poduszka wciąż była ciepła, choć nikt na niej nie spał,
a deszcz przesuwał ogród jak mebel, którego nie można wynieść z domu;
przez chwilę chciałam przejść przez życie bez śladu,
z kluczem w kieszeni i czymś słodkim w ustach,
lecz pragnienie ma swoje sposoby, wkłada człowiekowi kamień pod język
i każe mówić coraz ciszej, dalej od własnego głosu.
przepisywałam kartki, aż wyrosły przy murze jak chwasty,
każda z innym wejściem do tej samej historii;
za murem noc, kilka mokrych gałęzi, zwierzę liżące ranę
tak długo, aż rana zaczyna przypominać jego ciało.
potem przestałam pisać. wtedy właśnie coś zapukało do drzwi.
nie otworzyłam.
rano na progu leżała gruszka,
nadgryziona od strony, której nie znałam.

Ta gruszka jak średnik, dosłownie i w przenośni...
OdpowiedzUsuńMasz wyczucie :)
Usuń:-) brak mi słów. jak zawsze.
OdpowiedzUsuńoraz wreszcie namaluję Twoją gruszkę.
czytałam i nieczytałam, teraz nadrabiam powoli smakując...
Usuńuściski.
Namaluj :)
UsuńŚwietny wiersz (i zdjęcie, jak zawsze)!
OdpowiedzUsuńDziękuję :*
UsuńZaznaczam tylko swą obecność, bo moje słowa przy Twoich nie potrafią niczego wyrażać.
OdpowiedzUsuńDobrze, że jesteś :*
UsuńDostałam w prezencie tomik "Pierwszy milion nocy".
OdpowiedzUsuńCzytam po jednym co wieczór, delektuje się i rozmyślam...
Jotko, cieszę się ogromnie. Jest w tej książce ogrom sierpnia.
Usuń