sobota, 31 października 2026

Nie mam zdania

 




Zaczytałam się na blogach. Nie komentuję większości. Nie czuję potrzeby. Tak jak zupełnie nie mam zdania o Trybunale Konstytucyjnym, o alfonsach, prostytutkach, nieletnich matkach, koniach, nie mam zdania o większości nagradzanych książek, o smaku gruszek z sieciówki. Ale czytam też komentarze i komentarze do komentarzy i napiszę taaaak, nie potrzebuję ludzi, żeby sprawdzić, czy dobrze mi ze sobą. Nie potrzebuję też tłumaczyć, dlaczego czasami nie odbieram telefonu, nie wychodzę, nie mam ochoty na kawę ani na rozmowę o tym, co słychać. Wiem, co słychać. Czajnik, deszcz, jabłka, własne kolana przy wchodzeniu po schodach. Wystarczy. Lubię być sama. Nie z braku wyboru, bo przecież wystarczy otworzyć drzwi. I nie na złość światu, nie dlatego, że ludzie mnie rozczarowali, bo wiem, jacy są i zupełnie nie czuję zaskoczenia. Z resztą to byłoby zbyt proste. A prawda jest taka, że lubię własne tempo, nieuzgadnianie planów, możliwość zmiany zdania w połowie czynności. Lubię ciszę i nie mam potrzeby wypełniania każdej chwili cudzą obecnością. Znam doskonale swoje potrzeby. Wiem, kiedy chcę być dotykana, a kiedy nie życzę sobie nawet przesunięcia krzesła. Kiedy potrzebuję rozmowy, a kiedy najlepiej służy mi własny język, najlepiej niewypowiedziany. Nie uważam tego za szczególną umiejętność. Raczej za przyzwoitą znajomość własnego wyposażenia.

Jest w tym również przyjemność całkiem fizyczna. Ciepła woda, czysta skóra, ulubione perfumy, bawełna i jej miękkość, ciężar kołdry. Kawa wypita bez konieczności pilnowania, czy ktoś już skończył opowiadać. Muzyka, której nikt nie komentuje. Można siedzieć w dresie, jeść coś prosto z miski i nie prowadzić żadnej społecznej działalności. Nie trzeba nawet wyglądać na osobę, która ma życie. Nie mylę samotności z odosobnieniem. Samotność potrafi przyjść w pełnym domu, przy stole, na przyjęciu, w środku rozmowy, w której wszyscy wiedzą, kiedy się śmiać. Odosobnienie jest świadomą decyzją. Nie mam też zamiaru udawać, że jestem samowystarczalną wyspą. Potrzebuję bliskości jak każdy, i czułości, zainteresowania. Potrzebuję drugiego człowieka, ale nie jako całodobowej usługi do regulowania nastroju. Nie oczekuję, że mąż będzie mnie zabawiał, uspokajał, naprawiał albo rozumiał bez słów. Chociaż on chyba akurat ma tę umiejętność. Mnie wystarcza, że jest. Nie musi nic nie robić, wystarczy, że dotyka stóp, słucha muzyki, czyta, ma swoje myśli i dźwięki. Lubię, że nie wchodzą w moją ciszę i nie traktuje obecności jako obowiązku nieustannego kontaktu. Można być blisko i nie zaglądać sobie do głowy przez ramię. Z wiekiem coraz mniej interesuje mnie towarzyskie uzasadnianie tych wyborów. Nie mam obowiązku być dostępna, rozrywkowa, wdzięczna za zaproszenie ani gotowa do natychmiastowej odpowiedzi. Nie jestem infolinią, poczekalnią ani punktem konsultacyjnym. Mam swoje zajęcia, zmęczenie i całkiem przyzwoity repertuar przyjemności. I może właśnie to jest dla mnie najważniejsze, nie szukać nieustannie potwierdzenia, że dobrze mi ze sobą. Wiedzieć, kiedy chcę otworzyć drzwi, a kiedy nie. I nie robić z tego ani manifestu, ani problemu. Lubię swoje towarzystwo. Nie zawsze jestem łatwa w obsłudze, ale przynajmniej bliscy wiedzą jak ze mną jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.