niedziela, 11 października 2026

Światło, które oddycha przez pory

 



Są książki, które powstają z języka. Z przeczytanych zdań, tradycji literackiej, potrzeby odpowiedzi innym autorom, czytelnikom. Ale są też takie, które rodzą się wcześniej, jeszcze przed słowami, metaforami, przed decyzją o pisaniu. Powstają z temperatury światła na ścianie o piątej po południu. Z zapachu mokrego torfu po deszczu. Z dźwięku dziecięcego oddechu w drugim pokoju. Z ciała, które przez lata uczyło się rozpoznawać straty szybciej niż nadzieję. Nowy projekt książki wyrósł właśnie z takich miejsc. Nie z potrzeby opowiedzenia historii, ale z potrzeby uchwycenia sposobu istnienia w świecie, który coraz częściej wydaje się jednocześnie piękny i wyczerpany. To nie jest książka o katastrofie, choć cień katastrofy przesuwa się przez nią nieustannie, jak późne światło po podłodze. Nie jest też książką o melancholii, mimo że rozpad stał się jej naturalnym językiem. To raczej próba zapisania bardzo szczególnego rodzaju czułości, tej, która pojawia się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje wierzyć w trwałość. Może właśnie dlatego najważniejsze były dla mnie zapachy. Nie idee, program, nawet nie literatura.

Zapach ziemi, która długo utrzymuje wilgoć. Zapach kawy wypijanej nad rzeką, kiedy powietrze jest jeszcze zimne, ale światło już próbuje udawać lato. Zapach drewna cedrowego i kurzu w domach, w których ktoś kiedyś długo czekał. Zapach mokrych ubrań rozwieszonych przy kominku. Skóry dziecka tuż po przebudzeniu. Deszczu zatrzymanego w sierści psa. Pamięć nie jest przecież archiwum obrazów. Pamięć tym miejscu jest chemiczna. Zostaje w człowieku jak pyłek, którego nie da się całkowicie wypłukać z płuc. Kiedy myślę o źródle mojego pisania, wracam do chwil bardzo prostych i bardzo cielesnych. Do obserwowania trawy chwilę po zmroku, kiedy przestaje być krajobrazem, a staje się rodzajem oddychania ziemi. Do dziecięcych pytań zadawanych bez ironii. Do momentów, w których człowiek rozumie nagle, że przyroda nie jest dekoracją dla naszego życia, lecz systemem, do którego należymy nawet wtedy, gdy próbujemy o tym zapomnieć. Może dlatego w tych tekstach tyle jest osmozy. Przenikania. Rozpuszczania granic pomiędzy ciałem a światem. Bo im dłużej żyję, tym mniej wierzę w oddzielność. W młodości wydaje się nam, że jesteśmy autonomicznymi bytami. Mamy własny środek ciężkości, narrację, własne granice. Z czasem przychodzi doświadczenie utraty, choroby, starzenia się, miłości, macierzyństwa, żałoby i człowiek zaczyna rozumieć, że wszystko nieustannie przez niego przepływa. Światło. Ból. Cudze lęki. Zapachy dzieciństwa. Pogoda. Czas. Nie jesteśmy zamkniętymi formami. Jesteśmy membranami.

I chyba właśnie to próbowałam zapisać.

