wtorek, 7 kwietnia 2026

O spokoju

 



Powinnam zacząć od koloru ale nie ma już koloru, jest tylko jego zużycie,
coś jak ślad po palcu na ekranie, który reaguje, ale już nie odpowiada.

W i ę c zaczynam od tego. Pewnego dnia przestałam potrzebować wyjaśnień
i to nie było olśnienie, raczej drobna awaria systemu
jakby ktoś wyłączył funkcję sens bez komunikatu
i wszystko działa dalej, tylko ciszej, bardziej wypłaszczone.

Ktoś kiedyś powiedział, nazwij to, a uratujesz.
I przez lata nazywałam rzeczy, ludzi, siebie w różnych wersjach,
nakładałam znaczenia jak warstwy farby, aż obraz przestał oddychać.

Teraz patrzę
i nie poprawiam.

To jest ten moment, w którym ręce nadal pamiętają gest
ale już nie mają powodu, żeby go wykonać.
Drżą nie z braku siły a z nadmiaru trzymania.

Był czas, kiedy wszystko było głośne,
uczucia miały objętość, zajmowały miejsce,
trzeba było się z nimi liczyć jak z ciężkimi meblami,
przesuwać, ustawiać, potykać się o nie,
aż w końcu można było powiedzieć: ż y j ę.

Teraz życie nie potrzebuje dowodu,
odbywa się bez świadków,
jak rozmowa, której nikt nie zapisuje.

I mylę ten spokój z czymś, co brzmi lepiej,
dojrzałość, równowaga, akceptacja,
wygodne słowa, miękkie krzesła
na których można siedzieć i nie czuć, że coś uwiera.

Jednak prawda wynika z techniki,
i jest mniej literacka, do pokazania:
to moment, w którym świat przestaje oferować wersję roboczą
i zostawia cię z tym, co jest
bez opcji edytuj,
i można jeszcze zaparzyć kawę, odpowiedzieć na wiadomość,
wyjść na spacer, gdzie nic nie woła po imieniu.

Nawet nie chodzi o pustkę, pustka była kiedyś wydarzeniem,
teraz jest narzędziem,
czymś, co pozwala funkcjonować bez przeciążenia.

W i ę c siedzę w tym,
jak w przestrzeni, która nie wymaga interpretacji
i myślę, że może tak właśnie wygląda koniec pewnej narracji,
bez puenty, dramatycznego światła,
raczej jak zdanie, które nagle traci czasownik.

I zostaje

już tylko coś

co trwa

bez potrzeby,
żeby znaczyć.




19 komentarzy:

  1. To obraz... zycia na emeryturze! :)))) Lub wieku dojrzalego, w ktorym nic juz nie musi sie udawadniac, nawet tego, ze sie jeszcze zyje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odrobinę mnie rozbawiłaś, ale tylko na chwilę, hehe. To nie jest wygodna emerytura od życia, raczej moment, w którym system przestaje produkować nadmiar znaczeń. Nie dlatego, że wszystko już zostało przeżyte, tylko dlatego, że przestaje być konieczne udowadnianie czegokolwiek, nawet sobie. To nie ulga w sensie odpoczynku, bardziej wyłączenie przymusu bycia w ciągłym komentarzu do własnego istnienia.

      Usuń
    2. ulga bycia w ciągłym komentarzu do własnego istnienia...to jest klucz. spokoju. pewności. ale i w jakimś sensie to jest przerażające?

      Usuń
    3. Tak. bo znika napięcie, które wcześniej mówiło, jesteś. Kiedy przestajesz być w ciągłym komentarzu do siebie, tracisz też coś w rodzaju dowodu istnienia. Nie ma już tej wewnętrznej narratorki, która podkreśla zdania, stawia przecinki, mówi, to było ważne. I nagle nie wiadomo, czy spokój jest formą wolności, czy formą wycofania z gry. Przerażenie bierze się chyba z tego, że nie ma już punktu odniesienia, nawet własne emocje przestają być oczywiste. Ale jednocześnie… nic się nie wali. Więc to jest ten dziwny stan, lekko niepokojący i zupełnie stabilny jednocześnie :P namieszałam?

