Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lipca 2014

8 numer eleWatora od piątku w Empiku


Miłośnicy Virginii Woolf nie powinni przegapić tego numeru


http://www.elewator.org/


Techniki wypowiedzi. Czy jest w sztuce adekwatny język, wystarczająco współczesny, fachowy, jasny?! Polski poeta odwołuje się do antyku, romantyzmu, odrodzenia, baroku. Malarz podobnie, dotyka głównie impresjonistów, licząc przy tym, że odbiorca wejdzie w dialog, ale nie będzie zadawał zbyt wielu pytań. Poeci piszą wiersze o obrazach, malarze malują wiersze, i nie wiem, czy są odpowiednim wyrażaniem siebie, powiedzmy, że zdając sobie sprawę z budowy obrazu, czy wiersza, poruszamy się po obszarze wrażliwości artystów. Badamy ich estetykę, czytamy książkę za książką. Odwołujemy się do naszej wiedzy, próbujemy zrozumieć. Czasami słowa wydają się zbędne, wtedy milczymy, dla własnego dobra i ogółu. Zastanawiam się, które zjawiska w sztuce umożliwiają mi wejście w personalną relację z twórcą. Co wydarza się pomiędzy artystą a kimś, odbiorcą, czy istnieje taka możliwość, żeby wsłuchać się w obraz. Odpowiedzieć na niego lirycznie, w sposób ważny i wystarczający?! Na ile następuje w nas oczyszczenie i możliwość powściągliwego wyrażenia, na tyle autentycznego, że inni odbiorcy zadadzą sobie pytanie o naoczność, w końcu lubimy rozpoznawać malarza, artystę i upowszechniać jego dzieła. Więc jawi mi się ta naoczność, usuwam w sobie niemal wszystko, co często sprawia, że mam dylemat, czy artysta nie jest zbyt nudny, a może nieco przesadzony. Wprowadzam w pamięć detal z obrazu i w swobodnej konwersacji z autorem wymieniamy się wrażeniami.

Sceneria pola golfowego zmienia się w pustynię z dołkami. 
Zimne powietrze kołacze, gęsia skórka głupio wygląda, szczególnie, 
kiedy ludzie z odpowiednią dramaturgią opowiadają o sobie.

Nie przekroczyliśmy jeszcze granicy, w której każdy się z czegoś tłumaczy. Kontrast pomiędzy odbiorcą a twórcą powoli zaciera się, otrzymuję coraz więcej sygnałów, że przedstawiona sytuacja jest niewiarygodnie piękna, a zjawisko, obraz, bardziej realny od pozostałych odsłania w nas zwięzłe i uporządkowane pole. Wgapiamy się w dołki, w burzę, w pioruny, w latarnię morską. Mój mąż wgapia się w skoczka, staliśmy się świadkami wyrazu, swobodnie ewoluujemy, a z nami myśli o ciszy. Tak, czuję ten oddech, mimo że groza z obrazu z burzą przenika mnie jak liryki Edgara Allana Poe. Zdaje się, że nadszedł ten moment, w którym spekuluję i dopowiadam sobie wszystkie nieuchwytne pociągnięcia pędzla. Podporządkowane i dla mnie wciąż genialne. Zachowuję w głowie pewien punkt odniesienia, spokój i ciszę z obrazów Rothko, i ekspresję z obrazów Sasnala. Czy to coś dla mnie oznacza? Kiedy myślę o genialnym malarstwie, o nowoczesnym i konsekwentnym, doceniam ewolucję i wewnętrzną potrzebę ryzyka artysty. Dzięki niemu umieszczam swoją wyobraźnię w odpowiednim dołku, pozbywając się fobii, pragnień i czyjejś obecności. Przekroczyliśmy siebie, inaczej wciąż posługiwalibyśmy się technikami produkowanymi masowo i bez odpowiedniego efektu. 

Czuję impuls, wiosnę, może już powinniśmy 
znaleźć inne miejsce, dalej od niedomkniętych furtek, szelestu kartek, bliżej skał

Przynależność do kultury masowej spycha nas zbyt intensywnie w narastającą i przytłaczającą przestrzeń reklamy i rzeczywistości, od której wciąż odstajemy. To, że śmiało przekraczam normy i obiegowe tezy, nie znaczy, że łapię się na zarzucane na mnie haczyki. Lubię malarstwo Hugo Gizy. Zadziwiają mnie jego akcenty, technika i nieskomplikowany rytm. Dzięki niemu malarstwo konsekwentnie akcentuje moją wyobraźnię. Powtarza bowiem i przypomina, że niepokój można pokonać, dlatego przechowuję w podświadomości przestrzeń oceanu. Jest dla mnie źródłem i odgrywa kluczową rolę, wysyła poza granicę widzenia. Dotyka czegoś, co napawa mnie spokojem, ciszą. Mogę patrzeć na ten błękit bez końca. Zapada się we mnie, żeby zrozumieć i ostatecznie wsłuchać się we własne doświadczenia. 

