Udaję licząc straty, jakbym przesuwała paciorki w różańcu
zrobionym z ości i niedopitych rozmów, każdy paciorek to jedna stacja,
jeden most, twarz nachylona zbyt blisko, a przecież to tylko podróż,
zwykłe przemieszczenie ciała przez mapę,
nic wielkiego, mówią, świat jest otwarty, jest dla ludzi,
tak stary, że nawet nie pamięta pierwszego krzyku.
Nie ruszam się bez kawy, bo kawa jest moją czarną walutą przetrwania,
gęstą jak ziemia w doniczce, którą ktoś podlewał zbyt długo,
żeby coś jeszcze z niej wyrosło. Tam, gdzie dojeżdżam,
patrzą podejrzliwie na kiszoną kapustę z grzybami,
jakby ferment był czymś wstydliwym,
jakby wszystko musiało pachnieć luksusem i tłuszczem,
a ja przecież wolę smak, który szczypie,
który mówi: przeżyłaś zimę.
Drzwi pomalowane na niebiesko zamykają się za mną
jak powieka, która nie chce już oglądać tej samej sceny.
Niebieski jest kolorem udawanej ciszy,
takiej, co przykrywa krzyk jak cienki lód rzekę.
Udaję rozsądną, kiedy milczę naprzeciw mężczyzny w pociągu,
milczenie jest moją najdroższą biżuterią, niewidoczną, ale ciężką.
Przewracam kartki, choć litery uciekają mi z dłoni,
świat wydaje się zużyty jak kieszeń płaszcza,
w której od lat nosi się te same bilety powrotne.
Pamiętam bieg, w którym nikt mnie nie ścigał,
a jednak skóra na stopach pękała jak źle wypieczony chleb,
strach nie potrzebuje pościgu, wystarczy wyobraźnia
i kilka ostrych słów podanych jak zimna herbata.
On mówi coraz głośniej, jakby dźwięk miał zastąpić sens,
jakby ciekawość była prawem własności.
Jego spojrzenie porusza się po mnie, jak palec po mapie
bez pytania o granice. Prosi o drobne przysługi,
o kartę, o uwagę, o współczucie dla zmarzniętych nadgarstków,
a ja czuję, że każdy most, przez który przejeżdżamy,
wydłuża się tylko po to, bym nie mogła wysiąść.
Ciało reaguje szybciej niż rozum, pot na karku,
gardło ściśnięte jak węzeł marynarski,
marzenie o peronie, który będzie zwykłą betonową łaską.
Udaję uprzejmą, podpisuję się pod czymś,
co nie jest ani prośbą, ani komplementem,
jest tylko próbą dotknięcia mnie bez dotyku.
Wydostaję się wreszcie i oddycham tak, jak oddycha ktoś,
kto właśnie zrzucił z pleców niewidzialne zwierzę.
Myślę o miejscach, które wciąż mnie wabią,
o północnym świetle, które rozcina noc na zielone wstęgi,
mieście zbudowanym na wodzie i historii,
wyspach, gdzie cisza ma kształt papierowego wachlarza.
Marzenia są bezpieczne, bo nie mają dłoni.
Zmienię bieliznę, trasę, ton głosu, ale nie zmienię tego,
że liczę. Straty i zyski, czułość i wstyd, ironię,
która ratuje mnie przed patosem, bo życie nie jest sonetem,
nie mieści się w czternastu wersach, nie rymuje się z godnością.
A jednak coś we mnie wciąż składa dłonie w geście oddania temu,
co kruche: sobie samej, która przetrwała most,
niebieskie drzwi i zbyt głośny oddech, światu, który choć stary,
wciąż uczy mnie mówić nie, jakby to było najczulsze słowo miłości.
On mówi coraz głośniej, jakby dźwięk miał zastąpić sens,
jakby ciekawość była prawem własności.
Jego spojrzenie porusza się po mnie, jak palec po mapie
bez pytania o granice. Prosi o drobne przysługi,
o kartę, o uwagę, o współczucie dla zmarzniętych nadgarstków,
a ja czuję, że każdy most, przez który przejeżdżamy,
wydłuża się tylko po to, bym nie mogła wysiąść.
Ciało reaguje szybciej niż rozum, pot na karku,
gardło ściśnięte jak węzeł marynarski,
marzenie o peronie, który będzie zwykłą betonową łaską.
Udaję uprzejmą, podpisuję się pod czymś,
co nie jest ani prośbą, ani komplementem,
jest tylko próbą dotknięcia mnie bez dotyku.
Wydostaję się wreszcie i oddycham tak, jak oddycha ktoś,
kto właśnie zrzucił z pleców niewidzialne zwierzę.