      Usuń
  2. a może zwyczajnie wyrosłaś z tych potrzeb? i już nie musisz nic wyjaśniać, tłumaczyć się, czuć się w obowiązku, by kolory miały głębię?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 'wyrosłaś' brzmi ładnie, ale jest w tym trochę za dużo porządku. Jakby to był naturalny proces, coś wpisanego w rozwój. A to się raczej wydarza bokiem, bez zapowiedzi, trochę jak utrata funkcji, z której nawet nie wiedziałam, że korzystam. To nie jest brak potrzeby wyjaśniania, to raczej brak wiary, że wyjaśnienie cokolwiek zmienia. Kolory nadal są i mają głębię, tylko przestają udawać, że mają obowiązek znaczyć więcej.

      Usuń
    2. moja mama całkiem niedawno powiedziała - góry są dla młodych. coraz łatwiej mi to zrozumieć.

      Usuń
    3. hm...i może dlatego łatwiej jest zostać niż iść wyżej. Nie z rezygnacji rzecz jasna, tylko z obojętności wobec wysokości :P

      Usuń
  3. To chyba właśnie dojrzałość, doświadczenie, świadomość siebie i swoich potrzeb, przychodzi taki czas i daje spokój...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nazwać to dojrzałością, to brzmi dość bezpiecznie, jak coś osiągniętego. Ale tu nie ma poczucia zdobycia, raczej coś się wycofało. I ten spokój, o którym napisałaś, on nie jest nagrodą, no niestety nie. Jest bardziej jak przestrzeń po czymś, co przestało działać. Można w niej być, nawet całkiem wygodnie i przyjemnie, ale trudno ją nazwać spełnieniem. Tak mi się wydaje, ale... no właśnie.

      Usuń
    2. Dojrzałość i spokój nie muszą oznaczać końca , kresu, ustania w kreacjach, to jakby inne spojrzenie na wiele spraw, samo to obserwuję i podoba mi się ten proces. Brak pośpiechu, konieczności udowadniania, zabiegania o uwagę, skupienie na własnym celu...
      No właśnie, czym jest owo spełnienie?

      Usuń
    3. Coraz mniej przypomina coś, co można nazwać. Kiedyś było projektem, zestawem warunków do odhaczenia, stanem, do którego się dochodzi. Teraz, jeśli w ogóle jest, to raczej jako brak potrzeby sprawdzania, czy już jest. Spełnienie bez świadomości spełnienia przestaje być kategorią, a zaczyna być tłem. Albo jeszcze inaczej, to moment, w którym pytanie o spełnienie traci sens, bo nie ma już napięcia między 'jest' a 'powinno być'. I to wcale nie brzmi spektakularnie. Raczej jak dobrze ustawione krzesło, na którym można siedzieć i zapomnieć, że się siedzi. :)

      Usuń
  4. Nie wiem jak Ciebie rozumieć. Powiem, że chciałabym znowu tak. Nie musieć nikomu nic udawadniać. Tłumaczyć siebie i swoich decyzji, dlaczego ośmielam się tak, a nie inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem to 'chciałabym znowu'. Tylko że to 'znowu' nie jest powrotem do czegoś, co się zna. To nie jest wolność od udowadniania w sensie ulgi, raczej moment, kiedy przestajesz wierzyć, że w ogóle jest coś do udowodnienia. I to bywa dobre, ale bywa też chłodne, trochę odczłowieczające. Nie ma już tej energii buntu, potrzeby zaznaczania siebie. Zostaje coś cichszego i nie zawsze wiadomo, czy to jeszcze wybór, czy już tylko stan.

      Usuń
  5. Wiem, że powrót nigdy nie jest do czegoś, co się zna, wszystko rośnie i zmienia się wraz z nami. Mówiąc o powrocie, miałam na myśli czas, kiedy tworzyłam, żyłam, bez udawadnianinia czegokolwiek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie zmienia się temperatura tworzenia. Uściski posyłam :*

      Usuń
  6. A może to jest tylko zatrzymanie się? Bo wtedy widzi się i rozumie więcej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ale nie w sensie pauzy przed dalszym ciągiem. :)

      Usuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.