sobota, 18 kwietnia 2026

[XV] Barwa toni

 



jest coś ciężkiego w patrzeniu na zieleń,
ale nie tę z katalogu – nie #1DCB67,
lecz tę, co rośnie na spodzie stawu,
tam, gdzie światło już nie dochodzi wprost,
tylko załamane, zmęczone,
rozbite jak glif bez światła między znakami.
ta zieleń to bardziej cisza gliny
niż kolor.
taka, co klei się do palców,
zanim jeszcze nazwiesz ją zielenią.
język natury nie zna nasycenia –
to nie Pantone 5763 C,
to nie italic ani black condensed.
to raczej niedopowiedzenie,
jak w literze e, która się nie domyka,
bo ktoś przerwał zdanie łzą.
z dna jeziora wynosiłam w dłoniach
nie kamienie, tylko myśli –
trudne do złożenia.
każda z nich miała odcień –
niebieskoszary, jak cisza ryby,
czerwonożółty, jak gniew trzcin w wietrze,
a czasem zielony – jak strach kijanki.
pamiętam, jak drewno moknie.
to wtedy pachnie najbardziej –
stare książki w języku,
którym już nikt nie mówi.
kiedy deska pod stopą wydaje dźwięk –
to tak, jakby coś chciało przemówić,
ale było zbyt skamieniałe,
zbyt mocno zanurzone w historii.
świat miał kiedyś więcej kerningu,
więcej miejsca między zjawiskami.
teraz wszystko się styka,
przestrzenie są za małe na ciszę,
na oddech,
na zrozumienie,
na łagodność dla oka i duszy.
czasem wchodzę znów do wody.
nie żeby pływać.
żeby dotknąć dna.
żeby się upewnić, że glina tam nadal jest,
że z niej powstałam,
z niej – i z koloru
którego nie da się wydrukować.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.