poniedziałek, 3 września 2012

Wypadkowa - dla wielbicieli długich postów

Ktoś tam interpretuje filozofów, inny parafrazuje Szymborską, a jeszcze inny nie pamięta daty urodzin swojej ukochanej. Ścierają się ze sobą pewności i niepewności. Najbardziej liczy się tu i teraz. I nie ważne, kto ma rację. Istotą problemu jest zaangażowanie. Tak, to skomplikowana mapa, na której jest wszystko. Od smaku kawy, rodzaju pasty do zębów, po tapetę, hałas zza ściany, czy plamy na tapicerce krzesła. Robię pewien wysiłek i wytrzymuję kilka lat. Czasami jest lepiej, innym razem gorzej, ale wytrzymuję, bo wierzę, że przyjaciele są na całe życie. Fakt, nie podlewałam mu kwiatów, ale o muzyce, smaku imbiru i węgierskiego tokaju mogliśmy gadać i gadać. Nagle jednak coś się zmieniło

Ponoć był prawdziwym człowiekiem honoru. Może to jednak trauma spowodowała, że emocjonował się wygadaną panną, która chętnie wysmarkałaby się w jego lnianą koszulę i zahaczyła nosem o ten cielęcy wzrok. Niestety, potknęła się o twarze sąsiadów i trzeba było z tego jakoś wybrnąć. Nagle zjawa, która już dawno zostawiała odciski swoich palców i podpuszczała jednych na drugich, ożyła i zrodziło się kolejne nieporozumienie. One zazwyczaj są benzyną, tylko kto ma jeszcze w tych czasach zapałki? Podszedł i cisnął we mnie garść popiołu.

Czy uważasz, że wszystko w porządku?

Człowieku, jak ty wyglądasz?

Jego zdaniem szklanka jest do połowy pełna. Albo do połowy pusta. Jednak dla mnie nic w niej nie ma oprócz bełkotu wyuczonego na pamięć. Rozentuzjazmowana zjawa kieruje się nieodpartą chęcią zemsty i mości sobie gniazdo w najwygodniejszym fotelu. To żadna magia, zwykła manipulacja. Mogłaby być pięknym ptakiem, choć pewnie nie potrafiłaby już mi spojrzeć w oczy. Tyle sarkazmu i zakrętów, z których łatwo wypaść, kiedy przyjaciel pozwala nam odejść.

Dwanaście

Siedzę przy biurku obłożna książkami, tomikami poetyckimi, które czytam i trwam w nich, kiedy piję kawę albo coś innego. Najważniejsze to oderwać od siebie tego lenia, który mógłby mieć czasem inne potrzeby niż wywalenie nóg na parapet i upajanie się widokiem sójek. Tak, jestem jak te sójki. Kilka lat temu ruszyłam się z wygodnego krzesła, które swoimi ślimaczymi podłokietnikami przypomina, że to moje miejsce. Powiedziałam głośno, że nie podzielam jego zdania. Postanowiłam - udowodnię kawałkowi czereśniowego drewna obitemu grubą skórą w kolorze burgunda, że patrzę przed siebie. Udowodnię, że ta historia nie będzie smutna. Nie będzie o bankach w Norwegii ani o przełęczach przemarzniętych do dna. Nawet przyszło mi przez myśl, że "Krzyk" Muncha przedstawia mnie, kiedy plan zostanie wykonany. Nie patrzcie w otwarte drzwi, jeżeli przechodzi przez nie człowiek. Zastanawiasz się, czym go poczęstować. Masz w lodówce wędzonego łososia, jajka i ser pleśniowy. Kawałek imbiru i cytrynę. Czosnek i szczypior. Trzy czerwone ziemniaki i suszone pomidory. Parmezan z zeszłych wakacji w Parmie i butelkę Sangrii, która cudem nie została wypita przez twoją córkę. Musztardę Dijon i oliwę z liśćmi laurowymi. I wtedy nagle zza pleców słyszysz:

- Masz coś do żarcia?

Chyba zrobiło ci się gorzej, ale to nie jest ważne. Rozdeptałaś już tyle pluskiew, a drugie tyle natrętnych much zwabiłaś na żółty lep. Do pewnego momentu twoje palce patrzyły za nim. Szukałaś w sobie hamulców. Dłubałaś w kolejnym mechanizmie i z uśmiechem chwyciłaś łyżkę, aby wygrzebać resztkę miodu...


