czwartek, 23 lipca 2026

Barachło

 


Chyba mam blokadę. Taką zwyczajną, ludzką, nie żadną tajemniczą niemoc artysty z obrazu wiszącego w muzeum. Po prostu organizm wystawił właśnie rachunek. Nie da się bez końca pisać, rysować, malować, składać książki, być obecnym dla bliskich, piec torty, wymyślać każdego dnia świat od nowa dla Sophie. Owszem. Można. Przez jakiś czas. Potem ciało mówi: dobrze, koniec przedstawienia. I tak jest dzisiaj. Zdycham. Skóra się na mnie obraziła. Czyli popękane uszy, i bolesne kąciku oczu, uczulenie na szyi. Te wszystkie małe rzeczy, ale skutecznie doprowadzające człowieka do granicy. Pożary torfowisk, lasów. Hałas budowy osiedla za oknem. Kurz, który wchodzi wszędzie i dlatego zaraz idę pucować parapety i zmywać z liści osad. Zapach betonu i spalin. I to wszechobecne barachło.

Uwielbiam to słowo.

Nie tylko dlatego, że dobrze brzmi, kiedy człowiek jest wściekły. Ma w sobie odpowiednią ilość dosadnej złości, ale jeszcze bez ciężaru przekleństwa. Jest jak elegancko ubrany człowiek, który zamiast krzyczeć, mówi tylko: proszę pana, to jest jednak nieporozumienie. Barachło, coś marnego i tandetnego. Jest w tym określeniu coś więcej niż zwykłe śmieci. Barachło to coś, co udaje, że jest ważne. Babcia Marysia przekazała mi to słowo w spadku. Była bardzo religijna ale tak jak ja podpalała się w sekundę. Chociaż przeklinała rzadko, właściwie tylko wtedy, kiedy życie dotknęło ją szybko i mocno, czyli mój dziadek. A wtedy spod warstwy modlitw, różańców, wyśpiewywanych codziennie godzinek i świętych obrazków wychodził język, który miał siłę trzęsienia ziemi. Barachło! potrafiła powiedzieć to tak dosadnie i mocno, że człowiek od razu wiedział: sprawa jest poważna. Od niej mam zresztą cały rodzinny słownik dziwnych zaklęć. Bambuko. Badziewie. Bułkę przez bibułkę. Reszty nie napiszę, bo internet ma dobrą pamięć, a babcia nie przewidywała, że kiedyś każde słowo może mieć własne archiwum. Dziadek natomiast, kiedy wychodził na próbę chóru, nie mówił, że idzie śpiewać. Mówił, że idzie do Honolulu małpy drażnić. Dzisiaj rozumiem, że oni po prostu mieli własny język ratunkowy. Robię z mężem dokładnie to samo. Chociaż mój mąż nie wysadza mnie z fotela i nie powoduje czerwonej gorączki, nie rozpala mnie do granic. Te czasy mamy dawno za sobą. Kiedy jednak mi się to przytrafia, ten stan i jestem wściekła do białości, a obok stoi dziecko, które ma fenomenalny słuch i zapamiętuje każde słowo, zaczyna się mój prywatny teatr językowy. Przekręcam słowa, tworzę nowe, uciekam w absurd. Bo język czasem jest hamulcem bezpieczeństwa. Może dlatego teraz, kiedy nie mogę pisać tak, jakbym chciała, powinnam przypomnieć sobie, że słowa nie zawsze muszą być dziełem. Czasami są po prostu sposobem, żeby nie rzucać słoikami w zlew. I właściwie, to nie mamy telewizora, bo pilota do telewizora rozbiłam na ścianie. Dawne czasy, owszem.


3 komentarze:

  1. Świetne rysunki! Ten i ten z poprzedniego postu - nie wiedziałam, że jesteś też dobra w portretach:)
    A co do rozmemłanych dni, to moim zdaniem są czasem ładowania baterii, przed kolejną falą aktywności. Wydaje mi się, że każdy tak ma, ale u artystów amplituda wahania jest wyraźniejsza. Trzymaj się! Posyłam dobrą energię:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawdzięczam to Tobie, zainspirowałaś mnie. Nie bez wysiłku... Dziękuję za dobro, które od Ciebie dostaję. Uściski ciepłe :*

      Usuń
  2. Wpadłaś w stan prawie chorobowy. Na szczęście wszystko kiedyś mija oprócz barachła, bo to trwa wiecznie, a znaczeń ma mnóstwo i dlatego jest bezcenne:)
    Naszym wymiatającym rodzinnym powiedzeniem jest „Staszek szybki jest” i „I dlatego mamuty wymarły”
    Życzę Ci lepszych dni, a rysunki są bardzo dobre. Tym tutaj jestem zachwycona. Tak trzymaj:)
    M





    ;

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.