Piszę to jakby ktoś przesunął czcionkę w moim ciele o jeden punkt w dół.
Litery ocierają się o żebra, robi się ciaśniej niż zwykle.
Ostatnie sny grają we mnie jak kaseta przegrzana od słońca.
Lodowiec oddycha ciepłem, aż parują brzegi,
próbuję znaleźć dla nas zdanie, które nie zajmie się ogniem od środka.
Mówisz: to tylko woda.
Patrzę. Podnosi się od środka, z miejsc, które miały być bezpieczne,
wypełnia doliny pomiędzy nami, zbiera nasze drobne zaniedbania.
Foliowe szelesty, tandetne refreny, przyklejają się do skóry po wszystkim.
Cytaty. Miały nas ratować, a tylko rozciągają sens (aż pęka jak cienka skóra).
I chcę cię przy tym zatrzymać, na chwilę przed. Sięgniesz
po kolejny łyk, kiedy już wiesz, że to głupie,
a mimo to powtarzasz gest. Tak chyba działa miłość,
trochę wstydliwie i wbrew własnemu odbiciu.
Ludzie śmieją się. Ich głosy są w kolorze przejrzałej pomarańczy.
Pękają w dłoniach, jak zbyt miękkie owoce. Stoję obok i uczę się
czułości do tego pękania, do tego, że nie potrafimy inaczej się utrzymać.
Bo przecież każdy z nas choć raz pieprzył świat na stojąco,
z oklaskami niesionymi przez pola. Może to jest jakaś forma odwagi,
albo strach obrysowany grubą kreską, żeby wyglądał na pewność.
Chciałabym powiedzieć coś prostego, ale każde słowo się rozgałęzia,
ucieka w definicje, w różnice, które niczego nie ratują.
Sens gubi się szybciej niż oddech, zamienia się w żart,
który brzmi głośno, ale nie trafia w nikogo.
Dlatego mówię: zostań,
kiedy zacznie nas zalewać to wszystko, po kolana,
po szyję. Miejsca, których nie nazywamy.
Zostań, nawet jeśli będziemy mówić rzeczy niedoskonałe,
jak dzieci, które dopiero uczą się, że można zostać.
I jeśli kiedyś zabraknie nam powietrza,
ułóż mnie wtedy jak linijkę tekstu na marginesie dnia,
lekko przekrzywioną, trochę rozmazaną,
taką, którą ktoś mógłby wziąć za błąd druku,
i przez chwilę się zawahać.
Zostań, nawet jeśli będziemy mówić rzeczy niedoskonałe,
jak dzieci, które dopiero uczą się, że można zostać.
I jeśli kiedyś zabraknie nam powietrza,
ułóż mnie wtedy jak linijkę tekstu na marginesie dnia,
lekko przekrzywioną, trochę rozmazaną,
taką, którą ktoś mógłby wziąć za błąd druku,
i przez chwilę się zawahać.
z nowego cyklu, który jeszcze nie wiem gdzie mnie zaprowadzi.

To rozgałęzianie jest czymś najlepszym, co mi się w życiu przydarzyło i przydarza. Coś wygląda na skończone, aż tu naraz nowe i nowe i rzucam się na to i czuję się taka, chyba szczęśliwa. Mam takie hasła, które z pojedynczego patyczka, stały się wielkim drzewem.
OdpowiedzUsuńBiorę teraz tę Twoją linijkę i nie ma już marginesu, tylko miejsce na coś.
Podkreślam wszystko, co jest mi ważne i piękne i wieszam sobie na "złotych gwoździach".
Przydadzą się.
Dziękuję🤍🐦⬛
:)
UsuńJak dobrze jest móc powiedzieć komuś ZOSTAŃ, bez ograniczeń i bez wyrzeczeń...
OdpowiedzUsuńW tym rzecz :)
Usuń