Głębokie znużenie w odrębnych światach, wycierasz nos, szukasz czegoś. 
Okolica zassała drewno, zniszczyła las, a potrzebowałam milczenia. Łącznika 
pomiędzy fantastyką a baśniowymi osobliwościami, którym przytrafia się dobra miłość. 
Dlatego uśmiechają się, gdy pozują do zdjęć.

W tym miejscu usłyszę od Hugo Gizy, że to wszystko jest zbyt skomplikowane, a przecież widzę horyzont, przekraczam cienie, pustynię, bagniska. Czy istnieje objętość czystej otchłani? Czy można użyć odpowiednie słowa, żeby rozbudować to, czego nie widać? Oddać transcendencji i zapomnieć, że w każdej puencie dochodzi do rozwiązania. 

Musiałam sobie przypomnieć 
jak wyglądają kości do gry. Opowiedz, co cię powstrzymuje przed skokiem.

Pojawia się więc ta zmienność, gęsta farba nacieka i wzmaga pragnienie. Kształt, poczucie wizualnej więzi, doświadczenia i potrzeba relacji. Patrząc na obrazy Gizy, wszystko co mnie męczy ulega anihilacji. Na nowo doświadczam przestrzeni, spokoju, egzystencji. Moje życie bez sztuki nie wypełnia się, nie jest prawdziwe. Dlatego nie będzie puenty, bo nie wiem, czyją jest własnością, moją, czy Hugo Gizy. 




Hugo Giza

Hugo Giza

Hugo Giza
Hugo Giza

Hugo Giza

Hugo Giza

Hugo Giza

Hugo Giza

Hugo Giza

sobota, 29 marca 2014

Korzyści medialne

eleWator



Chciałam napisać coś specjalnego, pełnego napięcia, osobistego, takiego do zaciśnięcia gardła. Nie chce mi się, też tak macie? Uzmysłowiłam sobie, że to pobudzanie się jest bardzo trudne. Stawiasz sobie poprzeczkę i kiedy wspinasz wyżej, ta otwartość tylko przez chwilę zachwyca. I co dalej? Nie mam specjalnego tematu, talentu medialnego, nie wiem jednocześnie, czy być ostrożną, czy względnie krytyczną. Tyle szczęścia i obłędu. Bez przerwy kogoś poprawiam, ktoś mnie poprawia, szaleństwo powraca jak bumerang. To przez zimę. Sprowadza na mnie cieniste myślenie. Wbijam się w spór, odchodzę i wracam, dokąd to mnie doprowadzi? Strony interentowe, maile, telefon jeden, drugi. Szachy, muzyka, a może film. Na szczęście nie ściągnęłam aplikacji FB na telefon. Na ile rozróżniamy, co się dzieje dookoła nas? Poziom szumu, zakłóceń, czy potrafimy się komunikować? Jakie wybieramy formy? Jedni udzielają wywiadów, inni malują cykl płócien. Od stworzenia do urodzenia. Neurotycznie się zrobiło. Ech. Kto jest za to odpowiedzialny? Bo przecież wprowadzamy jakieś normy, regulujemy to nasze funkcjonowanie. Ktoś z nami nawiązuje współpracę, każdy wie, kim jest i dlaczego robi to, co robi. A może się znowu mylę, może nie ma w nas normatywnego poczucia obowiązku, może staranne funkcjonowanie możliwie jest, kiedy mamy więcej alternatyw? Kto i jakiego wsparcia potrzebuje? Konieczny nacisk na łączenie obrazów z myślami, medialne przejście do punktów stycznych, do sfery zainteresowań