poniedziałek, 27 kwietnia 2026

z wewnątrz ciała, które już nie potrzebuje słońca





Cykl (jeszcze nie wiem, czy Ferrumoria jest dla niego dobrym miejscem) zaczęłam pisać w połowie 2024 roku, ale zostawiłam go, bo zajęłam się innym... i zapomniałam o nim, później napisłam kilka tekstów o lekcjach osmozy i światła, w trakcie znowu pochłonęły mnie inne zamówione teksty. I teraz od kilku tygodniu pracuję znowu nad nimi. By zrobić w głowie przestrzeń dla innych rzeczy. Dzisiaj trzy, bo reszta to jeszcze szkice, które niosą mnie póki co po okolicy, kiedy wędruje tu i tam. 



Głos bluszczu


Są dni, gdy milknie nawet Shannon.
Wtedy oddycham głębiej  ciągnę się po ścianach,
rozpoznaję ślady: dziecięcy but,
mydło w deszczu, kredki, które zawsze spadają ostrzem w ziemię.

To nie wasza wina, że przestajecie wierzyć w liście.
Nad każdą raną rosłem w ciszy,
niektóre z was przytulały mnie czołem,
mówiły: nie bój się, to tylko świat.
A potem płakały.

Pamiętam.
Dziewczynkę w białym swetrze.
Mężczyznę, śmiał się pod wiatr.
Kobietę, której serce biło
na zewnątrz klatki  tak mocno,
że psy wyły przez sen.

Nie wierzę w przetrwanie. Tylko w przylgnięcie.
W mchy, które uczą się twojego zapachu,
zanim odejdziesz.

I w ten sposób, roślinnie,
byłem twoim synem, cieniem,
niepokonaną chorobą, wrosła w ogrodzenie.


Pręt


Niech cię nie zmyli rdza. Przyszła po mnie jak kochanka.
Najpierw językiem z deszczu, później całym ciałem i pogodą.
Odkąd pamiętam, nikt już nie buduje tu murów,
tylko się o nie opiera.

Słyszałem szepty matek, które mówiły dzieciom: nie dotykaj,
bo to żelazo.
Jakby dotknięcie było przestępstwem.
Ale i tak każda dłoń zostawiała coś, co we mnie weszło głęboko.

Wiem wszystko o stawach i o bólu. O zimach, w których pękają domy.
O kobietach, które drapią paznokciem farbę i udają, że nie kochają.
O mężczyznach. Pragnęli być mostem, ale zostali hakiem w ścianie.

Zazdroszczę bluszczowi, jemu wybacza się wnikanie.
Zawsze jestem zbyt ostry albo prosty, dawno wbity w fundament.
Ale wiesz, czego nie znoszę? Kiedy ktoś mówi: to tylko kawałek metalu.


Dziecko (z domu za lasem)

Mama mówi, że nie wolno rozmawiać z roślinami,
bo nie mają ust, ale ja widziałam, jak cis mówił do jeżyny.
Poruszali się jak tancerze, albo kłócili się w języku,
którego jeszcze nie wymyślono.

Kiedy zasypiam, świat zmienia zapach. Dom staje się mniejszy,
a mój koc, dłuższy niż Shannon. Czasem śnię, że niosę nas wszystkich
w pudełku po herbacie. Ja, mama, pan z autobusu, który płacze,
i ptak. Powstaje z ognia.

Kiedyś zapytałam, czy bluszcz może mieć uczucia.
Mama wtedy powiedziała coś o przetrwaniu.
Ale ja myślę, że bluszcz po prostu boi się być sam.

Dzisiaj zjadłam pomarańczę i zostawiłam skórkę.
Może ktoś ją znajdzie i pomyśli, że byłam tu naprawdę.



4 komentarze:

  1. Znalazłam na trawniku skórkę z mandarynki. Od razu myśli popłynęły....kto zjadł, czy usta mu nie spierzchły na wietrze, jak pięknie odznaczał się kolor skórki na tle młodej zieleni.
    Twoje wiersze, to kawał mądrości życiowej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuję, że te wiersze musiały 'odleżeć' swoje, by wybrzmieć z taką siłą. Jest w nich jakaś bolesna, ale piękna prawda o 'przylgnięciu' do świata, a Ferrumoria wydaje mi się miejscem, które ma jeszcze wiele do opowiedzenia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dobre wino, nagle okazuje się, że nie jest takie złe, a wcześniej wydawało się, że kwas. Z wierszami i inymi tekstami jest u mnie podobnie, więc niech lezą :)

      Usuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.