Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Analizy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Analizy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 czerwca 2014

Aleksandra Słowik "Pomiędzy kwartałami śpieszył się i zwlekał"



Daras Bareya

Po dwóch stronach


I nic się nie stało. Wyjechałam na wieś z miasta, które zawisło do góry nogami. Wracam tam, kiedy mam ochotę:

przeczuwam
mierzę
miasto
zasklepione we śnie
śmiertelnie ciche
nieme
w jasnoszarym powietrzu
dzień nie rozbudził jeszcze

swoich zwłok./Axis urbi - moment/

Aleksandra Słowik dedykowała tomik Tym, którzy mieszkają po wewnętrznej stronie. Od razu przypomniałam sobie książkę Neila Gaimana Nigdziebądź, którą czytałam przed laty. Gdzie świat magii urzeczywistnia się, a ludzie rozmawiają ze szczurami, są niezwyczajni, inni, a tacy sami. Bardzo lubię czas po wewnętrznej stronie. Dotykać ziemi, bruku, liści. Spacerować nocą w miejsca, od których stronią inni. Widać jedynie ich profile. Ciemne podwórka, obskurne kamienice, kąty, a w nich czają się bezdomne koty. Kogo podglądam w wierszach Oli? Siebie. W chłodny, deszczowy dzień. Wyobrażam sobie hotele, pojedyncze ulice, skrzyżowania i zastanawiam się, kto przechodził tędy przede mną. Ola nie ogranicza się do miast dobrze mi znanych. Opisuje i te, które toczy choroba, wielkomiejskie szmugle, figle i zupełnie nieznane, do których wciąż szukam połączenia. Wiele w wierszach znaczeń, tropów, esencji. Za nimi zawsze stoi człowiek. Miast nie byłoby bez ludzi, bez ich determinacji, ciekawości, pomysłowości, chęci odkrywania. Błądzę więc po lotniskach, gubię się we mgle, a kiedy nalewam whiskey do szklanki czytam:

Z uniesienia ręki
błękitny
zarys
żyły;

wypływa rzeka z jeziora Uigeadail wprost do morza
przy destylarni Ardbeg. Zbieg okoliczności
na kilka domów i bar. /Islay/

I rozkoszuję się smakiem, czuję w sobie skamielinę, to jest właśnie wewnętrzne podróżowanie. Wejść tu, wyjść tam. Trzymam na półce pamiątki z Barcelony. I proszę, są teraz jakby bliżej. Wspomnienia układają się wersami z wierszy. Nie muszę naciskać samowyzwalacza, nie muszę wychodzić z domu. Nic nie muszę. Poezja Oli to składniki miejsc i proces poznawania. Towarzyszą mi różne schorzenia, przystanki, odpływy, przypływy. Jestem w moim Nigdziebądź Olu. Drapię ziemię, dotykam dusz, o których wspominasz. Przekopuję kwiatki, identyfikuję się z mieszkańcami, albo uciekam. Przechodzę z domu do domu. Zapisuję numery. Jest to niezwykła książka. Naznaczona powidokami, zapachami, ziołami, smakiem wina. Mogłabym zidentyfikować przynajmniej kilka miejsc, w których mieszkałam. Przyglądam się temu, co ludzie stawiają na stołach, wieszają na ścianach, jaki oglądają film. Jestem współobecna w tych lirykach, w kadrach, pod językiem spacerowiczów. Patrzę ich oczami. Dziwię się.

Kto tam? To morska trawa kwitnie w materacach,
zapyla czas. /Dom VIII/

Wiersze weszły we mnie, tak jak ja wtargnęłam na skrzyżowanie. Nie od razu zrozumiałam, co do mnie mówisz. Nie od razu poczułam metafizyczną konsumpcję miejsc. Pustostany, dzielnice trawione bezczasem. Mogłabym podążać z mapą, jednak przyglądam się zgniliźnie, tonom śmieci. W wierszach mieszają się śpiewne trele ptaków, z odgłosami drepczących ludzi. Ożywienie poszczególnych placów, ład miesza się z nieporządkiem. Kiedy cierpiałam na bezsenność, wydawało mi się, że świat zmierza do samounicestwienia. Trwałość przedmiotów nie była tak oczywista, jak kruchość życia. Po lekturze wierszy, ciągłym przekraczaniu progów, krawężników, zakrętów, uświadomiłam sobie skąd brały się lęki. Pewnie to absurdalne, ale wielowymiarowość myślenia, odchodzenie od jednego istnienia w drugie, wydaje się czymś naturalnym. Jestem teraz na przedmieściach czasu teraźniejszego. Wciąż myślę o ludziach, których spotkałam, o tych, których spotkam. Tworzę własne miasto. Kupuję nowy dywan, lampę. Ktoś w Kanadzie maluje nosorożce, inny wyplata z wikliny kosze. Dziewczynce spod czwórki wypadł ząb. Czy przeraża mnie jałowe życie? Jaki jest sens mojego bycia tutaj, a twojego tam? Gdybyśmy mogli przemieszczać się tak szybko, mogłabyś teraz napić się ze mną kawy. 

