W przestrzeni między miastem a wsią, gdzie linie murków
rozmywają się w powietrzu, rośnie coś, co nie ma nazwy.
Cień jabłoni pada na asfalt, od którego odbija się dźwięk
łopat. Ludzie rozmawiają, ich słowa, jak krople soku
spływają po szyjkach butelek, ślizgają się po rękach.
Ktoś mówi: to tylko przeszłość. Ktoś inny: właśnie o to chodzi.
Mówią o plonach na dachu, fasoli,
wślizguje się między palce, jakby chciała wrócić
do ziemi. Dynie, pomarańczowe księżyce,
spoczywają na kompoście.
Na południu, tam gdzie słońce jest bliżej skóry,
życie ma więcej pracy w dłoniach niż w biurkach.
Nie budujemy miasta, wyciągamy je z ziemi.
Pęknięcia w betonie zasypują nasiona.
W przestrzeniach pomiędzy domami, dzieci grzebią
w resztkach plonów, w kieszeniach kurtek
znajdują okruchy chleba, pestki, ślady po dawnych rynkach.
Na chwilę zapada cisza, odbija się od ścian.
Czy to cynizm, czy nadzieja? Czy miasto pamięta,
że jego początki leżały w cieple glinianych naczyń
i w popękanych palcach? Niech mówi ziemia,
ona zawsze wie, gdzie wrócić.
z archiwum
Jak ten wiersz dyskretnie współtworzy mój dzisiejszy nastrój, dziękuję :*
OdpowiedzUsuń:) za każdym razem, gdy do niego wracam, coś usuwam.
UsuńI ja teraz jeszcze raz sczytuję i jeszcze jaśniej i jeszcze :*
UsuńZiemia wie doskonale, ludzie nie zawsze pamiętają.
OdpowiedzUsuńDziękuję za chwilę refleksji...
Do uslug :)
UsuńBardzo go czuję, jak na ironię, mieszkając "między miastem a wsią".
OdpowiedzUsuńNo właśnie, mam tak samo :)
Usuń