literatów, historyków, grafików, malarzy innych potencjalnych odbiorców. Uczestniczmy w tworzeniu, pobudzamy i przekonujemy znajomych, znajomych ich znajomych, masło maślane? Tak, wiem, dużo tych pytań, niewiele odpowiedzi. Próbuję siebie przekonać do systemu medialnego. Takiego idealnego, który przyciąga do siebie ludzi wspierających się. Takich, co poruszają w nas odpowiednie struny i działanie przed duże "D". I nikt nic nie chce ugrać, przegrać, dograć. Humanitaryzm pod każdym względem. Więc jak to z nami jest. Media zmyślają, czy są prawdziwe, czy potrafimy sami ocenić dzieło sztuki? Dostaję obraz od wybitnego malarza i nie wiem, co powiedzieć, raptownie skończyły mi się słowa, a w środku czuję niepokój, zdominowało mnie przekonanie, że nie potrafię się obronić przed manipulacją. To jest dobre Małgorzato, dobre, wybitne, jeszcze kiedyś wspomnisz moje słowa. Zostałam wysterowana i nie wiem, kto bardziej się cieszy popularnością, malarz czy owe dzieło. Przynależność do odpowiedniej grupy ludzi kształtuje naszą opinię, więc czy to dzieło rzeczywiście przetrwa próbę czasu? Dlaczego i kogo próbuje wykorzystać artysta? No cóż, jesteśmy, myślimy, może i ktoś ma na nas silny wpływ. Na mnie ma na przykład kawa, i rum z colą. W jaki sposób ugruntować w sobie przekonania? Należy zidentyfikować czynnik i podjąć w sobie decyzję. Tak, albo podoba mi się, albo nie, to nie. Inna sytuacja. Istotną rolę odgrywa tutaj grupa ludzi, która teoretycznie lubi się, a przynajmniej powinna. I co? Otrzymują coraz częściej sprzeczne informacje, nie podejmują wysiłku, żeby te niespójności wyjaśnić, tylko od razu kończą współpracę. Komunikacja budzi nasze zainteresowanie, ale zarazem niechęć, ta niechęć stwarza w nas nową teorię i tak dochodzimy do wniosku, że niezależnie, ile byśmy z siebie dali innym, to jest bez znaczenia. W odróżnieniu od efektów medialnych, obserwatorzy nie zwracając uwagi na czynniki, określą w sobie zupełnie inny obraz i nie mam tutaj na myśli obrazu olejnego. Jesteśmy skazani na niezrozumienie, bardziej lub mniej spektakularne, ale jednak, to wciąż nieporozumienie. Artyści odwołują się do swoich dzieł, nazywając je sztuką, niezależnie od techniki wykonania, analogicznie pisarze, poeci, krytycy, filolodzy itd, Każdy kwestionuje się wzajemnie. Niektórzy mocniej, masowo, inni na swoje tablicy fejsbukowej, w końcu to też narzędzie medialne. Zmęczona jałowością tej powszechnej medialnej strawy, chociaż jestem jej częścią, nie daję wam wytycznych, nie naciskam, nie o taką komunikację sprzeczam się w komentarzach. Akceptuję decyzje moich przyjaciół, znajomych, jest we mnie wiele empatii. Jednak coraz częściej nie rozumiem tych wszystkich uogólnień, zwrotów akcji, odchodzenia, wychodzenia, porzucania mnie samej sobie. Nie chce mi się już.


