Ogarnęłam się trochę, chociaż nic szczególnego się nie wydarzyło. Uporałam z pracą, mąż odebrał samochód od mechanika, a rachunek był dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po rachunku od mechanika. Mąż przy okazji wrócił z truskawkami. Córka ugotowała obiad. Makaron, tofu, warzywa i sos, którego nazwy nie potrafię powtórzyć, więc o nic nie pytajcie. Coś koreanicznego albo japonicznego. W jej wykonaniu granice pomiędzy krajami nie mają większego znaczenia. Liczy się smak. Ma w sobie rzadką umiejętność zamieniania zwykłego posiłku w coś niezwykle smacznego i estetycznego. Pojechaliśmy do polskiego sklepu po twaróg i wróciliśmy z rzeczami których nie planowaliśmy kupować. Sophia od kilku tygodni chodziła z dyndającą jedynką, aż wreszcie pozwoliła mamie wyciągać zęba z dziąsła. Była z siebie dumna i blada. Przybiegła późnym wieczorem i kilka minut przed północą wydała polecenie, by natychmiast zadzwonić do babci w Polsce. Nie poprosiła. Zarządziła. Normalnie trudno ją namówić do rozmowy przez telefon, ale tego wieczoru była stanowcza. Później oznajmiła Marcie, że nie chce pieniędzy od wróżki zębuszki. Ząb zamierza zachować, a pieniędzy ma wystarczająco dużo. Śmialiśmy się do łez. Jest coś rozbrajającego w dziecku, które już zdążyło uznać, że kapitał został zgromadzony i dalsze inwestycje nie są konieczne. Mam odciski na dłoniach od ciężarków, uczulenie po kremie do twarzy i jakiś zastój, którego nie potrafię nazwać. Nie jest duży, ale siedzi gdzieś z tyłu głowy jak pochmurny czerwcowy dzień. Za to wreszcie uporządkowałam blogi. Przez miesiące wszystko mi się mieszało, gubiło, znikało w nadmiarze informacji. Teraz znowu widzę ścieżki pomiędzy tymi miejscami. To niewielka rzecz, ale czasami właśnie od takich drobiazgów zaczyna się odzyskiwanie orientacji. Żadnych wielkich objawień. A jednak pomyślałam, że życie częściej układa się z takich właśnie zestawień niż z przełomów. Trzeba tylko uważać, żeby ich nie przeoczyć, kiedy wszyscy wokół próbują nam sprzedać coś większego, głośniejszego i rzekomo ważniejszego. W niedzielę jedziemy do Dublina na spotkanie autorskie ze Szczepanem Twardochem.

Taki dar czarowania w kuchni ma mój syn, weźmie to i owo, a smaki powalają na kolana.
OdpowiedzUsuńW dodatku twierdzi, że gotowanie go odstresowuje!
Tego na pewno nie ma po mnie...
Małe kroki w porządkowaniu tego i owego są jak katharsis:-)
Gotowanie jest odstresowujące :) jak nie robi się tego codziennie :P
UsuńDopiero u Ciebie czytam o festiwalu - moze jeszcze zdazymy na Twardocha? Zwlaszcza, ze jest w mojej dzielnicy (no prawie😉)
OdpowiedzUsuńMiło było Cię spotkać :) Z Teatralą w Słupsku nie doszło do skutku, a z Tobą spotanicznie w Dublinie i owszem :)
UsuńPrzeczytałam 'coś koranicznego' i pomyślałam: ależ Twoja córka ma kulinarne horyzonty! Ale 'coś koreanicznego' wpisuje się w mój zachwyt jeszcze smaczniej:-) Niech wyjazd do Dublina przyniesie Ci mnóstwo dobrej energii.
OdpowiedzUsuńJest energia! Dziękuję :)
UsuńOoooo, kocham te dwa słowa! Koreaniczne i japoniczne. Adoptuję je do swojego języka. (O matko, jak ja rozumiem to zgubienie i znikanie połączeń i ten chaos. Przytulam).
OdpowiedzUsuńDo usług :) zagubienie zawsze może się odkręcić w harmonię :*
Usuń