sobota, 7 marca 2026

Sztuka przywracania

 




Zaczyna się od drobiazgów. Litery. Zgubiły ciało i leżą na stole jak rybie łuski,
i nagle trzeba je zebrać, obrócić w palcach, sprawdzić czy jeszcze oddychają,
bo język, wbrew temu, co mówią podręczniki, nie jest systemem,
tylko stadem nerwowych zwierząt. Uciekają w stronę światła, gdy ktoś otwiera okno.

Rok nie zamyka się jak książka, przecieka przez grzbiet, każdego dnia.
Farba drukarska utrzymuje się pod paznokciami tak długo, aż zaczynam podejrzewać,
że całe życie jest tylko próbą odbitki. Dlatego układam litery powoli,
jakby były kośćmi małego zwierzęcia znalezionego w śniegu,
sprawdzam ich ciężar, obrysowuję kształt.

Powiedziano mi kiedyś, że typografia powinna być przezroczysta,
ale to tak, jakby żądać od rzeki, aby nie miała nurtu. Litery chcą się kłócić ze światłem.
Przytulać w zbyt ciasnych odstępach, by za chwilę rozszczepić się bez udawania,
w przestrzenie. Nie udają sensu. Widziałam takie rozmowy.

Na stole, gdzie chusteczki zbierają purpurowe ślady słów,
a nikt już nie pamięta, kto pierwszy powiedział:
to tylko historia.

Tylko.

Jakby historie nie były sposobem, w jaki świat naprawia swoje złamania.
W tym samym czasie dziecko przebrane za rekina stawiało pierwszy krok,
jakby ocean był tylko ćwiczeniem z równowagi. Tak było.

Światło mrugało na wodzie, a ja zrozumiałam coś bardzo prostego:
że montaż jest formą czułości. Nie skleja się obrazów, żeby je uporządkować.
Skleja się je, żeby ocalić drżenie, które pojawia się pomiędzy nimi.

Dlatego nakładałam warstwy, błękit, który pamięta jeszcze chłód lodowców,
zieleń cierpliwą jak mech w cieniu kamieni, żółcienie, zachowują się podejrzanie, jak śmiech,
i czerwień, zawsze trochę zbyt blisko ciała.

A pod spodem zostawiłam pęknięcia. Bo życie nie ufa gładkim powierzchniom.
Moja wnuczka kiedyś obejrzy ten film i pomyśli, że świat jest ruchem.
Nie powiem jej wtedy, że ruch jest tylko inną formą niepokoju.
Dzieci muszą wierzyć, że ocean jest większy niż strach.

Najdziwniejsze jest jednak to, że kiedy układam litery albo kadry,
czuję coś na kształt wdzięczności. Jakby ktoś wcześniej przygotował dla mnie
ten chaos. Jakby farba wiedziała, gdzie ma spłynąć.
Jakby papier, cierpliwy jak ziemia w lodówce matki, przechowywał wilgoć na później.
Dlatego wybieram czerń. Nie dlatego, że jest elegancka.

Czerń jest po prostu najbardziej lojalnym kolorem,
zostaje, gdy reszta świata zaczyna się wymazywać,
i przypomina, że każda litera jest małym aktem powstawania.
A powstawanie, moja droga,
to najstarsza sztuka przywracania.
Nawet jeśli czasami wygląda jak błąd druku.


2 komentarze:

  1. Zajrzałam, bo nowy tekst, ale wczytam się później, bo prawie w butach przed wyprawą stoję, a nie chcę czytać po łebkach...

    OdpowiedzUsuń
  2. każda litera jest małym aktem powstawania.... rozłożyłaś tekst na kwanty. a każdy wnosi malutką nieskończoność i bez tej literki całość nie byłaby taka sama.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.