Tak życie odłupuje się od nas kwartałami.
w miejsce świętych przysiąg budujemy miasta,
zakładamy cmentarze. Pilnujemy granic, gdy kłamie obietnica.

Nie przysięgajmy na nic.
Na nic poza urnami wysianymi do morza. /Dziesiąte/




środa, 23 kwietnia 2014

Wyimki z listów

Hugo Giza


Koniec stycznia

Powiedziałaś, że ręce tamtego mężczyzny wykonują wolne ruchy,
jak niekończące się gadanie kłamców. W końcu patrzysz w oczy,
w nich odpoczywa kolor zaufania albo za mgłą, świat wyzysku,
kpin, fajerwerków. Zdążysz się zorientować, zatniesz w sobie
albo na zewnątrz. Przez tydzień popiół będzie spadał na ramiona,
aż wyjdzie słońce, mróz ustąpi miejsca nadciągającej burzy.

Fałdy skóry możesz wiązać lub zszywać, widzisz człowieka zranionego,
niekiedy cię to cieszy, innym razem mętna figura zmienia się w tysiąc
ładunków wymienialnych na euro. Wypełniony podtekstami, suchym chlebem,
urojeniami, czekasz, aż ktoś poprawi ci nastrój. Wyrzuć z siebie lęk,
gumowe kółka wokół ran na kostkach, uwolnij stertę balonów, Baalów.

Ryczę, krzyczę, potem jeszcze piąty raz, do niczego to nie prowadzi.
Do pustki, wyciśniętych myśli podejrzliwie układających się na śniegu.
Kontrast pozbawia przyjemności rybaków, siedzą w barze,
tutaj życie nosi nieznane nazwy. Puls, widoczny w oceanicznej pianie,
unosi samobójców, ich palce, rozbite głowy. Skała ma kolor czerwony,
jak u wybrzeży oniemiałego morza. Kwiaty na moim ręku więdną
i nie wiem, komu jest łatwiej.

Sas: Ciekawa, poetycka opowieść. Udana kontynuacja typu poezji symbolicznej. Wiersz świadczy o ukształtowanym sposobie wyrażania emocji autora. 


Zawartość

Podarowałeś mi wnętrza wysp, statki, łodzie, ozdoby kobiet, ale nie rozróżniasz
smaku pleśni o magicznych formułach dziedziczonych w linii ojca. Kiedy krzyczą,
zatykam uszy, nie ulegam modom, regularnie ścieram kurz z książek i albumów ze zdjęciami.
Pamiętam przejścia, boczne drogi, kilka imion wyskrobanych z cmentarnych tablic.
Krewnych ustawionych według wzrostu, aby mnie dotknąć, włosy wpleść w ręce
i zmienić się w powietrze.

Rzeki przebiegają przez granicę pomiędzy drzewami, pobudzają
jasność umysłu nanoszoną przedmiotami, świadomością płci.
Opuchnięte powieki, złożone dłonie, wiara głośniejsza niż przekupka
na rynku w dzień handlowy i płacz, inny od pochlipywania ryb,
więc słyszalny przez ludzi, mocniej przenikający ocean.

Pytasz, co więcej mogę dla ciebie zrobić, żeby pokochać związki
karmiczne, poszarzałe nadbrzeża, cierpliwie zbierane nauczki
z nieustannych zaproszeń na śluby i pogrzeby, wiem, że oprócz wanny
w torbie, młotka i cieni pozaziemskich bohaterów, noszę w sobie
bezkonfliktowy związek. Totemy i radość z odrębnych gatunków snów.