Harmonia

Chciałam mieć problem? No to mam! Tak do końca życia. Za każdą pomarańczę, za każdego batonika i tak w kółko. Zlituj się nade mną! Popatrz, jak zarasta nasze życie. Przestań je sobie wyobrażać, zobacz! Kto będzie je pamiętał oprócz nas? Kto będzie pamiętał mnie i ciebie? Czy warto się zastanawiać, dlaczego, skoro tak jak dawniej mówię, oddycham i wciąż patrzę w twoje oczy? Ciągle mam na nas pomysł, ciągle! Za jaką cenę? Za cenę bezdomności. Za życie pośród drzew i ptaków, których dotąd nie widziałeś i nie słyszałeś, chociaż jesteś dobrze znany w tej części ogrodu. Oczywiście, że masz prawo opadać z sił. Dzieje się tak za każdym razem, gdy twoja krew gęstnieje, a poziom cukru znacznie się obniża. Stoję w rozkroku pomiędzy tobą, a trawą, która nas dzieli. Chciałeś widzieć, więc zobacz starszego człowieka - siedzi na ławce. Ocean za plecami odrobinę zagłusza niebotyczny obraz. Genialny i bardzo wyraźny. Kiedyś człowiek bujał nogą na szlachetnie urodzonych. A każdego takiego jak ja palono na stosie. Za co? Za czytanie z gwiazd, za nalewkę imbirową, za makijaż. Za podawanie cierpiącym wody z Lete i punkt widzenia, który innych wodził na pokuszenie. Nie, na nich nie działa woda zapomnienia. Ani plaża, ani latarnia morska. Chociaż z latarnią mam miłe wspomnienie z Kołobrzegu. Turystyka nigdy nie dotknęła nas w nadmiarze. I ciągle mam ochotę nauczyć się zwijać cygara. Ćwiczę uda. Piętami obijam pośladki w tempie: raz, dwa, raz, dwa... Tak, możesz mnie dotknąć. Muszę jeszcze wiele wydrążyć w głowie. Wiem, że stawiam opór, ale pragnę, abyś mnie zatrzymał. Tracę na to całą energię...

No i boli mnie głowa

Słońce świeci, więc nie śmieję się już sceptycznie jak wczoraj. Kształtuję mój szelest, żeby emocje rozkładały się równomiernie i żebyś czytając mógł oprzeć się o ścianę i nie odczuwać zimna. Z drugiej strony dłuższe skupianie się na zimnie powoduje, że tracę rytm, a ty zamiast za mną podążać, zwijasz się w kłębek i zasypiasz. Wyobrażenie twojego podbródka we śnie rozprasza mnie. Biorę serwetkę do ręki i szkicuję na niej z pamięci. Dokładnie obrysowuję kształt i nadaję formę. Układam na poduszce obok i tobie jest nawet do śmiechu. Nie krępujemy się siebie po obu stronach. Nie wiem, czy to ręka, czy noga mocuje się ze mną, kiedy zamykam oczy, więc dosięgam cię kolejny raz i kolejny. Na drewnianej komódce stoi kubek po kawie z odciskiem ust. Jest tak wyraźny, że moglibyśmy wymienić się smakiem mojej inki z mlekiem. Opowiadałeś o tym, jak popłyniemy do Brazylii, a tutaj jest wciąż zima. Co zrobić - nie wolno ci się martwić. Wiesz, mam wątpliwości, czy zadrapania na drewnie da się naprawić. Stół przykrywam grubym obrusem w kolorze gorzkiej czekolady. Odwróciłam się w stronę pustego pokoju, po którym niosły się tylko fragmenty rozmów, echo... Póki potrafię siadać sama do obiadu i nie szarpać się o cztery rodzaje chleba do białego barszczu, dopóty ciągle jestem sobą, nawet wtedy, gdy odłamuję kawałek dla ciebie. Dokąd się tak spieszysz, głupio mi biegać wokół stołu, i tak nie pobiję rekordu. Podróżując mam szansę okrążyć świat, spłoszyć kilka ptaków, odkryć nowe smaki. I powiem ci, że jeżeli połączymy siły, staniemy się jednolitą postacią, w kolorze pomarańczowym. Dla ciebie pewnie będzie różowa, ale już dawno ustaliliśmy, że nie rozróżniasz barw...