Nie interesuje mnie już literatura, która udaje kontrolę nad światem. Coraz bardziej poruszają mnie dzieła niedomknięte, drżące, świadome własnej prowizoryczności. Być może dlatego tak ważni pozostają dla mnie artyści, którzy potrafili uczynić z kruchości osobny język. David Lynch rozumiał, że rzeczywistość nigdy nie jest stabilna. Codzienność pulsuje jak coś niepokojącego, ale też niezwykle czułego. Jego filmy były dla mnie ważne nie dlatego, że były dziwne, lecz dlatego, że pozwalały światu przeciekać. Przypominały sny pozostawione w połowie drogi pomiędzy ciałem a językiem. Sen mieszał się tam z materią, banalność z metafizyką, śmieszność z rozpaczą. Człowiek nigdy nie był w nich figurą skończoną. Raczej migotaniem. Po obejrzeniu filmu nie czułam w sobie żadnych odpowiedzi, ale miałam inną temperaturę myślenia. I może o to chodzi w prawdziwej sztuce: nie żeby wyjaśniała, lecz żeby zmieniała sposób odczuwania rzeczywistości. Żeby po obejrzeniu filmu inaczej pachniała kawa. Inaczej układał się cień na ścianie. Inaczej bolała samotność. Podobnie działała na mnie twórczość Tomaža Šalamuna, jego zdolność do rozszczelniania sensu. Do tworzenia poezji, która nie tłumaczy świata, ale pozwala oddychać. I Julia Fiedorczuk, która potrafi pisać o biologii, ekologii i czułości tak, jakby wszystkie te porządki były jednym organizmem. Ale inspiracje artystyczne to tylko część prawdy. Bo równie ważna dla mnie była zwykła codzienność. Rdzewiejące ogrodzenia. Mokre Koty. Światło odbijające się od szyby autobusu. Wnuczka pytająca, czy sarny mają sny. Z wiekiem zaczęłam rozumieć, że filozofia nie rodzi się wyłącznie w bibliotekach. Rodzi się również podczas obierania ziemniaków, w kolejkach do lekarza, przy rozwieszaniu prania, podczas słuchania cudzego kaszlu w nocy. Ciało oddycha. Przyroda myśli. Dom lewituje. I literatura, która chce być uczciwa wobec współczesności, musi nauczyć się słuchać tych procesów. Wiele razy miałam poczucie, że żyjemy dziś w kulturze nadmiaru interpretacji i niedoboru obecności. Wszystko natychmiast zostaje nazwane, sklasyfikowane, zamienione w opinię lub reakcję. Tymczasem najbardziej interesujące doświadczenia często wymykają się językowi. Są bardziej cielesne niż intelektualne.

Na przykład zmierzch.

