Kiedy próbuję opisać relacje między ludźmi, zwłaszcza te, które rodzą się w przestrzeniach deklaratywnie wspólnotowych, mam poczucie poruszania się po gruncie już wielokrotnie opisanym, a jednocześnie dziwnie nieprzepracowanym. Nie dlatego, że brakuje diagnoz, lecz dlatego, że większość z nich działa jak gotowe formuły: uspokajają, porządkują, pozwalają szybko rozpoznać winnych i niewinnych. Tymczasem mnie interesuje coś innego: moment, w którym relacja przestaje być spotkaniem, a zaczyna być procedurą.
Piszę z pozycji osoby uwikłanej. Obserwuję, uczestniczę, czasem wycofuję się o krok, by zobaczyć, jak łatwo wchodzimy w role, które same się nam podsuwają. Role ironicznych komentatorów, wytrawnych demaskatorów, tych, którzy już wiedzą. Znam ten gest także u siebie, dlatego nie interesuje mnie oskarżenie, raczej sam mechanizm. Sposób, w jaki język relacji przechodzi od ciekawości do kontroli. Coraz częściej relacje odbywają się dziś poprzez skrót. Anonimowy profil, mem, ironiczna riposta, formy szybkie, spontaniczne, pozornie lekkie. Mają piętnować, punktować, ujawniać. W praktyce jednak rzadko coś otwierają. Memizacja relacji nie tyle obnaża przemoc, ile ją replikuje, tyle że w bardziej estetycznej formie. Śmiech staje się narzędziem separacji: my, którzy rozumiemy żart, i oni, którzy są jego przedmiotem. Granica przebiega gładko, bez konieczności rozmowy. I zamiast wskazywać i uwypuklać w rzeczywistości produkuje tylko kolejne figury gorszości. Nie chodzi nawet o to, że memy są okrutne, chodzi o to, że są wtórne. Powtarzają ten sam gest wykluczenia, który rzekomo demaskują. Zauważam, że ten mechanizm szczególnie dobrze funkcjonuje tam, gdzie wspólnota oparta jest na deklaracjach wrażliwości. W środowiskach literackich, artystycznych, krytycznych, tam, gdzie język powinien być narzędziem komplikowania świata, często służy jego redukcji. Jedni nie są nasi, inni nie pasują, jeszcze inni jeszcze nie teraz. Wykluczenie nie ma charakteru jawnego, działa raczej przez obieg nazwisk, przez powtarzalność zaproszeń, przez milczenie, które z czasem zaczyna uchodzić za neutralne.
Redaktorzy pism, kuratorzy obiegów, osoby decyzyjne rzadko wychodzą poza swoją strefę komfortu nie dlatego, że nie chcą, lecz dlatego, że komfort bywa mylony z bezpieczeństem, a bezpieczeństwo uznano za wartość samą w sobie. Ryzyko estetyczne i relacyjne bywa mylone z chaosem, a chaos z brakiem jakości. W efekcie wszystko się zgadza, ale nic nie zostaje poruszone. Relacje zamykają się w obiegu wzajemnych potwierdzeń. To, co mnie w tym najbardziej niepokoi, to stopień, w jakim nauczyliśmy się ignorować bez poczucia straty. Ignorowanie nie boli, nie wymaga argumentu, nie zostawia śladu. Jest czyste, funkcjonalne. A jednak to właśnie ono, bardziej niż otwarty konflikt, niszczy możliwość relacji. Konflikt zakłada bowiem, że druga strona istnieje. Ignorowanie unieważnia ją całkowicie. Nie piszę tego z nostalgią za jakąś mityczną wspólnotą sprzed lat. Raczej z przekonaniem, że relacja wymaga dziś ponownego namysłu nad językiem, którym się posługujemy. Językiem, który nie służy wyłącznie rozpoznawaniu swoich, ale potrafi wytrzymać niepewność spotkania. Bo relacje nie rozpadają się dlatego, że ludzie się nie lubią. Rozpadają się wtedy, gdy przestają być dla siebie pytaniem. Trzeba w nim zaryzykować niezgrabność, niezrozumienie, zmianę zdania. Trzeba dopuścić możliwość, że ktoś, kogo nie lubimy, albo kogo nauczyliśmy się nie lubić, mówi coś, co nas dotyczy.
Być może najtrudniejsze jest dziś pozwolić sobie na język, który nie wie z góry, co ma powiedzieć. Na relację, która nie daje się łatwo zamknąć w formie, ani memu, ani gestu dezaprobaty, ani uprzejmego przemilczenia. To nie jest propozycja pojednania ani apel o empatię. Raczej próba odzyskania przestrzeni, w której relacja nie jest jeszcze rozstrzygnięta. I w której, mimo wszystko, coś może się wydarzyć.