Z prostych rzeczy

Nie mam siły się tłumaczyć. Poprawiać słowa tak, aby każdy mógł odczytać moje intencje. Z prostych rzeczy najlepiej wychodzi mi szept. Tkwi na tyle głęboko, że śmiech rezonuje parę godzin i nie pamiętam, czy kiedy śpię, śnię to wszystko, czy tylko mi się wydaje. Nagie ramiona szmuglują zapachy. Opierasz nos w zgłębieniu łokcia. Dobrze, że w tym czasie nie przeliczasz butelek, które przez dwa lata nie zdążyły się potłuc. Jej ciało we mnie ciąży jak kamień. Przy spadaniu łamią mnie kości, później nie pamiętam, dlaczego przełknięte słowa nie dają oparcia. Pamiętasz? Kiedyś złapałeś mnie mocno za szyję i ścisnąłeś, aż sczerwieniały uszy. Po piątym razie czułam się tak słaba, że przed lustrem widziałam potrójne czoło i napis: przewiduję gorączkę! Kto by uwierzył, że nie będę więcej warczała przy czterdziestu stopniach? Pozostała herbata z imbirem i miodem. Ostatni szkic i krótkie opowiadanie o przepastnym pejzażu atlantyckim. Muszę go widzieć. Oddycham przez nos, kiedy dotykam twoich stóp. Budzę się rano i zapisuję wszystkie strzepnięcia po mojej stronie. Po twojej wspólnymi siłami zwijamy mapę. Proponujesz, że zamienimy się miejscami. I wszystkie rzeczy się rozszczepiają. Kładę kartkę i pióro. Tym razem wracam do początku, ty wciąż zakreślasz mój nos, powieki, podbródek. Rozkładasz linie na kolejne warstwy papieru, upinasz pasma włosów. Dorabiasz mi ślimaka pod okiem, niech się śmieją. 

Z rzeczy bardziej prostych 

Czasami jest tak, że brutalnie podciąga mnie na palcach. Na ckliwy głos sąsiadki reaguję wyjątkowo metalicznie. I to wrażenie, że podpatruję awanturę przez szybę. Wbija mnie w fotel, z kolanami pod brodą czekam, aż wpełzną na łóżko i się pogodzą. Siedzę przy butelce wina, to dobre włoskie wino. Zwyczajne. Dzbanek herbaty zaprawionej imbirem skończył się, a nie ma nikogo, kto zaparzyłby drugi. Dostałam przepis na ziemniaczane kluski, ale zabrakło żytniej mąki. I czekam na walizkę, a w zasadzie to na neseser. Mam już do niego kłódkę, taką małą, nie wiem skąd - jest. Może ktoś mi wytłumaczy, o co chodzi z tymi kłódkami na mostach, pomostach? Skąd biorą się sroki na myśl o nich? Dlaczego sen nie zjawia się, kiedy przypominam worek piasku? Tylko przesypuję się z boku na bok, okrążam łóżko i tak kilka razy. Chciałabym, abyś tu był w każdy piątek. Wplątywał się w pościel i czytał na głos „Malinę". A rano siadalibyśmy na łóżku w poszukiwaniu skarpetek, spodni od dresu. Poszedłbyś po chleb i rzodkiewkę. A wiatr targałby żyworódki w oknie, które zakwitły - podobno jestem szczęściarą. Im starszą, tym bardziej bezwładną. Dłużej się ubieram, czasem rezygnuję w połowie. W swojej obecności pozwalam na pogniecioną skórę, na ciszę i wyciemnienie. Obrazy z nowymi twarzami, oderwana skóra jest chropowata. Na ścianie tyle pauz, ile myśli. Tak daleko we mnie nie dotarłeś, chociaż zostało ci już niewiele. Czy wtedy też będziemy szmuglować likier w żelkach? Czy wyjedziemy poza linię, którą zaznaczyliśmy na mapie?