Nie chodzi nawet o sam moment przejścia dnia w noc, ale o szczególną zmianę percepcji, która wtedy następuje. Kolory stają się cięższe. Przedmioty tracą kontury. Człowiek nagle zaczyna widzieć własne życie mniej linearnie, bardziej organicznie. Jakby wszystko było częścią jednego powolnego obiegu. To doświadczenie bardzo mnie interesowało. Nie dramatyczne przełomy. Nie wielkie narracje. Raczej ciche przesunięcia świadomości. Moment, w którym człowiek przestaje walczyć z nietrwałością i zaczyna ją obserwować. Może dlatego w tych tekstach tyle miejsca zajmuje rozkład. Ale nie rozkład rozumiany jako katastrofa. Bardziej jako forma pracy świata i jego dotykanie materii. Trawa gnijąca po zimie. Liście rozpadające się w ziemi. Rdza. Pleśń. Ciało starzejące się powoli i bez teatralności. Przez wiele lat kultura uczyła nas patrzeć na rozpad wyłącznie jak na porażkę. Tymczasem natura nie zna pojęcia porażki w ludzkim sensie. W naturze wszystko jest przemianą. Gnicie nie jest przeciwieństwem życia. Jest jego dalszym ciągiem. Myślę, że ta świadomość przyszła do mnie nie tyle przez filozofię, ile przez obserwowanie ogrodu. To właśnie ogród nauczył mnie cierpliwości wobec procesów. Narcyzy przekwitające zbyt wcześnie. Mokre korzenie. Torf. Ślimaki zjadające liście czosnku. Ptaki budujące gniazda w miejscach, które wydawały się martwe. Przyroda nie zna perfekcji. Zna tylko ciągłość. I może właśnie dlatego daje ukojenie. Bo współczesny człowiek jest śmiertelnie zmęczony koniecznością bycia kompletnym. Musimy nieustannie się definiować, rozwijać, produkować sens, reagować, udowadniać własną wartość. Tymczasem drzewa po prostu stoją. Trawa zwyczajnie rośnie. Rzeka nie buduje narracji o swoim przepływie. To niezwykle wyzwalające. W pewnym momencie zaczęłam myśleć o spokoju nie jako o stanie szczęścia, ale jako o rezygnacji z nadmiaru interpretacji. Nie chodzi o obojętność. Wręcz przeciwnie. To raczej bardzo intensywna forma obecności. Patrzenie bez natychmiastowej potrzeby nazywania. Słuchanie bez przygotowywania odpowiedzi. Bycie z drugim człowiekiem bez konieczności ukojenia jego bólu. To trudne, bo kultura nauczyła nas, że każde doświadczenie musi zostać przetworzone w komunikat. Tymczasem istnieją formy czułości, które nie potrzebują języka. Myślę o tym często, kiedy obserwuję dzieci. Dziecko nie pyta jeszcze, czy świat ma sens. Pyta, dlaczego liście odpadają z drzew, kiedy są wciąż zielone. Pyta, czy zwierzęta śnią. Czy ciemność się boi. Czy można oddychać pod wodą. W tych pytaniach jest coś fundamentalnie filozoficznego, ale pozbawionego akademickiego ciężaru. To filozofia wynikająca z zachwytu i lęku jednocześnie. I chyba właśnie do takiego sposobu patrzenia próbowałam wrócić. Nie do dziecięcej naiwności. Do dziecięcej przepuszczalności. Do umiejętności bycia częścią świata, a nie jego komentatorką. Dlatego tak ważna była dla mnie empatia. Ale nie empatia rozumiana jako moralny obowiązek. Raczej jako biologiczna świadomość współistnienia. Człowiek oddycha tym samym powietrzem co drzewa. Nasze ciała składają się z tych samych pierwiastków co gwiazdy. Rozkład jednej formy życia staje się pożywieniem dla innej. To nie metafora. To dosłowność. A jednak współczesność zrobiła wszystko, żebyśmy o tym zapomnieli. Żyjemy w kulturze separacji. Oddzieleni od natury. Od własnych ciał. Sąsiadów. Starości. Śmierci. Nawet żałoba coraz częściej musi być estetyczna i funkcjonalna. Szybka. Produktywna. Tymczasem prawdziwy smutek jest chaotyczny. Ma własną pogodę. Rytm. Potrafi wracać latami pod postacią zapachu albo nagłego światła na twarzy obcej osoby. Bardzo interesowało mnie właśnie to doświadczenie powracania. Nie tylko ludzi. Również emocji. Ciał. Wspomnień. Miejsc. Bo nic nigdy nie znika całkowicie. Zmienia tylko formę. Może dlatego w projekcie, który obecnie układam tyle miejsca zajmują cienie. Cień jest przecież dowodem obecności światła, ale również dowodem materialności ciała. Nie istnieje samodzielnie. Jest relacją. Od zawsze fascynowała mnie jego ontologiczna niepewność. Jest. Ale nie można go dotknąć. Znika. Ale wraca. Towarzyszy człowiekowi najwierniej właśnie wtedy, gdy światło słabnie. W pewnym sensie cały ten projekt jest próbą pisania z miejsca cienia. Nie centrum. Nie pewności czy dominacji. Raczej obrzeża. Przejścia. Zmierzchu. Być może wynika to także z wieku. Starzenie się, co nie wydaje mi się dziś tragedią. Bardziej zmianą sposobu widzenia. Młodość jest gwałtowna, ekspansywna, przekonana o własnej wyjątkowości. Dojrzałość zaczyna rozumieć skalę świata. To wcale nie musi być smutne. Przeciwnie. Jest uwalniające. Nie trzeba być już w centrum narracji. Można stać się częścią obiegu. Coraz częściej myślę, że największą iluzją nowoczesności była wiara w trwałość indywidualnego „ja”. Tymczasem wszystko w nas jest przepływem. Komórki umierają. Pamięć się przepisuje. Język zmienia znaczenia. Nawet miłość nie pozostaje tym samym uczuciem przez całe życie. Ale to nie oznacza pustki. Raczej ruch. Transformację. Oddychanie. W sztuce zawsze najbardziej poruszały mnie dzieła świadome własnej nietrwałości. Japońska estetyka wabi-sabi. Popękane ceramiki. Fotografie z rozmytym światłem. Filmy, które zostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Muzyka brzmiąca tak, jakby za chwilę miała się rozpaść. Piękno nie wynika tam z perfekcji. Wynika z obecności czasu. I może właśnie dlatego tak bardzo interesuje mnie dzisiaj zwyczajność. Nie spektakularne wydarzenia. Raczej drobne akty trwania. Robienie kawy. Otwieranie okna. Dotyk dłoni. Powolne rozwieszanie mokrych ubrań. Światło na talerzu. Oddychanie obok kogoś.

