sobota, 14 lutego 2026

rzeczy, które zostają

 



bibeloty trzymam w kieszeni płaszcza, jak dowody na to,
że istniały dni mniejsze od oddechu, że można było mieszkać w filiżance
i nie utopić się w porannej kawie, a twoje imię, zapisane ołówkiem,
nie ścierało się od potu, tylko od czułości, bo dotykałam go zbyt często,
jak sprawdza się puls u kogoś, kto jeszcze nie wie, że przeżyje.

rzeczy są martwe, a jednak krzesło pamięta ciężar rozmowy,
szklanka wargę bardziej niż woda, a parapet, twoje łokcie,
kiedy udawaliśmy rozsądek, rozmawiając o pogodzie,
jak o przyszłości świata, z powagą ludzi, którzy nie wierzą w jutro,
ale uprzejmie mu ustępują miejsca.

czasem ŻYCIE przychodziło do nas bokiem, jak pies,
który nie ufa ręce, więc siedzieliśmy nieruchomo,
aż samo położyło głowę na kolanach
i udawało, że nigdy nikogo nie ugryzło.

zdejmowałam lakier z paznokci, jak obce zdanie
z własnej biografii, pod spodem były dłonie,
do trzymania kubka, przesuwania chmur w cudzym oknie,
do milczenia tak dokładnego, że aż wstydliwego.

nie mówię, że kochałam, to słowo zużywa się szybciej
niż skóra na kciuku, raczej pozwalałam ci być
w obrębie mojego oddychania,
jak pozwala się światłu leżeć na podłodze
bez pytania.

i kiedy wychodziliśmy wieczorem, miasto było tylko szkicem,
kolory dopowiadały nasze oczy, a ironia, była naszą ochroną
przeciw patosowi, bo człowiek, który naprawdę drży,
zawsze opowiada dowcip, żeby nie wybuchnąć w miejscu publicznym.

najbardziej wierzę w to, że pewnego dnia pomylą nas z przedmiotami:
ciebie z ciepłem krzesła, mnie z zapachem książki po deszczu,
i nikt nie zauważy różnicy, a to będzie najuczciwsza forma bliskości.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.