Na początku roku wracam do tematu praw autorskich, bo od tego wszystko się zaczyna i do tego wraca: w minionym roku kilkukrotnie złamano moje prawa autorskie. Zrobiono to lekko, bez zawahania, z gestem ręki, który miał zamknąć sprawę. Zlekceważono moje prawo autorskie, bo uznano, że jak jestem koleżanką, to można. Problem polega na tym, że koleżanką nie jestem. A nawet gdybym była, to nie jest argument. Moje koleżanki, te prawdziwe, za każdym razem pytają mnie o zgodę: na zdjęcie, grafikę, wiersz czy inny tekst. Czasem pytają dwa razy. Czasem rezygnują, jeśli nie odpowiadam od razu. Na tym właśnie polega różnica między relacją a zawłaszczeniem. Prywatność nie jest abstrakcją, a prawa autorskie nie są dekoracją przypinaną do cudzej pracy jak broszka pożyczona bez pytania. Piszę to z miejsca, gdzie obraz, fotografia, słowo mają jeszcze temperaturę ciała, a nie status pliku do swobodnego obrotu. I właśnie stąd widać najlepiej, jak łatwo dziś przechodzi się nad cudzą granicą, z uśmiechem, lekkością, z tym nieznośnie luźnym tonem, który ma wszystko rozbroić: przecież nic się nie stało, przecież to tylko, przecież…
To jest osobna bajka naszych czasów. Bajka bez morału, bo morał jak zwykle zostanie uznany za przemocowy. Bajka, w której wilk nie musi już przebierać się za babcię, wystarczy, że powie: udostępniłam, bo było ładne. W tej opowieści jako fotografka nie jestem autorką, tylko zasobem. Moje prace nie mają ciężaru decyzji, doświadczenia, lat patrzenia i niepatrzenia, tylko funkcję użytkową: nadaje się, więc się bierze. A jeśli ktoś, kto ma trochę pojęcia o prawie autorskim, zapyta czy osoba ma zgodę na przerabianie i używanie moich prac, zawsze odpowiada zdziwieniem. Ono działa dziś jak amulet. Zdziwienie, że w ogóle ktoś śmiała pomyśleć, że to coś autorskiego. Problem nie jest lokalny, choć lubi zaczynać się w kuchni, w wiadomości prywatnej, w komentarzu pod postem. To jest globalna amnezja, wygodna, powszechna, demokratyczna. Internet nauczył nas, że wszystko jest dostępne, a dostępność zastępuje relację. Że skoro można kliknąć, to znaczy, że wolno. A jeśli wolno wszystkim, to najbardziej wolno tym, którzy czują się uprzywilejowani: głośniejsi, bardziej osadzeni, pewni swojej pozycji. Oni zawsze mogą więcej. Nawet nie muszą tego artykułować. To się po prostu wie. Prawa autorskie w tej narracji są anachronizmem, czymś z epoki minionej, podobnie jak intymność. Prywatność traktuje się jak nadwrażliwość, a sprzeciw jak brak poczucia humoru. Bo przecież nie chodziło o kradzież, tylko o inspirację. Nie o naruszenie, tylko o gest. Słowa się rozmywają, znaczenia tracą kontury. Zostaje mgła, w której wszystko można, bo nikt nie chce być tą osobą, która psuje atmosferę, przypominając o granicach. A jednak granice istnieją. Są cienkie, ale realne. Przebiegają między można a wypada, między dostępem a zgodą, między relacją a zawłaszczeniem. I nie znikają tylko dlatego, że ktoś postanowił ich nie zauważać. Udawanie, że problem nie dotyczy nas, tylko innych, jest jednym z najtrwalszych mechanizmów tej kultury. Inni mają prawa, my mamy potrzeby. Inni mają prywatność, my mamy zasięgi. Inni się czepiają, my działamy. W tle tego wszystkiego czai się jeszcze jedno przekonanie: że twórczość jest czymś naturalnym, niemal biologicznym, jak oddychanie. Skoro więc oddychasz, to czemu miałabym nie korzystać z powietrza, które wydychasz? Tyle że twórczość nie jest powietrzem. Jest pracą, wyborem, odpowiedzialnością. I jest czyjaś, nawet jeśli bardzo chcielibyśmy wierzyć, że w epoce wspólnego feedu to słowo straciło sens. Nie chodzi tu o zakazy ani o stawianie murów. Chodzi o elementarną uważność. O zgodę zapytaną zanim coś stanie się materiałem. O świadomość, że relacja nie uprawnia do wszystkiego, a domniemana bliskość nie kasuje autorstwa. I że niektóre gesty, nawet jeśli są powszechne, pozostają po prostu nie do obrony. Można oczywiście dalej opowiadać bajkę, w której ogórek śpiewa, a cytryna nie dojrzewa. Można udawać, że to niewinne, że takie czasy, że wszyscy tak robią. Ale są momenty, w których, mając już wiedzę, mając już język, mając już dostęp do refleksji, pewnych rzeczy robić po prostu nie wypada. Nawet jeśli wydaje się, że można.