Felieton ukazał się w 7 numerze eleWatora

niedziela, 1 grudnia 2013

Konsekwencje sztuki i masowość

eleWator 6
Jestem w czarnym humorze. Pewnie znajdzie się ktoś, kto zauważy: przecież zawsze jesteś w czarnym humorze. Ale dzisiaj jest czarniej niż zwykle, malarz wie, ile jest odcieni czerni. Piotr Pasiewicz szczególnie. Czerń jego symboli sprowadza na mnie mrok. Czy jest jakaś alternatywa i można go jakoś scharakteryzować? Stworzyć sztukę teatralną opartą na industrialnych motywach, wprowadzić przedmioty umiejscowione, nazwane i oglądać je w tym samym czasie w pustostanach i pojmować ahistorycznie? Pasiewicz nie wpisuje się w sztukę masową. Zmusza odbiorcę do myślenia, podczas wyodrębniania nowego świata, w dynamiczny sposób uczy odbiorców oglądania i rozumienia jego twórczości. Wodzę oczami za jego ręką, która nie zakłóca swoją obecnością, a wręcz pociąga. Czekam na kolejną definicję, strukturę skóry, kształt nosa. Piotr ma niezwykłą skłonność do przedstawienia amorficznych postaci, które wiążą się percepcyjnie w ludzki organizm. Opieram się o czynniki biologiczne, historyczne, społeczne, w tej czerni symboli jest wszystko. Strach, a za chwilę eliminacja tego uczucia, przez dodanie czerwonej barwy, która rozpala i rozrywa. Nacieka treścią, nie jest to treść łatwa, chociaż skonstruowana z kresek, i co najważniejsze, nie jest dziełem masowym. Nie ciąży, niektórym może wydawać się hermetyczna myślą. Za kilkadziesiąt lat ikonografia świetnie sobie poradzi z twórczością Pasiewicza. W końcu rozwija się w opozycji do wyrazistych form, adaptuje do swoich celów pustostany, towarzyszy awangardzie, robiąc z niej bardziej przystępny i zrozumiały kierunek w sztuce . Kto nie zna, niech poszuka. Kto nie rozróżnia kolorów, niech nie szuka. Kiedy natura już zostanie zdefiniowana i ontologicznie każdy z nas oswoi się z nią, wtedy może usiąść w fotelu z kawą, albo z winem i może się gapić i wartościować dzieło, które nie przypadkiem zawisło na ścianie. Sprawił mi Pasiewicz wielką radość, mam tę zaletę, że nie jestem estetycznie ułomna. Oceniam dzieło sztuki i czekam, aż wypłynie w szerszym zjawisku. Mam niestety również obawy! Obawy, że masowość rywalizuje z niszowością, i tę drugą spycha, jakby rywalizacja była podniesieniem masowości do jakieś wyższej rangi. A dlaczego tak, a nie inaczej? Jest jeszcze inny rodzaj mroku, który wzbudza emocje, powoduje, że człowiek wrażliwy zaczyna poszukiwać impulsów, które odnajduje po Ciemnej Stronie Mocy. To żadna irracjonalna nazwa, jedynie audycja muzyczna, do której z różnych powodów przywiązałam się, tak jak Pasiewicz do czerni. Niewątpliwie piosenki są najbardziej popularne, niewątpliwie wzbudzają najwięcej zainteresowania, niewątpliwie ich intensywność, kiczowatość jest przyczyną mojego rozżalenia. Rozżalenie i obawy mają raczej charakter etyczny, ponieważ łączą się z czynami ludzi, którzy odpowiadają za związek mediów ze sztuką. Ponieważ ich irracjonalne działania doprowadziły do tego, że dostarczają niewłaściwych wzorców, spychając w mrok nocy wartościową audycję, takie działanie nazywam - antyspołeczne. Przenika mnie taka refleksja, że masowość, niezależnie od uczestników, którzy biorą udział w edukacji młodzieży, ma wpływ na część mojej rzeczywistości. Konsekwencje masowości odczuwamy każdego dnia, to wszystko prowadzi do rozwiązłości, i wciąż dziwi mnie, że analiza socjologiczna słuchaczy nie została wzięta pod uwagę. I tak nie identyfikujemy się z postaciami nastawionymi na zysk, chcą dostać to, co im się należy. Nasiąkamy emocjami i śledzimy nasze upodobania muzyczne, wartościujemy skalę masowości w ulubionym radiu, próbujemy sobie wyjaśniać. Tylko, co tu jest do wyjaśnienia? Otóż, kierowanie uwagi skutecznie dobiera się do naszej wyobraźni, ktoś powiedział, że pojawi się muzyka uniwersalna. Czyli co? Disco-polo? W takim wypadku reakcje słuchaczy są łatwe do przewidzenia, koniec końców, emocje powtarzają utarte formuły, i znowu zepchnięto ukształtowane preferencje odbiorców, by w to miejsce upchnąć masową sztukę techno. Niech mi ktoś wytłumaczy, do czego ludziom techno o północy z soboty na niedzielę? Jak się bawią niemieckie elity w klubach nocnych? Sugeruję, że ta wartość jest zbędna, chociaż ścinanie głowy niektórych ubawiło do łez. W każdym razie masowość nie jest pożyteczna, nie pozwala zrozumieć i rozwikłać żadnej z teorii, która dąży do ujarzmienia emocji. I kiedy tak naprawdę słuchacze angażują się, to odbiera im się, to, co lubią, jakby wszystko było fikcją i to, w co wierzyli, w ogóle nie istniało. A przecież nie chodzi o film s-f, tylko audycję radiową Aleksandry Kaczkowskiej, której głos przenika do myśli, staje się wzorcem zajmującym i budującym przyszłe pokolenia słuchaczy. Wierzę w prawdziwość, twierdzę, że można wywołać w ludziach potrzebę wartościowania. Ola posiada taką zdolność. Zjednywania w odnajdywaniu muzycznych preferencji, skupianie wokół siebie ludzi reagujących podobnie, wrażliwych i obejmujących niszowe zjawiska w sztuce. I pomyślcie, co by było z Troelsem Abrahamsenem, czy Sigur Ros, gdyby nie Aleksandra Kaczkowska. Jej zaangażowanie można śmiało zaliczyć do sztuki, do mojej teorii o niej i to absolutnie nie jest wadą. W związku z tym manifestujmy, nie dajmy się zalać masowości . Prace Piotra Pasiewicza oderwane od świata materialnego, pobudzające myśl krytyczną, przenikające percepcję, ułatwiają nam rozwój i pobudzają świadomość. I przenikający głos Aleksandry Kaczkowskiej, wyposażony w walory, które powodują, że nie masz dość. Tak, media kreują nowy poziom ludzkiej świadomości, pozostaję z nimi w konflikcie.

