Kończy się mój długi weekend. O świcie była siłownia, później sporo się działo, w wolne dni potrafi być intensywniej. Rano pomyślałam, no cóż, już początek tygodnia. Dopiero wieczorem znalazłam moment, żeby usiąść przed trzecim odcinkiem Rycerza Siedmiu Królestw, kilka stron książki na czytniku, herbata w kubku z Bolesławca. Ten drobny, niekontrolowany skurcz w kąciku ust pojawia się zawsze, gdy czytam o granicach autorstwa, o redaktorce nadużywającej AI, która gubi się w odpowiedzi na pytanie, czy jestem autorką, czy tylko operatorką narzędzi, chyba, to żadna odpowiedź. W międzyczasie udoskonaliłam murzynka. Stary przepis, wyciągnięty z szuflady pamięci, dostosowany do oczekiwań mojej rodziny, zainspirowana przez Natthimlen. To zresztą działa podobnie jak z kawą: parzymy ją w domu coraz bardziej wymyślnie, więc będąc w kawiarni mój mąż patrzy na filiżankę z wyraźnym rozczarowaniem. Myślę czasem, że gdybym gorzej gotowała, piekła i nie wymyślała własnych receptur, w restauracjach bylibyśmy wzorowymi, wdzięcznymi gośćmi. A tak, cóż. Straszne, mówię wam. Ten weekend kończy się więc gdzieś pomiędzy komfortem a lekkim niepokojem, w domowym cieple z pytaniem o to, co jeszcze jest nasze, a co już tylko powtórzeniem, poprawką, adaptacją. I chyba właśnie w tym zawieszeniu, pomiędzy zmierzchem a świtem, czuję się dziś najbardziej u siebie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.