bezpieczna, jakby mógł zatrzymać dla mnie cały świat. Na strych wchodziło się po starej, skrzypiącej drabinie, trzymała się resztkami własnej lojalności wobec domu. W kącie, gdzie światło z okienka padało pod takim kątem, że cząstki kurzu wirowały jak gwiazdy, stała rzeźbiona skrzynia. Drewno miało kolor orzecha, z zakamarkami ciemniejszymi jakby ktoś wlał tam cień. Wzory były misterne, gałązki, ptaki, słońce, jak z dziecięcego snu. Siedziałam obok niej długo, czasem z zamkniętymi oczami, jakbym chciała zapamiętać jej zapach. W skrzyni leżały książki oprawione w drewniane okładki, ciężkie, pachnące kurzem i żywicą. Nie czytałam ich tak, jak się czyta literami. Sunęłam palcami po rzeźbieniach, badałam pismo jak ślepcy, zmysłami, intuicją, jakby to było zaklęcie. Wracałam tam w chwilach tęsknoty, jak do świątyni. To był mój sposób, by być blisko dziadka, już po tym, jak odszedł. Po prostu być w miejscu, które go jeszcze pamiętało. Nie byłam na pogrzebie. Rodzice przywieźli albumy z Auschwitz, oglądałam je w milczeniu. Hałdy okularów, zębów, protez, dziecięce buciki z zaschniętym błotem, fragmenty ciał, których nikt już nie nazywał. Przeglądałam te zdjęcia z bólem, nie miał słów, tylko obraz. Został we mnie na zawsze. Przychodzi w snach, w nieoczywistych momentach. Czasem, gdy patrzę na czyjeś buty. Czasem, gdy zamknę oczy i zobaczę blask metalu w popiele.

Tamten dziecięcy świat kleję z łatek, wspomnienie dłoni dziadka, drewniane litery pod palcami, radość lata i rozpacz śmierci, której nie mogłam zrozumieć. Z rozszczelnionych drzwi, z zapachów i szeptów, z miejsc, gdzie światło drży. Wszystko to było moje. Wszystko było we mnie. I chyba nadal jest.



sobota, 3 maja 2025

Gdzie nie widać dłoni

 


Wchodziłam w to lato jak w wodę po burzy – nie z rozpędu, tylko z ciężarem, który działał jak kotwica i skrzydło jednocześnie. Beskid Wyspowy – rozdziały ułożone z zapachów i poziomic. Ciocia kończyła dom, w środku tynk jeszcze nieobeschnięty, kafle jak niedopowiedziane zdania, a ja – z rękami pełnymi czerwonych porzeczek, jakby to był jedyny język, którym mogłam mówić. Czarne wbijały się w skórę, zostawały w liniach papilarnych jak szyfry. Deszcz nie padał, on przeobrażał. Potok zmieniał się w coś, czego nie dało się przejść, tylko trzeba było przeczekać, albo objąć. Rwąca rzeka szarpała kamienie, dźwięk jakby nie świat, ale samo jego dno się przesuwało. Wtedy zaganiałam zwierzęta, z namaszczeniem, z jakąś rytualną powagą – zamykałam kury jak tajemnice, króliki karmiłam, jak własne pytania, które nie miały dokąd pójść. W środku dnia było ciemno, i cały świat pachniał ziemią, futrem, błotem, burzą. Nie było telewizora, nie było potrzeby. Mówiły trawy, rynny, psy sąsiadów. Dzieciarnia przybiegała z książkami, bez okładek, bez początku, bez końca. Dzieliliśmy się, wymyślaliśmy – kto przetrwa noc na sianie, kto pierwszy zniknie w sadzie, kto dotknie nieba. Trawy mówiły też do nas – szeptały, jakby znały język innych światów. Czasem parowały po deszczu, jakby świat miał własną skórę i właśnie otwierał pory. Uciekałam nocą, nie jak z ucieczki, tylko z wewnętrznego przymusu ruchu – nogi same prowadziły przez pola, pod urwiska. Leżeliśmy na granicach nocy, patrzyliśmy w gwiazdy, ale one nas nie obchodziły. Chodziło o ten moment, zanim zacznie się mówić. Albo zanim trzeba będzie wrócić. Msza w niedzielę – jedyna ceremonia, której nikt nie kwestionował. Koń sąsiada był staranniejszy od nas wszystkich, brązowy, z białym znakiem na czole. Wóz skrzypiał jak opowieść o przetrwaniu. Buty zakładało się dopiero pod kościołem, jakby ziemia była jeszcze zbyt bliska. Kościół nie stał na żadnym wzgórzu. Nie musiał. Wyrastał z rynku jak najstarsze drzewo tej okolicy – nie przez swoją wysokość, tylko przez pamięć, którą trzymał w szczelinach drewna. Przyklejony do codzienności, a jednak osobny. W jego cieniu sprzedawano lody, pocztówki, gwoździe i czas. Po mszy nikt się nie spieszył. Za kościołem rozciągały się łąki, nieuporządkowane jak myśli przed snem. Tam szliśmy po mszy – dzieci, półdzikie, z bosymi stopami oblepionymi ziemią, i starsi, którzy mieli swoje powody, by na chwilę usiąść na kamieniu i nie mówić nic. Leżeliśmy wśród ziół, których nazw nie znałam, ale znało je moje ciało. Pszczoły, jętki, zapach mlecznego światła. Ktoś gwizdał, ktoś szeptał. Czas się rozłaził, jakbyśmy byli poza porządkiem, który rządził zegarami w domach. Czułam się wtedy częścią czegoś większego – nie wspólnoty, nie krajobrazu, tylko czegoś, co nie potrzebowało nazwy. Jakbyśmy wszyscy, w tamtym rozmazanym świetle popołudnia, znów byli stworzeni od nowa, z tej samej trawy, wody, zapachu lipy i odległych dzwonów.

