Lecę do Polski na kilka tygodni. Powinnam się cieszyć. Ale jak zwykle dopadł mnie ten wewnętrzny nerw i zamiast przyspieszyć, zwalniam. I tak chodzę z napięciem pod skórą, nie muszę się diagnozować, od lat wiem jak jest. To dlatego też, że lecę bez męża, a mamy swoje nawyki. Wspólne śniadania. Milczenie. Marudzenie na pogodę. Człowiek przyzwyczaja się do obecności drugiego bardziej, niż chciałby przyznać. Dopiero kiedy wyjeżdżam i ten graniczny moment nadchodzi, mocniej czuję, że wiele naszych wspólnych spraw nie jest wygodą, tylko częścią konstrukcji. Czas mi nie sprzyja. Od kilku miesięcy mam wrażenie, że biegnie szybciej ode mnie. Ledwie oswoję jeden tydzień, a jest już następny i następny. Zapierdol stał się nową jednostką czasu. Nie mierzę już dniami ani godzinami. Mierzę tym, ile spraw udało się przesunąć na jutro. Lubię podróże ale męczą mnie momenty przed. Nie sama droga, lot, tylko to oczekiwanie. To miejsce pomiędzy. Jak owad tłukący się o szybę, który nie wie, czy światło jest drogą wyjścia czy kolejną przeszkodą. W takich chwilach wyobraźnia działa przeciwko mnie. Produkuje scenariusze hurtowo. Spóźnione samoloty. Tłok. Hałas. Niezręczne spotkania. Drobne katastrofy, które prawdopodobnie nigdy się nie wydarzą, ale najwyraźniej mój mózg zmusza mnie do tej projekcji. I nie wiem dlaczego zawsze w tym czasie trafiają do mnie katastroficzne filmy. Któż to wie, może właśnie po to istnieje niepokój. Żeby sprawdzić, czy jeszcze nam zależy. Bo prawda jest taka, że nie chodzi o samą podróż. Chodzi o oddalenie. Nagłe przerwanie codzienności. O świadomość, że przez kilka tygodni wszystko będzie trochę nie na swoim miejscu. Jestem osobą, która zawsze chce czegoś więcej. Więcej rozmów, czasu i obecności. Tymczasem życie regularnie przypomina mi, że nie wszystko da się mieć naraz. Więc pakuję walizkę, dokumenty, aparat, obiektywy, ładowarki, książkę, okulary, kremy UV. Sprawdzam po kilka razy, czy wszystko jest już w walizce. Nie jestem drzewem. Nie zostaję w jednym miejscu tylko dlatego, że tam jest bezpiecznie. Ale nie będę udawać bohaterki. Kiedy samolot oderwie się od ziemi, pewnie przez chwilę będę patrzeć przez okno i myśleć o tym, jak wiele rzeczy trzyma nas przy ziemi. Nie wielkie idee i cytaty z mądrych książek. A ten człowiek. Jego głos, obecność, zapach. I kiedy wrócę zapyta mnie: jak było? A ja odpowiem: dobrze. Chociaż to słowo nie mieści całej historii.

Jak występuje nuda, to człowiek może się gubić i źle czuć. Ja nie mam obecnie partnerki, ale mam podobną relacje mama - syn. Jestem bardzo do tego przyzwyczajony.
OdpowiedzUsuńJakbyś wyjęła mi z głowy moje myśli.
OdpowiedzUsuńCzasami powrót przypłacam migreną, niekiedy start daje dziwne objawy. Dlatego ciągnie mnie za morza i jednocześnie nie bardzo, bo tyle rzeczy może pójść nie tak.
Wolę już na własnych śmieciach...
No i najważniejsze - tak lubimy tę nasza codzienność z ulubionym kubkiem i fotelem, że niby człek się cieszy, ale jednak...
Szczęśliwej podróży i powrotu!