Wysyłam porozumiewawcze spojrzenie mężowi, bo wciaż odczuwam powikłania po grypie, ale deszcz zatrzymuje mnie przy biurku, przy Storytel. Bonaszewski czyta mi Siembiedę (Wotum). Zarejestrowałam jakieś poruszenie w grajdole literackim. Dlatego robię przerwę dla Piotra Sadzika i czytam jego tekst Gry pozorów, w którym diagnozuje literaturę jako sformatowaną, oportunistyczną, uległą wobec nagrodowych gustów i algorytmów rozpoznawalności. Punktuje inwersje, litanijności, dramatyzacje, uwersowienia, sentencjonalność. Wytyka tokenizację języka. Wzywa do ryzyka. Do inwencji. Do wyjścia poza matrycę.
I tu zaczynają się moje wątpliwości.
Bo jeśli rzeczywiście, jak napisał Sadzik, literatura ma być przestrzenią negocjacji, to dlaczego jego wywód tak łatwo zamyka się w trybie egzekucji? Dlaczego rozpoznanie chwytu automatycznie unieważnia jego skuteczność? Od kiedy świadomość formy jest dowodem jej jałowości? Sadzik przywołuje Witolda Gombrowicza jako przykład ryzyka historycznie umocowanego, a zarazem oskarża współczesnych o powierzchowną gombrowiczowość. Tyle że język nigdy nie jest niewinny ani pierwotny. Każda forma jest już po kimś. Każda inwersja jest po jakiejś inwersji. Pytanie nie brzmi: czy to było, lecz: co robi teraz. Pisząc, i mówię to z własnej praktyki, nie wykonuję gestów. Wychodzę dalej: w język jako relację, w komunikację, w ryzyko niezrozumienia. Czasem robię to przez rozszczelnienie składni, przez repetycję, pauzę. To nie jest token. Raczej próba przesunięcia ciężaru sensu. Jeśli ktoś widzi w tym wyłącznie marketingowy brand, to być może dlatego, że patrzy zbyt blisko rynku, a zbyt daleko od doświadczenia. Porównanie fragmentów Alchemika Paulo Coelho z Łakomymi Małgorzaty Lebdy jest efektownym zabiegiem retorycznym. Ale efektowność nie jest jeszcze argumentem. Zderzenie cytatów w próżni kontekstu zawsze zadziała, tak jak wyjęte z partytury nuty mogą brzmieć banalnie, dopóki nie wrócą do kompozycji. Literatura nie jest konkursem na najbardziej ironiczny quiz. Sadzik ostrzega przed algorytmiczną powtarzalnością i przywołuje Jacquesa Derridę. Zgoda: potrzebujemy języka, który nie poddaje się łatwej replikacji. Ale czy naprawdę wierzymy, że replikowalność zaczyna się tam, gdzie pojawia się rytm, powtórzenie i emfaza? Modele językowe świetnie radzą sobie z poprawną prozą środka. To właśnie zaburzenie, afekt, nadmiar, nawet ryzyko śmieszności, wytrącają je z równowagi. Może więc problem nie jest w tym, że literatura jest zbyt dramatyczna, bo jest zbyt bezbronna wobec podejrzenia o dramatyzm. Łatwo dziś nazwać coś efekciarstwem. Trudniej przyznać, że patos, nawet nieudany, bywa formą desperackiej obrony sensu. Powtórzenie nie zawsze jest protezą, lecz próbą przebicia się przez szum. Wers nie musi być udawaniem poezji, tylko sposobem oddychania tekstu. Jeśli mamy mówić o ryzyku, to ryzykujmy także możliwość, że cudza forma, nawet jeśli rozpoznawalna, jest czyimś realnym mocowaniem się z językiem. Nie każda inwersja jest kabaretem, a nie każda emfaza marketingiem. Czasem to jedyny sposób, by nie mówić językiem, który już dawno został policzony. Zaskakuje mnie więc nie to, że ktoś jeszcze wierzy w siłę formy. Zaskakuje, że wciąż dziwi to krytykę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.