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak szybko człowiek potrafi przekuć cudzą własność prywatną na publiczną, nie kwestionując swojego działania. Jak łatwo zmienia się jego nastawienie, kiedy właściciel - utworu, grafiki czy zdjęcia, upomina się o swoje prawa - jakby respektowanie ich było wyłącznie uznaniowe. PS. Zapisałam dziś u siebie: "Mniej lub bardziej dobrowolnie funkcjonujemy w świecie wirtualnej wirtuozerii - granice prawa są łamane, dystans skracany, a własność i prywatność to słowa półpłynne - z rozmywanym co dnia znaczeniem. (...)". Uściski.
OdpowiedzUsuńMnie się podoba, że w wielu lokalach w Niemczech, jest zakaz używaia telefonów, żadnego fotografowania. Mam nadzieję, że to się rozprzestrzeni.
UsuńDlatego jeśli pokazuję zdjęcia w necie to tylko swoje. I reaguję, kiedy widzę, że ktoś udostępnia czyjeś rysunki, grafiki, ale z wyciętym autorem. Zwykle jestem wyzywana. Najbardziej spektakularną akcją było zwrócenie uwagi osobie, która (rękodzielniczka) prosiła o usunięcie znaków wodnych z grafiki. Dziewczę się oburzyło, kiedy spytałam czy chciałaby, żeby ktoś przyszedł i sobie zabrał jej pracę, bo czemu nie. No przecież jest w necie to można. Drugie to zjechała mnie nauczycielka, kiedy skomentowałam kopiowanie, teraz już nie pamiętam czego. Książki chyba. Od tego że mało zarabia, po wszyscy tak robią. Zapytałam czy idzie do piekarni i bierze bułki za darmo, bo przecież nie musi płacić za czyjąś pracę. Oberwało mi się. I jeszcze po znajomości mnie drażni. Ja po znajomości, szczególnie znając czyjąś sytuację, nigdy nie chcę taniej, ani darmo.
OdpowiedzUsuńEhh, przykro mi bardzo, że Cię to spotyka.
To nie jest żadna wojna o rację, tylko o elementarną uczciwość. W tym świecie 'bo jest w necie' stało się wygodnym usprawiedliwieniem dla zabierania cudzej pracy bez pytania. A przecież to wciąż czyjś czas, ręka, życie włożone w rzecz. Przykre jest to, jak ludzie reagują na uwagi. Obserwuję, że wszędzie podobnie.
Usuńpowtórzę się - w parszywym świecie żyjesz. aż dziw, że potrafisz się uśmiechać i mówić, bez wulgaryzmów. kradzieże pomysłów, chwała cudzym kosztem, zdają się być codziennością.
