sobota, 16 lutego 2013

Rebus jebus


Mówię półgłosem, jakby to było zaklęcie z dzieciństwa,
które ma mnie ochronić przed nadmiarem znaczeń,
bo znaczenia rozmnażają się szybciej niż króliki w przypisie do traktatu o powadze,
a ja nie chcę być ani traktatem, ani przypisem,
chcę być zdaniem, które oddycha własnym rytmem,
choćby nierówno.

Czy istnieją jeszcze malarki erudytki, które nie udają swoich matek artystycznych,
które nie karmią się kośćmi dawnych mitologii,
a jeśli już sięgają po alfabet hebrajski czy grecki,
robią to jak po sól, szczyptą, nie łopatą?
Pytam bez ironii, a jednak ironia wchodzi pierwsza,
rozsiada się w fotelu i poprawia mankiety.

Bo przecież łatwo przesłodzić płótno.
Dodać różowy lukier tam, gdzie powinien być nerw,
zamienić ranę w ornament, a własne drżenie w cytat z kogoś,
kto już dawno umarł i nie może zaprotestować.
Tak rodzi się dzieło grzeczne, okrągłe jak tort na jubileusz przeciętności.

Wyobrażam sobie badaczy za sto, dwieście lat,
pochylonych nad naszymi wierszami jak nad kośćmi drobiu,
oddzielających mięso od stylizacji,
mówiących: to było pokolenie kalkulacji, estetycznej asekuracji,
które bało się własnego potu. I w tej wizji jest coś śmiesznego i coś strasznego,
bo przecież już teraz ćwiczymy miny do przyszłych podręczników.

Rebus jebus, łamigłówka złożona z ambicji i wstydu.
Jeśli nie panuję nad sobą, przedobrzę. Jeśli panuję za bardzo,
zamienię się w instrukcję obsługi wrażliwości.
Gdzie jest miejsce na czułość, która nie jest dekoracją?
Na oddanie, które nie potrzebuje świadków?

Myślę o powstawaniu sensu jak o fermentacji,
musi być ciemno, wilgotno i musi trochę boleć.
Nie da się przyspieszyć procesu bez utraty smaku.
Życie nie znosi lukru, choć tak chętnie się nim przykrywamy,
by nie było widać pęknięć.

Z żartów lubię te, które są nożem owiniętym w aksamit,
takie, które śmieją się razem ze mną, a nie ze mnie.
Lubię, kiedy ironia nie zabija czułości,
tylko ją hartuje, jakby była szkłem, przezroczystym,
ale odpornym na pierwszy rzut kamieniem.

Bo w gruncie rzeczy chodzi o miłość.
Nie tę pomnikową, z brązu i patyny,
lecz tę, która siada obok i milczy,
nie poprawia, nie cytuje, nie stylizuje się na wieczność.
Miłość do własnego głosu, nawet jeśli drży,
do własnej epoki, nawet jeśli bywa śmieszna w swojej nadprodukcji słów.

Rebus jebus, rozwiązanie jest prostsze, niż myślimy:
nie żerować na cudzych ogrodach,
nie bać się surowości,
nie wygładzać wszystkiego na róż.

Jeśli mam być zapamiętana,
to nie jako autorka lukrowanego ornamentu,
lecz jako ta, która odważyła się zostawić ślad palców w farbie,
nie do końca równy,
ale własny.

12 komentarzy:

  1. O malarstwie niewiele mam do powiedzenia poza tym, że na zajęciach z estetyki miałem nudną, jak flaki z olejem panią doktor. Nie do końca (a może w ogóle) rozumiała to wszystko, co myślał i napisał w tej materii Roman Ingarden:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Im większa powściągliwość tym lepiej? Jak już się jest erudytą to najlepiej założyć smycz i kaganiec albo sito.

    Nie wiem jak to jest tworzyć sztukę, trudno mi sobie nawet wyobrazić czy to jest spontaniczne emocjonalne czy kompilacja talentu, wiedzy i pracy.

    Zakręciłam.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepiej jest zmienić zwyczaje i przyglądać się sobie uważniej, słowom również :) spoko, chyba udało mi się odkręcić :)

      Usuń
  3. Lukrowana sztuka ma się dobrze,generuje z samej siebie, różne wersje tych samych pomysłów.Emocjonalność jest jej wrogiem ponieważ może nadawać sens o który przecież kreatorom lukru nie chodzi.Przykładem jest Daniel z,,Możliwość Wyspy''M.Houellebecqa.

    pozdrawiam S.

    OdpowiedzUsuń
  4. nie wiem, może do końca nie zrozumiałam Twoich słów, ale na myśl przychodzi mi "Skowyt" Ginsberga, a w nim brak owego lukru... Tak, on wg mnie panował nad tym co pisze, o czym pisze, po co pisze. Jego świat jest brzydki, karykaturalny, ale nie jest pozbawiony emocji. Na marginesie, ciekawa jestem czy już widziałaś film?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzisiaj w końcu obejrzę, mam wolny wieczór :) Tak, Ginsberg jest z tych świadomych autorów :)

      Usuń
  5. Pewnie są... chociaż ja nie znam;D

    OdpowiedzUsuń
  6. Tylko czy Kundera lubi żarty, z siebie? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Żart - Kundery to świetna książka, z dystansem, polecam :)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.