Sas: Konsekwentne utrzymywanie jednorodnej szaty stylistycznej odzwierciedlającej jedną z cech listu poetyckiego i konsekwentne przedstawianie portretu podmiotu lirycznego – to wartości, które są w tym tekście należycie zrealizowane. Dojrzałe i jakże modne opisywanie świata przedstawionego (myślę o modzie na sygnalizowanie przedstawianych elementów świata przedstawionego bez ich epickiego wypełnienia) sytuują Panią w gronie Poetów ważnych, ale to Pani wie.


Najprawdopodobniej w sklepie z galanterią

Nie pytaj, co to za miejsce, ile znaczeń przychodzi do głowy,
przy workach z piaskiem, zapach skóry, posągi bogów, ładniejsze błyszczą się
niedorzecznie, właściwie nie wiem, ile w nich uśmiechu, a ile śmiechu.
Smak lata na ramieniu, już nie dręczy lękiem, choć popełniam błędy
dzień po dniu, na widok futra czuję żal do śmierci, obdarcia.

Nie możemy być nadzy, niepojęci albo niezgłębieni, podobno każdego wieczoru
jest inaczej. Wczoraj, tuż koło serca poczułam topniejący lód,
jakbym była podłączona do źródła niepokoju, gdy napełniałam dłonie wodą,
spijali z nich dobrzy i źli. Jedni zapominają, drudzy pieszczą ślady
na tablicy, ryją, przekraczają rozsądek próbując zawładnąć myślami.

Wycinam krawędzie, zaginam rogi, pozwalam wam usłyszeć
mój śpiew, niewyraźnie mruczę, wieszam na szyjach zwierząt dzwonki.
Niby są płochliwe, nieustannie się wiercą, niektóre skomlą, pies śpi.
Bardzo trudno zdjąć z siebie wzrok, bujne i ciemne twarze
wypalone słońcem. Niskim głosem wymawiamy przenikające do szpiku słowa.
W pamięci czekają nas miejsca z pozoru nienaturalne. Nocą, uczepieni siebie,
ślepo ufamy niewiarygodnemu.


Sas: I jeszcze – poprzez skumulowanie tych inicjacyjnych elementów obrazotwórczych (od szczegółu do ogółu) Pani teksty zyskują na ekspresji i filozoficznej refleksji, niestety starą metodą prowadzonej (Nietsche czy Wittgenstein zainicjowali odchodzenie od spójnego opisu). 


Jedna z zatok Atlantyku

Lubię twój śmiech, banalne wyjścia, wstążki wplecione we francuskie
warkocze, ale nadal brakuje nam pięciu minut. Każdy ruch przy zapalonych
świeczkach sprawia, że odwracamy się do siebie plecami. Ptaki bez kasków
lecą na głowę. Zamykam oczy i widzę twarze, których nikt nie pamięta,
docierają głosy, dłoń pnie się na budzik, siadam.

Czy to jest chwila przed śmiercią, czy tuż po? W tamtym domu łatwiej
mi było zapominać, czasem tracić mowę. Przy ryku silnika ludzie siedzą
spokojniej pod drzewami. Może tam będzie jak w naszym życiu, skarga za skargą,
szklanka wody przed snem, papieros po seksie. Zziębnięta wychodzę z łóżka
i zaczynamy od początku.

Szukam okularów, poręczy, telefonu, czegoś, co mnie zaprowadzi, nieważne dokąd.
Grymasy, gesty. Odwrócony plecami, nagi od pyłu w dziurawym powietrzu,
dławisz się, zamiast poczuć zapach ostatniego wieczoru. Są takie chwile
poza milczeniem. Słucham i oddycham.


Sas: Złączenie Erosa i Tanatosa, prawie niezauważalne przejście z jednego do drugiego jest na pewno wartością, ale nie dla mnie, gdyż uważam, że ostra granica znaczeniowa dzieli te sfery. Wiersz jest tak samo narracyjny, jak wszystkie nadesłane – słowem mamy do czynienia z pewnym formalnym porządkiem w tej propozycji, za każdym razem realizowanym z tym samym dystansem, kalejdoskopowym skrótem świata przedstawianego. Czuję solidne rzemiosło. W warstwie językowej potrafi Pani wykorzystywać instrumentację głoskową, która z jednej strony wpływa na melodykę z drugiej na zderzanie ze sobą pojęć, poprzez to czasem zaskakujące mnie skojarzenia (balony/Baale z pierwszego wiersza czy z tego wiersza, bardziej konwencjonalne gesty/grymasy). 


