piątek, 12 czerwca 2026

Z szuflady

 




Wiersz jako zapis pamięci. Wzgórze, które widzę z okna sypialni, i pastwisko ciągnące się aż po linię horyzontu wkrótce znikną. Kiedy pisałam ten wiersz, wszystko wokół było dzikie, piękne i naturalne. Dziś krajobraz wyznaczają koparki i palownice. Miarowy rytm młota palowego wbija się w ziemię i w głowę, osiem godzin dziennie, od wielu tygodni. Trudno unieść ten dźwięk, a jeszcze trudniej pogodzić się z tym, co zapowiada.

A to wiersz z szuflady, zapis miejsca, które już zaczyna odchodzić.



O dniach


Przychodzą bez instrukcji (nawet jeśli zawierają listy
przepisywane z dnia na dzień). Stoję przed szybą umytą do połowy,
żeby było widać i drogę, i odcisk dłoni. Uważność
jest czymś niewielkim. Piłką, która wpada na dach.
Białą kreską kredy, przesuniętą o milimetr przez deszcz.

Dzieci nie mówią dzień dobry. Ich cienie wystarczają.
Wieczorem wracają razem z krowami, jakby ktoś ćwiczył
jeden wzór na kilku rodzajach ciemności.

Koty śpią na kolanach. Tak długo były kochane,
że futro odstaje im od świata. Porównujemy je czasem
do tych bardziej starannych, jakby schludność
miała cokolwiek wspólnego z przetrwaniem.

W trzecim dniu wraca dzikość. Nie przez las.
Przez ścianę. Paznokieć. Myśl, że wszystko,
co oswojone, tylko na chwilę zgadza się zostać.

Chleb pleśnieje szybciej niż rozmowy. To jedna z pierwszych rzeczy,
których nauczyło mnie to miejsce. Druga jest taka,
że ostrożność nie chroni. Pozwala jedynie dokładniej zobaczyć,
w którym miejscu pęka porcelana.

Wieczór rozkłada na wzgórzach, czarny nadruk na czarnym papierze.
Krowy są wtedy prawie niewidoczne, a jednak cięższe od nocy.
Przyglądam się koniczynie. Jej zieloności. Nie chce się dopasować
do szarego nieba. Zostaje przy swoim.

Lubię to.

Oczy w kolorze, którego nie potrafiłaby wydrukować
żadna drukarka. Pole pachnie wełną. Wrzosy wyrastają z każdej szczeliny.
Ptaki odrywają się od parapetu jak źle dobrane znaki pisma,
które wreszcie znalazły własną linię lotu.

Nie jestem pewna, ile w każdym odejściu jest powrotu.
Nie jestem też pewna, czy droga dokądś prowadzi.
Może jest tylko uwagą, którą świat poświęca naszym stopom.

Pod figurką Świętej Rodziny więdną kwiaty. Plastikowe butelki
trzymają się najlepiej. I nie mów, że to jest gorzka prawda.
Zwykła przewaga materiału. Patrzę na to bez oburzenia.
W końcu sama noszę w sobie rzeczy, które powinny już dawno zniknąć.
Nad ranem wszystko układa się w prosty projekt, wypełniony kreskami i kropkami.

I tylko wiatr, wykręca z kominów resztki popiołu,
zachowuje się tak, jakby wiedział więcej. Ale milczy.
Dlatego mu wierzę.





1 komentarz:

  1. Przepiękny jest ten wiersz, taki bardzo mój. Dziękuję Małgosiu🐦‍⬛

    OdpowiedzUsuń

Komentarze na blogu są moderowane i pojawiają się po zatwierdzeniu. Zależy mi na przestrzeni opartej na szacunku, uważności i rozmowie wokół treści, nie osób. Wpisy naruszające te zasady nie będą publikowane. Dziękuję za kulturę słowa i obecność.