piątek, 3 lipca 2026

O kontrze

 


Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie tekst, który dla wielu osób, jak i dla mnie, mimo wszystko, będzie niewygodny. Nie dlatego, że jest brutalny, (nie jest, bo nie wbijam żadnej kosy hejterkom, chociaż powinnam), bardziej dlatego, że jest rozpoznawalny. Męczy mnie narastające zmęczenie, nie jestem zdiagnozowana, ale znam babki zdiagnozowane (na ostro) udające, że są spoko (tak też można, jak widać). Kobiety robią to innym kobietom. Nie wszystkie i nie zawsze, żeby nie było, bo jestem w wielu serdecznych relacjach z niezwykłymi kobietami. Ale wystarczająco często natykam się na te fałszywe , żeby stało się to osobnym zjawiskiem. Nie chodzi nawet o otwartą wrogość, bo wtedy wiadomo co i jak. Chodzi o te drobne gesty umniejszania. Nauczycielka i poetka patrzy na tatuaże i uznaje, że ma prawo wygłosić opinię w komentarzach to tu to tam. Nieproszoną. Protekcjonalną. Jakby jej gust był normą, a moje ciało odchyleniem. Innym razem kpi z czarnych ubrań. Ktoś z jej otoczenia nabija się z mojego zachwytu dla sztuki. Śmieje się z mojej wnuczki, bo ta lubi styl Wednesday Addams. Jakby dziewczynka miała obowiązek lubić róż, jednorożce i odpowiednio dobraną społecznie dziewczęcość. Chociaż ta pani chętnie wystroiła by moją Sophie w blue. Okazuje się, że nawet siedmiolatka jest oceniana za niewłaściwy rodzaj wyobraźni. To jest właśnie ten mechanizm. Nie chodzi o tatuaże czy o kolor ubrań. Nie chodzi nawet o poezję. Chodzi o pilnowanie granic. O nieustające wysyłanie sygnału: zostań tam, gdzie cię ustawiono. I jak to teraz bywa, za kilka godzin po tych komentarzach trafiam na artykuły opisujące kulturę internetową i w nich autorki zwracają uwagę, że kobiety są szczególnie surowo oceniane za widoczność, odmienność i publiczne zabieranie głosu. Co ciekawe, część tego pilnowania norm wykonują same kobiety. Nie dlatego, że są złe. Dlatego, że przez całe życie uczono je, iż przetrwanie zależy od dopasowania się do wzorca, a odstępstwa należy korygować. I tak sobie analizuję i widzę to również w środowisku literackim. A nie, nie tylko literackim, co ja piszę, wszędzie się to szerzy, gdzie jest nas więcej niż dwie. No i coraz częściej mam wrażenie, że żyjemy w epoce produkowania widoczności.

Nie dzieł.
W I D O C Z N O Ś C I.
Nie pracy.
W I D O C Z N O Ś C I.
Nie jakości.
W I D O C Z N O Ś C I.

