sobota, 24 stycznia 2026

Pięćdziesiąt wejść w siebie

 



To tyle, ile razy można przewrócić miasto
na lewą stronę, zajrzeć w szwy,
wyciągnąć spomiędzy ich nitki,
kłębki głosów.

Raz mi powiedzieli: pisz z puentą,
więc niosłam jedną w kieszeni,
a drugą porzuciłam nad Shannon,
bo może słowa lepiej znają drogę,
kiedy plączą się pomiędzy znakami stopu
a ciszą sklepowych półek.

Nie ma łagodności, są tylko zderzenia.
Melancholia przepycha się z ironią,
jakbyśmy wszyscy siedzieli
przy jednym stoliku,
ale kawa nigdy się nie kończy,
a łyżeczki stukają w naczynia,
jak w dzwony.

Czy to wszystko waży coś więcej
niż lekkość pustych fraz?
Pławik drży, kręgi się rozszerzają,
a rzeka niesie nas przez wodę,
która zna smak każdej rozmowy.

Może to jest klucz:
stać na rogu ulicy i słuchać,
jak miasta mówią do siebie,
wciągają nas do swoich dzielnic,
gdzie nic się nie da zmierzyć,
ale wszystko można poczuć.


z archiwum

2 komentarze:

  1. lubię takie miejsca, gdzie nic nie da się zmierzyć, a wszystko można poczuć. takie miejsca są chyba w każdym mieście - wystarczy je oswoić (je, znaczy miasto)

    OdpowiedzUsuń
  2. " Nie ma łagodności, są tylko zderzenia.
    Melancholia przepycha się z ironią, jakbyśmy wszyscy siedzieli
    przy jednym stoliku,
    ale kawa nigdy się nie kończy,
    a łyżeczki stukają w naczynia,
    jak w dzwony."

    Ten fragment ladnie przedstawia nieskonczonosc rozmow. Gdyby ta kawa jeszcze nigdy nie stygla, a w dzwonki zmienialy sie dzwony od wielkiego zdarzenia.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.