Rozrastają się bez dyscypliny, jakby ktoś zapomniał ustawić granice pamięci i teraz wszystko chce być pierwsze, światło, które już zgasło, głos, który nie należał do nikogo konkretnego, twoje własne zdania, powtarzane tak długo, aż przestają być twoje, jakby język miał w sobie coś z organizmu, który nie zna pojęcia umiaru. Mówisz do życia: zostań z tyłu, ale ono i tak siada obok, z tą cierpliwością, która nie jest cnotą, raczej nawykiem czegoś, co nigdy nie musiało prosić o pozwolenie. Ocean udaje spokój, to najbardziej podejrzana z jego umiejętności. Łódź trzyma się powierzchni jak myśl, której nie doprowadzono do końca, a ty patrzysz w dół i próbujesz uwierzyć, że jeśli nazwiesz pęknięcie wystarczająco precyzyjnie, to stanie się tylko słowem, nie doświadczeniem. Ale ono pracuje pod spodem, bez języka, metafory. Cierpliwe jak coś, co nie potrzebuje świadków. Wiatr rozgrywa cię od środka, sprawdza, ile miejsca zostało pomiędzy tym, co pamiętasz, a tym, co próbujesz zrozumieć, i nagle okazuje się, że ciało jest większe niż twoje wyjaśnienia, że mieści więcej sprzeczności niż wszystkie opowieści, które miały cię kiedyś ochronić. Uczyli cię prostych podziałów. Ale prostota zawsze była najlepiej opłaconą fikcją. Zło nie kryje się nisko, ono chodzi wyprostowane, W dobrze skrojonych gestach i z pewnością w głosie, i nikt nie chce przyznać, jak bardzo to uspokaja, kiedy można je pomylić z porządkiem. Więc siedzisz w sobie jak w poczekalni bez numerów, i próbujesz rozpoznać, czy to jeszcze nadzieja, czy już tylko przyzwyczajenie do czekania. Na krawędzi ktoś ułożył drogę z kamieni, nie po to, żeby prowadziła, raczej żeby zaznaczyć wysiłek, że można coś budować nawet wtedy, kiedy nikt nie obiecał sensu na końcu. Ocean. Zostawia ci tę uprzejmość milczenia. Nie jest ani zgodą, ani sprzeciwem, tylko czymś znacznie bardziej niewygodnym. Brakiem odpowiedzi, który trzeba przyjąć bez interpretacji. Zbierasz drobiazgi, jakbyś mogła z nich ułożyć dowód, że coś jednak zostaje, że świat nie rozprasza się całkowicie przy pierwszym lepszym zapomnieniu. A jednak wszystko wygląda trochę jak rekwizyty, jakby rzeczy miały krótką pamięć i nie chciały już uczestniczyć w twojej historii. Wieczorem czytasz dziecku, które dopiero negocjuje warunki istnienia, i jego pytania są ostrzejsze niż wszystkie twoje odpowiedzi, bo nie zna jeszcze tej wygodnej ironii, która pozwala żyć bez rozstrzygnięć. Pyta o powrót, o możliwość naprawy, o to, czy świat jest szkicem, który ktoś jeszcze poprawi. A ty mówisz ostrożnie, jakby każde słowo mogło coś nieodwracalnie zatwierdzić. I może najbardziej niepokojące jest to, że kiedy zasypia na jawie, nagle odzyskuje potencjał, nie jakiś wielki, wzniosły, raczej cichy i uparty, jak roślina, która nie zna pojęcia sensu, a mimo to rozsadza kamień od środka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.