Zaczerpnięcia

Jeśli musi pan zostać, przyjrzyjmy się
podwójnym kokardom w trampkach. Deszcz spada
na wyblakłe nazwy domów, dziury w chodnikach,
śpieszę się, odskakuję, wreszcie otwieram drzwi
i zatrzaskuję bajkę.

Brakuje mi bujanych cieni.
Sukienka ciśnie. Nie ma w tym logicznego związku,
powiedziałeś, wytrzyma jak koperta wypchana listami,
rozpisane maczkiem prośby. Moja droga, piękna Pani, mogłabyś
przyjść we wtorek, w południe. U mnie jest lepsze światło.
Spływa z ramion. Więc nie wiem czy żałuję rzeki,
czy pijących ramiączek.

Sznurowane buty, usta, gesty. Czarne tasiemki, myśli,
cerowane kolana i związane ręce. Czego chcesz, kiedy się zacinam?
Za plecami ściana, wbijam w nią głowę, w podłogę rozdeptane obcasy.
Proszę, zostań. Chociaż hałas od strony wody napiera
i gasną głosy. Opowiadam, dlaczego nie zostały wysłuchane.


Sas: Wyrafinowanie tego wiersza tkwi, moim zdaniem, w zachowaniu dystansu emocjonalnego w trakcie tworzenia narracyjnej historii miłosnej. Podmiot liryczny nie utożsamia się z bohaterką, niczym wrażliwy na stany, obrazy i skrupulatny w nazywaniu emocji bohaterki obserwator, znajduje się gdzieś poza i znając psychikę opisywanej postaci (element utożsamienia się z bohaterką) niezmąconym przez wzruszenie okiem przedstawia poetycki skrót uniwersalnego doświadczenia. Kontekst padającego deszczu podkreśla i romantyczny i heraklitejski charakter opisanej historii.


(...)zajmuję się poezją z innej strony, ze strony świadomego tworzenia wartości artystycznych, próby odpowiedzi czy takowe wartości są oryginalne. W Pani wierszach znajduję dojrzałe podejście warsztatowe, umiejętność wydobywania nowych sensów poprzez zestawienia podobnie brzmiących wyrazów (może takie określenie – brzmiące metafory - coś by przybliżało, ale to też metafora), umiejętność zachowania dystansu podmiotu czynności twórczych do przedstawianej treści i ulubienie tworzenia wydłużonych wersów, które tak udanie zaoferowali nam starożytni twórcy. Z tą epoką i z bardziej lub mniej udanymi kreacjami poetyckimi kontynuatorów wiążę też perspektywę z jakiej patrzy i z jakiej mówi do odbiorcy podmiot wypowiedzi – perspektywa boska (w skrócie). Świat obserwowany przez taki pryzmat jawi się jako widowisko, czasem przejmujące, czasem zabawne, na pewno powtarzalne (choć za każdym razem inaczej) i przemijające. (...)

*Sas - 1965, nauczyciel, pszczelarz, poeta, współtwórca grupy "Poet Poet", pisma "Karton", współpracownik pisma "Rita Baum", w którym prowadzi salon odrzuconych, zwany "Poczta Poetycka". Stale publikuje we wrocławskim roczniku SPP "Pomosty", co kwartał czyta wiersze z poetami ZLP w KMiL we Wrocławiu, od 2004 prowadzi happening poetycki na grobie Wojaczka, który zakończy się w 2015 roku. Zadebiutował w 2001 roku tomem "Komentarze". w 2014 roku 5 wierszy do muzyki Rafała Augustyna zostanie wydanych po polsku i angielsku w formie dodatku do Jego płyty. Zwolennik literatury zaangażowanej w sprawy doczesne.

środa, 26 marca 2014

Wyimki z listów

Rafał Babczyński

Czasami dostaję pytania.


Sas*: Jakie możliwości artystyczne otwiera dla poety posługiwanie się wersem dłuższym niż dwadzieścia sylab? 
Innymi słowy, co może zyskać przekaz poetycki zapisany prawie poetycką prozą?