felieton ukazał się w 6 numerze eleWatora

poniedziałek, 7 października 2013

Niebieskie, zielone, brązowe

http://www.elewator.org/


Piszę z opamiętaniem. Pogoda myli pory roku, myli dni, miesiące. Zmyliła mnie na dobre, więc słucham muzyki i zapuszczam się w głąb internetowych galerii, muzeów, kupuję wirtualne bilety do Luwru i zastanawiam się ile imprez performancowych omijam. Dobrze, że chociaż mogę o nich poczytać, pogapić się w sieci bez opamiętania. Grupa ludzi na znanej stronie społecznościowej CMS dostarcza wolę życia w obrazach muzycznych – tak sobie siedzę i słucham, siedzę i czytam, siedzę i rozmawiam. Rytm oddechu wyrównuje się, dzisiejszej nocy znowu przeklnę bezsenność, znowu pogadam z owadami, ale nie będę rysowała im portretów, wystarczy, że robi to chłopak o wdzięcznej ksywie Kropki Kreski. Stłumiony szum wiatru, przelatujące ptaki, a może nietoperze, ktoś próbuje wyliczyć, ile szczeknięć mieści się w godzinie, ktoś przekonuje, że powinnam polecić na Islandię, ktoś nie widział zdechłych ryb. Mnie wystarczy zapach trawy, przecież nic nowego się nie dzieje. Nie zobaczę obrazów Rothko, to jeszcze nie ta pora. Chociaż iluzoryczna mgła pod wpływem słońca różowieje, i składa się z rzeczy ważnych, to trudno jej dotknąć. W płucach osiada główką w dół, naciska dokładnie w tym miejscu, wtedy myślę o dole. Niebezpiecznie często zbliżam się do szklanki, którą wypełniam różnymi trunkami; Paddy – pusty i zutylizowany w kontenerze na białe szkło. Jak tam wasze kontrakty śmieciowe?! Temat jak każdy inny, można go podciągnąć do sztuki, sztuki utylizacji. Dzięki segregacji studenci wzornictwa będą mogli odzyskiwać skórzane torby, ciąć w paski i wyplatać z nich siedziska do ogrodowych altanek. Albo z petów konstruować szezlongi, na których kolekcjonerzy będą się wylegiwać, a cień lampy z koła od roweru wydłuży się i ktoś pstryknie niezwykłą fotografię, dzięki której wygra prestiżowy konkurs. Początkowo myliłam te wszystkie czynności. Dzisiaj myję papier po maśle, bo wiem, że ktoś tam na drugim końcu miasta weźmie do ręki ścierwo i wrzuci do odpowiedniego pojemnika. Nie wiem o tym zbyt wiele, ale tak to sobie wyobrażam. Płuczę butelki po mleku, pojemniki po jogurtach. Moje śmieci są czyste, chociaż dłonie w desperackiej rozpaczy – czy moglibyście zrobić coś dla studentów wzornictwa? Płuczcie te cholerne pojemniki po śmietanie! Aby sprawa była jasna, z pojemników będzie kwietnik, albo inne wizualne coś. Innymi słowy chodzi o wychowanie na nowo. Wypuszczam w końcu powietrze, musiałam zasmakować po raz kolejny tej mgły, by ustalić skąd pochodzą głosy i jaki kolor zdmuchnie lampę, jeżeli wsadzę palec w kałamarz. Zdaje się, że plamy na obrazie uwiązane są jak pies sąsiadów, trudno jednocześnie poruszyć głową. Plamy symbolizują żal, gardło kurczy się jak szalone, poddaję się. Gumowe worki wypełnione wodą, a język suchy, szorstki jak bibuła, którą dzieci wyklejają obrazki na lekcjach plastyki, srebrnymi bąbelkami ciągną się ścieżki powietrza, za nimi sznurki pędów. No cóż, poszukiwanie prawdy jest jak związek chemiczny, artyści mogą popsuć wszystko lub spowodować, że narodzi się nowy kierunek – kontakt ze światem zewnętrznym kończy się albo zaczyna. Wciąż tyle rozwiązań, podejrzliwie wstrzymuję oddech, biorę parasol, chociaż silny wiatr gwałtownie podrywa się i za chwilę opada. Irlandio, och proszę. Siadam na progu i przyglądam się przechodniom, malowanym ptakom. Bilet w jedną stronę ma swoją wartość. W rzeczywistości każdy tutaj śpiewa po swojemu. Mimo cienkich podeszew nie odczuwam już różnic w grubości kamieni, chodzi się tak samo. Dniem i nocą. Dlatego podpisuję kolejną umowę na wywożenie śmieci i mówię podwójnym językiem. I chociaż nie mam telewizora, w wolnych chwilach idę pogadać z sąsiadką o kinematografii, później przystępuję do dzieła. Z odzyskanych cegieł układam kształt drogi, która prowadzi do samouświadomienia. Pozostaje jeszcze kwestia kółek, które zapadają się w mokrą ziemię, z trudem wyciągam na jezdnię zielony kubeł. Później przejedzie autobus, po nim chłopaki opróżnią pojemniki. I tak skutki erozji odczują późniejsze pokolenia. Jednak coś pozostawię po sobie, coś. W całej tej historii najważniejsze jest myślenie o innych, później o sobie.


