Nie wiem, w którym momencie życie zaczęło domagać się ode mnie podpisu pod własnym zdjęciem, jakby bez podpisu nie istniało, jakby to było zdanie bez zasięgu, tylko szeptem pod wodą, ładnym, lecz nieprzydatnym. No i jednak nie podpisuję swoich zdjęć. Z różnych powodów jest to daremny zabieg. Piszę w przestrzeni, która nie ma ścian, a mimo to potrafi być klaustrofobiczna, gdzie obecność liczy się podwójnie, raz jako dowód istnienia, drugi raz jako podejrzenie winy: że za mało, za cicho, bez błysku. Poezja ma tu temperaturę ciała, nie nadaje się do transportu masowego, psuje się w hałasie, a jednak ktoś wciąż pyta, dlaczego nie stoi w witrynie, nie mruga, nie mówi: hej, jestem łatwa do polubienia. Czytam świat jak organizm w stanie przewlekłego rozproszenia: uwaga rozszczepiona na kolory, emocje krojone w cienkie plastry, sens pakowany próżniowo. W tym wszystkim wiersz jest jak owoc z drzewa, którego nikt nie oznaczył hashtagiem, spada, gnije, fermentuje, ale gdy ktoś go jednak podniesie, pamięta ten smak długo, czasem do końca. Bywam sama w tej pracy, bez recenzji, rytualnych potwierdzeń, bez wydawczego ramienia na ramieniu, i ta samotność bywa jak pusty peron: nie dramatyczna, tylko chłodna, pełna oddechu i pyłu. Alienacja nie boli jak rana, raczej jak brak listu, którego nikt nie obiecał wysłać. A jednak piszę. Nie dlatego, że to się opłaca, ani dlatego, że daje przewagę, lecz dlatego, że istnienie bez zapisu wydaje mi się formą zaniku. Blog, strona, zdanie wrzucone w noc, to nie targ, raczej próba postawienia krzesła na środku pola i powiedzenia: o tu na chwilę usiądę, jeśli ktoś chce, może dosiąść się i posiedzieć ze mną w ciszy. Ironia świata polega na tym, że domaga się widoczności, a gardzi skupieniem. Kocha wpływ, ale boi się zmiany. Chce autorów przejrzystych jak opakowanie, podczas gdy prawdziwe pisanie jest zawsze mętne, pełne sprzecznych nurtów, niegotowe do eksportu. Więc pozwalam sobie na luksus: nie bycia marką, maskotką własnego dorobku, nie udaję spójności tam, gdzie życie jest pęknięciem. Jeśli ktoś mnie czyta, czyta w całości: z ironią, drzazgą pod skórą, z czułością, która nie prosi o brawa, z kolorem, który nie chce się sprzedać, bo został wymyślony tylko raz, na użytek jednego spojrzenia. I to musi wystarczyć.

"Organizm w stanie przewlekłego rozproszenia" jak system naczyń połączonych. Wiara, że wszystko na siebie oddziałuje, nawet wtedy, gdy wydaje się nam, że nie jest spójne jako całość. A przecież jest. I jeśli przyjąć, że równowaga to nie stan jednostki porównanej do innej jednostki, a zgodność w ogóle, to dla wszystkich nas jest przecież miejsce w tym przedziwnym pociągu. Dla tych, którzy obserwują świat wokół, nie szukając poklasku i tych, którzy sprzedają inny rodzaj miłości, odbity we własnych oczach. Nie wyobrażam sobie przestrzeni bez Twojego sposobu na opowiadanie rzeczywistości, nawet jeśli czasem przychodzi zwątpienie. Szukam człowieka w człowieku, u Ciebie znajduję.
OdpowiedzUsuńJa od zawsze i na zawsze Twój świat czuję, jako oddzielny, od hałaśliwego świata, jako ten, dostępny dla mnie, jeśli przychodzę do Ciebie, wiem, że to nie jest krótka chwila, przelecieć wzrokiem, kolory i kształty zobaczyć, a jest to jakby otwarcie drzwi do siebie, to jest chwila, na którą przygotowuję siebie całą, bo nigdy nie wiadomo, na których strunach moich zagrasz, więc tak, całą sobą, tu, do Ciebie, zawsze. Dziękuję :*
OdpowiedzUsuń