Małgorzata Południak: Kiedy zaczęłam pisać wiersze, zapisywałam je krótką frazą. W prozie ciągnęłam wielokrotnie złożone zdania, jak myśli przed snem. Urywały się i rano nie wiedziałam, co dalej. Krótka fraza wynikała z pośpiechu, nie miałam konceptu na dłuższe myśli, obrazy. Robiłam się nerwowa, traciłam wątek. Dużo mówiłam, za dużo. Podróżowałam, wypełniał mnie chaos, przystanki, szybkie noce. Do tego stopnia, że myśli zapisywałam równoważnikami zdań. Po wydaniu książki okazało się, że czas na otrzeźwienie. Tamte wiersze zrobiły się odległe, stałam się małomówna, zaczytana, zajęta. Ucieczka w świat, który nie mieści się w dłoni, jest ciekawsza. Krok po kroku zaczęłam wypróbowywać różne warianty recepcji bodźców, przez które nie mogłam spać. Zrezygnowałam z tłumu wokół siebie, a rozbudzoną ciekawość kończyłam narracją, albo monologiem. Narracja daje poczucie wolności, pewien rodzaj decyzyjności.

Świadomość niebezpieczeństwa, że nie mieszczę się w przyjętym kanonie wydała mi się zwyczajnym truizmem, bo kto ma dzisiaj rację? Mieszkam w Irlandii, czytam Becketta, Joyce'a, Shawa, Yeatsa, etc. W Irlandii każdy jest poetą i muzykiem, jak w Holandii każdy jest malarzem, to nic nadzwyczajnego, wyjątkowego?! Nie współcześnie. Wielu moich polskich znajomych mówi do mnie, pisze, "skróć frazę", "pozbądź się słów", "zminimalizuj". Każdy przekonuje do swojego sposobu pisania, widzenia świata. Niewielu z tych ludzi spróbowało mnie poznać, niezrozumienie jest skazą, jest problemem czasu, w którym żyjemy. W moich wierszach zajmuję się odnajdywaniem pewnego modelu życia. Nie chcę nikomu dorównywać. Poszukuję harmonii, wewnętrznie mierzę się z tym, co mnie otacza. Tego się nie da wyrazić wymknąwszy się z biura, na światłach, na lunchu, czy w kolejce do kina. Jestem osobą śmieszną, ale zarazem potwornie despotyczną, całe życie zdobywałam nad kimś przewagę. Nie mogłam i nie chciałam sobie pozwolić na używanie słów, "nie umiem", "tak, dostosuję się”. Konsekwentnie karmię czytelnika rybami z oceanu. Pobudzam ich pragnienie, dziwności, odrywam od zgorzknienia, najróżniejsze uczucia, które w literatach powodują lęk przed śmiesznością. Żeby zakryć siebie, należy pobudzić metafizyczną obecność czytelnika w każdym wersie. Tym się zajmuję. Ciągnę frazę, jak osioł z pobliskiego pola wpatruję się w krople deszczu. Tu wszystko jest z wody i grymasów, gestów, bez słów, bez akrobacji. Jeżeli widziałeś taniec irlandzki, powinieneś wiedzieć, że pewność siebie osadzona jest w autosugestii. Pozbywając się pazerności, z łatwością sięgasz po czytelników, którzy mają dość kiełkowania w ciepłym słońcu. Dość tkliwych wzruszeń. Jeżeli ktoś ulega złudzeniu, że czytelnik przeczyta wszystko, myli się. Najpierw budowałam zdania oszczędnie stosowanymi środkami stylistycznymi, dzisiaj po prostu zapisuję myśli. To nie jest paplanina, piszę w ciszy, w ukryciu, czasami w strachu, wciąż poszukuję sposobu na wyrażanie siebie. Tego już nie da się w dwudziestu sylabach.



*Sas - 1965, nauczyciel, pszczelarz, poeta, współtwórca grupy "Poet Poet", pisma "Karton", współpracownik pisma "Rita Baum", w którym prowadzi salon odrzuconych, zwany "Poczta Poetycka". Stale publikuje we wrocławskim roczniku SPP "Pomosty", co kwartał czyta wiersze z poetami ZLP w KMiL we Wrocławiu, od 2004 prowadzi happening poetycki na grobie Wojaczka, który zakończy się w 2015 roku. Zadebiutował w 2001 roku tomem "Komentarze". w 2014 roku 5 wierszy do muzyki Rafała Augustyna zostanie wydanych po polsku i angielsku w formie dodatku do Jego płyty. Zwolennik literatury zaangażowanej w sprawy doczesne.