W sztuce przez lata uczyłam się podziwiać gest. Wielkie cięcie. Przełom. Manifest. Ale im jestem starsza, tym bardziej interesuje mnie to, co dzieje się po wszystkim. Nie moment eksplozji, tylko pył osiadający na parapecie. Nie krzyk, lecz zmiana temperatury powietrza po wyjściu drugiego człowieka z pokoju. Człowiek przecież składa się głównie z pozostałości. Z rzeczy niedopowiedzianych, źle zapamiętanych, przesuniętych w czasie. Nasza pamięć nie archiwizuje wiernie. Ona kompostuje doświadczenie. Rozkłada je na elementy odżywcze. To niezwykle poruszające, kiedy obserwuje się, jak dzieci traktują naturę nie jako „zasób”, „krajobraz” czy „temat ekologiczny”, ale jako przedłużenie własnego organizmu. Sophia mówi, że nie boi się topnienia lodowców, bo potrafi oddychać pod wodą. I w tym zdaniu jest więcej metafizycznej odwagi niż w większości dorosłych debat o przyszłości planety. Dzieci nie oddzielają jeszcze katastrofy od wyobraźni. Dlatego ich nadzieja nie jest naiwna, lecz organiczna.

Myślę czasem, że współczesny człowiek utracił zdolność miękkiego uczestniczenia w świecie. Wszystko chce kontrolować albo interpretować. Nawet miłość coraz częściej przypomina zarządzanie emocjonalnym projektem. Tymczasem najważniejsze relacje w naszym życiu dzieją się poza kontrolą. Pomiędzy jednym oddechem a drugim. W ciszy po rozmowie. W geście poprawiania kołdry. W tym, że ktoś pamięta, jak pijesz kawę, choć sam już dawno przestał wierzyć w trwałość czegokolwiek. Bardzo długo wydawało mi się, że dojrzałość polega na umiejętności nazywania. Że trzeba umieć opowiedzieć świat, żeby go ocalić. Ale z czasem zaczęłam podejrzewać, że nadmiar języka może być formą przemocy wobec doświadczenia. Są przecież stany, które przestają oddychać, kiedy próbuje się je zamknąć w definicji. Jak światło oglądane zbyt blisko. Jak cień, który znika, gdy próbujemy go dotknąć. Kiedy myślę o sztuce, coraz częściej wydaje mi się, że jej zadaniem nie jest produkowanie znaczeń, lecz przywracanie czułości wobec rzeczy istniejących. Nie chodzi o to, by tłumaczyć świat. Świat doskonale radzi sobie bez naszych interpretacji. Chodzi raczej o to, żeby nauczyć się patrzeć bez natychmiastowej potrzeby zawłaszczania widoku. W tym sensie bliska jest mi sztuka, która pozostawia przestrzeń na niewiedzę. Tarkowski. Lynch. Rothko. Louise Bourgeois. Artyści, którzy rozumieli, że najgłębsze doświadczenia nie kończą się puentą. Zasadniczo, to człowiek przecież nie żyje wielkimi narracjami. A raczej rytmem cykli. Powtarzalnością. Obecnością innych ciał w przestrzeni. Tym, że ktoś wraca wieczorem do domu. Zapala światło w kuchni. Parzy herbatę, choć wszystko wydaje się chwilowe. Wychodzi. Zapomina wyłączyć światło. Wraca. Sprawdza, czy zamknął drzwi. Wyłącza światło i po omacku wspina się schodami do sypialni.

