Chodzimy na palcach. Szepczemy. W określonej perspektywie
cisza przybiera kształt błękitnej chmury. Delikatnie
muska nasze palce i uszczelnia przestrzeń pomiędzy nami.
Utrzymuje na nogach, byśmy w ślimaczym tempie przechodzili świat.
Zielone pagórki, wrzosowiska, jakieś przeszkody.
Czasami biały kot tracił równowagę,
zamykaliśmy palcami usta,
bo wiadomo – cisza przerywana okrzykami
fatalnie wpływa na stan umysłu niemowlęcia.
Przyjaźniliśmy się z okolicznymi psami,
dokarmialiśmy sfory. Miały oko na złodziei,
nosa do wszystkiego, czego nie zauważaliśmy nocą,
kiedy chmura znikała i musieliśmy martwić się o stabilność pudeł.
Wypełniały strych, bez dostępu do powietrza, pokarmu.
Zapadały się w sobie, traciły prężne ścianki. Przez długie lata
myślałam, że na strychu mieszkają bracia Karamazow
przygnieceni ciężarami albo przyparci do muru.
Udręczeni bez miary.
z tomu Podróżowanie w przestrzeni

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.