Są takie książki, które czyta się jak drogę, i są takie, które się składa, warstwa po warstwie, jakby były projektem do zamieszkania. Kamper (odyseja) Mai Baczyńskiej jest dla mnie właśnie takim obiektem: trochę tomem, trochę pojazdem, trochę organizmem. Już sama okładka ustawia czułość odbioru. Kamper z klocków LEGO. Pozornie lekki, niemal dziecięcy ale osadzony w kolorze butelkowej zieleni, przytłumionej mgłą. Jako graficzka widzę tu bardzo świadome napięcie: pomiędzy konstrukcją a rozpadem, zabawką a wehikułem pamięci. LEGO sugeruje możliwość rozkładania i składania świata od nowa, ale mgła odbiera pewność, nic nie jest tu trwałe, wszystko może zostać przearanżowane albo utracone. To świetnie koresponduje z tym, co dzieje się w środku książki. Od strony typograficznej ten tom oddycha. Nie jest przeładowany, pozwala wybrzmieć pauzom, daje miejsce na zawahanie. Skład nie narzuca rytmu, raczej go podchwytuje, czasem nawet poddaje się frazie. Jako składaczka czuję, że ktoś tu zaufał wierszowi, nie próbował go naprawiać ani dyscyplinować. To ważne, bo teksty Baczyńskiej pracują na granicy rozpadu: składnia się rozsuwa, obrazy migrują, znaczenia się rozszczelniają. Gdyby forma była zbyt sztywna, wszystko by się zamknęło a tu jednak pozostaje w ruchu. A ten ruch jest przecież osią tej książki. Kamper nie jest tylko motywem, to totem, jak sama napisała. Przestrzeń przejściowa pomiędzy życiem a pamięcią, między ja a my, ciałem a tym, co po nim zostaje. Podróż nie prowadzi tu linearnie; raczej zapętla się, zawraca, rozszczepia na równoległe trasy: dzieciństwo, śmierć ojca, psy, ciało, pragnienie, potencjalne macierzyństwo, przodkowie, zwierzęta, Kenia, kosmos. To wszystko mieści się w jednym pojeździe, który, paradoksalnie, często stoi w miejscu. Czuję w tym tomie bardzo silną, nieoczywistą czułość. Nie sentymentalną, raczej taką, która przechodzi przez gniew, rozpad, przez coś, co nazwałabym nieuciszeniem. Ten głos nie chce się uspokoić i dobrze, że nie chce. Bo właśnie z tego napięcia rodzą się najciekawsze momenty: kiedy ojciec zostaje
(…) obrócony z prochu w proch,
codziennie w inne piękno przeze mnie ekshumowany
w imię kontynuacji (...),
kiedy ciało pamięta więcej niż język, kiedy zwierzęta i ludzie przestają być oddzielni. Bardzo porusza mnie też praca z powtórzeniami i wariacją. Jak w składzie, kiedy wracasz do tego samego elementu, ale przesuniętego o milimetr, w innym świetle. Tu wracają ptaki, psy, motyle, dzieci, drogi, i za każdym razem znaczą coś trochę innego. To buduje wewnętrzną architekturę tomu, która nie jest oczywista przy pierwszym czytaniu, ale zaczyna się ujawniać, gdy się w nim pobędzie dłużej. I jeszcze jedno: to jest książka o byciu pojedynczą i jednocześnie nieustannie uwikłaną. To napięcie wybrzmiewa zarówno w warstwie tekstowej, jak i wizualnej. Jako czytelniczka i projektantka mam poczucie, że wszystko tu pracuje na wspólny efekt. Nic nie jest przypadkowe, nawet jeśli udaje przypadek. Polecałabym ten tom nie tylko osobom, które czytają poezję, ale również tym, które myślą obrazami, rytmem, przestrzenią. Bo Kamper (odyseja) to nie jest książka do przeczytania. To jest książka do zamieszkania na chwilę i do zabrania ze sobą, jak coś bardzo osobistego, co zmienia kształt w trakcie drogi.
Zainteresowanych książką odsyłam do FONT fundacja.font@gmail.com


Pomóż mi proszę. Czy powinnam przeczytać tę książkę?
OdpowiedzUsuń