Zmarł Tadeusz Baranowski. Od wczoraj próbuję napisać kilka zdań, ale wracam do nich i je kasuję. Nie dlatego, że brakuje mi słów. Przeciwnie. Jest ich zbyt wiele. A wobec śmierci człowieka, którego znało się tyle lat, każde zdanie wydaje się niepełne. Był mi bliski. Nikt tak jak on nie skracał dystansu i od razu przy nim czułam, że poświęca całą uwagę naszej rozmowie. Z tych rozmów i korespondencji powstał obszerny wywiad. Rozmawialiśmy o sztuce, dzieciństwie, wojnie, pamięci, ojcu, muzyce, malarstwie, komiksie, samotności, zachwycie nad przyrodą i o tym, czym właściwie jest szczęście. Nie uciekał od trudnych tematów, wiele pozostawię tylko dla siebie. Naszą rozmowę wiele lat temu otworzyło pytanie o szczęście. Odpowiedział wtedy, że jest człowiekiem depresyjnym, że szczęście nie jest stanem trwałym, ale krótką chwilą, która przychodzi niespodziewanie. Mówił, że najbardziej pamięta momenty, kiedy patrzył nocą w niebo, kiedy samotnie płynął przez jezioro albo kiedy zaskakiwała go burza. To były jego definicje szczęścia. Nie spektakularne. Bardzo ludzkie. Z czasem zrozumiałam, że właśnie taki był. Nie lubił wielkich deklaracji. Wolał opowiadać o drobiazgach, z których powstaje życie. Opowiadał o dzieciństwie spędzonym blisko Majdanku, o obozie, który oglądał jako kilkuletni chłopiec. O ojcu, który przeżył piekło obozów koncentracyjnych. O matce, która cicho utrzymywała cały dom. O przymusie grania na fortepianie i o buncie, który nosił w sobie od najmłodszych lat. O tym, że nie znosił, kiedy ktoś próbował go do czegokolwiek zmuszać. Mówił o perfekcjonizmie odziedziczonym po ojcu. O pracy wykonywanej tak długo, aż nie można już niczego poprawić. O poczuciu, że czas nieustannie ucieka. O tym, że człowiek powinien zrobić wszystko najlepiej, jak potrafi, nawet jeśli nikt tego nie zauważy. To zdanie wraca do mnie dzisiaj wyjątkowo mocno. Bo Tadeusz właśnie taki był. Kiedy większość ludzi kojarzy go przede wszystkim z komiksem, on przez całe życie nosił w sobie malarza. I kiedy dzisiaj czytałam wspomnienia o nim, ludzie głównie skupiają się na komiksach. A tymczasem ja od zawsze podziwiałam jego malarstwo. A to też dlatego, że mówił o malowaniu z większą czułością niż o własnym dorobku komiksowym. Bolało go, że przez lata nie był traktowany poważnie jako malarz. Opowiadał o zniszczonej pracowni, o obrazach pociętych podczas włamania. Nigdy nie mówił o tym z patosem. Raczej z rodzajem cichego żalu, który zostaje w człowieku na całe życie. Nie miał w sobie goryczy wobec świata. Znacznie więcej miał pretensji do samego siebie. Powtarzał, że nie jest z siebie zadowolony. Że ciągle zrobił za mało. I chciałby jeszcze namalować następny obraz. Zdaję sobie z tego sprawę, że wielu z was zapamięta go przede wszystkim jako autora jednych z najważniejszych polskich komiksów. Ja i moi bliscy zapamiętamy go jednak przede wszystkim jako człowieka, który godzinami potrafił opowiadać o świetle na liściach, kwiatach, ptakach, jeziorach, o muzyce tradycyjnego jazzu, o Rubensie, astronomii i o tym, dlaczego natura jest jednocześnie piękna i bezwzględna. Rok temu odwiedziłam Tadeusza i Anię w ich domu. Pojechałam odebrać obraz. Wiedziałam już wtedy, że choroba odbiera mu siły. Wiedziałam też, że coraz trudniej jest mu malować. Ale kiedy rozmawialiśmy, choroba schodziła na drugi plan. Znowu pojawiały się obrazy, wspomnienia, żarty, dygresje. Jego charakterystyczny humor pozostał niezmienny. Potrafił jednym zdaniem rozbroić najcięższą atmosferę. Patrzyłam na niego i myślałam, że niezwykłą rzeczą jest zachować tyle jasności wtedy, kiedy ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Pamiętam jego spojrzenie. Zmęczone ale spokojne. Uważne. Jakby nieustannie obserwował świat. Napisałam wtedy, że sztuka jest przedłużeniem życia. Dzisiaj myślę o tym jeszcze mocniej. Nasza znajomość już dawno przestała być wyłącznie relacją autorki wywiadu z bohaterem rozmowy. Po prostu lubiliśmy ze sobą rozmawiać. Bez pośpiechu i potrzeby udowadniania czegokolwiek. Takich ludzi spotyka się rzadko. Dzisiaj wracam do naszych rozmów i czytam je inaczej. W wielu miejscach odnajduję zdania, które brzmią jak pożegnanie, choć wtedy były po prostu częścią opowieści o życiu. Tadeusz miał niezwykłą świadomość przemijania. Nie wypierał śmierci. Wiedział, że nadchodzi. A jednak do końca pozostał sobą. Zachował poczucie humoru. To nie sprawia jednak, że łatwiej jest się żegnać. Jest mi po prostu bardzo smutno. Tak zwyczajnie. Po ludzku. Będzie mi brakowało naszych rozmów. Tych długich pogawędek przez telefon, wiadomości, jego dygresji, wspomnień, opowieści zaczynających się od jednego zdania, a kończących po godzinie w zupełnie innym miejscu. Będzie mi brakowało jego ironii i tego charakterystycznego sposobu patrzenia na świat, w którym nie było ani cienia pozy, za to było ogromne doświadczenie i uważność.
Dziękuję Ci, Tadeuszu, za zaufanie. Za wszystkie rozmowy. Obrazy. Poczucie humoru. Za to, że mogłam poznać Cię nie tylko jako wybitnego artystę, ale przede wszystkim jako dobrego człowieka. Myślami jestem dzisiaj z Anią i z ich córkami. I z wszystkimi, którzy kochali Tadeusza takiego, jakim był. Nie tylko autora komiksów. Nie tylko malarza. Po prostu człowieka, którego będzie bardzo brakowało.
2016. spotkanie na moim wieczorze autorskim














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.