poduszka wciąż była ciepła, choć nikt na niej nie spał,
a deszcz przesuwał ogród jak mebel, którego nie można wynieść z domu;
przez chwilę chciałam przejść przez życie bez śladu,
z kluczem w kieszeni i czymś słodkim w ustach,
lecz pragnienie ma swoje sposoby, wkłada człowiekowi kamień pod język
i każe mówić coraz ciszej, dalej od własnego głosu.
przepisywałam kartki, aż wyrosły przy murze jak chwasty,
każda z innym wejściem do tej samej historii;
za murem noc, kilka mokrych gałęzi, zwierzę liżące ranę
tak długo, aż rana zaczyna przypominać jego ciało.
potem przestałam pisać. wtedy właśnie coś zapukało do drzwi.
nie otworzyłam.
rano na progu leżała gruszka,
nadgryziona od strony, której nie znałam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.