czwartek, 22 stycznia 2026

Te dni

 


To było wtedy, gdy czas nie miał jeszcze własnego alfabetu i mówił do mnie przez rzeczy; zamek w drzwiach, mleko podnosi się w garnku jak pamięć, której nikt nie uznał za źródło. Wtedy właśnie babcia stawiała granice świata na skraju lasu, jakby dalej była już tylko korekta losu, biała plama w druku, miejsce na cud albo na błąd. To było wtedy, na styku pól i zdarzeń, o których mówiło się szeptem, pokrzywy rosły szybciej niż dzieci, a sny miały ciężar cudzych dłoni. Zawsze za dużych, zawsze nie do końca naszych, jak język, który obiecuje dom, a daje instrukcję obsługi lęku. Nosiłam kalosze po kimś, kto wyszedł do miasta i rozpłynął się w nim jak zdanie bez podmiotu. Lato drżało pod skórą, migotało jak powieka tuż przed płaczem, a benzyna układała się na wodzie w spektakularne barwy, tak piękne, że aż podejrzane, jakby natura też miała swoje strategie perswazji, czułą wersję kłamstwa. Dziadek nie opowiadał o wojnie, on ją nosił. W plecach, które znały ciężar bez narracji, w milczeniu tak gęstym, że można było się o nie potknąć. Kiedy kładł dłoń na mojej głowie, nie było w tym Boga ani historii, była tylko fizyka przetrwania: ciepło, nacisk, chwila bez pytania dlaczego. Kapliczka pod sosną traciła twarz warstwa po warstwie, deszcz prowadził z nią długą rozmowę o zapomnieniu. Nie wiedziałam wtedy, komu ją postawiono, może komuś zbyt delikatnemu na spisy ludności, zbyt cichym na archiwa, jakby cisza też mogła być formą wykreślenia. Pszczoły czuły więcej. Zawsze czują. Krążyły nad nami jak ruchome znaki zapytania, tańczyły alfabet, którego nie uczą w szkołach, pisany skrzydłami, pyłkiem, czasem końca, czasem początku bo te dwa słowa od dawna mają wspólny rdzeń. Kiedy uczyłam się pisać, nie znałam jeszcze wielkich pojęć, ale czułam je w stopach: w zimnym linoleum, w bułce z mortadelą, w spojrzeniach kobiet, które miały dłonie zamiast głosu, i wiedziały, że sens kosztuje, a nie każdemu wystarcza pieniędzy. Teraz mówię wnuczce, że liść nie spada z obowiązku, tylko z dojrzałości chwili, a ona patrzy na mnie uważnie i pyta, czy ja też kiedyś będę musiała spaść. I nagle całe moje wykształcenie, lektury, ironie kurczą się do jednego miejsca w gardle, którego nie da się zapisać żadnym znakiem. Są poranki, kiedy dziadek wraca do mnie w zapachu popiołu, a książki milczą, jak ludzie w kolejce do chwili zniknięcia, wszyscy wiedzą, że to systemowe, ale nikt nie chce być pierwszy, kto nazwie to po imieniu. Myślę wtedy, że świat jest czymś, co próbujemy nosić w dłoniach, jak za duży płaszcz po kimś bliskim: ciągle zsuwa się z ramion, przecieka przez szwy, a mimo to, wciąż daje odrobinę ciepła, na tyle, żeby jeszcze zostać.


2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubiłam wymalować obraz, a potem go wykąpać, sprawdzając jego przetrwanie. Właściwie wszystko już pomyte, obsycha, takim ponocnym powiewem, kiedy rzewliwość spod kołdry rozgrzana wypływa i jeszcze nie wie, że bose stopy na lód układa. Mam dobrą rezyliencję, po tamtym świecie, opowiadanym pomiędzy, tańczącym. I pragnienie rozmycia. Dziękuję Małgoś :*

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.