niedziela, 23 marca 2014

„Philomena”



60 tys. dzieci oddanych do adopcji. Wyobrażacie sobie? Oczywiście to dane oficjalne, ile zostało adoptowanych bez żadnych dokumentów? Tego nikt nie wie.  Jak działa wasza wyobraźnia? W Lesznie mieszka 64 tys. ludzi. Każde dziecko kosztowało tysiąc funtów. O czym piszę? O handlu dziećmi przez kościół w Irlandii i Wielkiej Brytanii, oczywiście oficjalnie, za zgodą i milczeniem rządu. Stworzone azyle sióstr magdalenek, potocznie nazywane pralniami magdalenek, miały pomóc  zresocjalizować się prostytutkom, później przygarniały porzucone dziewczęta, wyrzucone z domu z powodu ciąży, molestowane, zgwałcone, wszystkie, dla których nie było miejsca w społeczeństwie.  W rzeczywistości były zmuszane do ciężkiej pracy bez wynagrodzenia, wciąż wykorzystywane seksualnie, bite. Część z nich nigdy nie opuściła zakonu, umierały z wycieńczenia, z rozpaczy, z powodu chorób. Problem opisała Kasia z bloga W Krainie Deszczowców, więc nie będę się powtarzała. Jest w tym filmie moment, kiedy Martin zabiera Filomenę do Roscrea Town, gdzie przebywała w młodości. Widać drogowskaz w Birr do Athlone… tak mili, ta historia jest prawdziwa, działa się pod moim nosem, pod nosem Irlandczyków. Warto obejrzeć film, poznać tajemnicę jednej dziewczyny i jakie piętno odbiło się na jej życiu. A tutaj możecie podpisać petycję Filomeny i tysiąca innych osób domagających się zmiany bieżącego prawa, która pomoże im w odnalezieniu bliskich. Ostatni azyl zamknięto w 1996 roku. 









"Aż do 1993 roku opinia publiczna w Irlandii milczała na temat azylów, kiedy jeden z dublińskich zakonów sprzedał część swojej posiadłości deweloperowi. Ekshumowano szczątki 155 mieszkanek pochowanych w nieoznaczonych grobach na terenie zakonu. Wszystkie z nich, oprócz jednego, zostały skremowane i pochowane w zbiorowym grobie na cmentarzu Glasnevin. Wydarzenie to wstrząsnęło irlandzką opinią publiczną. W 1999 roku trzy byłe mieszkanki azylów Mary Norris, Josephine McCarthy i Mary-Jo McDonagh opowiedziały o traktowaniu, jakie otrzymały w azylach. W 1998 roku w Channel 4 powstał film dokumentalny, w którym kobiety opisały ciągłe wykorzystywanie seksualne, a także fizyczne i psychiczne znęcanie się nad nimi podczas nieokreślonego w czasie pobytu odizolowanego od świata zewnętrznego[1]."


wtorek, 26 kwietnia 2011

Nominacja do Silesiusa - Second life. Krzysztofa Niewrzędy



Książka Krzysztofa Niewrzędy przeleżała między nutami dwa tygodnie. Ciągle coś mnie od niej odrywało, kiedy patrzyłam na czerwony grzbiet. W końcu któregoś wieczora, kiedy leżałam w łóżku rozmyślając o sensie życia i o tym, że wszystko jest bez znaczenia, sąsiedzi za ścianą podkręconymi basami spowodowali, że wyszłam z siebie. Zrobiłam kawę, opatuliłam się w co tylko było pod ręką, i wtedy ponownie zaczęła mnie przyciągać energetyczna czerwień okładki. Pomyślałam: "no dobrze, Krzysiek, to chyba jest ta noc".
I przeczytałam niepozorną rymowankę:

W rozwlekłym tropiku miasta
Snęły smętnie samochody
Szarością błękit zarastał
Zasypiał zgiełk zagoniony

