wtorek, 2 października 2012

Brzozie




Lejkowate ślady po deszczu rozcierasz
letnią oliwą, wiatr wywołuje bezsenność,
w której ktoś woła twoje imię, mierzy długość nóg,
rozpala resztki bezbarwne i cuchnące.

Bezruch pojawia się nieoczekiwanie, unieruchamia kolana.
Z kieszeni wystaje chusteczka, papierki po czekoladkach,
zaklejone; spacerujemy wzdłuż klifów.

W drodze powrotnej zgarbimy się z braku światła, niechęć
rozleje się, gdzie sięgniemy. Rozpięta w oknach, drzwiach,
wkrótce stwardnieje, więc nie chowaj rąk za siebie, zwalniamy -

krawężniki niedopasowane wysokością do szurania.
Ktoś dodaje gazu, według obliczeń
połowę mamy za sobą.

4 komentarze:

  1. Niechęć i bezruch źle mi się kojarzą, chociaż to także nieuchronny element życia.
    Nie lubię w nich tkwić, bo mi odbierają siły.
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  2. wybudzasz mnie z mojej bezsenności...
    na szczęscie...:)
    :*

    OdpowiedzUsuń
  3. szurać najpiękniej jest w liściach, szeleścić. o krawęzniki tylko potykać, gdy oczy (i głowę) masz w chmurach.

    a to: "letnią oliwą, wiatr wywołuje bezsenność" - spłynęło po mnie dreszczem, taki splot słów odbijających się w mojej głowie namiętnością :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten obraz nie kojarzy mi się dobrze, raczej mnie przeraża. Mam złe skojarzenia. Dawno temu miałam przykry sen, muszę znaleźć zeszyt,w którym go opisałam.
    Pospacerowałabym nocą wzdłuż klifów...

    OdpowiedzUsuń

Moderowanie komentarzy, po zatwierdzeniu pojawią się na blogu.