Felieton ukazał się w 5 numerze eleWatora

czasopismo dostępne jest Empikach i na stronie wydawnictwa Forma

w tym samym sklepie przy okazji można kupić moją książkę :P

wtorek, 25 czerwca 2013

eleWator 4 - Wedle indywidualnych wzorców

Raj podatkowy, widok absurdalny, podstawianie osobowości w pewnym zniekształceniu. Kryzys plastyczny. W którym wymiarze znajdują się artyści? Ich senne marzenia zalegają na płótnach w zlikwidowanych galeriach. Raju podatkowy, konflikcie naszych interesów, no może nie naszych, ich! Gdzie jesteś? Fenomen takich rozwiązań doprowadza państwo do upadku. Jesteśmy na krawędzi. Na krawędzi artystycznego dna, ekonomicznego, kulturalnego. Potrzebuję myśli, ruchu, wymiany poglądów na temat sztuki. Z tego i tak nic nie wyniknie, ale utrzyma przepływ idei. Nie nie, nie ma działania we wspólnym interesie, nie ma wspólnoty, w dowolnym momencie można wyjść i osłabić jeszcze bardziej ten wirtualny świat. Czy ktoś mnie do czegoś zmusza? Pamiętam taki obraz, który namalował mój znajomy malarz. Najpierw wydawał się dość prosty, poza samą fascynacją techniką wykonania nic tam nie widziałam, ale warstwy były imponujące. Przenikanie kolorów – tylko jeden procent uzdolnionych ludzi tak potrafi. Przeważnie nawet ich nie interesuje, co ja tam sobie myślę i z czym łączę, powiązuję moje obrazy. Taki specyficzny konflikt interesów, żebym przypadkiem nie obsmarowała jego obrazu czerwoną farbą. Rekompensuję sobie nasze rozmowy i wieszam na ścianie reprodukcję. I nie jest to bezcelowe działanie ani przypadkowe. Projektuję w głowie obraz, może kiedyś w tym miejscu zawiśnie oryginał. Wyraźnie każdą myśl łączę z punktami, wiążę węzły i przepływam energetycznie między liniami. Napięcie, które rośnie w tym miejscu mogłoby zasilić lampkę nocną w sypialni, ale konflikt między jaźnią a tym, co nazywamy techniką jest zbyt wielki. Opadam na kanapę bez siły na odłączenie i przyłączenie. Świat bez kontroli jest takim światem, w którym każdy wszystko może. Więc obserwuję serwis artystyczny, w którym artyzmu niewiele, jedynie pacha jednej z organizatorek zjechała poniżej pępka. Portret, na który patrzę, jest zniekształcony. Pacha tu, a pierś na plecach. Pomysł goni pomysł. Nie mam w sobie tyle empatii, żeby się zachwycić. Znajomy malarz zarzuca, że powinnam nad tym pracować, a mi się przypomina tekst z komedii, empatia jest zbyt abstrakcyjnym pojęciem, abym postanowiła coś z tym zrobić. Upowszechnianie podobnych imprez napawa mnie zgrozą, kurator wystawy sprawia wrażenie osoby myślącej, a jednak ludziom potrzeba elektrowstrząsów. Halo, halo, dlaczego czekamy na kolejne denne książki, dobrze namalowane, ale źle napisane? W chwili zrozumienia tej kwestii każdy powinien mieć autentyczne rozterki. To wielka wartość w tym świecie – umieć rozróżniać i uchronić siebie przed kompletnie zafałszowanym przedstawieniem wartości literackiej poprzez obraz. Puste te przepływy, puste i koszmarne. Kosztem pozostałych nabitych w butelkę. Obrazy nas ogłupiają, wywołują ukąszenia. Wirus twórczy, który się rozprzestrzenia, sprzyja głupocie współczesności – ludzie leczą ignorancję, a tak naprawdę zafałszowują odczucia. Jest ładne, ale żadnej w tym wolności, wirus mutuje i za jakiś czas nikt już nie odróżni kiczowatej rozlanej akwarelki od potencjału twórczego. Tak, to moje kasandrzenie spełnia się od co najmniej dwudziestu lat, więc proces zachodzi, bez mojej obecności, bez podtekstów. Ostatecznie wykorzystamy miejsce, w którym wykorzenione pokolenia zaczną rozumieć więcej, może zaowocuje to kolejnym paradoksem. Miłośniczka malarstwa zada pytanie twórcom i zaczną od nowa dopominać się o swoją młodość z wykorzystaniem elementów dotąd pomijanych, czyli nauką, która z dystansu jest jedynym i możliwym elementem, na którym warto się oprzeć. Dopiero rozumienie słów daje możliwość wykonania pracy. I nie ma znaczenia, czy to będzie obraz, czy pozbawiony liryzmu felieton. Spróbujmy się zdystansować do swojego wychowania, i nie chodzi tu o wychodzenie z domu, a jedynie spojrzenie na obraz bez tego procesu, który zapoczątkowali w nas przedstawiciele płytkiego hedonistycznego pokolenia, które spamuje, organizuje spotkania masowo, niegramatycznie, w którym brakuje przemyśleń i generalnie ci ludzie pieprzą bez sensu. Wypada tu wspomnieć, że brak talentu nadrabia się ogłupianiem ludzi, oznaczaniem ich na kiepskich obrazach, opatrując przy tym hasłami z tanich medialnych oper mydlanych. Urasta to wszystko do rangi Imperium, więc pozostaje mi jedynie czekać, aż spłonie. 