Nieźle się zaczęło. A potem już tylko coraz wyżej - we mnie. Bo to niezwykła proza poetycka. A może poezja?! Rytmicznie płynące filozoficzne zagrywki. Pojawiające się i znikające formuły. Przez moment reporterskie zapiski, by po chwili ten pozorny chaos, który mnie otaczał, racjonalnie dopadł i zajrzał do środka. Wyższość idei zawartych w gnających z prędkością światła słowach uświadomiła mi bogactwo obrazów artystycznych, które przenikają się wraz z muzyką. Nic w tej powieści nie było dla mnie obce; nawet pustka dopadała mnie co chwilę, beztrosko. Nieprzypadkowo identyfikuję się z powieścią, która odrzuca system i  bez zbędnych ceregieli nawołuje do samodzielnego myślenia. Dzieci płakały i płakały kobiety, a ogłupiali mężczyźni kręcili się w kółko. Jedni wołali drugich i nie słyszeli, że sami byli wołani. Dziwny jest ten świat, w którym ogranicza się ludzką teraźniejszość, gdzie tak naprawdę nie mamy wpływu na tropy, które wiodą nas do symboli - Apokalipsa, wydaje się najrozsądniejsza, aby tę ludzką beztroskę zamienić w popiół.

"Utopię waszą utopię.
Utopię w potopie.
Zarządzam pełne zanurzenie.
Utopię waszą utopię.
Utopię w potopie,
Hydropiekłowstąpienie " - Lao Che.

Wymiękłam. Przetarłam oczy i od razu wygrzebałam płytę, żeby posłuchać Lao Che i przy okazji zagłuszyć dudnienie zza ściany. Buntowało się we mnie wszystko - z każdą stroną, nurtem muzyki, filozofią. To nie jest książka o sielskim życiu, to nie jest bełkot dla doraźnego zaspokajania potrzeb otoczenia. Cokolwiek dziwna, ale prawdziwa. Wręcz heroiczna.

W dobach upchane zostały tygodnie
Życiorys w kącie obrastał wciąż kurzem
Bezwład rozkładał się w świądzie wygodnie
Żal tylko jeszcze po wydech się wynurzał

Na tym polega największa wartość książki. Nie ma w niej żadnego schematu. Jedynie rozważania o zdarzeniach. Mnogość osobnych wątków.  Obcowanie literatury z muzyką i filozofią. Dystans! To nawet więcej niż mogłoby się wydawać. Poezja w tej książce jest niezależna, rozkłada się jak rzeczywistość we mnie. Poddaje się ocenie innych w sposób doraźny, aczkolwiek z poczuciem humoru. Bez przebierania w słowach, bez siłowego wchodzenia na głowę. To nie jest powieść dla wrażliwych pensjonarek i zniewieściałych chłopców. To porysowana rzeczywistość nie dająca poczucia nasycenia. Tu wszystko jest dwuznaczne, każde słowo i jego możliwości. Ktoś się wikła, inny motywuje, a jeszcze inny dzieli. Zrozumienie wielokulturowości polega na zaangażowaniu. Zawiera kompletny przegląd artystycznych środków, książka wnosi treścią ogromny ładunek intelektualny. Każda parafraza ma bezpośredni związek z etyką. Wikła czytelnika w paradoksalną grę z autorem. Powieść zaangażowana, pokonująca wewnętrzne bariery. Biorąc udział w przygodach autora, podjęłam ryzyko dialogu z wyrafinowanym erudytą - "cierpiący na idealną bezsenność"-( Joyce'a). I nie ważne, czy gdzieś na emigracji, czy tu, gdzie właśnie tulę się w fotelu. Dla rozdartej emigrantki, która dotąd nie odnalazła swojego miejsca na ziemi, absolutnie nie gwarantuje poczucia bezpieczeństwa. Jedynie unaocznia, że nie jest osamotniona.

Jak mewy z nawały westchnień wyrwał się tenor saksofonu i już nieprzerwanie się powtarzał, dziurawiąc przestrzeń urywanym lamentem, który sięgał nieboskłonu. Bębny w tym czasie rytmicznie bębniły. Głos zaś zaspany we własnej obronie doszukiwał się w sobie siły jeszcze na koniec, zapewniając sobie moc:

"Siedzę na balkonie
Otulony w koc
I cieszy mnie ogromnie
Każda taka noc.
Cała okolica napęczniała snem,
Wszystko już oddycha
Nadchodzącym dniem.

Nic już nie wymyślę,
Pójdę chyba spać.
Nim się to rozpłynie,
Nim przestanie tkać.

Jedno, co z pewnością wiem,
Udało mi się przeżyć jeszcze jeden dzień." - Voo Voo - Wojciech Waglewski - Znowu mi się udało.


Krzysztof Niewrzęda
Second life
Wydawnictwo Forma 2010