To tyle, ile razy można przewrócić miasto
na lewą stronę, zajrzeć w szwy,
wyciągnąć spomiędzy ich nitki,
kłębki głosów.
Raz mi powiedzieli: pisz z puentą,
więc niosłam jedną w kieszeni,
a drugą porzuciłam nad Shannon,
bo może słowa lepiej znają drogę,
kiedy plączą się pomiędzy znakami stopu
a ciszą sklepowych półek.
Nie ma łagodności, są tylko zderzenia.
Melancholia przepycha się z ironią,
jakbyśmy wszyscy siedzieli
przy jednym stoliku,
ale kawa nigdy się nie kończy,
a łyżeczki stukają w naczynia,
jak w dzwony.
Czy to wszystko waży coś więcej
niż lekkość pustych fraz?
Pławik drży, kręgi się rozszerzają,
a rzeka niesie nas przez wodę,
która zna smak każdej rozmowy.
Może to jest klucz:
stać na rogu ulicy i słuchać,
jak miasta mówią do siebie,
wciągają nas do swoich dzielnic,
gdzie nic się nie da zmierzyć,
ale wszystko można poczuć.
z archiwum

lubię takie miejsca, gdzie nic nie da się zmierzyć, a wszystko można poczuć. takie miejsca są chyba w każdym mieście - wystarczy je oswoić (je, znaczy miasto)
OdpowiedzUsuń