Coraz częściej czuję zmęczenie. Nie tylko kolejnymi grafikami, muzyką czy tekstami generowanymi przez AI, które trafiają do mnie w prywatnych wiadomościach, ale szerzej, zmęczenie kulturą zamienników. Zamienników rozmowy, obecności, relacji. Z mężem rozmawiamy siedząc blisko. Komunikatory służą nam wtedy, gdy jesteśmy daleko od siebie, albo kiedy trzeba przekazać prostą informację: co kupić, gdzie jesteś, czy pamiętasz. Nie komentujemy sobie wpisów w sieci, nie reagujemy lajkami na własne życie. Mąż czyta wszystko, co napisałam i rozmawiamy o tym. Ale poza internetem. Bo tam, gdzie jest możliwość rozmowy twarzą w twarz, nie potrzebujemy jej substytutów. Od jakiegoś czasu przyglądam się jednak z rosnącym zdziwieniem zjawisku, jak wiele par i małżeństw przenosi swoją czułość do sieci. Siedzą obok siebie, a jednocześnie komunikują się przez komentarze, publiczne dopiski, reakcje innych. Jakby doświadczenie nie było do końca realne, dopóki nie zostanie pokazane. Jakby bliskość wymagała świadków. To już nie jest dzielenie się, raczej emocjonalny ekshibicjonizm, w którym prywatność staje się czymś podejrzanym. Zastanawia mnie ten paradoks: skoro można coś powiedzieć komuś siedząc naprzeciwko, po co pisać to publicznie? Po co zapośredniczać czułość, skoro ciało, głos, milczenie są na wyciągnięcie ręki? Może chodzi o kontrolę. Może o bezpieczny dystans. A może o potrzebę potwierdzenia, nie od tej jednej osoby, tylko od całego chóru. Widzę w tym kolejne przesunięcie (uwielbiam to określenie): relacja przestaje dziać się pomiędzy, a zaczyna dziać na zewnątrz. Związek staje się narracją, którą trzeba podtrzymywać, aktualizować, komentować. To, co niewidoczne, jakby traciło wagę. Cisza przestaje istnieć. Intymność bez publiczności przestaje być oczywista. Nie twierdzę, że to zawsze oznaka pustki. Ale mam poczucie, że coś się tu gubi. Może to, co w bliskości najcenniejsze: fakt, że nie musi być oglądana, że może wydarzać się bez zapisu, reakcji i potwierdzenia. A przecież można być razem, nie będąc jednocześnie widzem własnego życia. I chyba właśnie to mnie dziś najbardziej porusza (jeszcze nie irytuje) i męczy. Coraz częściej pojawiają się pary, które przeżywają siebie tak, jakby stale patrzyli na siebie z zewnątrz. Jakby bardziej relacjonowali niż byli.
Strony
piątek, 23 stycznia 2026
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Nigdy nie wiadomo, jaka odległość dzieli te pary, może to nie kilometry, a uczucia dzielą. Można porozumiewać się różnie, mnie się też zdarzało wmieszać życie w komentarze, najczęściej z lenistwa, kiedy naprawdę tylko kilometry dzieliły, przez chwilę, ale dzieliły. Uczuć nawet śmierć nie rozdzieli, i chciałabym coś o tym przesunięciu, ale przychodzi mi tylko na myśl "sekcja gimnastyczna" Uściski :*
OdpowiedzUsuńJak jestem daleko, a chcę porozmawiać, dzwonię :) gawędzę na whatsapp, ale to ja :) tak sobie dywaguję z mojego punktu widzenia :)
Usuń