Myślę o miejscach, które wciąż mnie wabią,
o północnym świetle, które rozcina noc na zielone wstęgi,
mieście zbudowanym na wodzie i historii,
wyspach, gdzie cisza ma kształt papierowego wachlarza.
Marzenia są bezpieczne, bo nie mają dłoni.
Zmienię bieliznę, trasę, ton głosu, ale nie zmienię tego,
że liczę. Straty i zyski, czułość i wstyd, ironię,
która ratuje mnie przed patosem, bo życie nie jest sonetem,
nie mieści się w czternastu wersach, nie rymuje się z godnością.
A jednak coś we mnie wciąż składa dłonie w geście oddania temu,
co kruche: sobie samej, która przetrwała most,
niebieskie drzwi i zbyt głośny oddech, światu, który choć stary,
wciąż uczy mnie mówić nie, jakby to było najczulsze słowo miłości.
Jakieś to cholernie znajome...
OdpowiedzUsuń"Jakieś to cholernie znajome..."
OdpowiedzUsuńNawet bardziej niż bardzo!
Świetny tekst, jak to u Ciebie - zawsze!
Tym razem bez rysowanego z nawiasów, dwukropka uśmieszku...
Z.M.P.
Niektórych rozdziałów życia nie da się zamknąć tak łatwo, jak zamyka się oczy.
OdpowiedzUsuńNajserdeczniej pozdrawiam.
Mnie w takich sytuacjach wanna bardzo pomaga. Siedzę w, i kąpię sie w roztworze soli znad ust i jakiejś soli sklepowej. Musi być gorąco, bardzo gorąco, wtedy trochę popuszcza. Najgorzej wyjść.
OdpowiedzUsuńWanna to w ogóle zagłębienie mojej tęsknoty, daję w niej upust wszystkiemu, kocham!
podoba mi się to określenie "nieskomplikowana cisza" :)
OdpowiedzUsuńMargot ?????
OdpowiedzUsuń..ja też 'rozkładam najważniejsze chwile przed sobą; - piękny tekst!!!!
OdpowiedzUsuńPasuje też zdjęcie!! Gratulacje..
Serdecznie Cię pozdrawiam..A.
... zjem jabłko.. :)
OdpowiedzUsuńNie mam wanny, więc nie pójdę w Twoje ślady. Ale rozumiem to, co czujesz.Jakiś obłęd dookoła nas. Dlaczego?
OdpowiedzUsuńmocne pisanie..dlaczego wcześniej mnie tu nie było?
OdpowiedzUsuńDziękuję wszystkim pięknie za poczytanie i refleksje :)
OdpowiedzUsuńMaju, nie martw się o mnie. :)
Kawałek smutnej, dobrej prozy
OdpowiedzUsuń;*
jak tu spać?
OdpowiedzUsuńprzytulam mocno
smutne
ale pięknie napisane, takie prawdziwe..
Euforko, spokojnie :)
OdpowiedzUsuńZeruya :)
dziękuję dziewczyny :)
mocny tekst ale podoba mi się...
OdpowiedzUsuńsilne bodźce pobudzają :)
OdpowiedzUsuńKiedyś mogłam napisać takich tekstów o tęsknocie bez nadziei bardzo, bardzo dużo...
OdpowiedzUsuńJesteś doskonała w te pisarskie klocki!
OdpowiedzUsuńIw i Love.eee - uśmiechy :)
OdpowiedzUsuńładne to bardzo i szczęśliwie, od kilku lat, nieznajome.
OdpowiedzUsuńcoś jakby znajome, gdzieś dawno, dawno temu, ale nie pamiętam. Za to bardzo dobrze napisane.
OdpowiedzUsuńCześć :)
UsuńOn nie dzwoni i nie napisze, bo tak po prostu jest. Ma mnóstwo wymówek. Nawet kilka więcej na specjalne okazje.
OdpowiedzUsuńJeśli się pojawia, to zupełnie bez sensu - taki czeski błąd.
W tym problem, że nikomu nie jest do śmiechu.
Możesz pisać bezpieczne listry na zaparowanych kafelkach, wezwać ekipę remontową i zmieniać z hukiem świat nie spoglądając za siebie.
dziś widzę u Ciebie Małgoniu jakaś krwawa jadka :) trzymaj się i nie poobijaj się za mocno o tą wannę :)
OdpowiedzUsuńbuziak
Rafał
Życie i jego scenariusze, co to głowie każą, ryć powieki zaciskać i nie dać się światu...a on wciąż się kręci, jutro trzeba wstać i dać się przytłoczyć - tylko wieczór dla siebie, choć często chce się żeby był dla kogoś.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam. Kolejny tekst, który we mnie wnika.