O człowieku mówię zawsze z pewnym opóźnieniem,
jakby sens musiał najpierw przejść przez magazyn strat,
przez halę, w której sortuje się gesty na nadające się do użytku
i te, które od razu pachną spalonym plastikiem, bo człowiek
jest konstrukcją tymczasową, złożoną z ambicji. Miały być wieczne.
I z ciała, od początku wie, że pracuje na zwolnionych obrotach,
jak fabryka uruchomiona tylko po to, by udowodnić,
że jeszcze potrafi hałasować.
O człowieku myślę jak o istocie, która nauczyła się wzruszenia
tak samo, jak nauczyła się liczenia pieniędzy i martwych godzin,
mechanicznie, z niewielką domieszką wstydu, bo empatia bywa
dziś walutą obiegową: nosi się ją w kieszeni razem z kluczami,
czasem wypada na chodnik, czasem ktoś ją podnosi i oddaje,
ale najczęściej nikt nie zauważa, że coś się stłukło.
Jest w człowieku ta osobliwa zdolność do budowania sensu
z materiałów niskiej jakości: z resztek dzieciństwa, obietnic
składanych w biegu, z miłości, która miała być schronieniem,
a okazała się instrukcją ewakuacji bez wyjść awaryjnych.
I mimo to człowiek wciąż mówi: to jeszcze nie wszystko,
jak aktorka, która po pożarze scenografii wraca na scenę,
poprawia fryzurę i gra dalej na tle czarnej ściany.
Czułość w człowieku nie jest delikatna,
jest ciężka, lepka, czasem nie do uniesienia, jak mokry dywan
wyciągnięty z zalanej piwnicy, i właśnie dlatego tak często udajemy,
że jej nie ma, to tylko przeciąg, reakcja chemiczna, błąd
w odczycie emocji. Ironia pomaga przetrwać:
pozwala nazwać rozpacz zmęczeniem,
a strach realistycznym podejściem do przyszłości.
O człowieku nie da się mówić bez odrobiny okrucieństwa,
bo życie samo w sobie jest niegrzeczne: wchodzi bez zapowiedzi,
przestawia meble, zostawia po sobie kurz i pytania,
na które nikt nie planował odpowiadać na głos. A jednak
w tej niechcianej bliskości, pomiędzy jednym rozczarowaniem
a następnym, pojawia się coś upartego, impuls, by nadal patrzeć,
reagować, próbować nazwać to, co wymyka się językowi.
Człowiek jest więc procesem, nie figurą: ciągłym stawaniem się wbrew
dowodom, że to przedsięwzięcie jest nierentowne. I może właśnie
w tym tkwi jego osobliwa godność, w tym, że wie o swojej prowizoryczności,
a mimo to codziennie rano wkłada ciało, pamięć i ironię,
jak roboczy kombinezon i wychodzi sprawdzić, czy sens jeszcze dziś działa.
PS
miejcie piękny rok 2026
PS II
jeszcze nie przywykłam do tej daty
jeszcze nie przywykłam do tej daty

Dawno nie czytałam tak mądrego wiersza.
OdpowiedzUsuńMądrego, bo każdy w nim znajdzie coś dla siebie, a gdybym miała wskazać jego część najcelniejszą, nie umiałabym.
Kłaniam się nisko.
Dziękuję Jotko :)
Usuńno to jest piękne, co napisałaś Margo, piękne :-)
OdpowiedzUsuńczłowiek jako nierentowne przedsięwzięcie a nawet powiedziałabym szkodliwe i urągające zdrowemu rozsądkowi.
Okrucieństwo ma we krwi :P
UsuńDobrego Małgoś, pięknego, Twojego :* Podpisano - człowiek w procesie: nagi, drżący, podskórnie, bez pamięci, bez języka, bez sensu. Dziękuję.
OdpowiedzUsuńUściski :*
UsuńJesteśmy ulepieni z codzienności - często bezdusznej, więc ta zbroja, której grubość zależy od poziomu naszej wrażliwości, jest po to by przetrwać .. :)
OdpowiedzUsuńPiękny wiersz Małgosiu ♥♥
Dziękuje Maminko :*
Usuń