niedziela, 11 stycznia 2026

Mak

 


Minęły święta i nagle czas stał się miękki jak ciasto pozostawione na noc pod lnianym ręcznikiem. Oddychało i pracowało w ciszy, a my celebrowaliśmy bardziej dla siebie niż dla kalendarza, jakby Szczodre Gody były tylko pretekstem, żeby sprawdzić, czy jeszcze potrafimy siedzieć blisko, bez pośpiechu, ekranów, z rękami ubrudzonymi mąką i pamięcią. Gotowałam dla dzieci ich ulubione potrawy, w mojej kuchni jest coś z alchemii, coś z teatru Jelinek odwróconego na stronę czułości: pierogi z kaszą jaglaną, twarogiem i cebulą duszoną tak długo, aż traci argumenty. Strudel z makiem, orzechami, daktylami i skórką pomarańczy, jakby słodycz musiała przejść przez gorycz, żeby w ogóle mieć prawo istnieć. Niestety niebieski mak zdominował mój zamiar, zawsze ktoś musi mówić głośniej, włoskie orzechy próbowały się przebić, ale świat, jak zwykle, nie słuchał tych, którzy dawali z siebie więcej. Myślę już o lutym, chociaż jeszcze w grudniu mówiłam na głos: za miesiąc będzie jedenasty stycznia, i to zdanie miało wagę obietnicy, jakby czas był czymś, co można umówić, jak spotkanie z samą sobą w kawiarni, do której pewnie i tak nie dotrę. W brzuchu noszę ciężar, coś we mnie dojrzewa bez pytania o zgodę. Ból głowy pulsuje rytmem świata, który domaga się reakcji, komentarza, obecności, a ja coraz mniej wierzę w sens tego nawoływania. Media społecznościowe przypominają mi teraz targ rybny, tuż przed zamknięciem. Krzyk, zapach, nadmiar, i to uczucie, że wszystko, co naprawdę żywe, zostało już dawno sprzedane albo uciekło do oceanu. Piszę więc tutaj, bo pamiętnik jest jedynym miejscem, które jeszcze nie udaje, że wie lepiej. Nie poprawia mnie, przyjmuje bezsens, jak dziecko przyjmuje gorączkę, bez diagnoz, ironii. Chociaż ta i tak czai się w kącie, ostra, gotowa przypomnieć, że życie to dziwna konstrukcja: z jednej strony lepimy je z maku, kaszy i dat, z drugiej, rozpada się pod palcami, jakby od początku było ćwiczeniem z utraty. A jednak jesteśmy razem, i to razem ma kolor przygaszonej magenty, nie krzyczy, nie błyszczy, ale trwa. Rozmawiamy, w pętli, czasami nawet jeśli nie znamy sensu niektórych słów. Strudel niedługo powtórzę, ale raczej bez niebieskiego maku, chyba że uda mi się gdzieś w pobliżu kupić biały.


1 komentarz:

  1. Uwielbiam makowce. Każde. Właśnie otworzyłam puszkę gotowego maku i myślę, czy na francuskim będzie dobre :D

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.