Dla Oka (i nie tylko). Czasem słyszę / czytam, że opisując te mechanizmy, obracam się w podłym środowisku, że powinnam je po prostu ominąć, nie przyglądać się, nie wikłać. Nie potrafię i nie chcę przechodzić obojętnie obok zjawisk, które mają realne konsekwencje dla ludzi i relacji. Pisanie o nich nie jest dla mnie formą fascynacji ani usprawiedliwienia, lecz sposobem zaznaczenia granicy: między uczestnictwem a bezrefleksyjną zgodą. Jeśli coś punktuję, to nie dlatego, że czuję się od tego lepsza, lecz dlatego, że jestem w to włączona i biorę odpowiedzialność za to, co widzę i czego doświadczam. Milczenie byłoby tu wygodniejsze, ale też bardziej obojętne. A na obojętność nie mam zgody.

żyjesz w innym od mojego świecie. może po prostu dlatego, że jesteś "w środowisku", więc widzisz co się dzieje. Ja całkiem anonimowo piszę na marginesie większego świata, do którego nie bardzo się dobijam i dobrze mi z tym. Czytając Twoje spostrzeżenia mam wrażenie, że to grząski teren i ludzie zamiast życzliwości noszą w kaburze wyłącznie podłości, którą ostrzeliwują wszystko dookoła. może Twoje działanie sprawi, że "środowisko" zacznie się zastanawiać, czy warto, czy trzeba tylko dlatego, że można, kiedy adresat głośno nie protestuje.
OdpowiedzUsuńdla mnie jesteś mądrą osobą, która nie boi się mówić, co widzi i cierpiącą z tego powodu. oby Twoje wskazówki dotarły gdzie trzeba i wyzwoliły myślenie mniej zaborczymi kategoriami.
Ten grząski teren, o którym piszesz, widzę raczej z dystansu niż z wnętrza. I może właśnie dlatego tak mnie to porusza, bo patrzę bez ochronnej bańki. Nie chodzi mi o protestowanie ani naprawianie świata, tylko o nazwanie mechanizmów, które robią krzywdę, nawet wtedy, gdy są podane w formie żartu, mema, 'przecież nic się nie stało'. Jeżeli cokolwiek z tego, co napisałam, dotrze do kogoś i na chwilę zatrzyma rękę, to już wystarczy.
UsuńOdniosę się do ostatniego akapitu, choć czytałam całość oczywiście. O relacjach lub ich braki można długo, nie wszystkie wytrzymują próbę czasu lub my się zmieniamy.
OdpowiedzUsuńSugerowano mi wielokrotnie ignorowanie pewnych komentarzy, wpisów, dyskusji, próbuję dla świętego spokoju, ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się niezgoda na takie postępowanie, bo ignorowanie jest jakby zgodą na niewłaściwe traktowanie innego człowieka, rób co chcesz, mnie to nie obchodzi.
Przeciwnie - obchodzi!
Nie każda relacja przetrwa, to prawda, zmieniamy się, odpływamy w różne strony. Ale wrażliwość i sposób traktowania drugiego człowieka nie jest nadmiarem, tylko elementarną uważnością. To, że mówisz 'obchodzi', jest dla mnie ważniejsze niż jakakolwiek strategia przetrwania w sieci. Pozdrawiam ciepło.
UsuńMądry tekst o tym, jak nie popaść w pułapki. Utożsamiam się, czasem aż za bardzo. Zawsze byłam kiepskim Wiedźminem - nie potrafiłam zachować neutralności /obojętności. Pchałam palce między drzwi wierząc, że pomagam. Występowałam po stronie, która zdawała się być słuszna, zapominając o swojej własnej. I dzisiaj jest, jak jest. Bo dzisiaj mechanizmy stały się tak czytelne, że nie sposób ich nie dostrzegać, nie punktować i nie nazywać. Czasami myślę, że faktycznie lepszym jest siedzenie cicho, nie wychylanie się i dawanie światu kręcić się dalej, naiwnie tylko (po dziecięcemu) wierząc, że jakikolwiek głos w eterze ma szansę cokolwiek zdziałać.
OdpowiedzUsuńTo wkładanie dłoni tam, gdzie coś się domyka, często kosztuje najwięcej, zwłaszcza gdy robi się to z intencją ochrony, a nie walki. Może sens nie polega na skuteczności mierzonej od razu, tylko na zachowaniu własnego kręgosłupa. nawet jeśli świat idzie dalej swoim rozpędem, to nie znaczy, że każdy głos ginie, czasem po prostu trafia później, gdzie indziej, do kogoś, kto akurat go potrzebuje.
Usuń