Docierają do mnie obrzydliwe historie. Wyobraźcie sobie, człowiek dzwoni do drugiego człowieka, udaje zwykłą rozmowę, a w rzeczywistości prowadzi ukrytą operację pod z góry ustaloną tezę. Nie chce się dowiedzieć, a jedynie coś uzyskać. Manipuluje rozmową tak długo, aż druga osoba powie coś, co będzie można przeciwko niej wykorzystać. To nie jest niewinna sprytność, tylko nieuczciwość. Chyba że tak to teraz ma wyglądać i mieści się w standardach dialogu. Ale dla mnie jednak, to odrażające. Jeżeli ktoś już wcześniej postanowił, że druga osoba ma wypowiedzieć takie a nie inne słowa, a następnie dzwoni do niej tylko po to, żeby skierować tło na odpowiedni fragment, zachowuje się jak manipulator, który potrzebuje nie prawdy, lecz materiału dowodowego. No i jest ten dowód. I co z tego wynika? Masz nagranie rozmowy, którą sam prowadziłeś. To zasadnicza różnica. Jeżeli ktoś tak konstruuje rozmowę, żeby doprowadzić drugiego człowieka do określonego zdania, a później przedstawia to zdanie jako spontaniczne przyznanie się, to jest to zwyczajnie oszukańcza metoda. Nie dlatego, że każde takie nagranie musi być prawnie bezwartościowe. Dlatego, że moralnie wykorzystuje się własny udział w powstaniu sytuacji, żeby ukryć ten udział przed odbiorcą. Manipulator potrzebuje, żeby odbiorca nie zadawał prostych pytań. Bo kiedy te pytania zostaną zadane, dowód może przestać wyglądać jak dowód, a zacząć wyglądać jak starannie wyprodukowany fragment narracji. Szczególnie obrzydliwe jest późniejsze rozsyłanie takiego materiału. Najpierw wykorzystać czyjąś otwartość w rozmowie, potem przekazać jej treść innym, a następnie pozwolić, żeby kolejne osoby używały jej przeciwko rozmówcy. To jest właśnie mechanizm donosicielstwa w jego najbardziej podłej wersji: odpowiedzialność zostaje rozproszona pomiędzy wiele osób, a szkoda pozostaje po jednej stronie. Najpierw ktoś manipuluje, przekazuje, interpretuje, wykorzystuje. A wszyscy mają czyste ręce, bo każdy może powiedzieć: Przecież ja tylko… Nie. To nie jest tylko, jest w końcu ciąg decyzji. I dlatego moralnie nie mam szacunku dla osoby, która posługuje się takimi metodami. Można być skutecznym manipulatorem, zręcznym oszustem, doskonale wiedzieć, jak prowadzić rozmowę, jak wybierać fragmenty i jak budować narrację. Nie czyni to jednak takiego postępowania uczciwym. Przeciwnie. Pokazuje brak odwagi, żeby powiedzieć człowiekowi wprost: Mam wobec ciebie takie i takie zarzuty. Chcę to wyjaśnić. Zamiast tego jest telefon pod pozorem rozmowy. I jest satysfakcja z tego, że udało się zdobyć coś, co można wykorzystać przeciwko drugiemu człowiekowi. To jest okropne zachowanie. Podstępne. Manipulacyjne. Moralnie odrażające. Bo człowiek uczciwy może się z kimś spierać i oskarżać. Może się pomylić, a nawet powiedzieć coś niesprawiedliwego. Ale nie musi udawać rozmowy, żeby urządzić drugiemu człowiekowi przesłuchanie, o którego istnieniu ten człowiek nie wie. I właśnie tutaj przebiega granica pomiędzy nagrywaniem i nie nagrywaniem, rozmową a zasadzką. Najbardziej obrzydliwe w tym wszystkim nie jest nawet to, że ktoś nacisnął przycisk nagrywaj. Odrażające jest to, że najpierw udawał człowieka, który chce porozmawiać, a w rzeczywistości zachowywał się jak ktoś, kto przyszedł po materiał do wykorzystania w procesie sądowym.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.