http://www.elewator.org/archiwum/nr-4-22013-kwiecienczerwiec/


numer już w empikach

lub do nabycia na stronie WYDAWCY, w numerze świetne grafiki Piotra Pasiewicza, wiersze Świetlickiego, Honeta. Felieton mój, Niewrzędy, Noil Branc'e i innych interesujących ludzi, aaa Monika Petryczko napisała ciekawy tekst o płycie Bonobo, i dalej czytam i czytam

niedziela, 7 kwietnia 2013

Nieprzerwane pozowanie światłościanów




Mam w pamięci wiele obrazów, śledzę artystów, poluję, zapisuję. To nie są produkty z certyfikatami, takich nie znoszę. Tak samo obrazy Muncha - obrzydły mi z powodu różnicy temperamentów autorów ekfraz. Nie lubię powszechności, lokowania patriotyzmu w drzewach, tkwienia i wzorowania się. Poczucie przynależności jest tu zupełnie obce. I kiedy widzę, jak ludzie na siłę domagają się należnego im miejsca, upodabniają się, odwzorowują znaki, litery, słowa, kiedy semantyczny kod staje się usystematyzowany, a wszystko co nie zostało wyuczone, jest nieważne. Odczytanie tekstu, którego kod jest nam doskonale znany to bułka z masłem, dżem truskawkowy. Tyle, że dżem jem tylko z truskawek mojej mamy, wysmażony i doprawiony dla mojego podniebienia, sorry, ale żadnych podróbek z Biedronki, Tesco, czy Lidla. Propagowanie poezji to przecież żadna konieczność, może jedynie działalność wspierająca. Tysiące ludzi pisze i mówi w niezliczonych językach, ciągle jednak o tym samym: o nowoczesnych tendencjach, o cyklicznych zjawiskach, wypadkach samolotowych, związkach partnerskich... Kulturowość trudna do uniesienia. Nawet nie próbuję zrozumieć, bo jaki zasięg terytorialny określa poetę? Przepraszam, wychodzę. W zasadzie rozproszenie jest niekorzystne dla każdej ze sztuk. Ta iluzja realności w niektórych wierszach, obrazach, muzyce sprawia we mnie pomieszanie sztuk. Wieszam obrazy na ścianach, słucham Abrahamsena i czytam nadesłane powieści. Troels Abrahamsen jest genialnym muzykiem, kompozytorem, jego barwa głosu świdruje zmysły, przekracza realność, idę dalej, dalej niż weszłam czytając Kunderę, Ashbery'ego czy Borgesa, dalej niż Ginsberga. Abrahamsen ze swoją muzyką stał się w mojej rodzinie nadrzeczywisty. Przestrzeń wypełniają idealne proporcje wszystkiego, ten facet mi się nie nudzi. On pobudza, wyrywa, kreuje - tak wyglądam „od kuchni”. Całe to gadanie o wizerunku, przemocy, wyzwolonej wyobraźni. To tak nie działa. Jest Troels, ja jestem, litr kawy, pudełko biszkoptów w czekoladzie, czasami wymieniam na pleśniowy ser i czerwone wino, znowu podnieśli VAT na alkohol. Są nosorożce, ja jestem - przedzieram się przez pancerz, układam w szczegółach, pustostanach, wypełniam rogi i tworzę fragmenty wnętrza. Mam właściwe warunki do uprawiania sztuki. Jakiejkolwiek. Rozumiem potrzeby ludzi, abstrakcję liryczną, te wszystkie grona erudytów, którzy są skłonni zdominować kulturę, sztukę, jednak mnie im się nie uda. Jestem zbyt skomplikowana, hermetyczna, wymagająca. Przepraszam.


wtorek, 26 marca 2013

Oburzeni



Za rogiem stoi wszystko to, czego nie umiem ustawić w mieszkaniu,
meble, które nie chcą ze mną współbrzmieć, obrazy za duże na moje ściany,
muzyka, która gra wyłącznie w głowie i nie płaci czynszu,
a ja między jednym terminem a drugim próbuję udowodnić,
że współpraca to nie jest tylko ładne słowo z prospektu,
lecz coś, co potrafi przetrwać dłużej niż sezon na dotacje.

Na siłowni mężczyzna patrzy na mnie jak na projekt do poprawy,
więc kładę się posłusznie na macie i podnoszę ciężar,
jakbym podnosiła własne ambicje, razem z krytyką, która ma kształt hantli.
Jestem coraz silniejsza, on coraz bardziej pewny,
że to jego zasługa. Nie wyprowadzam go z błędu.
W życiu, podobnie jak w sztuce, nie wszystko wymaga korekty.

Moi oponenci narzekają na brak reklamy, pieniędzy, uwagi,
jakby uwaga była walutą wymienialną w kantorze próżności.
Ten kraj, mówią, jest nieuważny. Może to prawda.
Może po prostu nie nauczyliśmy się patrzeć bez kalkulatora w dłoni.