OdpowiedzUsuńprzypomniałem sobie, że jurorki konkursu literackiego, w którym udało mi się zaistnieć, wspomniały, że nauczyły się odróżniać teksty pisane przez ludzi od tekstów SI i te eliminowały z konkursu. ale to były panie z biblioteki, oczytane i mądre.
Tak, świat bywa parszywy, to prawda. Ale chyba właśnie dlatego warto ćwiczyć uśmiech i język bez wulgaryzmów, nie jako naiwność, tylko jako formę oporu. Chociaż ptrafię kląć, serio. Gdyby było wyłącznie przyjemnie, byłoby po prostu nudno, panie, sam pan wiesz. Równowaga polega na tym, że obok kradzieży i fałszywych pochwał są też uważni czytelnicy, mądre jurorki, bibliotekarki i teksty, które jednak da się rozpoznać, po oddechu, ryzyku, niedoskonałości. I to wciąż daje sens mówieniu własnym głosem, nawet w świecie, który często robi wszystko, żeby go zagłuszyć.
UsuńWitaj w nowym roku. Twój post jest na temat, który chciałabym poruszyć. Obiecałam bywalcom swojego bloga "Na karuzeli życia", że opowiem o Twoim tomiku "Pierwszy milion nocy", gdy wraz z "Emiterium", jego zdjęcie zamieściłam w swoim poście "Zakupy". Dziś napisałam notatkę o nim i chciałabym przed tekstem zamieścić ikonkę jaka widnieje przy Twoich komentarzach i wygląd okładki, kiedy omawiam zbiorek. Jeżeli podejmuję się napisania o czyjejś twórczości, a mam z autorem kontakt mailowy, to tekst przesyłam do autoryzacji. Niestety, na tym blogu nie dostrzegłam informacji na temat kontaktu. Proszę w odpowiedzi tu lub w komentarzach u mnie, czy chcesz zapoznać się z treścią postu "Wrażliwa kobieta" przed opublikowaniem go na moim blogu. Serdecznie pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńCześć, @ do mnie jest w profilu. Publikuj, to są Twoje przemyślenia, śmiało ;)
UsuńWitam, zajrzałam z polecenia Iwonki, a Jej wybory są zawsze trafne.
OdpowiedzUsuńWidzę wiele ciekawych rzeczy, poczytam w wolnej chwili, na razie wpadłam się przywitać.
Znajoma blogerka długo walczyła w Internecie o prawo autorskie dla swojego wiersza List do mamy.
Czasami i ja przypominałam nazwisko autorki, gdy znalazłam ów wiersz w sieci.
Pozdrawiam:-)
Jotko, dziękuję za zajrzenie i za życzliwość. Masz rację, w sieci łatwo o zapomnienie autorów, dlatego takie uważne przypominanie ma realne znaczenie. Pozdrawiam ciepło i zapraszam, kiedy będzie odpowiedni moment na lekturę.
UsuńJeszcze cię "Tu" nie było!
OdpowiedzUsuńJotka plotkara nr.1
Wybacz Margo.....poniosło mnie🤦🏻♀️
I to bardzo. Zatrzymajmy proszę rozmowę na poziomie życzliwości i kultury, to przestrzeń do czytania i wymiany myśli, nie do personalnych wycieczek. Emocje się zdarzają, rozumiem, ale warto je jednak filtrować.
UsuńCiekawam, co zrobiłam anonimowej, bo nie tylko tutaj mi dokucza, nie chce jednak zdradzić
Usuńjotka
Jotko, tak jak napisałam wyżej, pozostańmy przy życzliwości. Nie chcę wchodzić w domysły ani zastanawiać się, co anonimowa osoba miała na myśli, często to najlepsze, że możemy dla siebie zrobić. Uściski :*
UsuńMądry i wyważony tekst... Dzięki. Będę sobie o tym myśleć.
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci bardzo, cieszę się, że tekst został z Tobą i że daje przestrzeń do własnych przemyśleń. To dla mnie najważniejsze.
Usuń