I może właśnie dlatego tak bardzo interesuje mnie dzisiaj pojęcie obiegu. Nic nie znika przecież naprawdę. Rzeczy zmieniają stan skupienia. Miłość staje się pamięcią. Pamięć staje się gestem. Gest staje się rytuałem. Człowiek odchodzi, ale zostawia po sobie temperaturę świata. Sposób składania ręczników. Intonację jednego słowa. Zapach perfum w kurtce wiszącej w szafie przez wiele lat po śmierci. Nie wierzę już w trwałość rozumianą dosłownie. Wierzę raczej w przenikanie. W to, że jesteśmy dla siebie nawzajem substancjami rozpuszczalnymi. Nosimy w sobie cudze głosy, ruchy, lęki, czułości. Nawet po odejściu innych ludzi nadal oddychamy trochę ich rytmem. To chyba najbardziej porusza mnie w sztuce i życiu, świadomość, że wszystko jest jednocześnie kruche i uporczywe. Trawa wyrastająca przez pęknięcie w betonie. Światło wpadające do pokoju po czyjejś śmierci. Dziecko śmiejące się w chwili, gdy dorosły już prawie zapomniał, że można.

I może właśnie dlatego nadal piszę. Nie po to, żeby wyjaśnić świat. Raczej po to, żeby dotknąć go jeszcze raz, zanim zmieni kształt.

O człowieku

Mówię zawsze z pewnym opóźnieniem, jakby sens musiał
najpierw przejść przez magazyn strat, halę, w której sortuje się gesty
na nadające się do użytku i te, które od razu pachną spalonym plastikiem,
bo człowiek jest konstrukcją tymczasową, złożoną z ambicji.
Miały być wieczne. I z ciała, od początku wie, że pracuje
na zwolnionych obrotach, jak fabryka uruchomiona tylko po to,
by udowodnić, że jeszcze potrafi hałasować.

O człowieku myślę jak o istocie, która nauczyła się wzruszenia
tak samo, jak nauczyła się liczenia pieniędzy i martwych godzin,
mechanicznie, z niewielką domieszką wstydu, bo empatia bywa
dziś walutą obiegową: nosi się ją w kieszeni razem z kluczami,
czasem wypada na chodnik, czasem ktoś ją podnosi i oddaje,
ale najczęściej nikt nie zauważa, że coś się stłukło.

Jest w człowieku ta osobliwa zdolność do budowania sensu
z materiałów niskiej jakości: z resztek dzieciństwa, obietnic
składanych w biegu, z miłości, która miała być schronieniem,
a okazała się instrukcją ewakuacji bez wyjść awaryjnych.
I mimo to człowiek wciąż mówi: to jeszcze nie wszystko,
jak aktorka, która po pożarze scenografii wraca na scenę,
poprawia fryzurę i gra dalej na tle czarnej ściany.

Czułość w człowieku nie jest delikatna,
jest ciężka, lepka, czasem nie do uniesienia, jak mokry dywan
wyciągnięty z zalanej piwnicy, i właśnie dlatego tak często udajemy,
że jej nie ma, to tylko przeciąg, reakcja chemiczna, błąd
w odczycie emocji. Ironia pomaga przetrwać:
pozwala nazwać rozpacz zmęczeniem,
a strach realistycznym podejściem do przyszłości.

O człowieku nie da się mówić bez odrobiny okrucieństwa,
bo życie samo w sobie jest niegrzeczne: wchodzi bez zapowiedzi,
przestawia meble, zostawia po sobie kurz i pytania,
na które nikt nie planował odpowiadać na głos. A jednak
w tej niechcianej bliskości, pomiędzy jednym rozczarowaniem
a następnym, pojawia się coś upartego, impuls, by nadal patrzeć,
reagować, próbować nazwać to, co wymyka się językowi.

Człowiek jest więc procesem, nie figurą: ciągłym stawaniem się wbrew
dowodom, że to przedsięwzięcie jest nierentowne. I może właśnie
w tym tkwi jego osobliwa godność, w tym, że wie o swojej prowizoryczności,
a mimo to codziennie rano wkłada ciało, pamięć i ironię,
jak roboczy kombinezon i wychodzi sprawdzić, czy sens jeszcze dziś działa.





1 komentarz:

  1. Chyba to jest właśnie najciekawsze - to, co dzieje sie po wszystkim; to jak powstają rzeczy i spektakle; jak ludzie dobierają się w pary i co z tego wynika; to jak powstaje wiersz, a jak obraz...
    Tak, filozofia najpierw powstaje przy porannym piciu kawy, reszta to zagmatwane ubieranie wszystkiego w zbyt długie zdania.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.