Dzisiaj mnie odrobinę zagotowało. Czytam tu i tam o Odysei Nolana i mam wrażenie, że wielu widzów poszło do kina nie na adaptację wielkiego dzieła Homera, tylko na współczesny kodeks etyczny z dopiskiem wersja 2026. Serio? Zarzucamy eposowi sprzed niemal trzech tysięcy lat, że jest patriarchalny? To tak, jakby oburzać się, że w filmie o średniowieczu nie przestrzega się kodeksu pracy i zasad BHP. Świat Homera był brutalny, chyba że coś mnie ominęło. Wojna trojańska trwała dziesięć lat, potem kolejne dziesięć lat trwał powrót Odyseusza do domu. Ludzie ginęli. Zabijano dzieci. Kobiety wydawano za mąż z powodów politycznych. Niewolnictwo było czymś oczywistym. Psy, konie, owce również ginęły. To nie jest świat zbudowany po to, żeby współczesny widz czuł się komfortowo. Niedawno oglądałam serial o Merlinie, gdzie podrzynano gardła baranom składanym w ofierze bogom, a krew wypijano, resztą krwi malowano ciała. Poza tym mogłabym wymienić tutaj jeszcze o wiele bardziej okrutne sceny zarzynania zwierząt i ludzi. Czy teraz tak będziemy oglądać filmy? Czy rzeczywiście oczekujemy, że Nolan miał zrobić film, w którym Penelopa zakłada stowarzyszenie kobiet Itaki, Kalipso prowadzi terapię dla Odyseusza, a zalotnicy przechodzą szkolenie z komunikacji bez przemocy? To nie Homer wybielał rzeczywistość. Wręcz przeciwnie. Pokazywał ją taką, jaka była wyobrażana w jego epoce. Odyseusz nie jest świętym. Jest inteligentny, okrutny, kłamie, morduje, zdradza, manipuluje. Dlatego przetrwał jako bohater literatury. Gdyby był wyłącznie dobrym człowiekiem, zapewne zginąłby w pierwszej księdze. Coraz częściej obserwuję, że ludzie próbują czytać dawne teksty tak, jakby ich autorzy mieli obowiązek przewidzieć nasze współczesne wrażliwości. Tylko że wtedy przestajemy czytać Homera, a zaczynamy czytać samych siebie. Można oczywiście dyskutować z Nolanem. Można uważać, że uprościł role kobiet albo złagodził charakter Odyseusza. To są zarzuty wobec konkretnej adaptacji i mają sens. Ale pretensje, że świat przedstawiony jest okrutny, patriarchalny i pełen przemocy? Taki właśnie był mit, z którego ten film wyrasta. Mit nie jest instrukcją życia. Nie jest też programem politycznym. Jest opowieścią o ludziach, bogach, wojnie, stracie, pysze i powrocie. Nie po to powstał, żeby odpowiadać standardom XXI wieku. Mam też wrażenie, że oczekujemy dziś od sztuki czegoś dziwnego. Żeby nie pokazywała przemocy, jeśli ta nas boli. Nie pokazywała cierpienia zwierząt, bo to trudne, a bohaterowie reprezentowali właściwe poglądy, kobiety były napisane zgodnie z aktualnym językiem emancypacji i koloru skóry. W efekcie twórca ma opowiedzieć historię sprzed trzech tysięcy lat, ale najlepiej tak, żeby nikt nie poczuł dyskomfortu. To byłaby dopiero fantastyka. I jeszcze jedno. Mam wrażenie, że oczekiwania wobec takich opowieści są wręcz komiczne. Jedni oburzają się, że ktoś obsadził czarnoskórą Helenę czy inną postać, inni narzekają, że w eposie jest za mało realizmu i za dużo absurdu. Jakby zapomnieli, że mówimy o świecie, w którym bogowie schodzą z Olimpu, cyklop ma jedno oko, syreny śpiewem sprowadzają statki na skały, a dziesięcioletnia tułaczka po wojnie jest serią spotkań z potworami, czarodziejkami i bóstwami. To nie reportaż z Morza Egejskiego, tylko mit. Fantastyczno-przygodowa opowieść o powrocie. Oczekiwanie od niej dokumentalnej zgodności z faktami jest równie osobliwe, jak pretensje do baśni, że smok nie został poprawnie opisany z zoologicznego punktu widzenia. Czytam różne oceny i recenzje filmu i jestem zdumiona, mąż nawet zwrócił mi uwagę, że za mocno to przeżywam. Ale uwiera mnie taki sposób myślenia, bo przecież pokazanie patriarchatu nie oznacza jego afirmacji. Pokazanie przemocy nie oznacza zachęty do przemocy. Gdyby stosować taką logikę konsekwentnie, należałoby wyrzucić z bibliotek połowę literatury światowej. Czasami jednak wystarczy zgodzić się na to, że przeszłość była inna od naszych wyobrażeń o niej. I że nie każdy mit musi przejść współczesny audyt moralny, żeby nadal pozostać wielkim mitem. Zresztą przez stulecia wielu wyobrażało sobie Jezusa i Maryję jako ludzi podobnych do siebie, białych, jasnowłosych, niemal sąsiadów spod Częstochowy. Tak działa wyobraźnia kultury. Dziś jednych oburza czarna Helena, kiedyś nikogo nie raził biały Jezus. Widać każda epoka maluje mity i świętych na własne podobieństwo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.