Rano odprowadzałam Sophie do placówki opiekuńczej. Prawie biegła, jakby od kilku minut zależało coś naprawdę ważnego. Chciała być przed dziećmi sąsiadów. Tłumaczyłam jej, że to niemożliwe, bo oni jadą taksówką, a my idziemy pieszo. Biegła więc jeszcze szybciej i nie oglądała się czy nadążam, jakby można było wygrać z samochodem samym przekonaniem. Cieszyłam się, że nie muszę jej ciągnąć za sobą. Ale... wciąż nie rozumiała, dlaczego oni codziennie rano jeżdżą taksówką, a my chodzimy pieszo. To było dla niej pytanie o porządek świata, a ja nie miałam ochoty budować kolejnej hierarchii z rzeczy, które akurat mijamy po drodze.
Powiedziałam więc:
- Każdy żyje, jak chce. Jedni chodzą na piechotę, inni jeżdżą taksówkami albo samochodami. I nie oceniamy. Nie lubimy, kiedy ktoś ocenia nas, więc sami też nie oceniajmy. Każdy orze, jak może.
Nie wiem, czy zrozumiała. Zresztą nie wszystko trzeba rozumieć od razu. Jak już przestało jej doskwierać jedno przyszła opowieść o śnie. Dzieci mają tę niezwykłą właściwość, że potrafią przejść od taksówki do snu bez żadnego przystanku pośredniego. Sen był o czymś, czego już nie pamiętam, bo się zamyśliłam ale kiedy tak mówiła, nagle przypomniało mi się, że mnie przyśnił się Kaczyński. I tu zaczęło się moje nieszczęście. Oddałam Sophie do przechowalni i poszłam na siłownię i przez całą drogę próbowałam sobie przypomnieć, dlaczego, na Boga, śnił mi się Kaczyński. Nie mogłam tych myśli z siebie zrzuć. Rozmyślałam o tym na bieżni, podnosząc ciężary. Rozmyślałam, kiedy już nie chciało mi się niczego podnosić. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że to właśnie on jest dzisiaj moją główną siłą napędową. Kaczyński. Człowiek, którego nie było rano na ulicy, nie mijaliśmy się na światłach, nie stał obok na siłowni, a jednak zdołał przyczynić się do tego, że podniosłam więcej, niż planowałam. I pomyślałam, że może to też jest jakaś forma zależności. Jedni jadą taksówką. Inni chodzą pieszo. Jedni śnią o Kaczyńskim. Inni mają szczęście. Nie oceniamy. Każdy orze, jak może. Chociaż przyznam, że są sny, których człowiek wolałby nie uprawiać nawet na ugorze.
i gladiole/mieczyki, które dostałam od Sophie i córki. A jutro moja przyjaciólka jedzie w Bory Tucholskie i dostarczy po drodze moim rodzicom sadzonki/krzaki róż. Patrzę teraz przez okno na różę, którą kupiłam kilka lat temu na kiermaszu w Killkeny, i to ona była moją inspiracją, by zakupić róże do ogrodu rodziców. A, że mąż przyjaciółki jest specjalistą od tych kwiatów, to naturalnie zwróciłam się do nich o pomoc, i tak pięknie się ułożyło. Kaczyński. Jak mogłeś mi dzisiaj wejść w paradę i mam cię teraz wszędzie. W różach, w kawie i pod wycieraczką. I napisałam do Pantery. Dostałam od niej lata temu dwa piękne nosorożce i pomyślałam, że takie długie milczenie może wynikać tylko z jakieś trudnej sytuacji i poczułam, że chciałabym ją przytulić. Tak jak przytula się smutne przyjaciółki, żeby nie czuły się opuszczone w tym dziwym świecie. Fatalnie skonstruowanym, niedostosowanym zupełnie dla takich jak ja. Czuję to wszystko w kościach. Mimo siłowni, dyscypliny i powtórzeń. Kaczyński ty... wymyślałam kilka epitetów, ale co to zmieni. I jeszcze jedna obserwacja. Ludzie nie zatrzymują się na czerwonym świetle, dwa trzy samochody zawsze wciskają się na styk j nie dochodzi do wypadków, jeszcze. Tylko dlatego, że ruszające samochodyz naprzeciwka, które już dawno mają zielone, nie cisną na gaz. I mnóstwo ludzi nie rozumie, że nie można zatrzymywać się na żółtym boksie. Tak dzisiaj stałam czekając z Kaczyńskim na autobus i analizowałam błędy i wykroczenia kierowców.
Czy moja książka poszła do druku? Taaaaaak.
Czy moja książka poszła do druku? Taaaaaak.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.