Utopienie

Nadał jej imię, a właściwie wybrał z gwiazd. Przed zaśnięciem odliczał sto sekund, z których każda odprężała, robiąc miejsce w głowie. Wcześniej telefony, dzwonki, radio, Internet i wszędzie jej zapach. Było coraz spokojniej. W chwili poznania, podarował jej różę. Naoglądał się tego tyle, że zaryzykował. Potem wpatrywali się w siebie i żadne nie odwracało wzroku.
- Nigdy nie zastanawiało cię to, dlaczego wszyscy mają depresję, kiedy nasycą się widokiem gór i muszą wracać do wieżowca na swoje siódme piętro? Jeździsz rowerem, pędzisz, upajasz się smakiem muszek, a kiedy w nocy budzisz się zlany potem, nie możesz zrozumieć, dlaczego nie ma jej obok ciebie? Wstajesz rano i szukasz czegoś, patrząc w lustro, przez chwilę. Robi się ciemno.
- To jednak dzieje się naprawdę. I wcale nie będzie lepiej. Przedtem była bliska, w kalesonach w prążki, jego kalesonach. Mogłaby nawet nie zakładać stanika. Nawet by nie drgnął, tylko patrzył z bliska i badał nosem miękkość skóry. Byli w tym dobrzy. W gapieniu się przez okno na drugą stronę. Chwytał ją za mały palec, i mimo że piasek palił w stopy niemiłosiernie, odganiał osy znad brzucha, ramion, kolan. Podobało mu się, jak jadła, bez większego nacisku, małymi kęsami. Upijał się widokiem długiej szyi i proporcjonalnych ramion. Kiedy posypywała parmezanem makaron, zlizywał resztki z jej palców prosząc, aby dzień się nie kończył.
- We śnie doczekał chwili, gdy zasnęła w wannie...

9 komentarzy:

  1. Dla mnie mogą być jeszcze dłuższe. Lubię zwłaszcza takie fragmenty, gdy stajesz z kawałkiem nagiej duszy naprzeciw mnie-podczytywaczki i mam wrażenie że patrzysz mi w oczy i wyczekujesz, czy odwrócę wzrok nie wytrzymując napięcia, czy dobrze rozumiem, czy może odwrócę się i odtrącę to, co podajesz na wyciągniętej dłoni.
    Kłódki na mostach przypinają zakochani. Jako dowód trwałości uczucia, klucz do nich topią w rzekach. Nie mam wiedzy, czy były przypadki nurkowania w celu odzyskania kluczy, lub ile osób wstydliwie zakradało się z brzeszczotem :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dłuższe... musiałabym się skupić, ale zima niedługo, więc kto wie. Dziękuję za wyjaśnienie :) Cierpliwość i wiarę we mnie

      Usuń
  2. Podpisuję się pod wcześniejszym komentarzem. Podczytywacz:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałaś rację! Z tym że poeta potrafi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a najlepsze w tym to, ze prozaik wierszy nie musi umieć pisać... hehe

      Usuń
  4. Twoich słów się nie czyta - je się smakuje,przeżywa, rozmienia na milion myśli, które przychodzą po przeczytaniu i z każdym kolejnym powrotem inne, mocniejsze, głębsze. Każda linijka tętni, ma serce i jest piękna sama w sobie.
    Już moje ukochane - jest ich oczywiście więcej:
    "Kształtuję mój szelest, żeby emocje rozkładały się równomiernie i żebyś czytając mógł oprzeć się o ścianę i nie odczuwać zimna".

    "Nie mam siły się tłumaczyć. Poprawiać słowa tak, aby każdy mógł odczytać moje intencje. Z prostych rzeczy najlepiej wychodzi mi szept. Tkwi na tyle głęboko, że śmiech rezonuje parę godzin i nie
    pamiętam, czy kiedy śpię, śnię to wszystko, czy tylko mi się wydaje".

    "W swojej obecności pozwalam na pogniecioną skórę, na ciszę i wyciemnienie".

    "Na ścianie tyle pauz ile myśli".

    Dziękuję za emocje.

    OdpowiedzUsuń

Moderowanie komentarzy, po zatwierdzeniu pojawią się na blogu.