Piszę, żeby nie zniknąć, piszę, żeby zostawić ślad palca na szybie,
żeby odcisnąć oddech pomiędzy postami, zanim algorytm go zetrze.
Piszę i słyszę, jak moje słowa stają się ciężkie od prawdy,
która nie nadaje się do etykietki: 15 sekund, 24 godziny ważności.
Piszę, bo nie chcę już rozdrabniać siebie na błyszczące skrawki ironii,
na plakietki śmiechu, które ktoś wiesza na drucikach z zapisanymi uwagami.
Tu, przy stole, rozkładam resztki: słoik po miodzie z porannych śniadań.
Garść muszli. Nie zawsze pamiętam, skąd przyszły.
Wędruję pomiędzy obrazami: dziewczynka w krótkich spodenkach,
rysująca liść i nadająca mu imię: mikruliść, szmerowiec, tęcznurek.
Mówię do nich, żeby nie umierały w kolumnie feedu;
uczę je tańczyć pomiędzy kamieniami czasu, tak jak Sophie stąpa stopą.
Piszę, bo świat, który mamy, chce nas przesunąć na margines, w ciszę,
przekształcić pamięć w mem albo w reklamy.
I boję się, że przyroda (bez złośliwości) zrobi z nas archeologię:
warstwy skóry i imion zalane deszczem i nagle obce.
Uczę dziecko zależności: jak podlewać dłoń, jak trzymać owoc przed burzą,
mówię: nie bój się deszczu, ale patrz uważnie, bo on potrafi kraść kolory.
Pokazuję, że czas nie jest linią: to rondo, powtórzenie, powstawanie.
Przerwa pomiędzy oddechami, uczymy się wracać do tego samego.
Piszę o wstydzie. W smaku rozsypanej herbaty o czwartej nad ranem.
O niesmaku. Zbiera się w kącikach talerza i nie chce być udawany.
Piszę, bo kiedy nikt nie klika, zostaję największa. Bez filtrów, z rozmazanym tuszem,
z ręką, brudzi się od atramentu, jak od ziemi, która się dzieli.
Tworzę muzeum słów niepotrzebnych: wystawiam tam przemilczenia, które ktoś rzucił,
stworzenia z powietrza po odejściu, mapy z miejsc o temperaturze ciszy.
Nie dla publiczności, dla rąk. Potrafią jeszcze odczytać pismo bez ekranu,
dla tych, co nocą podlewają rośliny i mówią do nich po imieniu.
Bo życie daje nam jabłka i bywa, że gniją i pachną dłużej niż obietnice,
i burze. Uczą nas, jak utrzymać dach i jak nic nie trzymać. Uczę się każdego dnia
powstawać z drobnych upadków: naprawiać okno, przez nie wciąż wieje.
Szyć na nowo nazwy miejsc, źle je nazywam, tak długo aż przestaną boleć.
Piszę, żeby nie zniknąć i żeby ktoś, kto przyjdzie po mnie, mógł usłyszeć,
że istnieliśmy głośno, że mieliśmy swoje małe rytuały: kawę o poranku, listy bez podpisu,
że uczyliśmy dzieci tańczyć na kamieniach, ale nie klikania,
że wcale nie chcieliśmy być trendem, lecz tylko domem, cichym, twardym i prawdziwym.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.