niedziela, 23 sierpnia 2026

O czymś

 



Jest coś, co zostaje, kiedy wypadają słowa.
Nie cisza. Cisza byłaby zbyt elegancka.
Raczej drobny osad, coś jasnego przy dnie szklanki,
czego nie chce się już dopijać.

Potem przychodzą statystyki.
Zawsze przychodzą statystyki, kiedy człowiek zaczyna
podejrzewać, że jego życie jest jednak czymś więcej
niż tabelą z dobrze opisanymi rubrykami w excelu.
I ten uśmiech, który ma znaczyć: wiem, przesadzam,
wiem, literatura, wiem, proszę państwa, proszę się rozejść.

Śmieję się razem z nimi.

To jest najgorsze.

Bo kiedy się śmiejesz, można cię już łatwo przenieść
do odpowiedniej szuflady.
Tutaj kobieta. Tutaj wiersz. Tutaj doświadczenie.
Tam miłość po przejściach, najlepiej z odrobiną Bukowskiego,
żeby wszystko miało ten lekko zużyty zapach męskiej odwagi.

A później ktoś mówi:
to jest przecież proza poetycka. (Przewracam oczami)

I nagle trzeba coś z tym zrobić.

Na przykład udowodnić, że płomień jest płomieniem,
że gniew ma prawo do własnego alfabetu,
zachwyt nie jest wadą konstrukcyjną
i że można napisać kocham bez natychmiastowego
zamieniania tego słowa w dekorację.

Próbuję więc.

Piszę jedno zdanie.
Drugie.
Trzecie zaczyna się wymykać.

Dobrze.

Niech idzie.

Niech statystyki zgubią przecinki.
Znawca zostanie na chwilę bez znawstwa.
Bukowski wróci do swojej książki,
a rewolucja zrobi sobie herbatę
i poczeka, aż przestanę się jej podobać.

Bo jest coś jeszcze.

Niejasne, prawie niewidoczne,
coś, co nie chce zostać argumentem.

Może dlatego piszę.
Nie po to, żeby mieć rację.

Raczej żeby zachować ten moment,
w którym zdanie jeszcze nie wie,
czy będzie raną, czy zachwytem,

i właśnie dlatego
jest prawdziwe.


PS

Wygrzebałam ten tekst z szufaldy, na dzisiaj jest akuratny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.