Profil. Zdjęcie. Festiwal. Wystawa. Spotkanie pod balkonem. Wspólna fotografia. Kolejny panel. Kolejna autoprezentacja. Kolejna deklaracja o wyjątkowości własnej twórczości. A potem zaglądasz do środka. Czytasz. Oglądasz. Analizujesz. I nic tam nie ma. Nie pustka metafizyczna. Pustka intelektualna. Pustka artystyczna. Za to mnóstwo autopromocji. Wiele wydarzeń kulturalnych zaczyna przypominać zamknięte układy towarzyskie. Ci sami ludzie polecają tych samych ludzi. Te same nazwiska zapraszają te same nazwiska. Powstaje system wzajemnego potwierdzania własnej ważności. Nie trzeba już tworzyć czegoś istotnego. Wystarczy odpowiednio często pojawiać się w kadrze. Media społecznościowe tylko ten proces przyspieszyły. Paradoks widzialności, im bardziej widoczne stają się kobiety, tym silniejsza staje się presja kontrolowania ich wyglądu, zachowania, wypowiedzi i miejsca w hierarchii. Widoczność staje się walutą, a waluta wywołuje konkurencję. I zauważyłam coś szczególnie przykrego. Nie krytykę. Oj nie! P O G A R D Ę. Bo to jest tak, że krytyka jest potrzebna. Można w niej powiedzieć wiele o tekście, że jest słaby i wyjaśnić dlaczego. Albo opowiedzieć, że plakat jest nieudany, czy organizacja wydarzenia pozostawia wiele do życzenia, a te deski z palety, na które siadają twoje dzieci i koty, nasączone są środkiem trującym i można sobie zrobić kuku, oj można, zwierzętom również. To są normalne rozmowy, chyba. Ale czym innym jest krytyka, a czym innym pogardliwy komunikat: Kim ty jesteś, żeby się wypowiadać? Kim jesteś, żeby pisać? Kim jesteś, żeby mieć własny głos? Kim jesteś, żeby nie wyglądać jak należy? Kim jesteś, żeby nie zachowywać się jak należy? Wiele kobiet zna ten rodzaj doświadczenia. I powraca ten sam motyw, nieustanne ocenianie przez inne kobiety wyglądu, wieku, sposobu ubierania się, zainteresowań czy sposobu wypowiadania własnych opinii. I to zdziwienie, że część osób tę pogardę zauważa i ją piętnuje. Nooo tak, tak. Teatralna kiedyś podjęła walkę, ale dość szybko dotarło do niej, że z tą warstwą społeczną (tłuszczą) nie ma możliwości się porozumieć. I co jeszcze najbardziej mnie zdumiewa? Jak bardzo to wszystko jest przewidywalne. Kobieta w czerni jest problemem. Kobieta z tatuażami jest problemem. Kobieta inteligentna jest problemem. Kobieta odnosząca sukces jest problemem. Kobieta starsza jest problemem. Kobieta młodsza jest problemem. Kobieta zbyt cicha. Kobieta zbyt głośna. Kobieta zbyt elegancka. Kobieta zbyt ekscentryczna. Kobieta zbyt obecna. Kobieta zbyt niewidoczna. W pewnym momencie człowiek zaczyna rozumieć, że nie istnieje sposób bycia kobietą, który byłby wolny od oceny. Dlatego coraz mniej interesuje mnie walka o akceptację. Coraz bardziej interesuje mnie uczciwość. Jeżeli organizujesz gazetkę regionalną, czy jakąś wystawę tylko po to, żeby zdobyć grant, powiedz to wyraźnie i nie traćmy czasu. Jeżeli promujesz wyłącznie własne środowisko, któremu nie płacisz wynagrodzenia za ich pracę, tylko czerpiesz z niej do dna, powiedz to i nie czaruj mnie, że spędzę dobrze czas w niedzielę po południu czytając wiersze na jakimś placu przed urzędem, i tylko ty otrzymałaś wynagrodzenie i twój kolega artysta/grafik (z resztą mam wątpliwości, czy rzeczywiście jest grafikiem). Jeżeli interesuje cię bardziej rozpoznawalność niż literatura, powiedz to, pójdę w swoją stronę. Przynajmniej będzie jasno. Najbardziej męczy mnie nie zło. Męczy mnie fałsz. Te wszystkie deklaracje o siostrzeństwie, otwartości, wspieraniu kobiet, różnorodności. A potem przychodzi kobieta z własnym głosem. Nieco starsza. Niepasująca. Nieubrana w odpowiednią estetykę. Nieprzynależna do odpowiedniego kręgu. I nagle okazuje się, że dla niej miejsca już nie ma. Bo współczesny świat bardzo często nie nagradza jakości. Nagradza rozpoznawalność. Nie nagradza odwagi. Nagradza przynależność. Nie nagradza pracy. Nagradza obecność w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. To nie jest tragedia. To nawet nie jest skandal. To jest po prostu znak naszych czasów. Epoki, w której wielu ludzi pomyliło istnienie z ekspozycją. A twórczość z reklamą samej siebie. I może właśnie dlatego warto czasem zostać przy swoim. Przy czarnych ubraniach. Tatuażach. Książkach. Sztuce. Przy własnym głosie. Nawet wtedy, gdy ktoś próbuje wmówić, że kobieta taka jak ty nie powinna pisać. Bo bardzo często za tym zdaniem nie stoi troska o literaturę. Stoi lęk. Że jednak może pisać. I to całkiem dobrze.

1 komentarz:

  1. Trzeba po prostu olać opinię innych ludzi i mieć ja po prostu w 4 literach. Nie wyobrażam sobie jak mozna kogoś wyśmiewać, bo np. nosi spodnie i zachowuje się niekobieco. Parodia.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.