Dystans, słowo brzmi jak tania metafora, a jednak dopiero z oddali widzę,
co było gestem, a co tylko pozą. Widzę, jak łatwo zamienić sztukę w autopromocję,
a czułość w slogan.

Dziś umarł Paddy. Nie po raz pierwszy i nie ostatni.
Paddy jest mężczyzną średniego wzrostu, ryżym cieniem w kącie kuchni,
szklanką z lodem, która nie stawia pytań. Nie zrzędzi, nie recenzuje,
nie wylicza sprzedaży ani odsłon. Po czterech porcjach odwagi świat mięknie,
a my, paradoksalnie, twardniejemy w swoich sądach.

To tylko mała stypa, mówię sobie, mała jak śniadanie z jajkami i bekonem,
które decyduje o tym, czy dzień będzie męski czy słaby.
Śmieję się z tego podziału, ale śmiech ma w sobie coś z obrony koniecznej.
Bo przecież dorosłość to nie mleko, które można odstawić, żeby nie zgęstniał umysł.

Za rogiem czai się pytanie: czy bycie martwym daje jakąkolwiek gwarancję?
Licencje, prawa, e-booki, języki bez ogonków, poeci szczęśliwi z każdego pobrania,
jakby ściągnięcie z sieci było nową formą zmartwychwstania. Ironia? Owszem.
Ale pod nią drży coś bardziej kruchego, pragnienie, by zostać przeczytaną nie z litości,
lecz z potrzeby.

Nie wiem, czy za pięćdziesiąt lat będziemy wspominać Zen,
czy liczbę znaków w poście, czy może śniadanie,
które ktoś komuś przygotował z czułością większą niż cały manifest artystyczny.
Chciałabym mieć wpływ na czyjeś życie tak delikatny i realny,
jak wpływ na smak sadzonego jajka, szczypta soli, chwila ognia mniej.

Malarze podobno dzielą się czułością łatwiej, pisarze muszą ją klarować
jak rosół z nadmiaru tłuszczu. A ja stoję między jednym a drugim,
z pędzlem w wyobraźni i zdaniem, które nie chce się skończyć,
bo boi się, że zostanie źle zrozumiane.

Za rogiem nie ma katastrofy. Jest zwykły chodnik, zwykłe światło,
może ktoś, kto czeka bez wielkich słów. Może tam właśnie zaczyna się to,
czego nie potrafię nazwać ani sprzedać,

szacunek do własnego chaosu, miłość bez publiczności,
oddanie, które nie potrzebuje certyfikatu.

Jeśli coś ma przetrwać, to nie statystyka ani moda,
lecz ten moment, w którym mimo ironii wybieram zostać.







niedziela, 16 grudnia 2012

Jeszcze przez chwilę o powietrzu



Jeszcze przez chwilę o powietrzu

Jestem daleko od ludzi. Blisko krów, owiec, koni. Jedni marzą o takiej chwili,  inni nie dopuszczają myśli, że mogliby opuścić centrum miasta. Kulturalnego centrum. Trudno mi sprecyzować, co znaczy kultura, czy w ogóle coś dzisiaj znaczy? Może chodzi jedynie o wypicie kilku piw, a może o teatr, koncerty, galerie? Z pewnością nie galerie handlowe. Prawdą jest, że niezależnie od tego, czy wierzę w siebie, czy nie, mieszkanie na wsi pomaga podejmować ryzyko odosobnienia. Spotkania grup literackich, znajomych, wspólne rozmowy, sądy, osądy – tylko przez kilka chwil było fajnie. Jestem tym zmęczona. Ta szczelina, w której niepozorność wymościła miejsce, bardzo mi odpowiada, tak, bo jestem poetką niepozorną. Nie uważam, żeby było coś ważniejszego od mojego samopoczucia. Ważniejszego od widoku owiec. Może jedynie widok oceanu, ale z tym muszę zaczekać. Kto z was spotkał tego jedynego autora wiersza, który żyje? Kto z was zechciał go poznać? Zatem zaszło nieoczekiwane odwrócenie, spotkałam się w Warszawie z czytelnikami i czytelniczkami. Akurat one nie pisują poezji, a jeżeli nawet pisują, żadna się nie przyznaje, no może oprócz tej jednej. Jednak rozumiem i szanuję niechęć do odkrywania siebie. Do czytania wierszy niezbędny jest pewien rodzaj wrażliwości, bo to właśnie wrażliwość popycha nas do sięgania po słowa. Wiem, że emigracją skazuję siebie na zapomnienie. Poeta nie spotykający się z czytelnikiem z czasem i tak zostaje odrzucony przez środowisko. A jakie jest to środowisko? Każdy odpowie sobie sam. Mnie już nie ma, tak zwyczajnie, po ludzku. Tak, zamieszkałam na prowincji, żałuję, że mnie już nikt nie pozna, bo kiedy inni opuszczają wyspę, ja na niej zapuszczam korzenie.