Najpierw jednak była liturgia.

Ciemny i stary z drewna, które widziało więcej niż ja kiedykolwiek zapamiętam. Pachniał jak dom, w którym przez dekady modlono się bez przerwy – wilgotno, kadzidlanie, cieliście. Święcona woda cuchnęła jak coś, co długo nie było ruszane, jak zbutwiała tajemnica, którą ktoś próbował oczyścić solą i żywicą. Maczało się w niej palce bez pytania – tak trzeba. Ściany były pokryte obrazami, płaskimi, mocnymi w barwie – opowieści dla tych, co nie czytają, ale czują. Złocenia nie błyszczały jak nowe, tylko jak wspomnienie słońca. Podłoga – z kamienia, chłodna nawet w największy upał. Kroki tłukły się echem, wszystko, co nie było modlitwą, zdawało się zbyt głośne. Ludzie – ubrani jak do pieśni. Kobiety w haftowanych koszulach, spódnicach ciężkich od wzoru i tradycji. Kiedy klękały, materiał szumiał jak woda w lesie. Koraliki, owoce krwi, poukładane przy szyjach, jak różańce. Nie śpiewały – unosiły głosy, które nie znały fałszu. Śpiew był wspólny, pełny, jakby każdy z nich miał wewnątrz siebie tę samą melodię, tylko na chwilę ją oddał. Mężczyźni – wysocy, milczący, ich dłonie miały twardość pracy, której nie trzeba tłumaczyć. Twarde linie twarzy, głosy chrapliwe od milczenia i wódki. Ale wtedy – skupieni, obecni. Czułam się częścią i nieczęścią. Obca, ale oprawiona w znane spojrzenia. Mówili do siebie, nie do mnie, ale kątem ust: „to Ziutkowa”. Wystarczyło. Byłam opisana – córka Ziutki. Tożsamość podana półgłosem, zatwierdzona dotknięciem ramienia, uśmiechem w kąciku ust, spojrzeniem, które nie pytało, tylko wiedziało. Po mszy szliśmy do baru. Jedyny na rynku. Oranżada, butelki tłuste od dotyku, głosy zlepione z dialektów. Dorosłość wtedy była dla mnie językiem, którego niby rozumiałam, ale nie przez znaczenia – raczej przez barwę, drganie, wysokość. Jakby każde zdanie było nie tyle wypowiedziane, co zagrane na instrumencie, którego nie znałam, ale czułam jego rezonans. Siedziałam przy stole, piłam przez rurkę oranżadę z cienkiego plastiku i słuchałam – nie sensów, tylko ciał. Ich słowa miały inne tempo, inne napięcie samogłosek. Jakby w każdym z nich była pogoda, gleba i zmęczenie. Jako dziewczynka z północy, mówiąca czysto, bez żadnego akcentu – jak ze szkoły, z radia, z czytanki – zostałam nagle włożona w coś eterycznego, coś innego, co miało swoje ciało, oddech i puls. Przyglądałam się tym słowom jakby były kamieniem – niezwykłym, oszlifowanym przez czas, żywym – który ktoś wsunął mi w dłonie. Obracałam go powoli w palcach, próbując zrozumieć, co mówi – nie przez definicję, tylko przez kontakt. Przez fakturę, przez ciepło, przez to, jak światło tańczyło na jego powierzchni. I tak właśnie wchodził we mnie ich język – nie przez uszy, ale przez skórę, przez gardło, przez napięcie w brzuchu. Akcent oswajał się jak zwierzę – powoli, ostrożnie. Aż w końcu wskakiwał na odpowiednią półkę w mózgu i zsuwał się w dół, jak woda po kręgosłupie. I wtedy słowa same się rozpływały w ciele rozumienia. Nie musiałam już nic tłumaczyć. Znałam ten język – nie ze szkoły, tylko z wnętrza. Jakby był we mnie od zawsze, tylko czekał na tę częstotliwość, na to drżenie, które go obudzi.

A za oknem łąki falowały jak teksty psalmów, które dopiero nauczyłam się słyszeć.